Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 27 gości.

Andrzej Żebrowski: Tusk udaje że nie atakuje

Tusk.jpg

Rząd Tuska ma obecnie jedno główne zadanie: jak ciąć i zwalniać a jednocześnie w przyszłym roku wygrać wybory parlamentarne?

Dlatego język Tuska jest w tej chwili tak wyrozumiały dla problemów zwykłych niezamożnych obywateli – chce pokazać, że troszczy się o nas.

Tymczasem rząd nie może zlekceważyć obecnego kryzysu światowego. Co prawda polska gospodarka jako jedyna w Unii Europejskiej osiągnęła ponad zerowy wzrost gospodarczy w 2009 r., ale jak podkreślił były wiceminister finansów Stanisław Gomułka w Financial Times, spadek tempa wzrostu w Polsce było tak duże jak w niektórych innych krajach europejskich.

“W rozwiniętych krajach Zachodu standardowa stopa wzrostu liczy 1-2 procent [rocznie]. Potem mamy kraje wschodzące, które je doganiają, gdzie standardowa stopa wynosi około 5 procent. Polska należy do tej kategorii.”

Ten ostry spadek tempa wzrostu stanowi coraz większy problem dla polskiej gospodarki pisze FT. Przypomnijmy, że w 2007 r. Polska gospodarka wzrosła o 6,8 proc., w 2008 o 5 proc. a w 2009 jedynie o 1,7 proc. Co więcej, braki budżetowe się nasiliły gdy obniżono podatki, głównie dla najbogatszych, na początku 2009 r.

Deficyt budżetowy wystrzelił w górę. W 2007 roku liczył tylko 1,9 proc. produktu krajowego brutto, w 2008 r. – 3,7 proc. a w 2009 – 7,1 procent.

Gdy pod koniec lipca rząd ogłosił wzrost podatku VAT od 22 do 23 proc. na większość towarów i usług sam Tusk powiedział, że poprzednie obniżenie podatku PIT oznacza, że tylko w 2010 r. budżet ma mniej o ok. 42 mld zł. Nawet gdy przyjmujemy, że są inne oszacowania tej sumy, straty z powodu obniżenia podatków dla supernadzianych są ogromne – i Tusk sam to podkreśla.

Racjonalnie byłoby spodziewać się, że Tusk przywróci większe podatki dla bogatych. Oczywiście tego nie ma zamiaru zrobić, nawet gdy według jego własnych ocen, wzrost VATu przyniesie zaledwie 5-5,5 mld zł.

Tak więc mamy grę pozorów kiedy Tusk udaje, że dba o zwykłych obywateli, jednocześnie uderzając w ich kieszeń.

Najlepszym tego przykładem była farsa, kiedy premier “karcił” przedstawicieli firm zarządzających prywatnego sektora emerytalnego OFE (25 sierpnia). Nawet komentatorzy polityczni w TVN24 zauważyli, że było to przedstawienie na pokaz –zważywszy, że Tusk nie zapowiedział żadnych zmian, tylko teatralnie groził przed kamerami.

Płace

Bardziej niebezpieczne są plany Tuska wobec płac pracowników. Rządowe założenia do budżetu na 2011 r przewidują zamrożenie płac w sferze budżetowej (nie ma to dotyczyć nauczycieli) – czyli dla m.in. zwykłych pracowników w państwowej administracji, pracowników służby zdrowia i służb mundurowych.

Brak nominalnej podwyżki płac w budżetówce o wskaźnik inflacji będzie oznaczał, iż wynagrodzenia w tym sektorze realnie spadną. Oczywiście Tusk chce uniknąć starcia ze związkami zawodowymi – a jeśli to się nie uda, wygrać ze strajkującymi załogami.

I tu jest nasza najlepsza szansa by pokrzyżować plany rządu.

Tylko strajkami w budżetówce i w innych sektorach możemy odeprzeć cyniczne ataki rządu PO-PSL.

Dlaczego nie jest tak źle jak u sąsiadów?

Rząd przesadza mówiąc o sukcesie gospodarczym. Jest wysokie bezrobocie i zwiększające się rozwarstwienie dochodów między najbogatszymi a resztą społeczeństwa.

W 2009 r. prezesi spółek giełdowych otrzymywali średnio po 2 mln zł rocznie. “Suma to wynosi o połowę mniej niż szefowie podobnej wielkości firm z Niemiec czy Austrii. Ale pod względem siły nabywczej ich zarobki należą do najwyższych na świecie” z Gazety Wyborczej 2010).

Jest też wysoki deficyt budżetowy

Niemniej rząd częściowo ma rację – nie jest tak źle jak np. w państwach bałtyckich czy u innych sąsiadów. Warto przyjrzeć się dlaczego tak jest.

Polska ma stosunkowo duży rynek krajowy, co pomogło gdy było znacznie trudniej eksportować do krajów objętych głębszym kryzysem. Dla porównania w czasach wybuchu kryzysu eksport w Polsce wynosił 34 proc PKB na Węgrzech 65,5, w Czechach 66,8 a na Słowacji 75,7 procent.

Polska nie jest w strefie euro, odmiennie niż Słowacja czy Słowenia i polska waluta też nie jest sztywnie związana z kursem euro [ang. “pegged”] w odróżnieniu od państw bałtyckich czy Bułgarii. To pozwoliło na większą elastyczność - złotówka stała się tańsza, co wzmocniło konkurencyjność gospodarki. Zauważmy przy tym, że Tusk już nie mówi o szybkim wejściu do euro w roku kiedy odbędzie się futbolowe Euro 2012.

Jedynie szczęśliwym trafem Polska gospodarka nie była tak obciążona kredytami w obcych walutach jak sąsiedzi. Według Banku Światowego w marcu 2009 r. na Węgrzech takie kredyty wyniosły 72 procent wszystkich kredytów, w Estonii 88 proc. a w Polsce “tylko” 40 proc. Chociaż jak zauważył ekonomista Witold Orłowski już w 2008 liczba kredytów w zagranicznych walutach wzrastała bardzo szybko. “Nasi sąsiedzi uderzyli w ścianę,” powiedział, “my także biegaliśmy w kierunku ściany, ale na szczęście byliśmy jeszcze daleko gdy nasi sąsiedzi zaczęli w nią uderzać.” (Financial Times, 25 czerwca 2010 r.).

Wszystkie obietnice ostatnich lat były więc warte tyle co nic – gdy mówiono, że przyjęcie waluty euro oznacza postęp cywilizacyjny i oczywiście chwalono neoliberalną politykę cięć socjalnych i wolnej ręki dla biznesu.

Klęska neoliberalizmu – klęska kapitalizmu

Neoliberałowie odtrąbili pozorny sukces gospodarczy krajów bałtyckich (oczywiście nazwanymi “tygrysami”) szczególnie w trzech latach 2005 do 2007, kiedy gospodarka Łotwy wzrosła przeciętnie o 10,8 proc. a w Estonii i na Litwie 8,8 proc. W tych państwach obowiązywał ulubiony przez neoliberałów podatek liniowy. W rzeczywistości w tych krajach odnotowano najszybciej rosnące bańki spekulacyjne w nieruchomościach. Nawet w “dobrych czasach” dla przeciętnego pracownika nie było tak różowo. Według danych Eurostat kraje bałtyckie notują najgorsze warunki pracy w całej Unii – tamtejsi pracownicy mają najniższy standard życia i najdłuższe godziny pracy. Wydatki socjalne wynoszą przeciętnie ok 25 proc. tych w UE i rozwarstwienie dochodów jest najostrzejsze. Od pierwszego kwartału 2009 r do 2010 bezrobocie w Estonii wzrosło od 10 do 19 proc.

Te ataki na standard życia pracowników nie gwarantowały sukcesu gospodarczego, nawet dla kapitalistów. W 2009 r. wszystkie kraje bałtyckie były na potężnym minusie PKB: Estonia o 14,1 proc., Litwa o 14,8 i Łotwa 18 procent.

Obecnie polski deficyt nie jest najgorszy w Europie – np. w takich krajach jak Grecja Hiszpania, Irlandia i Brytania jest większy. Ale “rynki” (spekulanci) mogą niedługo zwrócić swoją uwagę także na Polskę.

Przesłanie jest jasne – nie ufajmy ekonomistom i rządom. Liczmy na własną siłę, na siłę zorganizowanych pracowników - bo innego wyjścia nie mamy.

tekst ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika "Pracownicza Demokracja"

Społeczność

Obama rev