Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 72 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Odstraszacze

KACZOR KLASYK.jpg

„… czy podział lewica - prawica zachowuje swój sens, gdy PiS stosuje w ekonomii rozwiązania prospołeczne zaniedbane przez SLD, a ksiądz Rydzyk potrafi znaleźć wspólny język z prostymi ludźmi bardziej skutecznie niż lewicowiec Zandberg lub marksiści?” - pisze członek Stowarzyszenia Marksistów i partii RAZEM (LEWICA RAZEM), Stach Głąbiński. 
 
Sprawa jest bardziej złożona. Podział na lewicę i prawicę nie wyczerpuje linii podziału politycznego. Od czasów Marksa lewica podzieliła się wedle sposobu podejścia do kwestii „rozwiązań społecznych”. 
 
Dla lewicy „liberalno-demokratycznej”, podejście do tej kwestii jest analogiczne do podejścia prawicy, co może zasadnie budzić wątpliwości co do sensu utrzymywania sztucznego podziału.
 
Prawica, szczególnie ta o zabarwieniu konserwatywnym, ma swój pogląd na miejsce grup społecznych pozbawionych własności środków produkcji w hierarchii społecznej. Dbałość o te grupy przypomina dbałość o inwentarz gospodarski. Zasadnicza sprawa w tym podejściu, to postrzeganie stabilnej roli owych grup w gospodarce. Dobrze traktowany inwentarz jest wydajniejszy.
 
Lewica „liberalno-demokratyczna” również podchodzi do grup społecznych pozbawionych własności środków produkcji jako do bytów, które należy traktować z troską o zaspokojenie ich potrzeb. Różni się od prawicy tym, że nie postrzega owych grup jako szczególnie związanych z procesami produkcyjnymi, z gospodarką. Odnosi się do nich jako do członków demokratycznego społeczeństwa, jako do obywateli. Rola tych grup w systemie produkcji jest dla owej lewicy drugorzędna.
 
Linia podziału między taką lewicą a prawicą przebiega w obszarze rozumienia politycznego ładu społecznego. Prawica atakuje lewicę za jej rzekome zakusy na kulturę i cywilizację w ogóle, zaś lewica atakuje prawicę za jej patriarchalny model życia społecznego.
 
Lewica nie podnosi istoty problemu, która leży w sferze organizacji życia gospodarczego. Traktuje sposób produkcji jako „czarną skrzynkę”, która powinna być efektywna i przynosić dochód – nieważne w jaki sposób. Demokratyczne społeczeństwo ma prawo żądać od gospodarza, aby wydzielał więcej ziemniaków dla swoich tuczników. Prawica wymaga, aby w zamian za to, tuczniki nie ryły po grządkach warzywnych i rabatkach kwietnych. Tu jest sedno sporu, ponieważ poza ziemniakami, tuczniki chętnie pojadłyby sobie od czasu do czasu jakichś korzonków.
 
W sumie jednak, faktycznie, co do istoty nie ma różnicy między taką lewicą a prawicą.
 
Jak jednak wspomnieliśmy wyżej, od czasów Marksa nastąpił podział w łonie samej lewicy. Istota wyłomu Marksa polegała na tym, że klasie społecznej pozbawionej własności środków produkcji została przypisana rola czynnika zmiany sposobu produkcji.
 
W ten sposób lewica marksistowska wchodzi w bezpośredni konflikt z prawicą na terenie, który ma zasadnicze znaczenie w realnym, materialnym świecie. Ale jednocześnie lewica marksistowska wchodzi w konflikt z lewicą „liberalno-demokratyczną”, która na tej płaszczyźnie nie ma konfliktu z prawicą. Dlatego konfliktem napędzającym ruch zmian jest lewica marksistowska, której nie sposób postawić pytania o zasadność podziału między lewicą a prawicą. Ten podział rysuje się aż nadto wyraźnie.
 
Dopóki trwało „państwo socjalne”, poglądy o zacieraniu różnic między lewicą a prawicą były popularne wśród lewicy, natomiast przychylnie przemilczane ze strony prawicy, której zależało na oderwaniu większości od lewicy marksistowskiej. Kiedy to się udało, nastąpił długo wstrzymywany z zaciśniętymi zębami atak prawicy na tzw. lewicę kulturową. Lewica (post)marksistowska uznała za swój obowiązek zaangażować się po stronie „lewicy kulturowej” jako ideowo bliższej, co niekoniecznie się broni.
 
Między „lewicą kulturową” (która „robi” za całość lewicy) a prawicą nie ma różnicy w kwestii, która jest zasadnicza dla lewicy marksistowskiej.
 
Dlatego – z punktu widzenia marksistów – różnica między lewicą a prawicą jak najbardziej istnieje i nie widać znaków na horyzoncie wróżących, że przestanie istnieć.
 
„Sądzę, że lewica, jak należy rozumieć to słowo, może istnieć jedynie w ścisłym, organicznym związku z masami. Bez tej więzi, nawet przy zachowaniu podstaw ideowych i programowych (jakkolwiek je definiować) lewica, socjalizm, czy komunizm stają się tworami sztucznymi, atrapą” - dodaje Stach, senior polskiego marksizmu rodem z SMP.
 
„Organiczny, ścisły związek z masami” to slogan, który nie bardzo wiadomo, co oznacza, jeśli nie pytać przede wszystkim o to, co ma się tym masom do zaproponowania. Oczywiście, można na to ripostować, że to masy powinny suflować liderom propozycje, a nie odwrotnie.
 
Z tego punktu widzenia, rzecz jasna, lewica „liberalno-demokratyczna” (socjaldemokratyczna) jest nastawiona na wysłuchanie postulatów „mas” dotyczących ich poziomu życia i na wzięcie na siebie zadania powalczenia o realizację tych oczekiwań w ramach gry parlamentarnej oraz możliwości konkretnej gospodarki. Zauważmy, że chodzi tu o gospodarkę, którą owa lewica oddała kapitałowi, oczekując jedynie maksymalizacji efektów, o których sprawiedliwy podział chce walczyć.
 
W tym zakresie zrodził się konflikt między Marksem a anarchistami, w którym anarchiści reprezentowali patriarchalny, prawicowy z natury, sposób podejścia, właściwy drobnemu rzemiosłu, gdzie miejsce czeladnika dokładnie odpowiadało miejscu, jakie dla klasy robotniczej przewiduje kapitał i „lewica kulturowa”. Stąd zbliżenie stanowisk między antymarksowskim (antykomunistycznym) anarchizmem a ową lewicą, które stanowi jakiś etap na drodze do skracania odległości między „lewicą” a prawicą. Stanowi również fundament Nowej Lewicy, która zdominowała lewą stronę sceny politycznej na przełomie lat 60-tych i 70-tych ub. stulecia, co przyczyniło się do „czystki” z resztek marksizmu, który przetrwał w zdegenerowanej postaci poststalinizmu.
 
Dla marksistów, po pierwsze, „masy” nie są pojęciem jednorodnym i są rozdzierane różnymi, nierzadko sprzecznymi interesami. Tym, co je w pewnym sensie godzi, jest roszczenie, aby klasa panująca zapewniła godny poziom życia. Jeżeli narasta kryzys, świadomość społeczna „mas” radykalizuje się, ale bez teorii i ruchu robotniczego nie przeradza się w świadomość klasową, która jest adekwatna do pozycji robotników, ale bynajmniej nie dla innych segmentów „mas”. Świadomość klasowa dotyczy świadomości swego miejsca w systemie produkcji i sposobu, w jaki dana klasa pozyskuje swój dochód.
 
W odniesieniu do klasy produkcyjnej, dochód ten jest ściśle związany z funkcjonującym, kapitalistycznym sposobem produkcji, przynoszącym wartość dodatkową, która po zamianie jej w zysk na rynku, stanowi podstawę dla dochodów pozostałych, pozaprodukcyjnych grup ludności.
 
Lewica niemarksistowska zaczyna się dopiero w tym miejscu – cała jej uwaga jest nastawiona na podział wartości dodatkowej. Konieczność jej przemiany w zysk czyni z tej „lewicy” zakładnika bądź sprzymierzeńca narodowej burżuazji, albowiem od skuteczności działania owej burżuazji zależy skuteczność przemiany wartości dodatkowej w zysk, czyli dochód do podziału. W tym też zakresie, „lewica” zbliża się do prawicy w praktyce nacjonalizmu, przecząc mu w hasłach. Maskuje to frazesami o patriotyzmie, co stanowiło repertuar wszelkich ruchów lewicowo-demokratycznych, wykorzystywany w rywalizacji politycznej z nurtem marksistowskim, wymagającej wsparcia lub choćby milczącego przyzwolenia prawicy.
 
Właśnie wyśmiewane „podstawy ideowe i programowe” stanowią o tym, że marksizm nie staje się „sztucznym tworem, atrapą”. Czyli… że nie zlewa się z prawicą.
 
Co z tego, że PiS (prawica) ma lepszy kontakt z „masami”, lepiej ich słucha? Co z tego wynika dla „mas”? Otóż, wynika sporo, jak widać po poparciu „mas” dla PiS.
 
Jakie są więc zadania lewicy?
 
Pytanie to jest zbyt ambitne dla autora, na którego tekście się opieramy. Autor ten bowiem wyraźnie przedstawia to, co rozumie pod pojęciem „masy”:
 
„Konieczny jest dialog, którego istoty nie jesteśmy zdolni zrozumieć. Nie wiem, jak to się przedstawia u Biedronia, natomiast SLD jest partią wodzowską, w której nikt nieprzestrzega już nie tylko dialogu, lecz nawet prymitywnego kontaktu aparatu z partią. Lepiej sprawa przedstawia się w RAZEM, którego jestem członkiem, jednak i tam świadomość potrzeby tej więzi jest niska, co widać choćby z tego, że oskarżając SLD nikt tam (podobnie jak i Biedroń) nie zgłasza zastrzeżeń do łamania praw członków praktykowanego w krytykowanej partii” - dodaje Stach - szeregowy członek partii RAZEM.
 
Tak więc, autor ma na myśli partyjne „masy członkowskie”. To jest definicja z tej samej serii, która pod pojęciem praw człowieka rozumie swoje własne prawa.
 
Oczywiście, żarty na bok, autor uważa „masy członkowskie” partii za ogniwo przekazujące przywódcom partii nastroje i poglądy mas. Autorowi jest co najmniej obojętne, jaka to partia. I w sumie – ma rację. Jeżeli prawica grzeszy tym, że do „lewicowego” programu społecznego dorzuca niedemokratyczny model ładu państwowego, to zwycięstwo lewicy powinno być bułką z masłem. A nie jest. Dlaczego? Bo wszystkie te partie lewicowe nie słuchają swoich „dołów”, które mają genialne sposoby na skuteczność w polityce. Od powszechnego głosowania „mas” na owe partie odstręcza je brak demokracji, wodzostwo, arogancja. Ale gdyby te partie z ich wodzami doszły do władzy, to autor ma pewność, że w państwie nastąpiłaby demokracja, której brak zarzuca się PiS-owi. Pomińmy elementarny brak logiki u autora. Gdyby otarł się choćby o logikę, nie walczyłby o zwycięstwo takich niedemokratycznych, wodzowskich i aroganckich organizacji. Bo nie byłyby lepsze od tego, co jest.
 
Autor wierzy święcie, że partie te będą realizowały obietnice wyborcze, w których licytują się z partią rządzącą. Problem polega jednak na tym, że obie strony gry wyborczej traktują gospodarkę jako „czarną skrzynkę”. Z tą różnicą, że PiS traktuje ją w ten sposób taktycznie – bo opozycja nie ma interesu, aby drążyć tę kwestię. „Lewica” ułatwia jej zadanie.
 
Problem, skąd wziąć pieniądze, podnosi liberalna prawica typu Leszka Balcerowicza, która reprezentuje faktycznie działający model ekonomiczny, z którym obejmującej władzę partii przyjdzie się zmierzyć. A te reguły gospodarcze wnet zweryfikują obietnice wyborcze.
 
„Lewica”, oczywiście, załatwia tę kwestię pomstowaniem na „neoliberalizm”. W jaki sposób jednak „lewica” chce zmienić model ekonomiczny? Musi być efektywny (przynosić ogromne zyski w warunkach kapitalistycznej konkurencji, aby było co dzielić) oraz „prospołeczny” (tj. dzielić w oparciu o kryteria oderwane od wkładu pracy – BDG).
 
Niezależnie od ewentualnych marzeń, zdrowy rozsądek podpowiada, że ten program to kwadratura koła. Najbliżej tego „ideału” są modele oparte na relacjach patriarchalnych (dzieli „gospodarz”) lub anarchistyczne (każdy robi coś swojego, a dzielimy wspólnie). Model „patriarchalny” jest akceptowany jako prawicowa odpowiedź na „neoliberalizm”, gdzie właściciela środków produkcji nie interesuje los jego pracowników poza murami zakładu pracy. Model patriarchalny jest „solidarystyczny”, co oznacza, że „gospodarz” poczuwa się do obowiązku zaspokajania potrzeb swoich podopiecznych.
 
W modelu anarchistycznym pozornie jest inaczej. Wszyscy pracujemy i wszyscy razem dzielimy, to co wypracowaliśmy. Tutaj dopiero pojawia się problem pracy produkcyjnej. W poprzednim modelu nie pojawiał się, ponieważ zasady podziału i tak były zależne od siły zewnętrznej, od „gospodarza”, który określał arbitralnie proporcje podziału. W modelu drugim, praca produkcyjna zaspokaja elementarne potrzeby wszystkich, więc wszyscy mają prawo decydować o podziale tego, co wypracowała grupa pracowników produkcyjnych. Dobro wspólnoty nie pozwala na ich egoistyczne dążenie do wymuszenia przewagi nad resztą społeczności. Mając w ręku dobra materialne, grupa ta sprawowałaby faktyczną władzę nad wspólnotą. To ona decydowałaby o wartości innych dóbr wyprodukowanych przez pozostałych członków. Albowiem dobra, które ona gromadzi w wyniku swej pracy, są niezbędne każdemu, zaś dobra innych są pożądane dopiero po zaspokojeniu owych potrzeb elementarnych.
 
Na tym zresztą polega – w marksizmie – mechanizm panowania klasowego. Władza polityczna, oderwana od gospodarczych fundamentów, jest iluzoryczna. Ten panuje, kto posiada środki produkcji materialnej, służące reprodukcji danego społeczeństwa. Choćby władza polityczna przybierała najbardziej kolorowe stroje, bez władzy ekonomicznej będzie przypominała nie króla, ale błazna.
 
W konsekwencji, postulat, aby społeczność jako całość dysponowała produkcją sfery materialnej pozostaje zasadą przedłużającą jej klasowy charakter. Dopóki praca produkcyjna nie stanie się przywilejem wszystkich członków społeczeństwa, dopóty postulat „wspólnego” zarządzania dobrami materialnymi pozostaje postulatem utrwalającym antagonizm klasowy. Tylko upowszechnienie pracy produkcyjnej rozwiązuje na gruncie marksizmu kwestię własności środków produkcji, rozwiązując sprzeczność między upaństwowieniem a uspołecznieniem. Nie ma uspołecznienia przy założeniu, że rzecz rozchodzi się wyłącznie o podział tego, co wytworzyła „czarna skrzynka”.
 
Dlatego marksiści nie traktują całości społeczeństwa jak jednej (mniej lub bardziej) reakcyjnej masy, ale różnicują je na grupy o zbliżonych, odległych i sprzecznych interesach z interesem klasy bezpośrednich wytwórców. Program lewicy marksistowskiej ma trafić do klasy społecznej, która zajmuje określone miejsce w systemie produkcji. Do innych grup nie trafi, ponieważ ten program idzie na przekór ich interesowi społecznemu. Ale może być podstawą dla budowania sojuszów.
 
Nie ma jednak nic wspólnego z przekonaniem jednego z drugim chłopka-roztropka, że cechy osobowościowe mogą zastąpić klasowy program polityczny. Większość lewicowych intelektualistów jest głęboko przekonana, że model docelowy jest wszystkim widomy – od lewa do prawa, ponieważ jest to jeden i ten sam program, realizowany mniej lub bardziej konsekwentnie – co nie zależy od dobrej woli, tylko od gospodarki.
 
Jedyna siła polityczna – neoliberalna – opiera się temu powszechnemu optymizmowi wykazując brak po temu podstaw ekonomicznych. Kapitalistyczne „państwo socjalne”, które jest podstawą dla tego optymizmu, opierało się na przewadze technologicznej i politycznej gospodarki Centrum. Po wyprowadzeniu przemysłu poza swoje granice, przechwytywanie wartości dodatkowej odbywało się dzięki wykorzystaniu owych przewag. Ten proceder wymagał rozwijania narzędzi finansowych, które stwarzały pozór ekwiwalentnej wymiany między surowcami, siłą roboczą i dobrami finalnymi a „paciorkami”, jakie tubylcy otrzymywali w zamian. Kapitał, który inwestowano w rozwijanie gospodarek opartych na eksploatacji ww. zasobów krajów Peryferii, wracał do miejsca pochodzenia wraz z procentem oraz konkretnymi dobrami. Instrumenty finansowe, które miały pomagać w rozwijaniu własnej gospodarki, rozwiewały się między palcami przy kolejnych pękniętych bańkach finansowych czy przy konieczności spłaty zadłużenia, które wciąż rosło.
 
Rozbawiona lewica nie chce dostrzegać kłopotów związanych z kryzysem dotychczasowych rozwiązań finansowych, które służyły przejmowaniu czystego zysku nad kosztami działań ekonomicznych.
 
Aktualny kryzys ukazuje nam w przebłysku prawdziwy obraz katastrofy: rozdmuchane patriarchalne „państwo opiekuńcze” było tylko odbiciem rozdmuchanych baniek finansowych. Kryzys spowodował, że ta bańka pękła i budowana z mozołem „klasa średnia” okazała się zbędnym balastem na wzór zdewaluowanych papierów wartościowych. Nadzieja, że po ustaniu epidemii gospodarka w sektorze nieprodukcyjnym wróci do przedkryzysowej normy jest płonna. Tak jak płonne jest przekonanie, ze jeśli będziemy trącać kijem pękniętą bańkę, to ona się sklei. Wszystko zależy od kondycji gospodarki realnej, na bazie której będzie można dopiero odbudować sektor usług. Albowiem realne pieniądze zasilające ten sektor pochodzić mogą wyłącznie ze sfery produkcji.
 
Oczywiście, przy okazji jest to paradoksalnie kryzys nadprodukcji. Jednak zakłócenie powstało w tym obszarze, którego konsumpcja napędzała zyski, czyli realizację wartości dodatkowej wytwarzanej w Peryferii. Wyjściem z sytuacji byłoby napędzenie konsumpcji w owej Peryferii. Na pobudzaniu tej właśnie konsumpcji Chiny po cichu skutecznie przeciwstawiły się hegemonii Zachodu i zbudowały swoją alternatywę. Póki co – na nieco glinianych nogach.
 
Ale to oznaczałoby zamianę miejsc – Centrum stałoby się Peryferią.
 
Kapitałowi to obojętne. Dlatego nie ma się co spodziewać wzmożonych wysiłków na rzecz przezwyciężenia kryzysu na Zachodzie. Zarzucanie drukowanym pieniądzem społeczeństw jest mydleniem oczu. Za dwa-trzy miesiące nie nastąpi zwrot akcji w kierunku powrotu do przedkryzysowej „normalności”.
 
Stanie przed nami konieczność wypracowania rzeczywistej alternatywy ustrojowej, a nie modły o dobrego „gospodarza”, który podzieli sprawiedliwie to, czego nie wypracowaliśmy. Z tej perspektywy rysuje się jasno, że lewica marksistowska musi zdecydowanie stać na swoich pozycjach, które stały się bardziej aktualne niż kiedykolwiek. I bardziej praktyczne niż kiedykolwiek. Nie może ustąpić nawet na krok ze swoich ciężko wypracowanych pozycji, ponieważ stawka, o którą idzie gra, jest zbyt wysoka. Nie powinien ich przekreślać dominujący infantylizm „nowoczesnej lewicy”.
 
„Obecnie, wśród pracowników wielkoprzemysłowych przeważają ci, których poziom życia odpowiada dawnej tzw. arystokracji robotniczą, a proletariat, o którym mowa w Manifeście Komunistycznym mamy jedynie w fabrykach tekstylnych i włókienniczych oraz na plantacjach Bangladeszu, Indii, Chin itp.” - ciągnie swój wywód Stach.
 
Ten cytat ukazuje ideologiczne podłoże świadomości drobnomieszczańskiej oraz wskazuje, jaki byłby stosunek owego drobnomieszczaństwa do pracowników bezpośrednio produkcyjnych, gdyby zaistniał antykomunistyczny model anarchistyczny, czyli czyste wcielenie demokracji. Już poziom życia kapitalistów budzi w drobnomieszczaństwie mniejsze negatywne emocje. Wszak kapitalista organizuje proces produkcji, który przynosi zysk i który miałby stanowić podstawę późniejszej wtórnej redystrybucji dochodu i dochodów. Trudno gryźć rękę, która łaskawie karmi. Natomiast „robol” jest tylko narzędziem, środkiem produkcji w ręku kapitalisty oraz w organizacyjnej wizji menedżera. Dlaczego więc miałby zarabiać adekwatnie do swej wartości dla tegoż kapitalisty?
 
Tyle, że w gospodarce kapitalistycznej decyduje kapitalista. Robotnik jest mu potrzebny do robienia zysku, zaś pracownik sektora nieprodukcyjnego jest dla niego bez wartości. Dawniej tak nie było, ponieważ kapitalista dysponował tanią siłą roboczą Peryferii, dziś – w ramach reindustrializacji – musi rywalizować o siłę roboczą. Ale nie ma co się martwić, lewico, długo ten „raj dla robola” nie potrwa. Sproletaryzowane drobnomieszczaństwo już wnet zasili szeregi rezerwowej armii pracy i doszlusuje do „arystokracji robotniczej”.
 
W sumie, sytuacja się wyrówna – siła robocza w Centrum i na Peryferiach stanie się jednakową rezerwową armią pracy dla kapitału. W tym sensie świat po koronawirusie nie będzie już taki sam.
 
W świetle tego, co powyższe, uwagi pod adresem SMP:
 
„Nasi członkowie czekają, aż lewica stanie się godną tego, by marksiści zaszczycili ją swoją obecnością bez obawy skalania się brakiem ortodoksji” paradoksalnie są słuszne. Obecny kurs SMP, forsowany przez Genseka, odwołuje się do ortodoksji stalinowskiej (vide: marksizmopedia), która jest ze względów sentymentalnych może i bliska weteranom marksizmu akademickiego czasów PRL, ale bynajmniej nie stanowi ich obecnego credo. Poststalinizm również ewoluował.
 
„SMP nie równa do „nowoczesnej lewicy” mimo wysiłków cytowanego tu autora i obstrukcji swych nowolewicowych i konserwatywno-populistycznych członków, dla których rozróżnienie lewica - prawica również nie ma sensu. Jednakże „spójność ideową” SMP utrzymuje wyłącznie na terenie poststalinizmu, w którym łączą się z autorem cytatów. Z takiej mieszanki nie zrodzi się żadna alternatywa programowa. SMP pełni zresztą rolę muzeum poststalinizmu i mauzoleum jego ostatniego proroka – Jarosława Ładosza, który zdawał sobie w pełni sprawę z wartości akademickiego marksizmu PRL.”
 
Wszystkim członkom SMP zależy na utrzymaniu tego skansenu, który nie pozwala na zaistnienie faktycznej marksistowskiej alternatywy, która mogłaby stanowić konkurencję dla „nowolewicowego dyskursu” oraz dla konserwatywno-lewicowego populizmu.
 
Oddajmy jeszcze raz głos naszemu inspirującemu autorowi:
 
„Zapominamy o tym, że - jak to już stwierdził Marks - marksizm nie jest filozofią, lecz metodą działania zmieniającego świat. Język podporządkowany rygorom ścisłości naukowej jestniezbędny, jednak jego użycie ma sens tylko, gdy z jednej strony rezultaty jego użycia służą praktyce, z drugiej zaś, jeżeli zagadnienia, które usiłuje on opisać narzucane są przez pospolitą rzeczywistość.”
 
Poza tym, że marksizm jak najbardziej jest filozofią i ekonomią polityczną, a poniekąd nawet socjologią, to warto zauważyć, że jedynie to ugruntowanie w filozofii, ekonomii i socjologii daje możliwość sensownego działania, a nie wyłącznie skutecznego. Możemy mieć do czynienia ze skutecznym debilem, tylko po co to nazywać marksizmem? Autor rozważań, do których się odnieśliśmy, najwyraźniej przystąpił do SMP w poszukiwaniu koalicji dla stworzenia naukowej legitymizacji znanych już sobie i powszechnie metod demokratycznej i skutecznej procedury, niezbędnej do realizowania deklarowanych programów partyjnych. Jednocześnie zakłada, że nie jest ważna treść owych programów i ich sensowność. Nie kwestionuje ich, aby tylko partie mgliście zapowiadały, że po dojściu do władzy wszystkim zrobią dobrze.
 
Wszak:
 
„Sądzę więc, że deklaratywnie wszyscy, poza ortodoksami typu Korwina Mikkego będą sympatyzować z powszechnym dochodem, natomiast co do praktyki, to różnica nie będzie zależała od nazw ugrupowań.”
 
Nie ma więc problemu treści merytorycznej, tylko problem skuteczności realizacji deklarowanych celów.
 
Nie zauważa, że to właśnie stanowi sedno nienaukowości jego podejścia. Marksizmu nie sposób bowiem oderwać od krytycznej analizy programów politycznych, a nawet, o horribile dictu!, krytycznej analizy świadomości społecznej. W tym jednak błędzie autor cytatu nie jest odosobniony. Podziela go z całą niemal lewicową rodzinką, która jest przekonana, że posiadła kamień filozoficzny, tylko trzeba zbudować sojusz ludzi dobrej woli, aby go zastosować. Bezpośredni sposób komunikowania tego celu powoduje, że szacowne grono naukowe SMP nieco się wstydzi naszego autora, albowiem samo woli nieco przykryć nagość tego przekonania stosownymi, kwiecistymi frazesami naukowymi. Ale sens jest w ostatecznym rozrachunku taki sam: wiemy, co trzeba, tylko jak zmusić innych, żeby poszli za nami, a nie za innymi idącymi w tym samym kierunku.

See video

 
Póki co więc, SMP pełni bardzo praktyczną rolę niedopuszczania do zgodnego z krytycznym duchem marksizmu analizowania rzeczywistości. Na straży tego zadania stoją przedstawiciele różnych środowisk lewicowych i okołolewicowych. Selektywna interpretacja statutu SMP jako organizacji nastawionej na realizację celów naukowych (ale opierająca dominację hybrydy poststalinowsko-nowolewicowej na tym, że naukowość w marksizmie oznacza „partyjność”) powoduje, że marksizm w jakiejkolwiek postaci poza „nowolewicową” nie ma szansy na okopanie się tutaj i na podjęcie konkurencji z wykładnią „marksizmu kulturowego”. Czyli poststalinizm pełni tu rolę odstraszającą. 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 maja 2020 r.
 

Społeczność

1917 rev