Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 124 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: O czym marzą przedsiębiorcy? Czyli opłakane skutki zarzynania kury znoszącej złote jaja

wyzysk.jpg

Jak wynika z ekonomicznych coming-outów odzyskujących głos przedstawicieli drobnego biznesu, jak np. G. Hajdarowicz czy J. Karwelis, marzenia polskich asów średniego biznesu są dość proste. Jerzy Karwelis, w artykule pt. „Potrzeba nowej ustawy Wilczka”  ujawnia je wprost: firmy potrzebują deregulacji w interesie małych przedsiębiorstw, oczywiście, już po okresie wzmożonej regulacyjnej i pomocowej roli państwa w przejściowym okresie załamania pogłębionego epidemią koronawirusa. W przeciwieństwie do wielkich korporacji, małe i średnie przedsiębiorstwa są głównymi płatnikami podatków zasilających budżet państwa. 
 
Po przetrwaniu trudnego okresu wymagającego zawieszenia reguł wolnego rynku, te właśnie przedsiębiorstwa będą potrzebowały wolności od państwowej ingerencji, aby spontanicznie dostosować się do potrzeb (znowu wolnego) rynku. Karwelis podkreśla przede wszystkim to, iż owa deregulacja będzie dotyczyła głównie relacji pracodawcy z pracownikami. Co będzie ułatwione ze względu na fakt, iż pracownicy na własne oczy zobaczą, jakie ryzyko ponoszą właściciele przedsiębiorstw ich zatrudniających, i zaczną to poświęcenie doceniać. W świetlanej wizji średniego biznesu zaistnieje nareszcie rynek pracodawcy, a nie pracownika. 
 
Mały i średni biznes jest trwałym segmentem gospodarki, a nie etapem przejściowym do wielkiej korporacji, chociaż wielkie korporacje też kiedyś startowały z takiego poziomu. Inne są jednak ich ambicje. 
 
Jak pisze Marek Chądzyński, portal Forsal.pl: „Dla ekonomistów wyniki badań koniunktury w przemyśle to dowód na to, jak źle obecną walkę z epidemią znosi polska gospodarka. Ich zdaniem jednak najgorsze dopiero przed nami, bo to drugi kwartał tego roku będzie najtrudniejszy, ze spadkiem PKB sięgającym nawet – jak zakłada np. Bank Millennium – 10 proc. Co gorsza, patrząc tylko przez pryzmat przemysłu, nie widzimy pełnego obrazu. Bo prawdziwa krwawa łaźnia dzieje się dziś w usługach ("Gospodarka gaśnie na naszych oczach. Jest gorzej, niż nam się wydaje"). 
 
Mały i średni biznes jest głównie ulokowany w tak czy inaczej pojętych usługach. Ich kondycja jest uzależniona od popytu, a więc od zasobów finansowych, jakimi dysponuje tzw. klasa średnia zasilana głównie z budżetu państwa. 
 
Sami przedsiębiorcy tej sfery i ich pracownicy stanowią dla siebie wzajemnie klientelę, której działania wzajemnie się równoważą w sensie wartościowym, chociaż w sensie fizycznym mogą przejawiać niedopasowania. Istnieją takie rodzaje działalności, gdzie popyt odnawia się stale i obejmuje to wyroby spożywcze i inne produkty pierwszej potrzeby. Gdyby wymiana zachodziła tylko na poziomie takiej produkcji, mielibyśmy gospodarkę naturalną, w której pieniądz pełniłby tylko funkcję techniczną, umożliwiającą wymianę. Nie mógłby pełnić funkcji kapitalizacyjnej, czyli nie mógłby się przekształcać w kapitał, a więc i nie mógłby przynosić zysku. 
 
Odbudowa gospodarki po przejściu pandemii (lub innej wojny czy kataklizmu) polega na tym, że działalność gospodarcza tworzy przestrzeń wzmożonego zapotrzebowania na różne produkty niezbędne do odbudowy życia na jako takim poziomie. W niejako czystej, laboratoryjnej postaci mamy do czynienia z koniecznością oparcia zysku na wyzysku zatrudnionej siły roboczej (ewentualnie własnej rodziny). Podaż powoli się odbudowuje kosztem inwestowania w środki pracy. Oszczędność na to bierze się z redukowania kosztu pracy. To naturalny odruch drobnego wytwórcy, nie produkującego dla zysku, polegający na wyzysku pracy własnej i własnej rodziny. Oddzielenie siły roboczej od osoby właściciela środków produkcji rodzi wyzysk nowego, kapitalistycznego typu. Dopiero w miarę odbudowywania się rynku poprawiają się możliwości produkcyjne i dalszy wzrost zysków może się już opierać na zwiększaniu podaży, czyli obniżaniu kosztu jednostkowego produkcji danego towaru. Jest to możliwe, ponieważ popyt nie został jeszcze zaspokojony. Wszelkie kryzysy w kapitalizmie są związane z załamaniem ekspansji popytu, niezależnie od czynnika, który zakłócił dotychczasową, kruchą równowagę. 
 
Jak pisze inny analityk życia gospodarczego, a jakże – zwolennik L. von Misesa: „Sztuczna płynność ratuje firmom życie tylko w krótkim terminie. Dlaczego? Bo i tak nie mogą planować, a - jak zauważał słusznie wybitny ekonomista Ludwig von Mises – ‘każde ludzkie działanie oznacza planowanie’. A nie mogą planować, bo uniemożliwia to… wirus? Nie. Rząd.” ("Firmy muszą planować. Konieczna jest mapa wyjścia z lockdownu, inaczej grozi nam katastrofa") Stanisław Stodolak słusznie zauważa, że firmy muszą mieć możliwość poznania warunków, jakie będą miały miejsce w przyszłości, aby mogły racjonalnie, a nie panicznie podejść do kwestii utrzymania bądź redukcji dotychczasowego zatrudnienia. Jeżeli nawet nie da się przewidzieć rozwoju epidemii, to przynajmniej firmy powinny znać planowane posunięcia rządu na okres „po wirusie” – w jakiej kolejności będzie zdejmowany lockdown itd. 
 
Jednym słowem, mamy tu do czynienia z pretensjami do biurokracji zawiadującej interesami klasy kapitalistów jako całości, że nie wywiązuje się ze swej funkcji w sposób zadowalający. W przeciwieństwie do świata, w którym zasoby nie są jeszcze bez reszty podzielone między prywatnych właścicieli, biurokracja państwa kapitalistycznego musi lawirować w gąszczu interesów różnorodnych biurokracji narodowych. Jej zasadniczym problemem jest zapewnienie własnej klasie kapitalistów odpowiedniej przestrzeni zasobów, na której będą mogły walczyć ze sobą już w ramach totalnie wolnej konkurencji. Póki co, siła robocza nie jest w nowożytnym, cywilizowanym państwie własnością kapitalisty, a więc państwo jest dodatkowo zobowiązane do utrzymania porządku w tej sferze, nie dopuszczając do wybuchu niezadowolenia teoretycznych obywateli. 
 
W ramach poszerzania „otoczenia niekapitalistycznego” dla wolnego rynku, państwo stworzyło całą armię pracowników opłacanych z budżetu. Państwo nie może jawnie odżegnać się od tych ludzi, tak jak może – w gruncie rzeczy – odżegnać się od troski o losy pracowników zwalnianych w ramach redukcji zatrudnienia w okresie kryzysu. Ich dramatyczna sytuacja jest związana ze zrozumiałymi dla wszystkich problemami. Natomiast co robić z całą rzeszą ludzi, którzy pracują dla budżetu w ramach tworzenia popytu efektywnego dla wolnego rynku? 
 
Państwo oczekuje od drobnego i średniego biznesu, że będzie sam się dostosowywał, jak o tym pisze Karwelis, bez konieczności własnej ingerencji. No chyba, że po to, aby stłumić możliwe zamieszki za pomocą wojska. Kryzys polega właśnie na tym, że państwo nie jest w stanie zapewnić gospodarce narodowej jako całości właściwej przestrzeni dla ekspansji. Wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu doprowadziły do paroksyzmu, a jak go rozwiązać – to jest dopiero problem dla rządów. Przy tym problemie kłopoty z dostosowaniem się setek tysięcy drobnych firm są zapewne ostatnim powodem do zmartwienia. Wedle teorii wolnego rynku, drobne firmy są buforem, a ich upadłość stanowi mechanizm odrodzenia gospodarki w tych samych, kryzysogennych ramach. 
 
Z teorii (prawa) wartości wynika, że jeśli gospodarka stanowi zamkniętą całość, tj. kiedy przyjmiemy, że wszystkie zasoby w kraju są sprywatyzowane lub upaństwowione (obojętne, bo chodzi tylko możliwość wyceny owych zasobów, a to nie jest możliwe w sytuacji autentycznego uspołecznienia owych zasobów), to wymiana między podmiotami gospodarującymi sprowadza się do wzajemnego zerowania się. Nie ma zysku w sferze ogólnej. Złudzenie zysku może się kryć co najwyżej w tym, że jeden z uczestników rynku jest sprytniejszy, a drugi mniej bystry. Ale ogólnie efekty wszystkich transakcji wymiennych znoszą się wzajemnie. Aby uzyskać realny zysk, potrzebne jest zbicie kosztów poniżej ceny produkcji. Można to osiągnąć wyłącznie poprzez redukcji kosztów własnych, a więc – kosztów siły roboczej. Czyli doprowadzić do tego, że bezpośredni producent ogranicza swoją konsumpcję, co powiększa udział wartości dodatkowej w wartości towaru. Konsumpcja umownego producenta (właściciela środków produkcji) jest wypadkową kosztów i ceny rynkowej. Inaczej, warunkiem jest utrzymanie ceny jednostkowej towaru na poprzednim poziomie. Dopóki nie zostanie zaspokojony popyt, może się odbywać zwiększona produkcja towarów po stałej cenie. Po jakimś czasie jednak, w wyniku normalnej konkurencji rynkowej, cena ulegnie obniżeniu. Wówczas redukuje się koszty płac, aby utrzymać poziom zysku. To jednak jest już konfliktowym społecznie wariantem wychodzenia z trudności. 
 
Rozwijanie sfery usług nieprodukcyjnych służyło w zamyśle powiększaniu popytu efektywnego w warunkach ograniczenia możliwości ekspansji poza granice własnego kraju czy zagospodarowywania ziem „niczyich” na swoim terytorium. Sprzeczności wewnętrzne kapitalizmu mają więc charakter nierozwiązywalny, co nie jest zaskakującym wnioskiem dla marksisty. 
 
Rozbudowa sfery obsługi aparatu państwa przynosi pewne możliwości zasilania sfery biznesu. Środki z opodatkowania są wrzucane do gospodarki tworząc sztuczny popyt „zewnętrzny”, umożliwiający ekspansję ekonomiczną. Jest to działanie w rodzaju „sztucznego oddychania”, działania – użyjmy modnego dziś pojęcia – respiratora. Starcza tego na jakiś czas. Ten model tłumaczy sztuczne podtrzymywanie ekspansji kapitalizmu w okresie jego relacji z zewnętrznymi systemami gospodarczymi II i III Świata. Efektem ogromnego wysiłku społeczeństw owych światów było podtrzymywane „otoczenie niekapitalistyczne”, które umożliwiało odradzanie się dynamiki ekspansji kapitału. 
 
Gospodarki wielkich potęg ekonomicznych organizują się w wielkie korporacje z celem przejęcia warunków prowadzenia aktywności ekonomicznej, a nie z celem prowadzenia owej działalności jako takiej. Od tego są przedsiębiorstwa różnych rozmiarów dostosowanych do wielkości rynków, na których działają. 
 
Ekspansja sektora finansowego była próbą (udaną) przejęcia zysków z działalności gospodarczej w sytuacji, kiedy samo prowadzenie działalności gospodarczej było walką o przetrwanie. Niezależnie od wyników ekonomicznych, własność warunków prowadzenia działalności gospodarczej staje się najpewniejszym sposobem zapewnienia sobie zysków. Koszty dostosowania się do warunków, w których przyszło funkcjonować, biorą na siebie podmioty gospodarujące. Instytucje finansowe przejmują w tym sensie funkcje państw narodowych, przełamując ich ograniczenia, które polegają na konieczności trzymania się ram narodowych. Instytucje finansowe nie są ograniczone granicami państwa. Są więc przedłużeniem ramienia krajowej biurokracji (komitetu zarządzającego interesami klasy kapitalistów narodowych jako całości), stwarzającej warunki do ekspansji kapitału. To tłumaczy dialektykę relacji globalny – narodowy we współczesnym świecie, w którym możliwości państw narodowych się wyczerpały. Potrzebne są jednak granice narodowe, aby móc odgraniczać „swoje” od „otoczenia”, którego zasadniczą cechą jest to, iż pozostaje obszarem przeznaczonym do zniszczenia w celu przekształcenia go w paliwo zasilające tracącą impet gospodarkę wiodącą. 
 
Epidemia daje możliwość resetu zrozumiałego dla wszystkich. Zaciskanie pasa przez ludzi pozbawionych zasobów, które chroniłyby ich przed wyzyskiem, staje się dla nich dopuszczalne. To ustępstwo wynika z uargumentowanego obecnie odpuszczenia sobie przez państwo obowiązku ochrony obywateli. Puszczenie na żywioł, podobnie jak w pierwszym okresie transformacji, powoduje rozbudzenie nadziei, która usprawiedliwia wszelkie dzikie ekscesy kapitalizmu.
 
Jednak okres transformacji ustrojowej obejmował rezerwy pozostałe po PRL, które mogły służyć uwłaszczaniu się i tworzeniu fortun. W aktualnej sytuacji takich aktywów gospodarka polska nie posiada. Ludzie pozbawieni własności jakichkolwiek zasobów są skazani na zagładę. Jeżeli państwo nie dysponuje zasobami, to nie ma możliwości organizowania redystrybucji na bazie owych zasobów.
 
Pracownicy są skazani na inicjatywę przedsiębiorców, żeby przeżyć. Już dziś widzimy, że aby państwo mogło przejąć odpowiedzialność, musi ograniczać prawa obywatelskie. Działania idące na żywioł i działania restrykcyjne nie stoją w sprzeczności. Restrykcje są głównie potrzebne po to, aby ludzie nie buntowali się przeciwko bezradności systemu i puszczeniu na „kontrolowany” żywioł całego procesu przywracania niestabilnej równowagi.
 
W Ameryce Północnej, w okresie kształtowania się amerykańskiej państwowości, ludzie mogli przez pewien czas uciec od tych konieczności i ograniczeń dzięki przejmowaniu w posiadanie ziemi „niczyjej”. Byli w tym niezależni od państwa. Dopiero utrwalanie prawa własności owej ziemi stworzyło zapotrzebowanie na aparat państwa, które stałoby na straży świętego prawa własności.
 
W wysokorozwiniętych społeczeństwach nie ma takich możliwości. Państwo może dysponować warunkami prowadzenia aktywności gospodarczej, które są zapośredniczone w stosunku własności ziemi. Ale dochody państwa nie biorą się znikąd, tak jak to było w przypadku ziemi „niczyjej”. Państwo gromadzi środki, które przedsiębiorcy przekazują z zysku. Pobieranie środków od podatników zatrudnionych w sferze budżetowej ma również swój specyficzny sens. Państwo nie posiada środków wypracowanych przez siebie. Co do tego nie ma wątpliwości, chociaż analogicznie do wynagrodzeń w sferze usług, nierzadko wysokie kompetencje zawodowe pracowników administracji publicznej powinny być bazą dla wytworzenia sporej ilości wartości dodatkowej. Analogicznie dalej, kompetencje administracji publicznej powinny być postrzegane jako usługa świadczona społeczeństwu i zasługująca na swoją cenę. Czy praca świadczona przez biurokrację tworzy jakąś wartość dodatkową? Powiększa zasobność budżetu? Tak jak powiększa PKB?
 
Biurokracja zarządza środkami uzyskanymi z bezpośredniej produkcji. Są to jedyne środki, które nie wracają do państwowej kasy ze środków, które stamtąd wyszły. Podatki płacone przez pracowników sektora państwowego pomniejszają środki rozchodowane z budżetu. Dzięki przepisywaniu ich z różnych kont, jak w rachunkowości bankowej, stwarzają pozór powiększonego strumienia finansowego. A więc w ten sztuczny sposób stanowią zabezpieczenie dla przepływu realnych dóbr w gospodarce. Stanowią pośredni sposób kształtowania przez państwo struktury gospodarki narodowej. Kształtują ją poprzez tworzenie, zwiększanie i redukowanie poszczególnych grup społecznych. Powiększanie liczebności grup oderwanych od bezpośredniej produkcji tworzącej bogactwo materialne społeczeństwa, podstawę wartości wyrażanej w pieniądzu, powoduje, że zadanie stojące przed biurokracją staje się coraz bardziej karkołomne. Biurokracja usiłuje mobilizować obywateli do walki o utrzymanie przestrzeni do uprawiania działalności gospodarczej, do zagwarantowania swojej państwowości korzyści z wykorzystania owej przestrzeni.
 
Mamy okazję obserwować to choćby w Polsce, gdzie biurokracja pionu nauki usiłuje przekuć intelekt polskich naukowców w narzędzie hegemonii w sferze konkurencyjnej do sektora finansów, aby móc upominać się o nadzwyczajną wartość dodatkową w wymianie międzynarodowej. Sprawa rozbija się o dominujące wśród naukowców poczucie przynależności do międzynarodowego środowiska naukowego. W ten sposób realne środki finansowe wydatkowane na wykształcenie i utrzymanie infrastruktury naukowej w kraju służą interesom państw hegemonicznych. Dane państwo nie cieszy się renomą, która, w dobie uzależnienia od nastrojów decydujących o krótkoterminowych zyskach na giełdach różnego typu (każda sfera życia publicznego może być giełdą), umożliwia przechwytywanie wartości dodatkowej nadzwyczajnej, ewentualnie umożliwia poszerzenie przestrzeni zaliczanej do „otoczenia”.
 
Wszelkie sposoby naprawiania gospodarki kapitalistycznej, które odwołują się wyłącznie do własnych zasobów, prędzej czy później natrafią na barierę wewnętrznej sprzeczności, uniemożliwiającej dynamiczny rozwój gospodarki, a tylko dynamika i ekspansja umożliwiają pokonanie owych sprzeczności.
 
Zwolennicy polskiej (i nie tylko) wersji NEP powinni wziąć to pod uwagę.
 
Wniosek z tych rozważań jest banalny – zmiana logiki gospodarczej wymaga zaistnienia nadzwyczajnej sytuacji, takiej, która – jak obecnie – przyzwyczaja ludzi do myśli o tym, że świat po koronawirusie nie będzie już taki sam. Gospodarka rezygnująca z wyniszczającej dynamiki i ekspansywności musi liczyć się z możliwością agresji pozostałych gospodarek, które będą ją traktowały jak „otoczenie niekapitalistyczne”. Tak jak to miało miejsce z gospodarką radziecką w latach 20-tych XX wieku, co zostało wykorzystane do propagandowego wrzasku przeciwników Rewolucji. Niezależnie od trudnych uwarunkowań wewnętrznych, kulturowych i politycznych.
 
Wyciągając doświadczenia z dotychczasowej historii walk klasowych, można powiedzieć, że – zgodnie z Marksem – należy opierać się na modelu prostej gospodarki towarowej, aby zrozumieć mechanizm powstawania wartości. Zasadniczym elementem zrozumienia tego modelu jest postrzeganie podmiotu gospodarującego, produkującego, jako całości występującej jako nierozdzielna całość wobec pozostałych aktorów społecznych. Zrozumienie tego spowoduje, że jako marksiści rozwiązanie problemu gospodarki będziemy postrzegać we właściwych ramach. Nie tak, jak to proponuje ekonomia burżuazyjna, która przyjmuje i traktuje poszczególne etapy rozwoju danego procesu jako samodzielne byty do zgłębiania i analizowania w oderwaniu od przeszłości owego procesu i w oderwaniu od jego wartościowania z punktu widzenia emancypacji pracy w jej rzeczywistym wyrazie – sztucznego oddzielenia podmiotu gospodarującego od siły roboczej.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
3 kwietnia 2020 r.

Społeczność

USRR