Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 17 gości.

Paweł Kamiński: Co się dzieje w Boliwii?

Morales.jpg

Z Boliwii nadchodzą wiadomości, że prezydent Evo Morales ustąpił z urzędu po fali „prodemokratycznych” protestów. Zapewne wielu ludzi zastanawia się, co dokładnie wydarzyło się w tym latynoamerykańskim kraju i dlaczego. Cóż, było to tak… 
 
Co się stało? 
 
W 2005 roku socjaldemokrata Evo Morales, przywódca Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) i wieloletni działacz chłopski, zostaje wybrany prezydentem Boliwii. Administracja Moralesa radykalnie zmienia dotychczasową politykę wewnętrzną i zagraniczną. Przeprowadza reformę rolną, częściowo nacjonalizuje bogactwa naturalne Boliwii, broni praw robotników i chłopów, podwyższa płace minimalną i obniża wiek emerytalny, walczy z dyskryminacją wobec rdzennych Boliwijczyków (będąc pierwszym spośród nich, który zdobył urząd prezydencki), kobiet i osób LGBT, likwiduje analfabetyzm, rozdziela państwo od Kościoła… Na arenie międzynarodowej atakuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy i amerykański imperializm, solidaryzuje się z postępowymi ruchami antyimperialistycznymi, bierze aktywny udział w tworzeniu alternatywnych struktur politycznych i gospodarczych globalnego Południa... 
 
Despotyczna polityka Moralesa jest w niesmak tradycyjnej, miłującej demokrację oligarchii (kapitalistom, obszarnikom i duchownym, którym demokracja jest bardzo droga), jak również znanym obrońcom demokracji (którą miłują i która jest im bardzo droga) w MFW i Waszyngtonie. Tym bardziej, że Morales z łatwością wygrywa reelekcję w 2009 i 2014 r. 
 
20 X br. mają miejsce wybory generalne. Wg ogłoszonych dzień później wyników, Morales wygrywa I turę wyborów prezydenckich z 47% głosów. Wg boliwijskiego prawa wyborczego, jeśli zwycięstwa I tury otrzyma co najmniej o 10 punktów procentowych więcej niż jego najbliższy rywal, nie odbywa się II tura i lider I tury zostaje prezydentem-elektem. Warunek ten został spełniony i Morales wygrywa. 
 
21 X zaczynają się protesty opozycji, która bardzo miłuje demokrację, która jest im bardzo droga. Opozycja twierdzi, że wybory sfałszowano. Protestujący skandują hasła: „Boliwia to nie Wenezuela! Boliwia to nie Kuba!”, dokonują podpaleń i aktów wandalizmu, m.in. obalają pomnik Hugo Chaveza w miejscowości Riberalta. Z umiłowania demokracji (która jest im bardzo droga) atakują również przeciwników politycznych, podpalają urny, lokale i komisje wyborcze. Od 8 XI do protestów przyłączają się gdzieniegdzie policjanci, którym demokracja jest bardzo droga. 
 
9 XI Organizacja Państw Amerykańskich (OAS) oświadcza, że miłuje demokrację i że wybory w Boliwii były sfałszowane. Demokracja jest jej bardzo droga, więc żąda ponownych wyborów. 
 
10 XI Morales widząc, że wszystkim demokracja jest droga i że wszyscy miłują demokrację, zgadza się przeprowadzić ponowne wybory i zaprasza miłujących demokrację obserwatorów z OAS do ich monitorowania. Tego samego dnia wojsko i policja przechodzą na stronę demokrację miłującej opozycji i wypowiadają posłuszeństwo prezydentowi. Dowódca sił zbrojnych odwiedza Moralesa, oświadcza mu, że demokracja jest mu droga, a Morales powinien ustąpić. Morales składa rezygnację, demokracja zwycięża. 
 

Co się stało naprawdę? 
 
Mówiąc poważnie i odrzucając cyniczną retorykę opozycji, w Boliwii miał miejsce prawicowy pucz wojskowy. Mamy tutaj do czynienia z taką samą strategią, jaką w latach 70. zastosowano wobec Chile pod rządami Salvadora Allende oraz obecnie wobec boliwariańskiej Wenezueli: reakcja pod przykrywką „obrony demokracji” organizuje zamieszki i destabilizuje kraj, dając pretekst do interwencji wojska, które przywraca „spokój i porządek”. 
 
Pouczające jest porównanie casusu Moralesa z sytuacją Maduro. W obu przypadkach mamy do czynienia z prawicową opozycją, która organizuje reakcyjne zamieszki po pretekstem „obrony demokracji”, jednocześnie nie uznając wyników legalnych wyborów. W Boliwii opozycja zdemaskowała się, usuwając Moralesa, gdy ten zaakceptował ich postulat ponownych wyborów. Teraz dla każdego jest jasne, że reakcji nigdy nie chodziło o „demokrację” - ani w Boliwii, ani w Wenezueli. Dlatego rząd boliwariański, jeśli nie chce skończyć jak rząd Moralesa, absolutnie nie powinien iść na ustępstwa wobec opozycji, która wielokrotnie apelowała do Białego Domu o inwazję i do wojska o pucz. 
 
Przypadek boliwijski pokazuje, dlaczego niemożliwe jest wprowadzenie socjalizmu z wykorzystaniem burżuazyjnej machiny państwowej. Jak pisał Trocki w 1920 r.: „Mówiąc ogólnie, osiągnięcie przez partię proletariatu większości w demokratycznym parlamencie nie jest absolutnie niemożliwe. (...) Ale o fundamentalnym oporze burżuazji decydowałyby takie fakty jak postawa wojska, stopień uzbrojenia robotników, sytuacja w sąsiednich państwach: a wojna domowa rozwijałaby się pod presją tych najbardziej realnych okoliczności, a nie zmiennej arytmetyki parlamentaryzmu.” 
 
O polityce państwa boliwijskiego nie będzie decydować arytmetyka wyborcza, która dała Moralesowi zwycięstwo w I rundzie, a MAS większość w Radzie Deputowanych (67 na 130) i Senacie (21 na 36), ale walka między wyzyskiwanymi a wyzyskiwaczami. 
 
Reakcja, która odrzuciła już „demokratyczną” przykrywkę będzie walczyć o odebranie chłopom ziemi, o prywatyzację znacjonalizowanego bogactwa narodowego, o likwidację zdobyczy socjalnych, o neoliberalne „uzdrowienie gospodarki”, o powrót doradców ekonomicznych z MFW i wojskowych z USA... 
 
Przeciw niej muszą stanąć robotnicy, chłopi i warstwy ludowe walczący przeciw wyzyskowi, o ziemię, o godności, o suwerenność polityczną i gospodarczą. Oczywiście, w tej sytuacji konieczne jest opowiedzenie się po stronie boliwijskiej klasy robotniczej, ludu boliwijskiego, przeciw puczowi i przeciw reakcji.  

Społeczność

USRR