Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 25 gości.

Artur Ziaja: Zabójstwo prezydenta McKinleya

Mckinley.jpg

6 września 2010 mija 109 rocznica zabójstwa 25. prezydenta USA Williama McKinleya. Dokonał go anarchistyczny rewolucjonista polskiego pochodzenia Leon Czołgosz. Warto zauważyć jakich środków używały na anarchistach organy represji "ojczyzny wolności i demokracji".
 
Redakcja WR
 
 
 
 
 
 
W Buffalo, na skraju Delaware Park - zaprojektowanego przez F. L. Olmsteada, twórcę Central Park na nowojorskim Manhattanie - wznosi się okazała, neoklasycystyczna budowla, zbudowana z vermonckich marmurów, naśladująca swym stylem i kształtem ateński partenon. Gmach ten jest jedyną, trwałą pozostałością po kilkudziesięciu obiektach, które - w związku z organizacją wystawy panamerykańskiej w 1901 r. - zostały wzniesione w Buffalo, na terenie ulokowanym pomiędzy dwoma ważnymi arteriami miejskimi Elmwood Avenue i Delaware Avenue. Obecnie, ów budynek jest siedzibą buffalońskiego towarzystwa historycznego i jego większa część jest okupowana przez muzeum historyczne miasta Buffalo. Wśród eksponatów muzealnych, uwagę zwraca mały rewolwer marki Iver Johnson, przy pomocy którego Leon Czolgosz, w dniu 6 września 1901 r., dokonał zamachu na prezydenta USA Williama McKinleya.
 
 
EKSPOZYCJA
 
 
Przełom XIX i XX wieku był dla Buffalo okresem wielkiej prosperity. Ósmy co do wielkości przeładunków port świata, jeden z największych amerykańskich węzłów kolejowych (przez miasto usytuowane w połowie drogi miedzy Nowym Jorkiem i Chicago - przeciętnie co 6 minut przejeżdżał pociąg), rozwijający się dynamicznie ośrodek hutniczy w Lackawanna na przedmieściach Buffalo (Betlehem Steel Corporation z siedzibą w Lackawanna, był jednym z największych koncernów stalowych w USA), wreszcie zawsze bardzo prężny sektor handlowy, wszystkie te czynniki jednoznacznie przesądzały o rosnącym znaczeniu miasta. Z populacją prawie czterystutysięczną, Buffalo było czwartym co do wielkości miastem w skali kraju, a dla jego mieszkańców perspektywy przyszłości rysowały się w różowych barwach. Dzisiaj mieszkańcy Buffalo - podupadłego ekonomicznie skutkiem otwarcia drogi morskiej Św. Wawrzyńca (pozostawia port Buffalo na uboczu) z końcem lat 50-tych oraz spadkiem popytu na produkty hutnicze w latach 70-tych - z nostalgiczną nutą wspominają ów okres "gdy Buffalo było Silicon Valley".
 
 
Z końcem lat 90-tych XIX wieku, władze miasta i miejscowi przedsiębiorcy, chcąc uświetnić sukces ekonomiczny Buffalo, jak również zaakcentować powitanie nowego stulecia wiekopomnym wydarzeniem, podjęli decyzję o zorganizowaniu w mieście wystawy panamerykańskiej. Idea międzynarodowych ekspozycji sięga swymi początkami roku 1851, kiedy to z inicjatywy księcia Alberta, małżonka królowej brytyjskiej Wiktorii, zorganizowano w Londynie wielką wystawę (Grand Exposition), zakończoną wielkim sukcesem. Końcówka XIX wieku obfitowała w USA w szereg wystaw międzynarodowych, cieszących się wielka popularnością. W 1893 r. zorganizowano wystawę międzynarodową w Chicago, zakończoną wielkim sukcesem. Dwa lata później, w Atlancie, miała miejsce Atlanta Cotton Exposition - równie udana.
 
 
W 1897 r. zawiązała się w Buffalo Panamerican Exposition Company - zrzeszająca organizatorów planowanej wystawy - której członkowie postawili sobie za cel zorganizowanie przedsięwzięcia w następnym roku. Jednakże ostatecznie, z powodu wybuchu wojny amerykańsko - hiszpańskiej, datę otwarcia ekspozycji przełożono na rok 1901. Organizatorzy wystawy zdołali zebrać bez większych kłopotów niezbędną kwotę 4 milionów USD. Miejscowi przedsiębiorcy nie poskąpili środków, licząc na to, iż zakończone sukcesem przedsięwzięcie, zwróci im wszelkie poniesione koszta z naddatkiem. Do prac nad wystawą przystąpiono w roku 1899. Trwały one 18 miesięcy, w trakcie których prowadzono intensywną akcję promocyjną, mającą zapewnić jak największą liczbę zwiedzających. Na wykupionych stukilkudziesięciu hektarach (zwanych Ramsey land), ograniczonych ulicami Elmwood Avenue i Delaware Avenue, postawiono w ekspresowym tempie kilkadziesiąt obiektów. Wszystkie one - z wyjątkiem pawilonu stanu Nowy Jork - zostały zbudowane z wielkich płyt gipsowych, ujętych w drewniane ramy.
 
 

 
 
Budowle te, mające charakter prowizoryczny, miały służyć tylko celom ekspozycji i tym samym, ich eksploatacja została przewidziana na maksymalny okres 7 miesięcy. Wystawę otwarto w dniu 1 maja 1901 r. Oprócz 23 pawilonów, mieszczących ekspozycje krajów Ameryki Łacińskiej i Kanady, wystawa obejmowała szereg budynków z ekspozycjami poszczególnych stanów USA oraz US government building, mieszczący wystawę osiągnięć rządu federalnego. Poza tym, zbudowano świątynię muzyki, the ethnology building (z wystawami traktującymi o życiu Murzynów amerykańskich, obfitującymi w utarte stereotypy), stadion mogący pomieścić 12 tysięcy ludzi, the electric tower - wieżę elektryczną iluminiówaną nocą milionami żarówek, umocowanych na budowli według określonych wzorców. Wieża elektryczna - zwieńczona dwutonową sylwetką bogini światła i dominującą nad całą wystawą - stanowiła niewątpliwie największą atrakcję ekspozycji, której specyficzną cechą - różniącą ją od poprzednich tego typu imprez - była powódź światła elektrycznego, w której co wieczoru tonęła cała wystawa. Warto dodać, iż energia elektryczna niezbędna do tego celu, była przesyłana - dzięki odkrytemu właśnie przez Nikole Tesle zjawisku prądu zmiennego - z The Adams Power Plant, elektrowni wodnej wykorzystującej moc pobliskich wodospadów Niagary, skonstruowanej tuż przed otwarciem wystawy.
 
 
W części ekspozycji zwanej The Midway, skoncentrowano wszystko to co było śmieszne, egzotyczne, dziwaczne, groteskowe. Wystawiono tam - miedzy innymi - replikę norymbergskiej starówki, małą Wenecję, zaułek Kairu, eskimoską, indiańską, filipińską i murzyńską wioskę, karli kabaret. W wiosce indiańskiej "zamieszkiwało" 500-700 Indian, którzy zjechali do niej na "indiański kongres". Występowali oni w indiańskich strojach (koniecznie ze stereotypowym indiańskim pióropuszem), urządzali festiwale "pow - pow", staczali inscenizowane bitwy i potyczki (zawsze rzecz jasna przegrywane przez Indian) z "amerykańskimi kawalerzystami". Wśród zatrudnionych Indian był słynny wódz Apaczów Geronimo (ostatni z niezależnych wodzów indiańskich, poddał się władzom USA dopiero w 1886 r.), cieszący się wielkim zainteresowaniem wśród zwiedzających wystawę.
 

WIZYTA PREZYDENTA
 
 
Kulminacyjnym wydarzeniem wystawy miała być wizyta prezydenta Williama McKinleya. Swą drugą kadencję postanowił on rozpocząć od długiej podróży, objazdu pociągiem całego kraju. Przybycie prezydenta do Buffalo przewidziano na 3 czerwca 1901 r. W trakcie podróży, żona prezydenta Ida McKinley, cierpiąca na ciężkie ataki depresji z towarzyszącą jej epilepsją, zaniemogła poważnie w El Pas (Teksas) i po przewiezieniu jej do San Francisco, pozostawała tam przez kilka tygodni pod stałą opieką lekarską. McKinley - znany ze swego niewolniczego przywiązania do żony i troskliwej opieki nad nią - pozostawał przy jej boku przez cały ten okres. Skoro tylko stan zdrowia prezydenckiej małżonki poprawił się na tyle, iż lekarze zezwolili na podróż koleją, powróciła ona natychmiast z prezydentem do Waszyngtonu, po czym wkrótce para prezydencka udała się spędzając letnie wakacje do Canton (Ohio), rodzinnej miejscowości Idy. Termin wizyty w Buffalo przełożono na 5 września 1901 r.
 
 
William McKinley urodził się w 1843 r. w Niles (Ohio), w rodzinie robotniczej. W 1861 r. wstąpił ochotniczo w szeregi armii Unii i wziął udział w wojnie secesyjnej, wyróżniając się talentem i odwagą. Koniec wojny zastał go w stopniu majora. Po zakończeniu działań wojennych, McKinley porzucił karierę wojskową i wstąpił do Albany Law School (Albany, stan Nowy Jork), z zamiarem zostania adwokatem. W 1871 r. poślubił Idę Saxton, po czym młoda para przeniosła się do rodzinnej miejscowości Idy, Canton w Ohio. McKinleyowie doczekali się dwóch córek, jednakże obydwie dziewczynki zmarły w wieku niemowlęcym. Tragedia ta, położyła się długim cieniem na życiu Idy McKinley, która po doznanej traumie nigdy już nie odzyskała pełni sił. William McKinley natomiast, otoczywszy troskliwą opieką podupadłą na zdrowiu żonę, zdołał znaleźć czas i energię na poświęcenie się karierze politycznej, w czym pomógł mu niewątpliwie talent krasomówczy. Siedmiokrotnie był wybierany do Izby Reprezentantów ze stanu Ohio. Dwa razy przyszło mu być gubernatorem tego stanu.
 
 
W 1896 r. McKinley pokonał Williama Bryona w wyborach prezydenckich i został prezydentem USA. Ogromną rolę w karierze politycznej McKinleya odgrywał wpływowy i bogaty senator Mark Hanna z Celeveland (Ohio), władający partią republikańską niczym swym prywatnym rancho. McKinleyowi przyszło zapłacić słono za to wsparcie. Hanna został jego alter ego, ingerując często w kompetencje prezydenta, wywierając na niego presję, kształtując w dużym stopniu treść decyzji podejmowanych przez McKinleya. Opozycyjna prasa złośliwie - i raczej trafnie - porównywała McKinleya do marionetki, pociąganej za sznurki przez Hanne. W 1900 r. McKinley, będący u szczytu popularności, cieszący się ogromną popularnością w społeczeństwie, z łatwością został wybrany - po raz drugi - prezydentem. Najistotniejszą cechą prezydentury McKinleya, była polityka utrzymywania wysokich ceł na towary importowane, w celu chronienia rodzimego przemysłu i rolnictwa. W zakresie polityki zagranicznej, lata 1896 - 1901, to szczytowy okres amerykańskiego imperializmu, charakteryzujący się aneksją Hawajów (1898 r.) oraz wejściem w posiadanie - skutkiem wygranej wojny z Hiszpanią - Filipin, Puerto Rico, Guam oraz uzależnieniem Kuby.
 
 
Późnym popołudniem 4 września 1901 r., specjalny pociąg wiozący prezydenta wraz z małżonką, jak również szereg osobistości amerykańskiego życia politycznego, wtoczył się na stację Terrace Station w Buffalo. Prezydenta powitał salut armatni. Działa jednakże zostały ustawione zbyt blisko peronów, skutkiem czego, od huku wystrzałów popękały szyby w wagonach pociągu i w oknach pobliskich budynków. Ida McKinley szczególnie ciężko przeżyła incydent. Wyprowadzona z równowagi, znalazła się w stanie bliskim atakowi epilepsji. Prezydent zachował zimną krew i z wyrazem beztroski na twarzy pojawił się na platformie widokowej wagonu, witając zgromadzony wokół tłum gapiów. Ktoś z podekscytowanego odgłosem pękającego szkła tłumu krzyknął, że anarchiści wykoleili skład prezydencki. Reagując na te słowa, spora gromada gapiów ruszyła w stronę stojącego przy torach osobnika, niedbale ubranego, biorąc go za rzekomego anarchistę. Nie jest wykluczone, iż całe zajście zakończyłoby się klasycznym linczem, gdyby nie interwencja nieznanego, gustownie ubranego mężczyzny, który wychyliwszy się ze swojego powozu, gromkim głosem oświadczył, iż ścigany nie jest niczemu winien i że pękające szkło to wynik zbyt donośnych salw armatnich. Wielu z obecnych na stacji i witających prezydencką parę, uznało ów przykry incydent za złowieszczy omen, źle wróżący prezydenckiej wizycie w Buffalo.
 
 
Po niefortunnej powitalnej ceremonii, pociąg prezydencki zajechał na peron dworca Amherst Station, usytuowanego tuż przy terenie wystawy. Stąd prezydencka para, z towarzyszącą jej okazałą świtą, przy aplauzie wielotysięcznych tłumów, udała się na przejażdżkę dorożką po terenie ekspozycji. Po zakończeniu przejażdżki, prezydent z małżonką udali się do domu Johna Milburna - bogatego prawnika z Buffalo, przewodniczącego komitetu wystawy - którego okazała, pokryta dzikim winem rezydencja przy Delaware Avenue, reprezentacyjnej ulicy miasta, miała być miejscem zamieszkania McKinleyów podczas ich pobytu w Buffalo. Następnego dnia rano, na terenie wystawy, prezydent wygłosił przemówienie do tłumu około 50 tysięcy osób, zgromadzonego wokół specjalnie na tę okoliczność wzniesionej trybuny.

 
W swej mowie McKinley wskazał na dobrobyt panujący w USA, na rosnącą z każdym rokiem produkcję, na niezbędność - w związku z tym - rozwoju międzynarodowego handlu i zarzucenia polityki izolacjonizmu, konieczność pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych. Oracja została nagrodzona rzęsistymi oklaskami i w ogólnym entuzjazmie niewielu zwróciło uwagę na to, iż postulaty prezydenckie miały się nijak do zasad i charakteru jego polityki, która była w swej istocie tak izolacjonistyczna jak i imperialistyczna. Po zakończeniu przemówienia, McKinley - przy akompaniamencie wiwatujących tłumów - udał się w odkrytym powozie do amfiteatru, gdzie dokonał przeglądu zgromadzonych tam oddziałów wojskowych oraz spotkał się z grupą wyselekcjonowanych na tę okazję, znaczniejszych obywateli Buffalo. Zaraz potem wziął udział w wypuszczeniu 7000 gołębi (które poniosły w USA wieść o pobycie prezydenta w Buffalo), a następnie zwiedził kilka pawilonów wystawy, zatrzymując się na dłużej przy ekspozycji kanadyjskiej - z powodu białego jeżozwierza, stanowiącego maskotkę tej wystawy - oraz w pawilonie kubańskim, gdzie oglądał maskę pośmiertną Napoleona, dzieło Antomarchiego.
 
 
Ostatnim obiektem zwiedzanym przez prezydenta, był okazały, wznoszący się nad sztucznym jeziorem, pawilon wystawowy stanu Nowy Jork Tutaj McKinley, w towarzystwie wysokich dygnitarzy państwowych i przedstawicieli korpusu dyplomatycznego, spożył lunch, dostarczony z hotelu Iroquis w centrum miasta. Po posiłku, prezydent udał się z wizytą do siedziby władz federalnych w Buffalo, gdzie spotkał się znów z grupą wyselekcjonowanych na tę okazję osób, w tym kapitanem Richmondem E. Hobson, bohaterem niedawno zakończonej wojny z Hiszpanią (zatopił węglowiec na redzie portu Santiago de Cuba, celem zablokowania znajdującej się tam flotylli okrętów hiszpańskich) oraz dr. Hermanem Mynter, chirurgiem duńskiej marynarki wojennej, praktykującym podówczas w Buffalo, który miał odegrać istotną rolę w nadchodzących wypadkach.
 
 
Późnym popołudniem, McKinley zmęczony intensywnym programem dnia, udał się na zasłużony odpoczynek do domu Milburna, gdzie oczekiwała na niego Ida, która właśnie powróciła z przyjęcia, wydanego na jej cześć przez żony członków komitetu wystawy panamerykańskiej. Wieczorem prezydencka para udała się na teren ekspozycji, w celu obejrzenia pokazu fajerwerków, przygotowanego przez słynnego pirotechnika Henry Pain’a. Po obejrzeniu pokazu świateł, przejażdżce łodzią po jeziorze, obejrzeniu baletu na wodzie z tańcem nimf, przyszła kolej na główną atrakcję wieczoru. Pain przeszedł samego siebie i dał przedstawienie, zgodnie ocenione przez wszystkich zgromadzonych, jako absolutnie wyjątkowe i niepowtarzalne. Na samym końcu pokazu, girlandy sztucznych ogni eksplodowały z hukiem wokół unoszącego się w powietrzu portretu prezydenta, pod którym widniał napis: "witaj - McKinley - wódz naszego narodu i naszego imperium". Następnego dnia, wczesnym rankiem, McKinley wraz z żoną i towarzyszącym im orszakiem - przy akompaniamencie wiwatujących tłumów - udali się koleją w kierunku Niagara Falls, zwiedzając atrakcje kanionu Niagary. Prezydencka para rozpoczęła wycieczkę od obejrzenia Lewiston, uroczego miasteczka leżącego nad rzeką Niagara, niedaleko od jej ujścia do J. Ontario, miejsca akcji ulubionej książki prezydenta "The Spy" ("Szpieg") pióra Fenimore Coopera, rozgrywającej się w okresie wojny o niepodległość USA. Następnie skład prezydencki pojechał w górę rzeki, zatrzymując się na chwilę w Devil's Hole (szczególnie imponujący fragment kanionu rzeki Niagary) oraz w Whirpool, miejscu gdzie rzeka Niagara zmienia raptownie swój bieg, tworząc imponujących rozmiarów wir wodny.
 
 
Po przybyciu do Niagara Falls, prezydencka para udała się na most wiszący, spinający brzegi Niagary i tym samym łączący USA z Kanadą. Prezydencki powóz zatrzymał się kilka metrów od białej linii, narysowanej przez środek mostu i wyznaczającej granice państwową. Przybycie prezydenta na most wiszący, stało się przedmiotem ogromnej wrzawy rozpętanej przez prasę, już na kilka dni przed zaplanowanym zdarzeniem. Dowodzono mianowicie, iż przekroczenie przez pomyłkę - nawet o kilkadziesiąt centymetrów - linii granicznej przebiegającej przez most, zaskutkować może skandalem międzynarodowym, kładąc się tym samym cieniem na stosunkach amerykańsko-kanadyjskich. Co szczególnie interesujące - zwłaszcza z dzisiejszego punktu widzenia - to powód, dla którego owe stosunki miedzy obydwoma państwami miałyby się popsuć. Sugerowano, iż Kanadyjczycy, nieprzygotowani na wizytę głowy obcego państwa, nie byliby w stanie należycie, zgodnie z protokołem, powitać szacownego gościa, co stanowiłoby wystarczający powód do ciężkiej obrazy, ze wszystkimi smutnymi konsekwencjami tego faktu.
 
 
Należy pamiętać, że McKinley nigdy nie postawił stopy na obcej ziemi (zagraniczne wojaże polityków były wówczas rzadkością, w porównaniu z dzisiejszymi realiami), tym niemniej histerii, rozpętanej przez gazety - szczególnie te spod znaku "żółtej prasy" - nie da się niczym usprawiedliwić. Cała powyżej przedstawiona sytuacja nosi - jakże obecnie dobrze nam znane - znamiona tworzenia "faktów prasowych". Wizyta prezydenta na moście przebiegła bez żadnych zakłóceń. Żaden ze złowieszczych scenariuszy wykreowanych przez prasę nie zmaterializował się.
 
 
ZAMACH
 
 
Po krótkiej wycieczce nad wodospady Niagary i zwiedzeniu elektrowni wodnej w Niagara Falls, prezydent zadecydował o powrocie do Buffalo. Pociąg wiozący prezydencką parę zajechał na dworzec kolejowy ekspozycji około godziny 15.30. Ida McKinley pojechała natychmiast do domu Milburna, odpocząć po dniu pełnym wrażeń, natomiast prezydent udał się do świątyni muzyki na spotkanie z publicznością. Po krótkim zwiedzeniu budynku, McKinley dał znać żeby rozpocząć audiencję. Dźwięki muzyki wypełniły salę koncertową, gdy organista zaczął grać "Sonatę F" Bacha. McKinley - mający po lewej ręce Milburna, po prawej Cortelyou, swojego prywatnego sekretarza, od dłuższego czasu obawiającego się zamachu na prezydenta - rozpoczął spotkanie z publicznością.
 
 
Nad bezpieczeństwem prezydenta czuwało trzech detektywów, usytuowanych w jego bezpośrednim pobliżu. Na wiele godzin przed przybyciem McKinleya, na zewnątrz świątyni muzyki zgromadził się kilkutysięczny tłum osób, spragnionych bezposredniego kontaktu z prezydentem. Po otworzeniu bram budynku, służba porządkowa sprawnie uformowała napływającą masę ludzi w długą kolejkę, szybko przesuwającą się w stronę prezydenta. McKinley ściskał ręce podchodzącym do niego ludziom, czasami zamienił kilka słów z daną osobą, pogłaskał dziecko po głowie. 6 września był dniem wyjątkowo upalnym. Na zewnątrz panowała temperatura rzędu 30 stopni Celsjusza. W środku świątyni muzyki było trochę chłodniej, tym niemniej i tutaj wysoka temperatura dawała się we znaki.
 
 
Generalną zasadą, ustanowioną i skrupulatnie przestrzeganą przez szczupłą, lecz elitarną ochronę prezydenta - obowiązującą podczas tego typu publicznych imprez jak ta w świątyni muzyki - było podchodzenie do prezydenta z odkrytymi, niczym nie zasłoniętymi rękami. Upalna pogoda, spowodowała pojawienie się chusteczek do ocierania potu, w rękach wielu osób ustawionych w kolejce po prezydencki uścisk. Nie chcąc powodować zamieszania i konsternacji - tym razem na zasadzie wyjątku - detektywi strzegący bezpieczeństwa prezydenta, odstąpili od zasady "odkrytych rąk". Po upłynięciu kwadransa, na polecenie zniecierpliwionego i nieufnego Cortelyou, postanowiono zakończyć audiencję, pozwalając na kontakt z prezydentem tylko tym szczęśliwcom, którzy już znajdowali się wewnątrz budynku. Zaraz po zamknięciu drzwi świątyni muzyki, miał miejsce drobny incydent, który na moment zakłócił przebieg uroczystości. Jeden z podchodzących do prezydenta mężczyzn, niewysoki, dobrze zbudowany, ciemnej karnacji, z sumiastymi wąsami, wyglądający na typowego Włocha, wzbudził czujność jednego z detektywów. Osobnik ów został zatrzymany i szybko przeszukany na uboczu, po czym - gdy detektywi nie znaleźli nic podejrzanego - pozwolono mu spotkać się z McKinleyem.
 
 
O godzinie 16.07 do prezydenta podszedł starannie ubrany młody mężczyzna. Jego prawa dłoń, owinięta w chusteczkę i lekko wyciągnięta do przodu, sprawiała wrażenie zawieszonej na niewidocznym temblaku. Lewa ręka skrzyżowała się z prawą, gdy mężczyzna skłonił się w stronę McKinleya, usiłując uchwycić jego dłoń. Nagle, w ułamku sekundy, mężczyzna cofnął do tylu owiniętą w chusteczkę dłoń, po czym rozległ się huk wystrzału. Prezydent uniósł się na palcach nóg, równocześnie obejmując rękami klatkę piersiową i przechylając się nieznacznie do przodu. Przestrzelona chusteczka opadła na podłogę, ukazując w dłoni zamachowca mały rewolwer. W tym momencie padł drugi strzał i McKinley przechylił się konwulsyjnie do tyłu. Zamachowiec skierował rewolwer w stronę słaniającej się ofiary, szykując się do oddania trzeciego strzału. Nie zdążył jednakże tego uczynić. Szeregowiec O'Brien, służący w pułku artylerii w Buffalo, oddany do dyspozycji detektywów z ochrony osobistej prezydenta, znajdujący się kilka kroków od zamachowca, rzucił się na niego i zwalił go z nóg na ziemię. Zaraz potem, w sukurs przyszedł mu detektyw Geary oraz ogromnej postury Murzyn z Chicago o nazwisku Parker, który potężnym ciosem znokautował zamachowca pozbawiając go na chwilę przytomności.
 

Słaniającego się McKinleya pochwycili Cortelyou i Milburn i usadowili w podsuniętym pospiesznie krześle. Do spoczywającego w krześle prezydenta podbiegł meksykański ambasador De Aspiroz, który krzycząc "czy strzelano do ciebie", padł do prezydenckich stóp, w przypływie ataku histerii. McKinley obserwujący szamotaninę agentów ochrony z powalonym na ziemie zamachowcem, zakazał wyrządzenia mu jakiejkolwiek krzywdy, po czym stracił przytomność. Zamachowcem, który targnął się na życie prezydenta USA, był Leon Czolgosz.

PORTRET ZAMACHOWCA

Leon Czolgosz urodził się w 1873 r. w Detroit (Michigan). Jego ojciec, Paweł Czolgosz, był polskim emigrantem z zaboru rosyjskiego. Matka Leona osierociła go wcześnie, umierając w połogu po urodzeniu ósmego dziecka. Wkrótce potem, ojciec Leona ożenił się ponownie. Relacje między Leonem a macochą, były bardzo złe i w dużym stopniu przyczyniły się do ukształtowania charakteru chłopca. Leon był dzieckiem cichym, spokojnym, bojaźliwym, mającym kłopoty w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami. Leon miał pięciu braci i dwie siostry. Paweł Czolgosz, tuż przed narodzinami Leona, był zamieszany w sprawę zabójstwa przełożonego w pracy, ale niczego nie zdołano mu udowodnić.

Po kilkuletnim pobycie w Detroit, Czolgoszowie udali się do Rogers City, a następnie Posen i Alpena (wszystkie w stanie Michigan), które to miejscowości były znacznymi skupiskami polskich imigrantów. Leon uczęszczał do szkoły przez 6 lat. Dzięki temu opanował nieźle angielski i wykształcił w sobie nawyk czytania. Był niewątpliwie najbardziej wykształconym i oczytanym spośród członków rodziny. W 1889 r. Czolgoszowie przenieśli się do Natrona (Pennsylwania), gdzie Leon znalazł swą pierwszą pracę w hucie szkła. Dwa lata później, po zawędrowaniu Czolgoszów do Cleveland (Ohio), Leon rozpoczął pracę w fabryce kabli. W 1893 r., pracując w tej fabryce, wziął udział w strajku robotników, żądających podwyżki płac. Po powrocie do pracy, chcąc uniknąć represji, Czolgosz postanowił posługiwać się przybranym nazwiskiem "Fred Nieman".

Ów strajk, miał także inne, przełomowe w życiu Leona znaczenie. W jego trakcie, wraz ze swym starszym bratem Waldemarem, zaczął poddawać w wątpliwość zasady wiary katolickiej, której wyznawcą był do tego momentu gorliwym. Bezpośrednią przyczyną kryzysu wiary, były daremne modlitwy o znalezienie pracy. Wątpliwości zostały ugruntowane, po sprowadzeniu z Nowego Jorku biblii w języku polskim. Obydwaj bracia doszli do wniosku, iż treść biblii często nie pokrywa się z tym, co na kazaniach głoszą księża. Równolegle do kryzysu wiary rozwinęło się u Leona zainteresowanie socjalizmem. W 1894 r. zaczął uczęszczać na wykłady Antoniego Zwolińskiego, prowadzącego coś w rodzaju kółka samokształceniowego, dzięki którym zapoznał się z doktrynami anarchizmu i socjalizmu oraz ukształtował swe krytyczne poglądy na amerykański system polityczny i stosunki społeczne w USA. Szereg dyskusji na tematy polityczne, w trakcie których poddawano ostrej krytyce amerykański rząd, finansjerę, ustrój kapitalistyczny, odbyło się na poddaszu sklepu spożywczego, który ojciec Leona zakupił w Cleveland (Ohio) w 1895 r.

Trzy lata później, Leon porzucił pracę w fabryce kabli i osiadł wraz z resztą swej rodziny na roli. Czolgoszowie zakupili 55 akrowe (jeden akr = 0,43 hektara) gospodarstwo w Worrensville, 17 kilometrów od Cleveland. Leon polował na króliki, pomagał ojcu w gospodarstwie, handlował końmi, naprawiał sprzęt rolniczy, dużo czytał. Pewnego razu, natrafił w prasie lokalnej na artykuł, traktujący o zabójstwie króla włoskiego Umberta przez Gaetano Bresci, anarchistę z Paterson (New Jersey), najprężniejszego ośrodka anarchistów w USA. Czolgosz nauczył się całego tekstu artykułu na pamięć, czytając go wiele razy i przechowując go w swoim portfelu. Nie jest wykluczone, iż czytał on także "żółtą prasę" magnata prasowego Hearsta, gdzie politykę i osobę McKinleya poddawano bardzo ostrej, niewybrednej krytyce, pozwalając sobie nawet na aprobatę ewentualnego zabójstwa, jako metody uwolnienia kraju od złego prezydenta.

Stosunki Leona z macochą systematycznie pogarszały się wraz z upływem czasu, co odbijało się na jego kondycji psychofizycznej. Zaczął cierpieć na hipochondrię, wyszukując w gazetach ogłoszenia, reklamujące różnorakie panacea na jego domniemane dolegliwości. Wydaje się, że z upływem czasu podupadł rzeczywiście na zdrowiu, nabawiając się kaszlu, chronicznego kataru, bladej cery. W marcu 1901 r. Leon zażądał od rodziny zwrotu 400 USD, które zainwestował w kupno rodzinnego gospodarstwa. Równocześnie zaczął opuszczać farmę, udając się na kilka dni "do miasta" lub "na mityngi". W trakcie jednego z takich wypadów do Cleveland, 6 maja 1901 r., Czolgosz udał się na wykład Emmy Goldman - "papieżycy" amerykańskiego anarchizmu - najwybitniejszego teoretyka anarchizmu w USA. Słowa Goldman głęboko utkwiły w pamięci Czolgosza.

W swym wykładzie, nakreśliła ona pokrótce zasady ideologii anarchistycznej, kładąc nacisk na postulat osiągnięcia przez jednostkę ludzką absolutnej wolności indywidualnej. Rząd, kościół, tradycja, przesądy, to główne przeszkody, stojące na drodze do osiągnięcia tego celu. Goldman potępiła ideologię socjalistyczną, nie rezygnującą z koncepcji państwa oraz przeistaczającą jednostkę ludzką w maszynę, której zadaniem jest jak najwięcej produkować. Równocześnie, podkreślając rolę edukacji i samokształcenia, odżegnała się ona od przemocy jako środka do osiągania celów, nadmieniając jednakże, iż akty gwałtu dokonywane przez anarchistów nie mogą być przez nią potępione, gdyż zawsze wynikają one z chwalebnych i wzniosłych motywów. Stwierdziła, iż do aktów przemocy uciekają się jednostki wyjątkowo wrażliwe na krzywdę społeczną, które nie mogą ze spokojem znosić zła jakie się wokół nich dzieje.

Wkrótce po wysłuchaniu wykładu Emmy Goldman, Leon skontaktował się z Emilem Schillingiem, skarbnikiem organizacji anarchistycznej w Cleveland zwanej "Klub Wolności". Po rozmowie z Czolgoszem, Schilling doszedł do wniosku, iż jego rozmówca wykazuje się rewolucyjnymi poglądami na istotę kapitalizmu i obdarował go książką "Chicago Martyrs" (traktującą o zamieszkach w Chicago w maju 1886 r., spowodowanych robotniczymi żądaniami wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy) oraz kilkunastoma numerami anarchistycznego periodyku "Free Society". Właśnie owa literatura, jak również treść mowy Emmy Goldman z 6 maja 1901 r., w połączeniu z lekturą książki Edwarda Bellamy "Looking backward 2001", będącą futurystyczną wizją bezklasowego społeczeństwa przyszłości i zarazem niezwykle zjadliwą krytyką realiów społeczno-ekonomicznych przełomu XIX i XX wieku (zaczytany egzemplarz książki znaleziono wśród osobistych rzeczy Leona, na strychu gospodarstwa Czolgoszów w Worrensville, już po jego śmierci) miały decydujący wpływ na uformowanie się poglądów Leona i podjęcie przez niego decyzji o zabójstwie McKinleya.

Czolgosz spotkał się kilkakrotnie z Schillingiem. W trakcie rozmów z nim, dopytywał się czy anarchiści planują zabójstwo głowy państwa w najbliższym czasie, przywołując często w tym kontekście czyn Gaetano Bresci. Zażądał również od Schillinga listu polecającego, który miał mu ułatwić nawiązanie stałego kontaktu z Emma Goldman. Listu takiego nie otrzymał, jednakże dzięki przetartym przez Schillinga ścieżkom, zaczął bywać wśród anarchistów z otoczenia Goldman (Abraham Izaak, Hipolit Havel), utyskując, w rozmowach z nimi, na pogarszającą się sytuację polityczną w kraju, ucisk robotników, imperialistyczną politykę USA względem Filipin. Często, przy tym, dopytywał się o tajne plany organizacji anarchistycznej oraz czy szykuje się zamach na prezydenta. Zachowanie Leona do tego stopnia wzbudziło podejrzenia anarchistów z kręgu Emmy Goldman, iż ostatecznie - o ironio historii - uznano go za agenta-prowokatora i w jednym z numerów "Free Society" opublikowano stosowne ostrzeżenie z dokładnym opisem wyglądu Leona i jego zachowania.

W drugiej połowie lipca 1901 r., Czolgosz pojawił się w West Seneca (dalekie przedmieście Buffalo), gdzie wynajął pokój u Antoniego Kaczmarka, robotnika kolejowego narodowości polskiej. W domu Kaczmarków Leon przebywał do końca sierpnia, prowadząc bardzo spokojny, nierzucający się w oczy tryb życia, opuszczając swój pokój wczesnym rankiem i wracając do niego późnym wieczorem. Następnie udał się z krótką wizytą do Cleveland, gdzie być może spotkał się po raz ostatni z Schillingiem, po czym 31 sierpnia przybyl do Buffalo. Tu, zatrzymał się w hotelu prowadzonym przez Jana Nowaka przy Broadway Street, w polskiej dzielnicy miasta. Czolgosz podał się za sprzedawcę pamiątek, zamierzającego zarobić trochę grosza na wystawie panamerykańskiej. Z początku nie chciał ujawnić swego nazwiska, po czym indagowany przez ciekawskiego pracownika hotelu Franka Walkowiaka, stwierdził, że nazywa się Fred Nieman i że jego niechęć do ujawnienia prawdziwego nazwiska, spowodowana była jego żydowskim pochodzeniem. Najpewniej właśnie ta okoliczność, jak również fakt obracania się przez pewien czas w towarzystwie wielu Żydów (którzy podobnie jak Włosi, byli nadreprezentowani w szeregach amerykańskich anarchistów tamtej doby) zadecydowały o tym, iż niejednokrotnie Czolgoszowi przypisywano mylnie narodowość żydowską. Leon Czolgosz urodził się w rodzinie polskich emigrantów, jego ojczystą mową był język polski, był (do momentu porzucenia wiary) wyznawcą religii rzymsko-katolickiej, przebywał głównie w środowisku polskich emigrantów i ich potomków.

Zaopatrzony w lokalną prasę - z dokładnymi harmonogramami wizyty McKinleya - Czolgosz przystąpił do sfinalizowania decyzji o zabójstwie prezydenta. Wczesnym popołudniem 4 września, w sklepie przy Main Street, Leon zakupił automatyczny, sześciostrzałowy rewolwer marki Iver Johnson i zaraz potem udał się na stację kolejowa, mając nadzieję na dotarcie w bezpośrednie pobliże prezydenta i oddanie strzałów. Plan ten jednakże spalił na panewce. Gęsty tłum uniemożliwił Leonowi przepchnięcie się na peron dworca. Następnego dnia, był znacznie bliżej wcielenia w życie swojego planu. W trakcie prezydenckiej przemowy, zdołał się przecisnąć - mimo ogromnego tłoku - pod podium, z którego przemawiał McKinley i już po zakończeniu oracji, gdy prezydent opuszczał trybunę, miał wyśmienitą okazję oddania do niego strzałów. Szczęśliwy dla prezydenta traf zadecydował o odstąpieniu przez Czolgosza od szykującej się egzekucji. Otóż McKinley, po opuszczeniu trybuny, zmierzał do oczekującego go powozu w towarzystwie Milburna. Obydwaj mężczyźni byli niemalże identycznie ubrani, mając na głowach cylindry. Czolgosz, nie będąc pewny który z nich jest prezydentem, nie pociągnął za spust. Dopiero następnego dnia los uśmiechnął się do zamachowca. Dostał się do świątyni muzyki i nie wzbudzając żadnych podejrzeń szczupłej ochrony, zdołał podejść do prezydenta, dzierżąc w okrytej chusteczką ręce gotowy do wypalenia rewolwer.

ŚMIERĆ PREZYDENTA

O godzinie 16.14., pod główna bramę świątyni muzyki zajechał elektryczny ambulans. Prezydenta, który w międzyczasie zdołał odzyskać świadomość, wyniesiono na noszach z budynku i ułożono w pojeździe, który następnie pojechał do prowizorycznego szpitala wystawy. W niecałe 20 minut po dokonanym zamachu, prezydenta ulokowano na stole operacyjnym w szpitalu, rozebrano i zaaplikowano zastrzyki morfiny w celu złagodzenia bólu. Równocześnie rozpoczęto gorączkowe poszukiwania i sprowadzanie do szpitala lekarzy, zdolnych podjąć się zadania postawienia diagnozy i zadecydowania o metodzie leczenia prezydenta. Jednym z pierwszych, którzy stawili się przy stole operacyjnym, był dr Mynter, chirurg, z którym McKinley spotkał się poprzedniego dnia. Dokonał on gruntownych oględzin ciała rannego i stwierdził, iż pierwsza kula nie wyrządziła żadnej szkody, odbiwszy się od kości klatki piersiowej. Druga natomiast, trafiła w brzuch, 12 cm poniżej serca i ugrzęzła we wnętrznościach.

Dla Myntera było oczywistym, iż rana brzuszna stwarzała śmiertelne niebezpieczeństwo dla życia McKinleya i tylko szybka operacja dawała nadzieję na uratowanie pacjenta. Na polecenie prezydenta, Cortelyou - kierując się wskazówkami Milburna, znającego większość spośród sporego grona lekarzy, które zdołało się już zgromadzić w przedsionku sali operacyjnej - uczynił dr. Matthew Manna, światowej sławy ginekologa, jednakże o dosyć skąpym doświadczeniu chirurgicznym, odpowiedzialnym za podjęcie decyzji o metodzie postępowania i leczenia rannego prezydenta. Po krótkiej konsultacji z udziałem wszystkich zgromadzonych lekarzy, Mann podjął decyzję o konieczności natychmiastowej operacji. Zespół operacyjny stanowili: dr Mann, dr Mynter, dr Lee - lekarz z St. Luis, zwiedzający ekspozycję - oraz dr Parmentor, profesor anatomii i chirurgii klinicznej na uniwersytecie w Buffalo.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, iż najlepszy chirurg w Buffalo, dr Roswell Park, autor podręcznika chirurgii znanego w całym świecie (obecnie zespół klinik w Buffalo, specjalizujących się w chirurgii serca, nosi jego imię), w momencie zamachu przebywał w Niagara Falls, dokonując skomplikowanej operacji. Milburn wyekspediował po niego specjalny pociąg, tym niemniej Park pojawił się przy prezydencie pod sam koniec zabiegu i tym samym nie miał na jego przebieg żadnego wpływu. Po zaaplikowaniu prezydentowi eteru, Mann dokonał siedmiocentymetrowego cięcia w miejscu otworu rany postrzałowej. Ów z pozoru prosty zabieg, nastręczył sporo trudności ze względu na grubą warstwę tłuszczu pokrywającą tułów prezydenta. W trakcie nacinania tkanki, natrafiono na mały fragment tkaniny z podkoszulka, wtłoczony w ciało rewolwerowym pociskiem. Po otwarciu jamy brzusznej okazało się, iż narządy wewnętrzne nie zostały uszkodzone. Po opatrzeniu i osuszeniu ran ściany żołądka, Mann zadecydował o zakończeniu operacji, przepłukując roztworem solnym jamę żołądkową, zaszywając ranę i zarzucając próbę zlokalizowania i wydobycia pocisku - który ugrzązł gdzieś w mięśniu lędźwiowym i nie stanowił bezpośredniego zagrożenia życia - ze względu na zbyt duże ryzyko wystąpienia komplikacji.

Zabieg przebiegał w warunkach więcej niż prowizorycznych. Szpital ekspozycji był tylko szpitalem z nazwy. De facto pełnił on rolę izby lekarskiej, gdzie poddawano opiece zwiedzających wystawę, u których wystąpiły drobne problemy ze zdrowiem. Na smutną ironię losu zakrawa fakt, iż sala operacyjna szpitala wystawy, iluminowanej do przesady światłem elektrycznym, nie była należycie oświetlona. Dokonujący operacji polegać musieli na świetle naturalnym, sączącym się przez szyby budynku. W celu jak najlepszego jego wykorzystania, jeden z lekarzy, stojący przy oknie ze sporych rozmiarów lustrem, nakierowywał snop światła na tułów operowanego prezydenta. Kto w dzieciństwie "puszczał zajączki" lusterkiem, wie o czym mowa. Operujący lekarze nie przestrzegali należycie zasad antyseptyki, nawet tych obowiązujących w 1901 r. Dr Mann operował z odkrytą głową, bez siatki na włosach i czepka. Co chwila jedna z pielęgniarek ocierała mu zroszone potem czoło. Mimo to, kilka razy krople potu z jego czoła spadły do rany prezydenta. Ten karygodny i jakże zarazem odrażający fakt, miał się stać - w opinii dr. Parka - przyczyną późniejszych komplikacji ze stanem zdrowia McKinleya.

Jak wspomniano, tuż przed zakończeniem operacji, do szpitala przybył wezwany z Niagara Falls dr Park. Objął on - de facto - rolę lekarza odpowiedzialnego za leczenie prezydenta, powołując zespól konsultacyjny, składający się z lekarzy uczestniczących w operacji. O godz. 19.30 przewieziono McKinleya ambulansem do domu Milburna, gdzie oczekiwała go powiadomiona o wszystkim, przybita smutkiem, Ida McKinley. O godz. 21.00 zespół konsultacyjny lekarzy wydał pierwszy komunikat o stanie zdrowia prezydenta, w którym stwierdzono, iż zniósł on dobrze operację i że stan jego zdrowia rokuje optymistycznie na przyszłość. Rozpoczął się okres rekonwalescencji McKinleya. Rodzina Milburnów, udostępniła całą swą posesję rannemu prezydentowi i jego otoczeniu, zakwaterowując się w jednym z buffalońskich hoteli. Dom przy Delaware Avenue został otoczony kordonem wojska, w jego wnętrzu zainstalowano aparaty telegraficzne, na przyległych do posesji klombach "rozłożyli się obozem" dziennikarze, żądni wieści o stanie zdrowia prezydenta, które w kilkugodzinnych odstępach były ogłaszane w postaci komunikatów wydawanych przez zespół konsultacyjny lekarzy. Napawały one optymizmem. Stan zdrowia McKinleya zdawał się polepszać z każdym mijającym dniem.

Do Buffalo tymczasem, przybyli wszyscy bliscy współpracownicy McKinleya. Senator Hanna, prokurator generalny Philander Knox, sekretarz stanu John Huey, sekretarz obrony Elihu Root oraz - przede wszystkim - wiceprezydent Theodore Roosevelt, który w wypadku śmierci McKinleya miał stanąć u steru nawy państwowej. 12 września stan zdrowia prezydenta był na tyle dobry, iż Roosevelt po konsultacjach z lekarzami, zdecydował się opuścić Buffalo, udając się na wycieczkę w góry Adirondack (północno-wschodnia część stanu Nowy Jork). Równocześnie tego samego dnia, komitet wystawy panamerykańskiej, powodowany pragnieniem zatarcia złego odium, które zawisło nad ekspozycją i Buffalo w następstwie zamachu, postanowił zorganizować uroczyste obchody "dnia McKinleya", celem uczczenia powrotu do zdrowia rannego prezydenta.

Wieczorem 12 września, wydany komunikat lekarski obwieścił lekkie pogorszenie się stanu zdrowia pacjenta. McKinley nie był w stanie strawić podanego mu, po raz pierwszy po operacji, doustnego posiłku. Zaaplikowany olej rycynowy spowodował opróżnienie żołądka. Jednakże w nocy z 12 na 13 września stało się jasnym, iż kłopoty z trawieniem nie są jedynym problemem. Tętno pacjenta uległo znacznemu przyspieszeniu przy jednoczesnym osłabieniu pracy serca. O 3.00 w nocy do domu Milburna przybył dr Park. Rozpoczęto gorączkowe poszukiwania Roosevelta, który przepadł gdzieś w dziewiczym zakątku gór Adirondack. Do Buffalo - w związku z zaistniałym kryzysem zdrowia prezydenta - wyjechał specjalnym pociągiem senator Hanna, który dopiero co wrócił z Buffalo do Cleveland, uspokojony poprawą zdrowia swego pupila. 13 września o godz. 17.00 McKinley został porażony atakiem serca. Trzy godziny później prezydent - świadomy bliskiego końca - pożegnał się z żoną, po czym wkrótce utracił świadomość. Zgon nastąpił 14 września o godz. 2.10 w nocy. Przed śmiercią - z nieświadomym już prezydentem - pożegnali się członkowie najbliższej rodziny oraz jego współpracownicy, z wyjątkiem Roosevelta, którego nie udało się na czas sprowadzić z ostępów Adirondack.

Śmierć prezydenta przyszła nagle i niespodziewanie i wprawiła w stan szoku opinię publiczną, nieprzygotowaną na taki scenariusz wydarzeń bardzo optymistycznymi komunikatami lekarskimi. Zaczęto spekulować, iż stan zdrowia McKinleya od samego początku nie rokował większych nadziei, że komunikatom lekarskim celowo nadawano zbyt optymistyczny ton, że dr Mann nie sprostał zadaniu, że dr Park przeprowadziłby operacje znacznie lepiej. Wyszło na jaw, iż 12 września lekarze wykryli obecność postępującej gangreny w ranie prezydenta. Powodowany tym faktem Cortelyou, sprowadził od Tomasza Alvy Edisona najnowocześniejszy w USA aparat rentgenowski, celem dokładnego umiejscowienia kuli tkwiącej w lędźwiach, która mogła być przyczyną gangreny. Zlokalizowanie pocisku się nie powiodło, zresztą zespół lekarski ciągle trwał przy swym pierwotnym stanowisku, iż próba usunięcia kuli przyniosłaby więcej szkód niż pożytku.

Ciało prezydenta złożono w mahoniowej trumnie - w połowie spowitej amerykańską flagą - i wystawiono na katafalku w salonie posesji Milburnów. Górna część trumny pozostawała odkryta, tak więc przybywający do salonu mieli możliwość oglądania zwłok McKinleya, ubranych na czarno, z głową spoczywającą na białej, satynowej poduszce. Jego twarz była wykrzywiona grymasem bólu, świadczącym o cierpieniach jakich doświadczył w ostatnich chwilach życia. 15 września rano, po odprawieniu krótkiego nabożeństwa prezbiteriańskiego, trumnę, eskortowaną przez poczet żołnierzy, przewieziono do hali reprezentacyjnej buffalońskiego ratusza czarnym karawanem, ciągniętym przez zaprzęg czarnych jak smoła flamandzkich koni. Wystawiona na wyniosłym katafalku, w otoczeniu warty honorowej, pozostawała tam do rana następnego dnia, adorowana przez polityków i dygnitarzy z otoczenia McKinleya oraz mieszkańców Buffalo, których tysiące przewinęło się przez halę ratusza.

16 września rankiem, specjalny pociąg z trumną prezydenta wyruszył z Buffalo do Waszyngtonu. Wzdłuż torów ustawiły się wielotysięczne tłumy, modlące się, śpiewające religijne pieśni. W miejscowościach, przez które przejeżdżał pociąg, bito w dzwony. Wieczorem, gdy pociąg zbliżał się do stolicy, Murzyni w Maryland rozpalili wzdłuż torów setki ognisk. Po przybyciu do Waszyngtonu trumnę przewieziono do Białego Domu. Następnego dnia, z samego rana, w ulewnym deszczu, czarny karawan eskortowany przez kawalerzystów z wyciągniętymi szablami, ciągnięty przez szóstkę czarnych koni okrytych czarnymi kapami, każdy trzymany za uzdę przez Murzyna we fraku i w jedwabnym cylindrze, zawiózł trumnę prezydenta do budynku Kapitolu. W hali rotundy pozostawała ona do następnego dnia, adorowana przez rodzinę prezydenta, polityków, korpus dyplomatyczny i tysiące mieszkańców stolicy. 18 września, zwłoki prezydenta przewieziono pociągiem do Canton (Ohio) i złożono w krypcie McKinleyów na miejscowym cmentarzu. W uroczystościach pogrzebowych w Canton, wzięło udział około 100 tysięcy ludzi.

Wiceprezydent Theodore Roosevelt, uspokojony optymistycznymi komunikatami lekarskimi o stanie zdrowia prezydenta, udał się na wycieczkę w góry Adirondack, w okolice najwyższego szczytu tych gór: Mt Marcy. Z chwilą nagłego pogorszenia się stanu zdrowia McKinleya, zorganizowano pospiesznie małą ekspedycję, w celu odnalezienia Roosevelta. Powrót Roosevelta do Buffalo miał dramatyczny przebieg. Najpierw, wiceprezydent z towarzyszącą mu asystą, odbył wyczerpujący, kilkunastokilometrowy marszobieg, ze szczytu Mt Marcy do miejsca gdzie oczekiwał na niego podstawiony powóz konny. Później, miała miejsce całonocna, pięćdziesięciokilometrowa jazda po górskich bezdrożach, zamienionych w potoki rwącej wody, z powodu oberwania chmury, które akurat się przytrafiło. Na stacji kolejowej w North Creek - gdzie Roosevelta poinformowano o śmierci McKinleya - oczekiwał specjalny skład, który czym prędzej powiózł wiceprezydenta do Buffalo. Roosevelt przybył do miasta wczesnym popołudniem 14 września. Zatrzymał się - jak poprzednio - w domu swojego przyjaciela Ansleya Wilcoxa, ulokowanym przy Delaware Avenue, niedaleko od posesji Milburnów. Następnego dnia, w bibliotece rezydencji Wilcoxa, odbyła się skromna i naprędce improwizowana ceremonia zaprzysiężenia Roosevelta jako nowego prezydenta USA.

PROCES ZABÓJCY

Obezwładnionego i ciężko poturbowanego Czolgosza, zawleczono do jednego z salonów świątyni muzyki, gdzie położono go na stole i poddano rutynowemu przeszukaniu. Tymczasem wieść o zamachu, rozeszła się lotem błyskawicy po całym Buffalo, wprawiając wszystkich naprzód w stan osłupienia, szybko przechodzącego u wielu w gniew i pragnienie zemsty na zamachowcu. Przerwano wszystkie imprezy odbywające się na terenie ekspozycji. Tłumy ludzi zaczęły gromadzić się wokół świątyni muzyki. Rozległy się okrzyki domagające się linczu na zamachowcu. Specyficznej grozy całej sytuacji dodali Indianie w pióropuszach i z tomahawkami w ręku, którzy pojawili się w sporej grupie pod świątynią muzyki, wykrzykując "zabili wielkiego białego ojca". W takiej sytuacji, postanowiono jak najszybciej przetransportować Czolgosza do głównego komisariatu policji w Buffalo.

Ambulansowi więziennemu wiozącemu Czolgosza, towarzyszyło liczne grono cyklistów, podążających tuż za powozem i domagających się głośno głowy zamachowca. W komisariacie poddano Czolgosza skrupulatnemu przesłuchaniu. Nie ujawniając swego prawdziwego nazwiska (podając się ciągle za Frieda Niemana), przedstawił on swój życiorys, podał motywy (ideologia anarchistyczna) swego czynu, inspirację (słowa Emmy Goldman) oraz oświadczył, iż zamachu na prezydenta dokonał sam, bez żadnych pomocników. W trakcie przesłuchania, na zewnątrz budynku komisariatu zgromadził się kilkutysięczny tłum, domagający się natarczywie zlinczowania zamachowca. Pod komisariat ściągnięto kilkuset policjantów, którzy po krótkiej ale intensywnej szarpaninie, zdołali rozpędzić demonstrantów i zapanować nad sytuacją. W areszcie policyjnego komisariatu Czolgosz przebywał do 15 września. Tego dnia, w obawie przed ciągle istniejącym zagrożeniem linczem, przewieziono go dyskretnie do więzienia w Buffalo, gdzie samosąd ze strony rozjuszonego tłumu przestał mu wreszcie grozić.

Dwa dni po śmierci McKinleya, decyzją grand jury, Czolgosz został oskarżony o zabójstwo prezydenta i tym rozpoczęło się postępowanie karne przeciwko niemu. 23 września stanął przed sądem okręgowym (the county court) w Buffalo. Następnego dnia ława przysięgłych uznała go winnym zarzucanego mu czynu. Taki werdykt oznaczał wyrok śmierci. Proces Czolgosza przed sądem, trwał krócej niż dwa dni i był jedną, wielką kompromitacją amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Przede wszystkim Czolgosz przez 10 dni (zdecydowanie zbyt długi okres czasu) pozostawał w areszcie (był pozbawiony wolności) bez postawienia mu zarzutów popełnienia przestępstwa. Prokurator nadzorujący postępowanie przeciwko Czolgoszowi tłumaczył się później, iż funkcjonariusze organów ścigania nie przedstawili Czolgoszowi zarzutów zaraz po zdarzeniu, ze względu na nieznany wówczas rezultat zamachu. Gdyby McKinley przeżył, zarzuty postawione Czolgoszowi miałyby inny charakter niż te, które ostatecznie postawiono mu po śmierci McKinleya.

Tłumaczenie takie nie wytrzymuje krytyki. Czolgoszowi bowiem, należało postawić zarzut usiłowania zabójstwa (bądź też nielegalnego posiadania broni palnej) zaraz po jego schwytaniu, modyfikując go odpowiednio po śmierci McKinleya, poprzez zarzucenie mu dokonania zabójstwa głowy państwa. Tym sposobem, unikniętoby ambarasującej sytuacji przetrzymywania przez 10 dni w areszcie (pozbawienie wolności) osoby teoretycznie wciąż niewinnej. Poza tym, procedura selekcji członków ławy przysięgłych, którzy uznali Czolgosza winnym zabójstwa, pozostawiała wiele do życzenia. Selekcja członków ławy przysięgłych, to proces bardzo skomplikowany i długi. Potencjalni przysięgli są przesłuchiwani przez obydwie strony procesowe (obrona, oskarżenie) i veto którejkolwiek ze stron, eliminuje danego kandydata. Selekcja owa zabiera zazwyczaj kilka tygodni, niekiedy kilka miesięcy. W przypadku procesu Czolgosza, skład lawy przysięgłych skompletowano w ciągu trzech godzin. Wszyscy z wybranych przysięgłych - z wyjątkiem jednego - przyznali się w trakcie bardzo krótkich przesłuchań, do posiadania ugruntowanej opinii w sprawie, znajdując Czolgosza winnym zarzucanego mu czynu i zarazem oświadczając, iż solidne dowody przemawiające za uniewinnieniem oskarżonego, byłyby w stanie zmienić ich pogląd.

Praktyką powszechnie stosowaną tak wówczas jak i dziś, jest eliminowanie kandydatów, dla których wina oskarżonego jest przesądzona przed rozpoczęciem procesu. W przypadku procesu Czolgosza, od owej praktyki - niestety - odstąpiono. Przewinienie przesądzenia sprawy przed zapadnięciem wyroku (contempt of the court - w Wielkiej Brytanii istnieje zakaz takiego postępowania, obwarowany sankcjami karnymi za jego naruszenie) dopuściła się także prasa, zwłaszcza w kontekście zapewnienia amerykańskiej opinii publicznej o poczytalności umysłowej oskarżonego i niewystępowaniu u niego żadnej choroby umysłowej. Obrońców z urzędu - Czolgosz nie miał prywatnych adwokatów - wyznaczył sąd dopiero 10 dni po aresztowaniu Czolgosza, w momencie przedstawiania mu zarzutów. Wyznaczeni obrońcy - Laron L. Lewis i Robert G. Titus - byli byłymi sędziami, bardzo sędziwymi, od wielu lat na emeryturze, których intelektualne możliwości z całą pewnością nie znajdowały się w stanie rozkwitu. Nie pokwapili się oni porozmawiać z oskarżonym, w sądzie nie komunikowali się z nim, ich inicjatywa dowodowa była równa zeru, nie wnieśli oni o przesłuchanie ani jednego świadka obrony. W swych żałosnych "mowach obrończych", rejterowali oni od meritum sprawy, wygłaszając peany pod adresem zmarłego prezydenta oraz amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, zapewniającemu oskarżonemu "uczciwy i bezstronny" proces, mimo ohydnego charakteru jego czynu.

Największą jednak gafą popełnioną przez nich, było niepodniesienie kwestii poczytalności ich klienta. Czolgosz, dwa dni po zamachu, został poddany na poły oficjalnym badaniom przez zespól buffalońskich psychiatrów, którzy kierując się głównie przesłankami frenologicznymi (kształt czaszki determinuje obecność lub brak choroby psychicznej lub upośledzenia) doszli do wniosku, iż nie jest on upośledzony bądź cierpiący na chorobę psychiczną i jako taki może stanąć przed sądem. Ów werdykt przesądził o uznaniu Czolgosza za zdrowego psychicznie także przez jego obrońców. Już po procesie, szereg znanych psychiatrów, poddało w wątpliwość słuszność owej diagnozy, wskazując szczególnie na śmierć matki Czolgosza gdy miał on 12 lat oraz bardzo złe relacje z macochą, jako na źródło jego ewentualnych zaburzeń psychicznych.

Dwa dni po zakończeniu procesu - 26 września 1901 r. - Czolgosza przewieziono z więzienia z Buffalo do zakładu karnego w Auborn (około 200 km na wschód od Buffalo), gdzie miał oczekiwać na wykonanie wyroku. Na dworcu w Auborn, Czolgosza, wysiadającego w towarzystwie licznej eskorty, oczekiwał kilkutysięczny tłum, usiłujący dokonać linczu na jego osobie. Silne posiłki policji, zapobiegły takiemu scenariuszowi wydarzeń. Po znalezieniu się we wnętrzu więziennego gmachu, Czolgosz - do tej pory dzielnie i z godnością znoszący swój los - załamał się, dostał ataku histerii, osunął się na podłogę i zaczął się po niej wić. Po przywiązaniu do łóżka i zaaplikowaniu środków uspokajających, zdołał po kilku godzinach odzyskać panowanie nad sobą. Datę egzekucji wyznaczono na 29 października 1901 r. Do tego momentu skazanego poddano ścisłemu nadzorowi, chcąc uniemożliwić mu wymknięcie się wymiarowi sprawiedliwości poprzez popełnienie samobójstwa, tak jak to uczynił idol Czolgosza, zabójca króla Umberta, Gaetano Bresci.

Wykonanie wyroku odbyło się zgodnie z wyznaczonym terminem. Skazanego porażono prądem o napięciu 2700 V, przepuszczonym dwukrotnie przez jego ciało. W chwili przytraczania do elektrycznego krzesła, Czolgosz usiłował wygłosić krótką przemowę o motywach swojego czynu i ideach anarchistycznych, jednakże jeden ze skórzanych pasów, którym został przywiązany do krzesła elektrycznego, dosłownie zakneblował mu usta, uniemożliwiając wygłoszenie krótkiej deklaracji. Czolgosz był 50 skazańcem, który stracił życie na krześle elektrycznym w więzieniu w Auborn. Ten sposób egzekucji był wówczas absolutnym novum i uchodził za bardzo humanitarny. Władze wiezienia w Auborn, mimo usilnych zabiegów jego brata Waldemara, nie zgodziły się na wydanie zwłok rodzinie. Pierwotnie, uniwersytetowi Cornell w Ithaka została obiecana czaszka Czolgosza, a uniwersytetowi w Syracuse jego ciało. Jednakże chcąc uniknąć anarchistycznych pielgrzymek do grobu zamachowca, naczelnik więzienia w Auborn nakazał pochówek zwłok skazańca na przywięziennym cmentarzu, po uprzednim złożeniu ich do metalowej trumny, a następnie rozpuszczeniu kwasami żrącymi. Rzeczy osobiste Czolgosza zostały spalone.

NASTĘPSTWA ZAMACHU

Konsekwencje zabójstwa McKinleya były wielorakie. Przede wszystkim - automatycznie - na stanowisko prezydenta został katapultowany dotychczasowy wiceprezydent Theodore Roosevelt. Było w tym fakcie sporo ironii losu. Roosevelt został "wmanewrowany" na niewiele znaczące stanowisko wiceprezydenta, przez wszechwładnego bossa partii republikańskiej senatora Hanne, który dokonując takiego "posunięcia" liczył na zneutralizowanie niesfornego - zbyt niezależnego jego zdaniem - "kowboja" i pozbawienie go wpływu na bieg wydarzeń. Za przyczyną czynu Czolgosza, stało się dokładnie odwrotnie. Prezydentura Roosevelta (dwie kadencje 1901 - 1909 r.) różniła się zasadniczo od poprzednich i stanowi ona swoista cezurę w amerykańskiej historii. Theodore Roosevelt wydał wojnę wielkim koncernom - trustom, monopolizującym poszczególne sektory gospodarki i dzielące pomiędzy siebie strefy wpływów. Najbardziej spektakularnym osiągnięciem w tym względzie, było rozwiązanie w 1912 r. - już po ustąpieniu Roosevelta - koncernu naftowego Standard Oil Company.

Za prezydentury Roosevelta, pojawiły się także pierwsze federalne akty prawne, regulujące warunki higieniczne przetwórstwa żywności i jakość artykułów żywnościowych. To także Roosevelt powołał do życia departament handlu i pracy, z Cortelyou jako jego pierwszym sekretarzem, jak również ustanowił szereg parków narodowych na terenie USA. Jak wiec widać z powyższych przykładów, skromny, tym niemniej zauważalny interwencjonizm państwowy, był znamienną cechą tej prezydentury. Trzydzieści lat później, bratanek Teodora, Franklin Delano Roosevelt, przystępując do realizacji polityki "new deal", będzie się wzorował na polityce swego sławnego stryja.

W zakresie polityki zagranicznej, prezydentura Roosevelta zaznaczyła się - przede wszystkim - interwencją amerykańską w Kolumbii, skutkującą powstaniem nowego państwa (Panama), które scedowało na rzecz USA, prawa do budowy i posiadania kanału przez jego terytorium (jego otwarcie nastąpiło w 1914 r.) oraz pośrednictwem Roosevelta w konflikcie rosyjsko - japońskim 1904/1905 r., zakończonym podpisaniem pokoju w Portsmuth (New Hampshire) w 1905 r. Za swą rolę w zakończeniu tego konfliktu, Roosevelt, wojak z krwi i kości (jego ulubione powiedzenie brzmiało: "jeżeli chcesz daleko zajść, dzierż w ręku gruby kij i miej usta pełne pięknie brzmiących frazesów"), otrzymał w 1906 r. nagrodę pokojową Nobla.

Bezpośrednio po zamachu na McKinleya, przez USA przetoczyła się fala pogromów. Anarchistów (lub osoby - często niesłusznie - podejrzewane o anarchizm), bito, wypędzano z miast, upokarzano starym, amerykańskim sposobem "to tarr and feather" (polegającym na obnażeniu do naga, oblaniu smołą, obsypaniu pierzem i wypędzeniu z danej miejscowości przy akompaniamencie "kociej muzyki") zatrzymywano w areszcie bez żadnego uzasadnionego powodu, obrzucano obelgami, zmuszano groźbą do wyprowadzenia się z domu, czy też z danej miejscowości. Pojawiły się poważne postulaty przymusowego wyekspediowania anarchistów na wyspy Pacyfiku, a senator Joseph Hawley publicznie zaoferował nagrodę 1000 USD za zastrzelenie anarchisty.





















Na organizowanych antyanarchistycznych wiecach, palono lub wieszano kukły Czolgosza, Goldman i - o ironio losu - magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta. Tego ostatniego, powszechnie oskarżano o "sprowokowanie" Czolgosza do popełnienia haniebnego czynu. Rzecz w tym, iż w jednej z podległych Hearstowi brukowych gazet, na kilka miesięcy przed zamachem, pojawił się artykuł bardzo napastliwy w tonie, wylewający kubły pomyj na McKinleya i sugerujący, iż lepiej byłoby dla całego kraju, gdyby prezydent długo nie pożył. Imperium prasowe Hearsta znacznie ucierpiało w następstwie zamachu. "Żółta prasa" konkurencji - w myśl zasady "bij mistrza" - nie zostawiła suchej nitki na przeciwniku. Sam Hearst, w obawie o swe życie, wynajął silną ochronę i zaczął nosić przy sobie automatyczny rewolwer.

Na fali antyanarchistycznej histerii, policja aresztowała cały szereg mniej i bardziej znanych anarchistycznych działaczy, w tym także Emmę Goldman. Próba udowodnienia jej współudziału w zamachu spełzła na niczym i po trzech tygodniach opuściła ona areszt. W udzielonym zaraz potem wywiadzie, zadeklarowała gotowość opieki nad rannym prezydentem (była z zawodu pielęgniarką), oświadczając iż McKinley jako osoba (a nie reprezentant wrogiego ustroju) zasługuje na sympatię i współczucie. Z drugiej strony jednak, wyzywająco nie potępiła ona zamachu na prezydenta, stwierdzając, iż Czolgosz jest jedną z tych wrażliwych jednostek ludzkich, które doprowadzone do rozpaczy niesprawiedliwością, krzywdą i uciskiem ustroju, w którym przyszło im żyć, nie wahają się uciec do tak desperackiego posunięcia, jak targniecie się na życie prezydenta państwa. Emma Goldman - wraz z szeregiem innych anarchistów - została ostatecznie deportowana z USA w 1919 r., jako osoba zagrażająca porządkowi społecznemu państwa. Jej "rola" w zamachu na prezydenta, niewątpliwie przyczyniła się do podjęcia przez władze amerykańskie decyzji o banicji.

W następstwie czynu Czolgosza, w większości stanów USA, stanowe legislatury wprowadziły zakaz szerzenia ideologii anarchistycznej, opatrzony surowymi sankcjami karnymi za jego nieprzestrzeganie. Co więcej, od 1903 r., przybywający do USA imigranci, musieli deklarować się co do tego, czy wyznają ideologię anarchistyczną. Podejrzenie o bigamię, prostytucję, anarchizm oraz cierpienie na określone choroby, mogło stanowić podstawę (do czasów wprowadzenia kwot imigracyjnych po I wojnie światowej) odmówienia imigrantom europejskim prawa wstępu na terytorium USA, przez władze amerykańskie.

Zabójstwo McKinleya i antyanarchistyczny "uraz" jaki dal się zauważyć w USA w jego następstwie, miały znaczący wpływ na przebieg procesu Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich robotników, sympatyków anarchizmu, oskarżonych o zabójstwo przełożonego z pracy w celach rabunkowych. Proces trwał 7 lat (1921-1927) i zakończył się skazaniem na śmierć (wyrok wykonano) obydwu oskarżonych. Proces ów - najbardziej znana sprawa karna w USA okresu międzywojnia - był bardzo tendencyjny (nie uwzględniono szeregu okoliczności przemawiających na korzyść oskarżonych) i tak jak w przypadku procesu samego Czolgosza, może on służyć jako przykład kompromitacji amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W 1977 r. gubernator Massachussettes anulował wyroki z 1927 r. i zrehabilitował obydwu skazanych.

McKinley był trzecim prezydentem USA (po Abrahamie Lincolnie i Arthurze Garfieldzie), który zginął z rąk zamachowca pełniąc swój urząd. Jego tragiczna śmierć, ostatecznie przesądziła o zapewnieniu przyszłym prezydentom USA należytej ochrony osobistej. Kongres wyasygnował na ten cel odpowiednie kwoty pieniędzy, wprowadzono drobiazgowe procedury postępowania, pełne zakazów i nakazów, do których przestrzegania zobowiązani byli wszyscy, włącznie z samym prezydentem. Co prawda, następca McKinleya, Theodore Roosevelt, nagminnie łamał - ku rozpaczy swych współpracowników i agentów ochrony - wprowadzone obostrzenia, stając się zresztą celem dla zamachowca w 1912 r., tym niemniej kolejni prezydenci w zasadzie podporządkowali się nowym regulacjom.

Zabójstwo McKinleya spowodowało małe trzęsienie ziemi na nowojorskiej giełdzie. Pojawiło się nagle na horyzoncie widmo zapaści ekonomicznej, tym niemniej dzięki zabiegom J.P. Morgana (finansista, z początkiem XX wieku kontrolował całą Wall Street), po krótkim okresie paniki sytuacja wróciła do normy. Nic natomiast nie zdołało uratować wystawy panamerykańskiej. W następstwie zamachu, do Buffalo przylgnęła wątpliwej sławy etykieta miasta, w którym zamordowano prezydenta USA (nawiasem mówiąc, owa negatywna aura w jakimś stopniu ciągle unosi się nad miastem, w związku z czym, organizatorzy uroczystości upamiętniających 100 rocznicę ekspozycji panamerykańskiej, starali się nie eksponować najbardziej znanego zdarzenia tej imprezy), co w połączeniu z nadejściem jesieni i pogorszeniem się pogody, wpłynęło na znaczny spadek liczby zwiedzających.

Komitet wystawy z Milburnem na czele, usiłował za wszelką cenę odwrócić ów trend, organizując 1 listopada 1901 r., cykl imprez pod zbiorczą nazwą "dnia Buffalo". Przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem. Burmistrz Buffalo nie ogłosił wolnego od pracy dnia dla swoich podwładnych, podobnie jak i większość lokalnych przedsiębiorców. Dyrektor buffalońskiego przedsiębiorstwa tramwajowego, odmówił obniżki ceny za bilety z centrum miasta na teren wystawy. Fatum zawisło nad ekspozycją. Pod koniec "dnia Buffalo", żądny zniszczenia tłum - z powodów bliżej nie znanych - zdemolował szereg obiektów wystawy. Wystawie zaczęła zagrażać perspektywa finansowego krachu. Milburn udał się do Waszyngtonu, zabiegać w kongresie o wsparcie finansowe, jednakże jego trud nie przyniósł żadnych efektów i wystawa stanęła w obliczu bankructwa.

W grudniu 1901r., obiekty wystawy zostały sprzedane Harris Wrecking Company z Chicago, firmie zajmującej się eksploatacją złomu i surowców wtórnych. Powołany komitet obywatelski, którego celem było uratowanie od zniszczenia wieży elektrycznej, nie zdołał zebrać odpowiedniej kwoty na jej wykupienie. Ocalał tylko posąg ze szczytu wieży (bogini światła), który nabyła firma z Cleveland wytwarzająca popcorn.

Zabójstwo McKinleya wywarło decydujący wpływ na losy Johna Nepomuka Schranka. Następnego dnia po śmierci prezydenta, Schrankowi - nowojorskiemu barmanowi - przytrafił się dziwny i zarazem makabryczny sen. W owym śnie, McKinley powstał z trumny i wskazując palcem na Roosevelta nazwał go swym mordercą. Koszmar ów prześladował Schranka przez następną dekadę. W jedenastą rocznicę śmierci McKinleya - 14 września 1912 r. - w okresie gdy Roosevelt ubiegał się po raz trzeci o prezydenturę, Schrank doświadczył - tym razem na jawie - swego rodzaju wizji. Duch McKinleya pojawił się przed oczami natchnionego barmana, nakazując mu zapobieżenie wyborowi Roosevelta na prezydenta USA. Schrank, przekonany o powierzeniu mu dziejowej misji do spełnienia, zakupił automatyczny rewolwer i ruszył śladem prowadzącego intensywną kampanię wyborczą Roosevelta.

Dnia 14 października 1912 r., w Milwaukee (Wisconsin), w chwili gdy Roosevelt opuszczał hotel, w którym się zatrzymał na czas kampanii wyborczej w mieście, Schrank zdołał się do niego zbliżyć na odległość wyciągniętej ręki i oddać pojedynczy strzał. Kula trafiła w pierś eksprezydenta, jednakże utkwiła - szczęśliwym zbiegiem przypadku - w grubym rękopisie mów wyborczych i futerale okularów, które znajdowały się w wewnętrznej kieszeni jego kamizelki. Zamachowca, po schwytaniu, poddano badaniom psychiatrycznym i zdiagnozowano jako chorego psychicznie, cierpiącego na manię wielkości. Resztę swego życia spędził on w szpitalu psychiatrycznym. W 1940 r., gdy bratanek Theodora Roosevelta - Franklin Delano Roosevelt - ubiegał się o trzecia prezydenturę, Schranka, na wszelki wypadek, zamknięto na kilka miesięcy w pojedynczej celi.

Artur Ziaja

Tekst ukazał się na portalu "Lewica bez Cenzury"

podziękowania dla tow. Gregora za nadesłanie tekstu

Społeczność

USRR