Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 17 gości.

Kazimierz Golde: Obraz apokalipsy

dollars.jpg

Poniższy tekst, mimo że pochodzi sprzed 40 lat i porusza bieżące w owym czasie problemy ekonomiczne, w zasadniczej swojej wymowie nie stracił na aktualności. Opisuje on procesy koncentracji i akumulacji kapitału, w ramach imperialistycznego kapitalizmu monopolistycznego, które dzisiaj jeszcze bardziej przybrały na sile
 

Redakcja WR
-------------------------------------------------------------------------------------------------
12 listopada 1964 roku w wielkiej sali „Mu­tualité" w Paryżu odbyło się niecodzienne widowisko. Oto dwu tysiącom akcjonariuszy francuskiego towarzystwa Machines Buli za­komunikowano o dokonaniu transakcji, w której wyniku na czele tego towarzystwa staje niejaki pan H. B. Fancher rodem ze stanu Arizona.
 
 

Pan Fancher to nie byle kto w świecie wielkiego byznesu amerykańskiego.
 
 

 
W czwar­tym co do wielkości obrotów koncernie świa­ta kapitalistycznego General Electric był on — do czasu objęcia nowego stanowiska — dyrektorem departamentu zajmującego się powierzoną przez rząd Stanów Zjednoczo­nych realizacją budowy rakiety księżycowej Apollo. Słowem, Machines Buli przeszło w istocie na własność gigantycznego koncernu amerykańskiego, produkującego 200 tysięcy różnych artykułów w blisko 200 wielkich za­kładach przemysłowych, o łącznych obrotach sięgających czwartej części budżetu państwo­wego Francji.
 
 

 
 
Zanim zajmiemy się sytuacją Machines Bull w nowym układzie finansowo-przemy- słowym, warto poświęcić kilka słów dziejom tego zakładu. W 1931 roku inżynier norweski Buli skonstruował prototyp nowej maszyny liczącej. Zainteresował on swym wynalaz­kiem szwajcarskiego przemysłowca i wspól­nie powołali oni do życia zakłady pod nazwą H. W. Egli-Bull, które wyprodukowały i wy­puściły na rynek pierwsze maszyny „Buli". Kapitał, jakim dysponowała spółka, był jed­nak niewielki, toteż od początku nękały wła­ścicieli poważne trudności finansowe.
 
 

Z czasem firmę postanowiono sprzedać. Do konkurencji stanęli przedstawiciele ame­rykańskiej firmy Remington Rand i przemy­słowiec francuski, Vieillard. Temu ostatnie­mu udało się pokonać przeciwnika i wejść w posiadanie szwajcarskiej fabryki. Z kolei zainteresował on swoimi zakładami niejakie­go Josepha Calliesa, sprzymierzonego z moż­nym rodem francuskim Michelinów.
 
 

Zakłady nowego towarzystwa zaczęły się rozwijać coraz szybciej. W 1935 roku ruszyła produkcja tabulatora drukującego 150 wier­szy na minutę. Była to na owe czasy praw­dziwa rewelacja. W siedemnaście lat później, w 1952 roku, Machines Buli wypuszczają pierwszą w świecie elektronową maszynę li­czącą. W 1960 roku notuje się nowy rekord światowy. Jest nim maszyna „Gamma 60", zdolna rozwiązywać jednocześnie szereg nie­zwykle skomplikowanych problemów matematycznych. Kolejno przychodzą nowe osią­gnięcia, oparte wyłącznie na francuskich kon­cepcjach i francuskich rozwiązaniach tech­nicznych: serie „Gamma 140" i „Gamma 145".
 
 

Ale już w rok później zaczyna się proces szybkiego upadku. Dochody spadają w tempie wręcz karkołomnym. Rok 1963 zostaje za­mknięty deficytem w wysokości blisko 43 mln franków. Trudno się zorientować, co było przyczyną tej katastrofy właśnie w okresie bujnego rozwoju i coraz powszechniejszego zastosowania elektronowych maszyn mate­matycznych, zwłaszcza że Machines Bull po­siadały jedną z czołowych pozycji w świecie pod względem rozwiązań technologicznych. Niektórzy dowodzili, że przyczyną upadku było przeinwestowanie się towarzystwa w związku z nowymi seriami „Gamma", przy bardzo uciążliwych warunkach kredytu; inni znów krytykowali kierownictwo zakładów za stworzenie tzw. Loca Bull — przedsiębior­stwa, które zajmowało się wypożyczaniem maszyn elektronowych różnym klientom, co z natury rzeczy ograniczyło sprzedaż. Liczni zaś ekonomiści i publicyści wskazywali po prostu na amerykański koncern Internatio­nal Business Machines jako na sprawcę klęs­ki Machines Bull. Mianowicie koncern ten, nazywany w skrócie IBM, otworzył we Fran­cji swój oddział i niszczył francuską firmę bardzo konkurencyjnymi cenami.
 
 

 
Faktem jest, że pod koniec 1963 roku dy­rekcja Machines Bull zaczęła szukać ratunku w Stanach Zjednoczonych. „Zbawca" szybko się znalazł. Był nim General Electric. Dyrek­cja tego koncernu wyraziła gotowość przystą­pienia z dwudziestoprocentowym udziałem do francuskiego towarzystwa.
 
 

 

O sprawie Machines Bull zaczęli mówić niemal wszyscy Francuzi: trzeba ratować fir­mę, która była dumą Francji. Nie znaleziono jednak potrzebnych na ten cel środków. Można więc było jedynie przekazać akcjo­nariuszom wiadomość o warunkach dokona­nej transakcji. Ta smutna formalność odbyła się właśnie we wspomnianej sali paryskiej „Mutualité".
 
 

 
 
 
 
1.     nowa dyrekcja nie przeprowadzi bru­talnych czy znaczniejszych redukcji persone­lu Machines Bull; 
2.     francuskie pracownie badawcze zakła­dów pod nową nazwą Buli General Electric nie zostaną przeniesione poza granice Fran­cji i będą swobodnie kontynuować badania oraz wszelkie prace z zakresu konstrukcji maszyn matematycznych.
Oba te zobowiązania nowa dyrekcja naru­szyła bardzo szybko. W styczniu 1967 roku dyrekcja naczelna koncernu, z siedzibą w mieście Phoenix w stanie Arizona, postano­wiła zwolnić z pracy 200 pracowników swej francuskiej filii oraz ograniczyć liczbę godzin pracy w tygodniu. Był to tylko wstęp do dalszych redukcji zatrudnienia oraz znacze­nia francuskiej filii. Amerykanie bowiem wstrzymali ponadto w zakładach francuskich produkcję elektronowych maszyn liczących „Gamma 140" i „Gamma 145", ograniczając produkcję do starszej serii maszyn „Gamma 55" i „Gamma 10", oraz rozszerzyli produk­cję innych typów maszyn opartych na licen­cjach amerykańskich. 
Stosunki między centralą w Stanach Zjed­noczonych i filią we Francji oparto na nader prostych zasadach. Odkrycia dokonane w pra­cowniach francuskich przez francuskich in­żynierów i naukowców przekazywane są bez­pośrednio teleksem do centrali amerykań­skiej, gdzie decyduje się o ich odpowiednim wykorzystaniu. Wyznaczone zatem filii fran­cuskiej zadania produkcyjne są tylko frag­mentem globalnej strategii przedsiębiorstwa, kîôrego baza znajduje się w Stanach Zjedno­czonych i które pilnie strzeże, by najcenniej­sze rozwiązania, w tym również opracowane przez francuskich naukowców i inżynierów, nie znalazły się „w niepowołanych rękach". 
Jak odbyła się ta nader bolesna dla Francji transakcja? Przeprowadzono ją z udziałem francuskiego Banque de Paris et Pays Bas. 
 
 
 
Jak odbyła się ta nader bolesna dla Francji transakcja? Przeprowadzono ją z udziałem francuskiego Banque de Paris et Pays Bas. 
 
 
 
14 kwietnia 1964 roku w sali teatru „Champs Elysees" odbyło się zebranie. Na scenie za­siedli członkowie rady nadzorczej i zarządu. Fotele na widowni zajęli akcjonariusze. To­warzystwo Machines Buli przekształciło się w holding, skupiający akcje trzech towa­rzystw o różnych zadaniach:
 
 

 
Jedynie realizacja zamówień o charakterze tajnym, dla potrzeb francuskiej obrony na­rodowej , miała zostać skupiona w oddzielnym towarzystwie o kapitale wyłącznie francu­skim. 
Można by sądzić, że transakcja nie była zbyt szkodliwa dla Francji, skoro tylko w to­warzystwie zajmującym się sprzedażą Ame­rykanie uzyskali bezwzględną większość akcji. Istota operacji holdingowej polega jed­nak na tym, że wcale nie trzeba dysponować bezwzględną większością akcji, aby skupić w swych rękach pełnię władzy nad wszystki­mi zakładami. Należy pamiętać, że zawsze pewna część akcji znajduje się w rękach drobnych, nieraz anonimowych posiadaczy. W praktyce wystarcza więc mniej nawet niż 50% akcji — a banki i koncerny doskonale orientują się, ile trzeba ich mieć — aby kon­trolować podstawowe decyzje produkcyjne i wpływać na skład personalny rady nadzor­czej oraz zarządu. Właśnie na tego rodzaju kalkulacji oparli się władcy amerykańskiego koncernu, którzy zakupili pakiet akcji Machi­nes Buli. Na marginesie warto poinformować, że w połowie 1970 roku dokonano nowej transakcji, w wyniku której General Electric połączył się (w zakresie maszyn liczących) z innym towarzystwem amerykańskim — Honeywell. 
Tak więc pomoc finansowa i pośrednictwo banku francuskiego były wyraźnie przesy­cone trucizną. Kapitał amerykański zdobył nową, niezmiernie ważną pozycję. Pan Fan- cher przeniósł się czasowo do Paryża, aby zreorganizować i — jak się to nazywało — „unowocześnić" Machines Buli. Oznaczało to w istocie przystosowanie francuskiego towa­rzystwa do struktury General Electric, czyli przekształcenie go w filię. Po dokonaniu tego zbożnego dzieła pan Fancher wrócił do Ari­zony. 
 
 
 
 
W sierpniu 1969 roku International Busi­ness Machines, najpotężniejszy producent komputerów w świecie zachodnim, podał do wiadomości, że w pierwszym kwartale 1971 roku ukażą się na rynku amerykańskim nowe wielkie komputery, nazwane „360-195". Mo­del ten ma udzielać wszelkich informacji z  szybkością prawie dwukrotnie większą od najszybszego dotychczas modelu „360-85", produkowanego przez to samo przedsiębior­stwo
 
 
Cena nowego komputera będzie wyno­sić 7—12 mln dolarów, a jego wynajem do 300 tys. dolarów miesięcznie. Jak poinformo­wano równocześnie, nowe komputery będą na razie sprzedawane jedynie w Stanach Zjednoczonych. Nieprędko zobaczy je Fran­cja, mimo że na ich powstanie złożyła się również praca francuskich inżynierów z daw­nego towarzystwa Machines Bull. Prawdopo­dobnie nastąpi to dopiero wtedy, gdy IBM wyprodukuje nowy model, jeszcze lepszy od tego z 1971 roku. Tak więc dzięki nader zmyślnej transakcji, możliwej jedynie wsku­tek słabości francuskiego przemysłu, General Electric:
 
 

-    wyeliminował konkurencję francuską w tej tak ważnej dziedzinie produkcji;
 
 

-     zdobył monopol dla własnych wyrobów we Francji, a częściowo i w Europie za­chodniej ;
 

-     dzięki pracy naukowców i inżynierów francuskich w Machines Buli, a następnie współpracy w paryskiej filii General Electric Buli, znacznie posunął naprzód badania oraz technologię własnych komputerów.
 
 

- Była to świetna transakcja, ale nie dla Francji.
 
 

Pracownie naukowe w USA, a być może, także i pracownia w paryskiej filii, zajmują się obecnie przygotowaniem tzw. kompute­rów kieszonkowych (system „3"), już zapo­wiadanych przez prasę amerykańską. Jak się jednak przypuszcza, najpierw pragnie się stworzyć pełną gamę wielkich komputerów, zanim ustąpią one miejsca tym małym, które mają dawać wszelkie informacje z tą samą szybkością co obecnie budowane giganty. W sumie najszybsze programowanie, mające obecnie decydujące znaczenie we wszystkich dziedzinach wytwórczości, koncentruje się w rękach koncernu amerykańskiego. Nie trze­ba nawet dowodzić, jakie ma to znaczenie w walce konkurencyjnej. Wielu ekonomistów podkreśla z goryczą, że nad życiem ekono­micznym Europy zachodniej coraz silniej zaciskają się kleszcze kapitału amerykańskie­go. Czołowe do niedawna zakłady francuskie, produkujące komputery na bardzo wysokim poziomie, zeszły do roli kopciuszka, zajmu­jącego się przestarzałymi już komputerami, przeznaczonymi na rynek europejski, a nau­kowców francuskich zyskano do współpracy nad najbardziej nowoczesnymi, ale nie prze­znaczonymi dla ich własnego kraju, maszy­nami elektronowymi.
 
 

We Francji rozgorzała namiętna dyskusja, która żywo przypominała nasze z lat trzy­dziestych. Wówczas poznaliśmy, z tą samą go­ryczą co dziś Francuzi, mechanizm kapita­listycznych stosunków międzynarodowych. Naszym przemysłem tekstylnym zawładnął wówczas kapitał francuski i włoski, a prze­mysł śląski stał się domeną kapitału nie­mieckiego. 
 
 
 
Francuskie dyskusje związane z utratą Ma­chines Bull szły w dwóch kierunkach. Komu­niści, a także częściowo socjaliści, domagali się nacjonalizacji zagrożonych gałęzi przemy­słu oraz prowadzących spekulacje na skalę międzynarodową banków. Natomiast politycy i ekonomiści burżuazyjni dowodzili, że jedyną alternatywą rozwiązania trudności jest two­rzenie wielkich koncernów zachodnioeuro­pejskich, zintegrowanych we Wspólnym Ryn­ku, albo dopuszczenie kapitału amerykań­skiego bez jakichkolwiek ograniczeń. Znany publicysta i naukowiec Raymond Aron dowodził np., że zdecydowana przewaga środ­ków finansowych i organizacyjnych znajdu­jących się w dyspozycji koncernów amery­kańskich z góry przesądza wynik konkurencji z jakimikolwiek firmami zachodnioeuropej­skimi. Idąc jeszcze dalej niż inni ekonomiści burżuazyjni, twierdził on, że przedsiębiorcom zachodnioeuropejskim pozostało albo udzie­lanie zgody na zakładanie w krajach Europy zachodniej oddziałów produkcyjnych kon­cernów amerykańskich, albo dopuszczenie ka­pitałów amerykańskich do przemysłu zachodnioeuropejskiego.
 
 

W istocie rzeczy Raymond Aron usprawie­dliwiał obie metody penetracji stosowane przez kapitał amerykański wobec przemysłu zachodnioeuropejskiego. Przykładem pierw­szej jest działanie dwóch amerykańskich kon­cernów samochodowych, które założyły swe oddziały produkcyjne w krajach Europy za­chodniej (Ford i General Motors), czy też wspomnianego wyżej International Business Machines. Przykładem drugiej metody jest wykupienie przez Chryslera 77% pakietu ak­cji francuskich zakładów Simca. Nie kijem go, to pałką.
 
 

Wiele francuskich publikacji wskazuje, że kapitał amerykański uznał Francję, będącą nie najsilniejszym przemysłowo ogniwem Eu­ropy zachodniej, za przyczółek na kontynen­cie europejskim, z którego najłatwiej było rozpocząć podbój życia gospodarczego Europy zachodniej. Firmy amerykańskie Goodyear, Firestone i Cabot odgrywają dominującą rolę w produkcji pochodnych ropy naftowej, jak np. kauczuk syntetyczny. Te same firmy (tym razem wspólnie z angielskim koncernem Dun- lop) jeszcze w 1958 roku wydarły francuskiej firmie Michelin przewagę w produkcji opon samochodowych w samej Francji, a z kolei za pośrednictwem Dunlop zdobyły włoską Pi- relli. Produkcja maszyn elektrycznych, prze­szło połowa potencjału elektronowego i tele­fonicznego, produkcja wind, wszelkiego ro­dzaju lamp, aparatów radiowych i telewizyj­nych oraz elektrycznego wyposażenia samo­chodów, wszystko to — jak informował je­szcze w 1965 roku tygodnik „Nouvel Observateur" — jest opanowane przez obcy kapi­tał, w przytłaczającej większości amerykań­ski.
 
 

Płaszczyzna, na której ścierają się mono­pole amerykańskie z monopolami i spółkami francuskimi (ale także i innych krajów Euro­py zachodniej), rozszerza się, ogarniając co­raz to nowe gałęzie gospodarki. Już w 1963 roku profesor ekonomii politycznej, Gilles Bertin, w pracy „Inwestycje firm zagranicz­nych we Francji", alarmował opinię, wskazu­jąc, że wielkie koncerny amerykańskie kon­trolowały we Francji: 40% dystrybucji ropy naftowej (Shell i Esso), 65% przemysłu foto­chemicznego, 65% produkcji sprzętu rolni­czego oraz telekomunikacyjnego, 45% pro­dukcji kauczuku syntetycznego (Goodyear, U. S. Rubber, Firestone, Goodrich) itd.
 
 

 
 

„Po pierwszej rewolucji (przemysłowej — K. G.) w XIX wieku, która zastąpiła siłę fizyczną maszynami, jesteśmy obecnie świadkami drugiej rewolucji prze­mysłowej, która umożliwia zastępowanie co­raz większej liczby prac wykonywanych przez umysł ludzki pracą nowych maszyn matema­tycznych" 1
 
 

 
Z kolei Servan-Schreiber analizuje problem środków, które kapitał amerykański angażu­je w celu finansowania inwestycji i rozsze­rzania swoich wpływów w tak żywotnych dla Francji gałęziach przemysłu. Nie ma z tym wielkich kłopotów, bowiem gros kapitałów Amerykanie znajdują na miejscu, w Euro­pie. W samym tylko 1965 roku Amerykanie
 
 

 
 
 
zainwestowali w Europie 4 mld dolarów. Ka­pitały na te cele pochodziły: 
 
 
 
-     z pożyczek zaciągniętych na europej­skim rynku pieniężnym i z kredytów otrzy­manych bezpośrednio w kraju eksploatacji (łącznie 55% tej sumy);
 
 

-  z subwencji budżetowych uzyskanych w krajach europejskich oraz z samofinanso­wania na miejscu (35% wymienionej sumy);
 
 
 
-  z funduszy przekazanych przez centrale w Stanach Zjednoczonych (jedynie 10% ca­łej sumy, a więc zaledwie 400 min dolarów).
 
 
 
W tym miejscu konieczne są pewne wyjaś­nienia. Otóż pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych kapitał ame­rykański dysponował już pewnym udziałem w różnych gałęziach przemysłu zachodnio­europejskiego, w tym także francuskiego. Do­chody z tego tytułu płynęły, rzecz jasna, do kas central w Stanach Zjednoczonych. Rząd francuski, zwłaszcza od połowy lat sześćdzie­siątych, z niepokojem stwierdzał, że pokaźne kwoty płynące z dochodów przedsiębiorstw o mieszanym kapitale francusko-amerykań- skim są przekazywane za Atlantyk w dola­rach bądź we frankach francuskich. Franki podlegały wymianie przez Bank Francji na dolary lub złoto w sztabach. Ten stan rzeczy zagrażał francuskiej walucie, dopiero co usta­bilizowanej po okresie inflacji.
 
Trzeba było w porę interweniować. Wydano przeto zarzą­dzenie, w myśl którego tylko część, i to stosunkowo niewielka, dochodów obcokrajowców z tytułu udziału w przedsiębiorstwach fran­cuskich mogła być wywożona z kraju.
 
 

W ten sposób dochody przedsiębiorstw i koncernów amerykańskich mających udziały we Francji zostały niejako zamrożone. Posta­nowiono więc wykorzystać te zamrożone kwoty na miejscu, inwestując i rozbudowu­jąc posiadane całkowicie lub częściowo za­kłady przemysłowe na terytorium Francji.
 
 

Tę formę inwestycji w oparciu o zamro­żone kapitały nazwano „samofinansowa­niem na miejscu". Jeśli natomiast sumy te nie wystarczały na wykonanie zaplanowa­nych inwestycji, nie było trudności w uzys­kaniu pożyczek we francuskich lub innych bankach zachodnioeuropejskich. Ponadto nie­którymi gałęziami przemysłu zainteresowa­ne były władze francuskie, a wówczas z łat­wością udawało się uzyskać subwencje na rozwój badań lub zwiększenie produkcji, albo nawet na pokrycie wydatków inwestycyj­nych ze skarbu Francji.
 

W nielicznych jedynie wypadkach, gdy chodziło o szczególnie ważne dla centrali w Stanach Zjednoczonych przedsiębiorstwa, sięgano do własnej, amerykańskiej kieszeni. Jak widzieliśmy z przytoczonych danych, nie były to zbyt częste przypadki i nie one de­cydowały o tempie wykupywania przemysłu francuskiego przez kapitał amerykański. To­też ma rację Servan-Schreiber, gdy pisze z goryczą, że „w pewnym stopniu sami im (to jest Amerykanom — K. G.) dajemy pie­niądze na to, by mogli nas kupić" .
 
 

Szczególnie drastycznie — stwierdza cyto­wany autor — przedstawia się sytuacja w przemyśle elektronicznym: 63% wszystkich transakcji amerykańskiego przemysłu elek­tronicznego stanowią zamówienia rządowe. Bezpośrednio po utracie przez Francję Ma­chines Buli prezydent de Gaulle polecił mi­nistrowi finansów opracowanie projektów, które umożliwiłyby przemysłowi francuskie­mu obronę przed ekspansją kapitału amery­kańskiego. Wprowadzono większą kontrolę i pewne ograniczenia, ale już na początku 1966 roku wycofano się z tej polityki z uwa­gi na ujemne — jak uważa autor — skutki ekonomiczne. Kapitał amerykański, miano­wicie, przerzucił się na inne, „wygodniejsze"' kraje Europy zachodniej.
 
 

„Kraj, który w obrębie Europejskiej Wspól­noty Gospodarczej — pisze Servan-Schrei- ber — stosuje ostrzejsze restrykcje wobec inwestycji amerykańskich, skazuje się naj­częściej na to, że stwarza korzystniejsze wa­runki innym ze szkodą dla siebie".
 
 
To zdanie wystarczająco uzmysławia wilcze pra­wa rządzące stosunkami między krajami EWG, czym zajmiemy się w dalszej części tej pracy.
 
 
 
  
Zdaniem Servan-Schreibera nie można sto­sować restrykcji wobec kapitału amerykań­skiego jeszcze z innych względów. „Gdybyś­my — pisze on — mieli się sami pozbawić dopływu mocy, zdolności organizacyjnych, innowacji i śmiałości, cechujących wielkie koncerny amerykańskie, opóźnienie Europy utrzymałoby się i pogłębiło". Wówczas bo­wiem gotowe wyroby amerykańskie zastąpi­łyby kapitały, co „pociągałoby za sobą ryzy­ko stoczenia się przez Francję do poziomu krajów słabo rozwiniętych".
 
 

Jak widzieliśmy, właśnie wpuszczenie ka­pitału amerykańskiego do Machines Buli powstrzymało rozwój francuskiego przemysłu elektronicznego. O tym jednak Servan-Schreiber nie pisze.
 
 

Konkluzja jest wręcz apokaliptyczna. „Je­żeli zgodzimy się na swobodny dostęp inwe­stycji amerykańskich w obecnych warun­kach — pisze autor „Wyzwania amerykań­skiego" — to skazujemy przemysł europej­ski, a w każdym razie jego najbardziej roz­winięte i najbardziej związane z przyszłością gałęzie na zniszczenie, a Europę (zachodnią — K. G.) sprowadzimy do roli satelity Stanów Zjednoczonych. Jeżeli natomiast podejmie­my najostrzejsze środki restrykcyjne, to nie ominie nas skutek przeciwny zamierzonemu, zarówno pod względem jakości wyrobów, jak i braku kapitałów, które Amerykanieskierują do innych krajów, poza naszymi gra­nicami. W następstwie wprowadzenia u nas autarkii skazalibyśmy się jeszcze szybciej na status kraju słabo rozwiniętego"5. A więc i tak źle, i tak niedobrze. Zanim omówimy proponowane przez publicystę francuskiego metody rozwiązania tej kwadratury koła, wypada stwierdzić, że również inne kraje Eu­ropy zachodniej skarżą się na inwazję kapi­tału amerykańskiego.
 
 

W korespondencji z Londynu, zamieszczo­nej 16 stycznia 1968 roku w amerykańskim dzienniku „International Herald Tribune", czytamy: „W 1856 roku pięciu wspólników Maine Firm of J. S. Ford and Co. z New Brunswick (w Kanadzie — K. G.) postanowi­ło otworzyć oddział w Edynburgu. Był to skromny początek tego, co później stało się ogólnie znane w Wielkiej Brytanii, jako... inwazja amerykańska, która narastała w cią­gu ostatnich lat coraz intensywniej". Firma ta została z czasem przejęta przez kapitał amerykański. W dniu 1 stycznia 1968 roku „International Herald Tribune" poinformo­wał, że amerykańskie towarzystwa dysponują pokaźnym pakietem akcji przedsiębiorstw brytyjskich, a mianowicie:
 
 

- mają swe akcje we wszystkich gałęziach przemysłu brytyjskiego, łącznie z przemy­słem samochodowym, maszyn matematycznych, elektronicznym, naftowym, farmace­utycznym, spożywczym i maszynowym;
 
 

-  zatrudniają co szesnastego robotnika brytyjskiego;
 
 

- produkują 10% wszystkich artykułów konsumpcyjnych, przeznaczonych na rynek wewnętrzny, i 17% brytyjskiego eksportu tych artykułów;
 
 

- posiadają 7% wszystkich akcji w Wiel­kiej Brytanii i ocenia się, że skumulowane inwestycje amerykańskie w Wielkiej Bryta­nii sięgają 6 mld dolarów.
 
 
 

„Amerykańska przedsiębiorczość — czyta­my w dalszym ciągu korespondencji z Lon­dynu — i technika wywierają poważny wpływ nie tylko na przemysł angielski, ale także na życie Wielkiej Brytanii. W kra­ju tym ponad 1600 firm i przedsiębiorstw znajduje się pod kontrolą koncernów ame­rykańskich". Głównymi przedstawicielami amerykańskiego przemysłu na terytorium Wielkiej Brytanii są: Esso, IBM, General Mo­tors, Ford, Chrysler, Goodyear i inne.
 
 

Jak widać, są to te same rekiny, w których Francuzi widzą groźbę dla niezależności swo­jej gospodarki.
 
 

Dość ponurą perspektywę rokuje gospo­darce brytyjskiej prof. John Dunning z ame­rykańskiego uniwersytetu w Reading. Twier­dzi on, że jeśli obecny stan rzeczy nie ulegnie poprawie, to do 1980 roku 20—25% całego przemysłu brytyjskiego znajdzie się w rękach amerykańskich. Zwraca on uwagę, że 75% kapitału amerykańskiego w Wielkiej Bryta­nii skoncentrowano w kilku najważniejszych gałęziach przemysłu: chemicznym, środków transportu i elektrycznym. Według prof. Dunninga przemysł samochodowy kontrolo­wany jest w 55% przez koncerny amery­kańskie. Pod koniec 1967 roku zakłady an­gielskie Rootes Motors zostały przejęte przez Chryslera w wyniku połączenia z firmą Vaux- hall, będącą już wcześniej filią General Mo­tors, oraz z brytyjskim Fordem.
 
 

Znając już szczegóły opanowania przez ka­pitał amerykański francuskiego przemysłu maszyn liczących, nie trzeba szczegółowo opi­sywać, w jaki sposób te rozmaite fuzje, odby­wające się rzekomo między angielskimi za­kładami przemysłu samochodowego, prowa­dziły do skupienia produkcji angielskich środków komunikacyjnych w rękach kapita­łu amerykańskiego.
 
 

 
 
 
Jeszcze bardziej drastyczne dane znajdu­jemy w artykule Rogera Eglina w angielskim piśmie „Observer" z 21 lipca 1968 roku. Py­tanie — stwierdza on — nie polega na tym, czy Wielka Brytania stanie się w końcu 51-ym stanem USA, lecz na tym, czy w istocie już się nim nie stała. Inwestycje amerykańskie w Wielkiej Brytanii osiągnęły już w 1956 ro­ku sumę 1,6 mld dolarów, i stanowią blisko jedną piątą inwestycji przemysłowych kapi­tału amerykańskiego poza granicami Stanów Zjednoczonych.
 
 

Penetracja kapitału amerykańskiego w Wielkiej Brytanii ma długą tradycję. Pierw­szą amerykańską inwestycją przemysłową w Wielkiej Brytanii — pisze Eglin — była prawdopodobnie North British Rubber Com­pany, założona w 1856 roku i pracująca po dzień dzisiejszy. Nasilenie inwestycji amery­kańskich w Wielkiej Brytanii przypada na lata dwudzieste bieżącego stulecia. Dalszą ekspansję zahamował kryzys lat trzydzies­tych.
 
 

Z nową siłą ruszyła inwazja kapitału ame­rykańskiego na Wielką Brytanię po drugiej wojnie światowej. Eglin stwierdza, że mię­dzy 1950 i 1966 rokiem inwestycje amery­kańskie wzrosły z 300 mln do 2020 mln do­larów.
 

Jak informuje dalej Eglin, samo tylko ame­rykańskie przedsiębiorstwo IBM opanowało 30% brytyjskiego rynku komputerów. A poza IBM — dodaje autor — są jeszcze dwa przed­siębiorstwa amerykańskie produkujące kom­putery, mianowicie Honeywell Burrougs i NOR, które również mają swe fabryki w Wielkiej Brytanii.
 

General Motors, Vauxhall, Chrysler Rootes i Ford partycypują w produkcji brytyjskie­go przemysłu samochodowego w 60%. Spo­śród dziesięciu towarzystw zaopatrujących brytyjską Krajową Służbę Zdrowia jedynie dwa są angielskie — sześć należy do kapitału amerykańskiego, a dwa są szwajcarskie.
 

Coraz mniej jest gałęzi gospodarki brytyj­skiej — kontynuuje Eglin — w których nie byłoby wpływów kapitału amerykańskiego. I tak np. firma Kodak w 70% opanowała ry­nek filmów kolorowych. Firma Hoover kon­troluje .57% rynku odkurzaczy i 38% pralek, Gillette opanowała 50% rynku ostrzy do ma­szynek, zwanych właśnie od niej żyletkami. Filia amerykańskiego koncernu Shoe Machi­nery w Anglii dostarcza w praktyce wszyst­kich maszyn potrzebnych do wyrobu obuwia w Wielkiej Brytanii.
 
 

Ba — dodaje z melancholią Eglin — ,,przy każdym posiłku spożywamy artykuły produ­kowane u nas przez Amerykanów". Chodzi mianowicie o poważne udziały amerykań­skich firm w produkcji takich produktów, jak koncentraty kawowe, zupy, biszkopty, konserwy owocowe i warzywne oraz arty­kuły odżywcze dla dzieci. W rękach kapitału amerykańskiego znalazły się takie stare fir­my angielskie, jak Frank Cooper, Oxford Marmalade, Smith Crips i Bird's Custar. Na­wet żywność dla psów i kotów produkują w Wielkiej Brytanii Amerykanie.
 

W dalszym ciągu Eglin wymienia giganty amerykańskie, znane nam już z pracy ame­rykańskiego prof. Dunninga, jak Goodyear, Firestone, Esso, oraz inne, jak Crown Cork, produkująca kapsle do butelek, czy Procter and Gamble, dostarczająca środków do pra­nia, mydeł oraz pasty do zębów.
 
 

Publicysta „Observera" podkreśla jako na­der znamienne, że nasilenie inwestycji ame­rykańskich na obszarach rozwijających się, tzn. w Szkocji i Irlandii Północnej, było znacznie wyższe od przeciętnej krajowej. W Szkocji inwestycje i wzrost zatrudnienia w firmach amerykańskich były szybsze niż w angielskich. W latach 1964—1966 inwesty­cje amerykańskie na tych terenach wzrosły o 53%, do 162 min funtów, podczas gdy in­westycje angielskie wzrosły tylko o 17%, do 119 min funtów.
 
 

Przewaga firm amerykańskich nad angiel­skimi — stwierdza w dalszym ciągu Eglin — zaznacza się również w eksporcie. Wartość inwestycji amerykańskich wynosi 6—7% bry­tyjskiego produktu narodowego brutto, ale ich udział w eksporcie wynosi aż 17—18%. W sumie amerykańskie przedsiębiorstwa dzia­łające na terytorium Anglii osiągają lepsze wyniki zarówno w stopie zysku, jak i w eks­porcie.
 
 

Jak więc wynika z analizy ekonomistów i publicystów brytyjskich, obraz życia gospo­darczego Wysp Brytyjskich z punktu widze­nia rachunku ekonomicznego oraz niezależ­ności narodowej wygląda nie mniej drama­tycznie niż sąsiada po drugiej stronie kanału La Manche. Zarówno w Wielkiej Brytanii, gdzie inwazja kapitału amerykańskiego za­częła się najwcześniej, jak i we Francji bilans stosunków gospodarczych ze Stanami Zjed­noczonymi i z kapitałem amerykańskim przedstawia się w ciemnych barwach.
 

Ale oto i głosy z Niemieckiej Republiki Federalnej, tego uprzywilejowanego partne­ra kapitału amerykańskiego. Znów powta­rzają się nazwy gigantów amerykańskich, które już tak dobrze znamy z publikacji francuskich czy angielskich.
 
 

Hamburski publicysta ekonomiczny Kurt Blauhorn skarży się, że 85—90% przemysłu elektronicznego i budowy maszyn liczących w Niemczech zachodnich jest podporządko­wane koncernom amerykańskim; że zachod- nioniemiecki przemysł samochodowy w 40% znajduje się w rękach amerykańskich (Gene­ral Motors ma większość akcji Opla); że ka­pitał amerykański kontroluje w 40% prze­mysł naftowy oraz że 65% produkowanych w Niemczech zachodnich ostrzy do golenia wytwarza przedsiębiorstwo Gillette Rot Bucher, będące w istocie filią koncernu, które­go centrala znajduje się w Stanach Zjedno­czonych.
 
 

Tempo opanowywania przemysłu zachod- nioniemieckiego przez kapitał amerykański ma charakter lawinowy — stwierdzał tygod­nik „Stern" w pierwszym numerze listopa­dowym z 1968 roku. O ile w roku 1957 pod kontrolą amerykańskiego kapitału znajdowa­ło się 350 wielkich firm zachodnioniemiec- kich, to do końca 1968 roku liczba ta wzrosła do ponad dwóch tysięcy. Najwięcej firm, któ­re zakupił kapitał amerykański w NRF, to przedsiębiorstwa elektroniczne, elektrotech­niczne, samochodowe i chemiczne.
 

„Stern" podkreśla, że w wielu przypadkach same banki zachodnioniemieckie pomagają usłużnie kapitałowi amerykańskiemu w fi­nansowaniu inwestycji amerykańskich na te­rytorium Niemiec zachodnich. Jak widać, powtarzają się skargi na rolę banków w wy­naradawianiu przemysłu, co z taką siłą pod­kreślali ekonomiści francuscy.
 

„Stern" widzi dwie przyczyny coraz więk­szej dominacji kapitału amerykańskiego w krajach Europy zachodniej: rozmach badań naukowych w Stanach Zjednoczonych oraz najbardziej nowoczesne metody organizacji rynku. Wysiłki krajów Europy zachodniej, zmierzające do przeciwstawienia się inwazji amerykańskiej, nie przyniosły zbytnich re­zultatów, czego przykład widzi „Stern" w iepowodzeniach zachodnioeuropejskich prób produkcji rakiet, samolotów ponaddźwięko- wych i elektronowych maszyn programują­cych.
 

Penetracja kapitału amerykańskiego w dro­dze wykupywania pakietów akcji oraz zakła­dania filii koncernów amerykańskich w Eu­ropie zachodniej odbywa się z dużą szybkoś­cią i łatwością, ponieważ konkurenci euro­pejscy są z reguły pod każdym względem słabsi od amerykańskich. Niebezpieczeństwo jest coraz większe, a potentaci przemysłu amerykańskiego nie ukrywają swych ekspan- sjonistycznych zamiarów. Zatrzymajmy się raz jeszcze nad dwoma kluczowymi pod względem dynamiki rozwoju gałęziami prze­mysłu: produkcji komputerów i pojazdów mechanicznych.
 

Jak podaje Zdzisław Rurarz w źródłowej pracy pt. „Ekspansja kapitału USA"2, J. G. Maisonrouge — rezydujący w Paryżu wiceprezes IBM World Trade Corporation, zajmujący się operacjami europejskimi — przepowiada komputerom zajęcie w ciągu najbliższych 10 lat trzeciego miejsca pod względem wartości sprzedaży po samocho­dach i nafcie. Dotychczasowy rozwój rynku komputerowego odbywa się w tempie 20— 22% rocznie. Rynek komputerów w świecie kapitalistycznym oceniano w 1966 roku na  mld dolarów. Do 1969 roku zainstalowano w świecie kapitalistycznym około 50 tys. komputerów o łącznej wartości 10 mld dola­rów, z czego 35 tys. w Stanach Zjednoczo­nych (75% wszystkich komputerów), w Eu­ropie zachodniej — 6 tys., w Japonii — 1,9 tys., a w Kanadzie około 900.
 
 

Prezes IBM T. J. Watson przewiduje, że w ciągu dalszych 10 lat Europa zachodnia stanie się niezwykle chłonnym rynkiem kom­puterów. Wobec takich perspektyw przedsta­wiciele koncernów amerykańskich już dziś przystąpili do ataku, którego celem jest umoc­nienie dotychczasowych pozycji, rozszerzenie, a nawet — jeśli to będzie możliwe — za­władnięcie rynkiem zachodnioeuropejskim. Poza IMB działają już koncerny General Electric w połączeniu z Honeywell, National Cash Register i inne. Jak wskazaliśmy po­przednio, General Electric ma swoje oddziały we Francji (Buli), a nadto we Włoszech (wy­dział komputerów Olivetti). Univac Div. of Sperry Rand buduje komputery w NRF i sprzedaje je w 32 krajach, Electronic Asso­ciated buduje komputery w Anglii.
 
 

Trzeba przy tym dodać, że nawet zachod­nioeuropejskie przedsiębiorstwa produkujące komputery w ten czy inny sposób są powią­zane z gigantami amerykańskimi. Tym samym wpadają w mniejszą lub większą zależność od kapitału amerykańskiego. Przewaga ame­rykańska w tej dziedzinie jest ogromna i nie­ 5 mld dolarów. Do 1969 roku zainstalowano w świecie kapitalistycznym około 50 tys. komputerów o łącznej wartości 10 mld dola­rów, z czego 35 tys. w Stanach Zjednoczo­nych (75% wszystkich komputerów), w Eu­ropie zachodniej — 6 tys., w Japonii — 1,9 tys., a w Kanadzie około 900.
 

Prezes IBM T. J. Watson przewiduje, że w ciągu dalszych 10 lat Europa zachodnia stanie się niezwykle chłonnym rynkiem kom­puterów. Wobec takich perspektyw przedsta­wiciele koncernów amerykańskich już dziś przystąpili do ataku, którego celem jest umoc­nienie dotychczasowych pozycji, rozszerzenie, a nawet — jeśli to będzie możliwe — za­władnięcie rynkiem zachodnioeuropejskim. Poza IMB działają już koncerny General Electric w połączeniu z Honeywell, National Cash Register i inne. Jak wskazaliśmy po­przednio, General Electric ma swoje oddziały we Francji (Buli), a nadto we Włoszech (wy­dział komputerów Olivetti). Univac Div. of Sperry Rand buduje komputery w NRF i sprzedaje je w 32 krajach, Electronic Asso­ciated buduje komputery w Anglii.
 
 

Trzeba przy tym dodać, że nawet zachod­nioeuropejskie przedsiębiorstwa produkujące komputery w ten czy inny sposób są powią­zane z gigantami amerykańskimi. Tym samym wpadają w mniejszą lub większą zależność od kapitału amerykańskiego. Przewaga ame­rykańska w tej dziedzinie jest ogromna i nie­ daleka przyszłość pokaże, czy rynek zachod­nioeuropejski zdoła utrzymać pewną nieza­leżność w produkcji maszyn liczących i pro­gramujących.
 
 

Równie ostra walka toczy się o rynki zbytu przemysłu samochodowego, aczkolwiek w tej dziedzinie koncerny amerykańskie mają większe trudności ze względu na dość silny przemysł zachodnioeuropejski, posiadający duże tradycje. Ale i tu, jak wiemy, Amery­kanie zdobywają przewagę nad swymi kon­kurentami.
 
 

Przed kilku laty na posiedzeniu National Foreign Trade Convention prezes zarządu General Motors, F. G. Donner, powiedział m. in.: „W latach dwudziestych wydarzyły się dwie rzeczy. Popyt zamorski (samocho­dów — K. G.) wzrósł, a zamorscy producenci •stali się bardziej agresywni. Aby stawić czo­ło tej konkurencji, producenci amerykańscy zaczęli budować montażownie za granicą. Je­dnakże szybko okazało się, że nie rozwiązało to w pełni problemu. Wozy produkowane w Stanach Zjednoczonych były bowiem większe i nie cieszyły się popytem". Trzeba było chwycić się innych środków. Stworzono skuteczniejszy system, który nazwano „sprze­dażą międzynarodową". Polega on na two­rzeniu filii, które zajmują się nie tylko sprze­dażą, ale i produkcją na miejscu. Okazało się w praktyce, że kapitał na uruchomienie takiej filii „sprzedaży międzynarodowej" można znaleźć na miejscu, nie zmniejszając przy tym jej zależności od centrali w Sta­nach Zjednoczonych.
 
 

O walce amerykańskiego i zachodnioeuro­pejskiego przemysłu motoryzacyjnego będzie jeszcze mowa. W tym miejscu chcieliśmy je­dynie ukazać — na przykładzie dwóch spo­śród trzech czołowych przemysłów — meto­dy, jakimi posługują się giganty spoza Atlan­tyku.
 
[1] Jean-Jacques Servan-Schreiber, Le Défi Amé­ricain, Paris 1967, s. 43.
[2] Zdzisław Rurarz, Ekspansja kapitału USA, War­szawa 1969, s. 234 i riast.
 
Źródło: Kazimierz Golde „Wyzwanie dolarowe – czy Europa Zachodnia może być niezależna” wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1970

Społeczność

jednolity front