Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 15 gości.

Feliks Kon: Bezrobocie

Feliks Kon

 
 
 

 
 
 
Są ludzie, którzy w fabrycznych kominach widzą poezję; dla nich są one źródłem natchnienia i optymistycznych rojeń, w nich znajdują jedyną podwalinę dobrobytu i potęgi narodów. Rzeczywiście fabryki są potęgą, bo w nich przejawia się siła ducha ludzkiego, jego myśli i pracy; bo człowiek, który je stworzył, za ich pomocą potrafił opanować siły istniejące w naturze i użyć je do genialnych celów swoich.. Lecz poezji, poezji takiej, która by była źródłem błogich natchnień, niewiele tam znajdzie. Jednostronny utylitaryzm, spekulacyjny system i głównie niesprawiedliwy stosunek pracy do kapitału demoralizujący przedstawia widok - poezję przyodziewa w łachmany, spekulantom zyski zapewnia, a robotnika w ostatecznej pogrąża nędzy. W murach fabrycznych odgrywają się ponuro dramaty: u dołu nędza walczy z rozpaczą, energia z bezsilnością, nienawiść z bojaźnią; u góry - rozkosz ze zbytkiem w szalonym tańcu urąga niedoli i nędzy. 
 
 
 

Pan Robert X., właściciel wielkiej fabryki żelaza w Y. dosypiał jeszcze w sypialni swej nałożnicy, gdy silne pukanie do drzwi przerywa mu najsmaczniejszy sen. Otworzył oczy, pukanie powtórzyło się jeszcze gwałtowniej. Co to ma znaczyć, kto śmie go alarmować i dlaczego? W każdym razie było to zuchwalstwem bezprzykładnym i słusznie musiało wywołać oburzenie p. Roberta.
 
 

- Kto tam - krzyknął gniewnie, aż zbudzona metresa usiadła na łóżku z przestrachem.
 
 

- Ojcze wstań, obecność twoja jest koniecznie potrzebna; wyjrzyj przez okno, a dowiesz się o
wszystkim.
 
 

Zaniepokojony ton, jakim młody X. przemawiał, wywarł swój skutek..
 
 

Pan Robert sądząc, że fabryka w płomieniach, wyskoczył z łóżka, wdział pantofle i szlafrok, podskoczył do okna i uchylił storę. W fabryce działo się coś niezwykłego. Płomieni nie widać nigdzie, lecz warsztaty, zwykle czynne i głośne, teraz stały ciche i puste. W inne dni o tej porze robotnicy od godziny już uwijali się przy robocie; dziś - nie słychać ani łoskotu młotów, ani sapanie maszyny parowej, wszystkie głosy umilkły; transmisje i koła zamarły od wczoraj, lokomobila zastygła, wysoki komin ceglany nie wyrzucał dymu ze swej paszczy, sterczał bezczynny jak uschła topola. Fabryka wyglądała jakby umarła, bo nie było w niej duszy - robotnika. Wszyscy wylegli dziś na obszerny podwórzec fabryczny. Wśród nich dostrzec można było dziwne poruszenie. To rozpadali się na oddzielne grupy, to znów zlewali w jedną masę i wówczas złowrogi okrzyk podnosił się i uderzał o szyby budynku, w którym mieszkał fabrykant. Pan Robert nie mógł sobie z początku wytłumaczyć, co znaczy to zebranie: nie mógł znaleźć tytułu dla owacji, za jaką wziął to, co widział. Dopiero okrzyk, od którego zadźwięczały szyby, pouczył go, że to nie poddańcza owacja, ale - bezrobocie. Zły humor zmienił się w oburzenie. Pan X. wściekły był z gniewu, że jego ludzie śmią buntować się przeciw niemu i jego woli. Odskoczył od okna i krzyczał biegnąc do swoich pokojów.
 
 

- Łajdaki, nędzarze, będziecie się buntować, chcecie mi urządzać bezrobocia? Nauczę ja was posłuszeństwa! Hej, Filip, suknie! Zebrał się szybko, obdarzył przy tym Filipa kilkoma kułakami i klnąc wypalił na korytarz. Tu spotkał się z synem.
 
 

- Ojcze - zawołał ten ostatni - widziałeś? Robotnicy urządzili zmowę, rzucili roboty, żądają podwyżki płacy. Z twarzy i miny ich widać, że mścić się będzie ta zuchwała hołota, podżegana przez kilku śmiałków.
 
 

- Głupiś! - krzyknął ojciec - i cóż mi zrobią? Czyż się zlęknę bezrobocia? Jestem panem, wyślę depeszę, a tysiące ludzi mieć będę, którzy ręce lizać mi będą, abym ich tylko przyjął. Niech się zmierzy nędza z kapitałem, zobaczymy, kto lepiej wyjdzie. Z głodu pomrze ta żebracza czereda, a my zostaniemy i nadal panami.
 
 

- Jednak zanim dostaniemy nowych ludzi, poniesiemy znaczne straty…
 
 

- Choćbym miał połowę majątku stracić, nie ustąpię. Najmniejsza ulga im uczyniona przyniosłaby mi większą moralna stratę, niż tysiące, które jutro na nich odbić potrafię. Zresztą, jakiż przykład dla innych? Stanowisko nasze nakłada na nas obowiązki klasowe i tych bronić musimy. Jesteś młody, Henryku, zostaw mnie tę sprawę, a ja już się potrafię załatwić z tą hołotą. To mówiąc, wypadł na dziedziniec. Robotnicy ujrzawszy swego pana, umilkli, silnie zwarli się w jedna masę i wyczekiwali pierwszego jego słowa. Fabrykant nie mógł ukryć swego gniewu, od razu odezwał się surowym głosem:
 
 

- Dlaczego nie idziecie do roboty? Co znaczy to zebranie? Rozejdźcie mi się natychmiast, każdy niech się bierze do swojej roboty, inaczej…
 
 

Szmer niezadowolenia zagłuszył jego słowa.
 
 

- Rozejdźcie się, mówię, rozkazuję wam i biada każdemu, co się mej woli sprzeciwi!
 
 

- Wysłuchajcie nas, panie - odezwał się jeden z robotników, stary Walenty, pierwszy pracował w fabryce. Nie jesteśmy bydłem, abyś nas, pan, rozpędzał. My dla was pracujemy, a wy nam, panie, płacicie za naszą robotę. Toż i nam wolno powiedzieć słowo po ludzku, bo chcemy tylko sprawiedliwości, a nie waszej krzywdy. Popatrzcie, panie, ilu nas tu jest, wszyscyśmy twoi ludzie; nasze ręce wzbogaciły was, nasza praca pozwala wam żyć wesoło w dostatkach i szczęściu. Dla was jest prawo, przyjemności, zbytki i rozkosze, a dla nas? Pracujemy cały dzień na to, aby mieć kawał czarnego chleba dla siebie, żon i dziatek. A tymczasem chleb coraz droższy, a siły i zapłata mniejsze. Obniżyliście nam zapłatę przed tygodniem i chcecie, panie, abyśmy wam pracowali. A gdzie wziąć sił i ochoty? Czy suchy chleb da nam siły, a nędza da nam ochotę do pracy? Nie, panie, nie po ludzku, niesprawiedliwie postąpiliście z nami, a my wiemy, że nas nikt nie wesprze i sami o swoje upomnieć się musimy. Warsztaty rzuciliśmy, i nie wrócimy do nich, póki nam nie podwyższycie płacy, choćbyśmy z żonami i dziećmi naszymi pomrzeć mieli.
 
 

- Nie wrócimy - powtórzyli chórem robotnicy.
 
 

- Źle wybraliście się z waszym zuchwalstwem - zawołał pan Robert. - Kto wam dał prawo sądzić moje rozporządzenia?
 
 

- Nasza praca - wołali zgromadzeni.
 
 

- Nie mam zwyczaju odwoływać mych postanowień. Postępuję sprawiedliwie i płacy nie podwyższę. Jeszcze raz wzywam was, idźcie do swoich robót, bo uporem nie zyskacie nic u mnie. W przeciwnym razie głód i nędza zmusi was błagać u mnie przebaczenia.
 
 

- Nigdy - wołali robotnicy.
 
 

- Milczeć - krzyknął fabrykant.
 
 

Lecz w tej chwili tłum poruszył się gwałtownie, a pan X. uznał za stosowne schronić się do swego mieszkania.
 
 

Gdy drzwi z trzaskiem za nim się zamknęły, Walenty nie był w stanie powstrzymać rozdrażnionego tłumu. Pogróżki, okrzyki gniewu rozlegały się w powietrzu i kilka kamieni wpadło przez szyby z brzękiem do mieszkania fabrykanta. Pan Robert tłukł pięściami o stół i krzyczał jak wściekły; syn jego uspokajał zatrwożoną metresę, która w negliżu, okryta białą wełnianą chusteczką. Drżąca ukryła się w swej sypialni. Kiedy nareszcie za staraniem Walentego robotnicy uspokoili się nieco, pan X. wysłał posła z depeszą do najbliższego miasta. 
 
 
 
II. 
 
 
 
Nazajutrz po opisanym wypadku słońce zaświeciło jasno nad fabryką w Y. Pogodny poranek wiosenny przemawiał przez usta natury, przez budzące się życie w przyrodzie, do duszy człowieka. Szczęśliwi, dla których mowa ta jest zrozumiałą; którym mróz zawodów nie zważył kwiatów pogodnych uczuć wiosennych! Dla naszych biednych robotników w Y. niezrozumiałą była ta mowa natury. Znękanie fizyczne i moralne zabiło w nich władzę odczuwania piękna i harmonii, a dziś rozdrażnione umysły tym więcej zamknięte były dla pogodnych wrażeń. Brutalność fabrykanta rozjątrzyła ich jeszcze bardziej, a choć u niejednego dzieci wydzierały sobie ostatni kawałek chleba, postanowili nie ustąpić. Wylegli gromadnie na dziedziniec fabryczny, ponuro spoglądali na puste warsztaty, z zawiścią na mieszkalny budynek pana X., którego okna zamknęły się szczelnie okiennicami, jak serce fabrykanta dla wszelkiego ludzkiego uczucia względem swoich białych murzynów.
 
 

Kilku robotników słabszego charakteru chciało ustąpić, dało się słyszeć z perswazjami i namową do ustąpienia fabrykantowi. Walenty gorąco zagrzewał do wytrwałości. Tymczasem depesze i kuriery rozniosły szeroko wieść o bezrobociu w fabryce żelaza w Y. Władze skwapliwie pośpieszyły panu X. z pomocą; około południa lotnia piechoty stanęła pod fabryką. Pan Robert tylnymi drzwiami wpuścił oficerów do swego mieszkania, gdzie mimo zamieszania przygotowano dla nich stół z wódką, wicem i przekąską. Kapitan z fabrykantem uścisnęli się czule, zwłaszcza, że oko kapitańskie od razu spostrzegło ów wymowny stół z zastawą.
 
 

- Szanowny pan masz nieprzyjemności z tą hołotą? - rzekł kapitan - no, no, my was nie damy. Sprawa robotnicza to nasz wspólny wróg.
 
 

- Proszę cię, kapitanie, nie oszczędzaj tego bydła, ukarz ich przykładnie, aby i robotnikom innych zakładów odebrać ochotę do podobnych ekscesów.
 
 

- O te bądź spokojny, nie zawaham się w danym razie dać ognia w tę plugawą kupę; uspokoję ja ich, a na przywódców cytadela, Sybir, kajdany!
 
 

- O dziękuję ci, dziękuję kapitanie; dzielnie mówisz, poznaję w tobie kapitana wojsk naszego najjaśniejszego cesarza. Ale pozwólcie panowie, jesteście z drogi, przekąska nie zawadzi.
 
 

- Haraszo, a pamiętaj pan o moich ludziach.
 
 

- Dobrze, dobrze. Pozwólcie panowie bez ceremonii.
 
 

Przy śniadaniu kapitan, oficerowie i sołdaty dowiedli znakomicie swego męstwa, do szczętu zmietli wszystko, co było na placu. Po śniadaniu pan Robert w towarzystwie kapitana, oficerów i syna wyszedł na dziedziniec. Tysiące przeszło robotników skupionych w jedna masę zapełniło dziedziniec, za nimi zebrały się kobiety, siostry, żony i córki.
 
 

- Wot swołoczy, sukinsyny! - zawołał kapitan - marsz do domów swoich, bo inaczej widzicie, moi ludzie jak psów was rozpędzą.
 
 

- Nie ustąpimy - wołali chórem robotnicy.
 
 

- Won psiawary -wrzeszczał podochocony przy śniadaniu kapitan.
 
 

- Nie ustąpimy - wołali robotnicy, a ponad wszystkie dał się słyszeć głos Walentego:
 
 

Mamy ginąć z głodu przy robocie, zginiemy od bagnetów, a nie ustąpimy!
 
 

- Dalej kapitanie - poczęstójno tych zuchwalców ołowianką; za wczorajszy grad kamieni sypnij na nich kulkami, a no żywo!
 
 

Rebiata pochulajtie! - zakomenderował kapitan, a pan Robert z synem w tej chwili skryli się za drzwiami. Pijane żołdactwo tylko tego czekało. Na komendę rzuciło się z bagnetem na robotników. Grad kamieni posypał się na nich niespodziewanie. Kilku z walecznych wykonawców kapitańskiej woli skrwawiono.
 
 

- Hurra, a nuże!
 
 

Mieszały się głosy, okrzyki, szczęk broni, łoskot upadających kamieni; nareszcie silny grzmot rozległ się w powietrzu, dano ognia. Chmura dymu zasłoniła padających robotników. Krew spływała pod nogami, żołdactwo napierało dalej, strzelało, siekło, kłuło. Dziesiątki ofiar zostało na miejscu, z ich piersi wydobywał się jęk i przekleństwa. Powstał chaos najokropniejszych głosów i zamęt między robotnikami. Uczuli się słabszymi, trwoga ich zdjęła i w nieładzie cofali wstecz poza ogromny magazyn fabryczny; zwłaszcza, że Walenty został na placu, przeszyty kulą w pierś.
 
 

- Dość już, dość kapitanie - wołał pan X. z okna.
 
 

Zaprzestano mordów. Tymczasem stała się rzecz niespodziewana. Pośród robotników zjawił się jakiś człowiek w surdutowym ubraniu, z mina inteligentną i jakąś paczką w ręku. Nikt tego człowieka nie znał. Zjawił się niespodziewanie, nikt nie wie, skąd i kiedy; a zjawił się dość wcześnie, aby do uciekających robotników przemówić głośno:
 
 

- R o b o t n i c y ! Nie znacie mnie, alem ja Wasz brat. Posłuchajcie mnie. Nędza i ucisk to wspólna dola wszystkich robotników; walka przeciw ciemiężycielom to węzeł, który wszystkich nas łączy. Nie mogliście już dłużej znieść krzywd Wam wyrządzanych i zrobiliście zmowę. Dziś giniecie marnie za słuszną sprawę. Piękne to, ale b e z o w o c n e . cóż zyskacie na bezrobociu? Kilkudziesięciu rodzinom braknie ojców; część poległa od krwi; druga gnić będzie w cytadeli, reszta w pokorze poddać się musi warunkom fabrykanta, aby wraz z rodzinami nie wyginąć z głodu, cóż więc nam pozostaje? - Mamyż jak dotąd znosić jarzmo ucisku? Nie! Przyjdzie za niedługo już chwila naszego wyzwolenia, bo wszędzie po świecie mnożą się ludzie, którzy bronić będą praw ludu. Mnie tu przysłali wasi bracia z Warszawy, ja Wam pomoc przynoszę. Jest jeden sposób na naszych ciemiężycieli - trwoga. Stańmy się groźnymi, a poczną nas głaskać. A teraz odstąpcie daleko i zatrudnijcie sobą wojsko, ja tu panu fabrykantowi i carskim zuchom przygotuję niespodziankę. Może żywi nie wyjdą. Bądźcie zdrowi, a pamiętajcie, że wspierać Wam należy o r g a n i z a c j ę, która kieruje robotami około dobra pracującego ludu. To rzekłszy, nieznajomy wysadził okno magazynowe i wlazłszy na nie, wskoczył do wnętrza. Zdumieni robotnicy ocknęli się po chwili i usunęli się dalej poza magazyn dopiero wtedy, gdy im nieznajomy dał ponowny znak do odstąpienia.
 
 

- Teraz z kamieniami na wojsko - zawołał głos z magazynu.
 
 

Robotnicy porwani byli jego mową; inteligencja przybyłego zaimponowała im, mimowolni poddali mu się pod rozkazy. Za chwilę posypały się kamienie na sołdatów, a ci jeszcze z większą wściekłością rzucili się na magazyn, spoza którego leciały pociski.
 
 

Walka już miała się rozpocząć na nowo, gdy w oknie pierwszego piętra ukazał się ponownie ów nieznajomy i krzyknął raz jeszcze z całej mocy:
 
 

- N i e c h ż y j e s p r a w a r o b o t n i c z a !
 
 

Okropny huk przygłuszył jego słowa. Zdawało się, że sto dział naraz zagrzmiało. Ziemia wstrząsła się cała, a magazyn wraz z żołdactwem, które go obległo, wyleciał w powietrze. Za chwile huk przebrzmiał, piaskowy deszcz opadał na ziemię rozrzucona szeroko, rozpadła w nieregularne bryły, pokrytą wysoką warstwą gruzu. Gdzie przed chwilą stał magazyn, głęboka otchłań widniała. Po żyjących przeszedł dreszcz przestrachu; pan Robert przewrócił się z krzesłem, złamał rękę i zbił sobie złote okulary, metresa jego zemdlała, a przerażony syn oddechu zebrać nie mógł. Robotnicy spoglądali z bojaźnią na proch, w który cały ogromny ,magazyn się rozsypał, kiwali głowami, radzili, nareszcie wykrzyknęli głośno:
 
 

- N i e c h ż y j e o r g a n i z a c j a !
 
 

Okrzyk ten towarzyszył na drogę kapitanowi, który, co miał sił, uciekał z fabryki, zapominając o oficerach i resztce pozostałych sołdatów. Po tygodniu dopiero pan Robert powrócił do swej fabryki - ale tym razem po to, aby robotnikom podwyższyć płacę i fabrykę w ruch puścić. Nikogo nie pociągano nawet do odpowiedzialności - sprawcę terroru widziano w chwili, gdy jak Chrystus na Golgocie ukazał się tym, za których życie oddał. On leży tam między gruzami. Prochy jego rozniesie wiatr szeroko, lecz pamięć jego czynu pozostanie.
 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Obama rev