Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Bush współwinny ataków na Nowy Jork i Pentagon?

wtc.jpg

Postać Davida Ray Griffina nie sugeruje niczego nawiedzonego lub w najmniejszym stopniu histerycznego. W kontakcie osobistym Griffin jest rozbrajająco spokojny, przemawia w niewzruszenie precyzyjnym i rozważnym stylu wieloletniego profesora uniwersytetu. Co w odniesieniu do niego zupełnie się zresztą zgadza. Od lat siedemdziesiątych Griffin jest uznanym filozofem religii w seminarium Claremont School of Theology, wieloletnim mieszkańcem Santa Barbara [w Kaliforni]. Obecnie teolog ten podnosi jednak pytania, o jakich nawet najbardziej zatwardziali krytycy prezydenta Busha nie śmią nawet myśleć, a już na pewno zadawać ich głośno.

Najnowsza książka Griffina pt. Nowy Pearl Harbor (The New Pearl Harbor) - która ukazała się kilka tygodni temu - niemal jawnie oskarża ekipę Busha o świadome zaniechanie obowiązków w dniu 11. września 2001 r., i umożliwienie terrorystom z Al Kaidy ataku na bezbronne wieżowce World Trade Center. Jak oświadcza Griffin, da się logicznie obronić twierdzenie, że ekipa Busha uczestniczyła w organizowaniu ataku, lub świadomie do niego dopuściła. Griffin rozumie, że może zostać wyśmiany jako "paranoik i zwolennik teorii spiskowej", ale z uwagi na "transcendentne znaczenie" podniesionej kwestii, autor podejmuje takie ryzyko, chętnie powtarzając za reżyserem Michaelem Moore'm: "Nie uznaję żadnych teorii spiskowych z wyjątkiem tych, które są prawdziwe." Z Griffinem spotkałem się przy kawie dla omówienia jego nowej książki oraz wyników pracy Komisji Dochodzeniowej d/s Ataków z 11. września. Poniżej zamieszczamy z niewielkimi skrótami naszą rozmowę.

NICK WELSH: Czy istnieje jakiś jednoznaczny dowód, że ekipa Busha wiedziała, iż ma dojść do zamachów z 11-09, ale nic z tą wiedzą nie zrobiła?

DAVID RAY GRIFFIN: Sądzę, że takich dowodów jest cztery. Pierwszy to to, że w odniesieniu do żadnego z samolotów porwanych 11 września nie zastosowano standardowych procedur obrony powietrznej kraju. Procedura przewiduje, po otrzymaniu pierwszego sygnału, że mogło dojść do porwania samolotu cywilnego - natychmiastowy start myśliwców. Myśliwce przechwytujące osiągają taki cel w dowolnym punkcie nad terytorium USA zazwyczaj po nie więcej jak 15 minutach. Tego dnia jednak cztery samoloty pasażerskie krążyły przez więcej jak pół godziny po stwierdzeniu porwania, jednak żaden myśliwiec nie wystartował.

A jaka jest oficjalna wersja?

Przykro to mówić, ale prasa nie wykonała tu swego zadania. Nie zmuszono władz do wyjaśnienia przyczyn, dla których w tym dniu nie stosowano pragmatyki i procedur, prasa nie naciskała też na FAA (Federalna Zarząd Lotnictwa Cywilnego) dla wyjaśnienia, dlaczego Zarząd nie zawiadomił o tych porwaniach zgodnie z obowiązującymi przepisami. Urzędowa wersja jest taka, że z jakichś przyczyn wszystkie myśliwce bardzo się spóźniły.

A dalsze jednoznaczne dowody?

Drugi najbardziej przekonujący dowód to - dla mnie - samo uderzenie w budynek Pentagonu. Dowody materialne diametralnie zaprzeczają wersji urzędowej, mówiącej, że doszło do kolizji Boeinga 757 z murami budynku - chodzi o Lot [American Airlines] nr 77. Same dowody materialne w postaci zdjęć oraz zeznań świadków naocznych mówią o uderzeniu w Pentagon przez latający przedmiot, który wybił otwór o średnicy do pięciu i pół metra. Wersja podana przez Pentagon, opublikowana następnie przez Washington Post, mówi, że wyrwa w budynku miała pięć pięter wysokości i 60 metrów szerokości. Kiedy spojrzymy na zdjęcia, jakie zrobił dla agencji Associated Press Tom Horan- rozbieżność co do wymiarów otworu w murze staje się ewidentna.

Jednak jeśli otwór miał tylko 5,5 m. średnicy, to musiał zostać wybity przez lecący przedmiot inny, niż pasażerski Boeing. Cokolwiek uderzyło w Pentagon, przebiło sześć zbrojonych ścian. To było w zachodnim skrzydle Pentagonu, poddawanym właśnie remontowi i zbrojeniu. To były specjalnie wzmocnione mury, jednak lecący przedmiot przebił sześć ścian, a otwór w ostatniej z nich miał około dwóch metrów średnicy. Latający przedmiot musiał mieć szczególnie utwardzoną głowicę. Stożek dziobowy Boeinga 757 jest bardzo kruchy, fizycznie niezdolny do przebicia wszystkich tych murów. Przy kontakcie z pierwszą ścianą Pentagonu doszłoby do jego zgniecenia. A skoro przebił tylko te trzy pierścienie [Pentagon ma konstrukcję złożoną ze współśrodkowych pięciokątnych "pierścieni", zapewne po dwie ściany na pierścień], to inne pozostałości maszyny powinny leżeć na dziedzińcu. Jednak na zdjęciach zrobionych tuż po przybyciu wozów straży pożarnej- zaraz po uderzeniu - nie widać żadnych pozostałości po samolocie.

Co widać na zdjęciach?

Nie ma nic wskazującego na samolot. Co do tego wszyscy są zgodni. Urzędowa wersja mówi, że cały samolot pogrążył się w budynku Pentagonu. Mamy więc kolejną zagadkę - strażacy w budynku widzieliby przecież samolot. Widzieliby silniki, aluminiowe elementy kadłuba - jednak strażacy nie zgłosili niczego. Zapytany, co zaobserwował, dowódca jednostki straży, Ed Plower, oświadczył: "Nie widziałem żadnych dużych elementów, żadnego kadłuba, silników, nic." Jednak około miesiąca później, na to samo pytanie odpowiedział już inaczej: "A, tak, widziałem to wszystko." Upłynęło dość czasu na odświeżenie pamięci komendanta.

Jeśli to, co pan twierdzi, jest uzasadnione, czyli że był to pocisk rakietowy, to co się stało z samolotem i wszystkimi ludźmi na pokładzie?

Właśnie z tego względu podkreślam, że nie stawiam sobie za cel rekonstrukcji wydarzeń. Nie mam pojęcia, jakie były losy lotu nr 77.

Prezydenta Busha krytykowano również za cokolwiek niekonwencjonalne zachowanie w tym tragicznym dniu.

W momencie, gdy prezydentowi i jego ochronie z Secret Service dostarczono wiadomość, że kolejny samolot uderzył w budynek World Trade Center, oraz że trzy samoloty zostały porwane, nie było już miejsca na żadną wątpliwość, że mamy do czynienia z terrorystycznym atakiem na USA. . . najbardziej przerażającym atakiem w całej historii Stanów Zjednoczonych. i należało zakładać, że co najmniej jeden z samolotów zmierza w kierunku Prezydenta Busha. Czyli dowiedziawszy się o tym, agenci Secret Service z pewnością błyskawicznie by go "zwinęli" i przewieźli w bezpieczne miejsce. W istocie, słyszano jak jeden z prezydenckich agentów Secret Service stwierdza: "Już nas tu nie ma." Ale najwyraźniej zwierzchnicy nie myśleli podobnie, gdyż Prezydent Bush pozostał na miejscu. Po tym, jak szef sztabu Białego Domu, Andrew Card, podał publicznie informację o kolejnym uderzeniu w World Trade Center, prezydent skinął tylko głową i jakby ze zrozumieniem oświadczył "Zrobimy jednak tę lekcję czytania." Bush siedział więc przez kolejnych 15 minut i słuchał, jak dzieci czytają opowiadanie o ulubionej kózce. Szkoła posłużyła również prezydentowi za foto-plener, na którym pozostał on dalszych kilka chwil po lekcji, rozmawiając z dziećmi i ich nauczycielem.
Nawet Bill Sammon, dziennikarz dziennika Washington Times i autor bardzo pro-Bushowskiej książki, odnotowuje, jak rozluźniony i obojętny wydawał się prezydent, w zestawieniu z faktem, że właśnie dowiedział się, iż jego kraj jest celem ataku. Autor opisuje, jak Bush wyraźnie się ociąga, nazwał go nawet "Naszym Naczelnym Mitręgą." Następnie prezydent wystąpił w ogólnokrajowej telewizji, udzielając wcześniej zaplanowanego i publicznie zapowiedzianego wywiadu. . . po czym świta wsiadła do podstawionych zgodnie z planem limuzyn, które przewiozły ich z powrotem na lotnisko. Innymi słowy Bush i agenci Secret Service nie okazali ani razu obawy, że mogą stać się celem ataku - co samo w sobie silnie wskazuje na wiedzę o liczbie porwanych samolotów i o tym, co było ich celem.

A może było tak, że Bush chciał zasugerować obywatelom postawę spokoju wobec szalejącej zawieruchy, że oto obserwowaliśmy Busha wykazującego niewzruszoną determinację wobec katastrofy - a la Winston Churchill?

Jeśli ktoś chce w coś takiego wierzyć, może oczywiście snuć takie scenariusze. Jednak faktem jest, że w takich sytuacjach prezydent nie jest osobą, która podejmuje decyzje - zadanie to przejmuje zespół agentów Secret Service. A panowie z Secret Service szkoleni są w reagowaniu na tego typu kryzys, jak i w podejmowaniu natychmiastowych decyzji "zwinięcia" prezydenta i odwiezienia go poza obszar zagrożenia. Agenci mieli więc gotową trasę ewakuacyjną; mieli kilka alternatywnych programów działania - bo zawsze je mają. Jest co najmniej nieprawdopodobne, aby rozmyślnie pozostali na miejscu, stwarzając zagrożenie życia dzieci i nauczycieli tylko dla okazania determinacji i pewności a la Churchill.

No a co z tym samolotem, który spadł?

Wiadomo, że pasażerowie lotu United Airlines nr 93, który rozbił się na terenie Pensylwanii, starali się opanować samolot. Pasażerowie doszli do przekonania, że porywacze nie mają bomby i zapewne nie mają nawet broni palnej. A ponieważ ich samolot wystartował o całe pół godziny po pozostałych, wiedzieli już o uderzeniach w World Trade Center. Spodziewali się więc, że i tak zginą, nawet jeśli zachowają bezczynność. I właśnie wtedy jeden z pasażerów mówi, "Zaczęli, już wdzierają się do kabiny, chyba im się uda." Gdy to się dzieje na pokładzie, już na podsłuchu FBI, samolot zaczyna spadać. Daje się słyszeć ssący świst, a potem wycie wiatru. Na ziemi przypadkowi obserwatorzy słyszeli dźwięk, porównywany przez kombatantów z Wietnamu do odgłosów pocisku rakietowego. Przy czym pewne szczątki samolotu odnaleziono aż o 13 km od miejsca zderzenia z ziemią, co sugerowałoby, że trafiony samolot zaczął "gubić" rozmaite części. Jeden z silników znaleziono prawie dwa kilometry od miejsca zderzenia. Jasne jest też, że jeśli w istocie sprowadziła go na ziemię rakieta, to była według wszelkiego prawdopodobieństwa pociskiem kierowanym na podczerwień [energię cieplną], który uderzył w gorący silnik i oderwał go od samolotu.

Z jakiej racji władze mogły być zainteresowane takim wynikiem? Aby porywaczom zamknąć na zawsze usta?

Taka motywacja byłaby wielce logiczna. Jeśli miała miejsce zmowa, o której wiedzieli porywacze, rzeczą niezwykle groźną dla planujących akcję byłoby pozostawienie przy życiu kogokolwiek. Powtarzam raz jeszcze, że nie wiem, jak było, ale taki scenariusz nosi przynajmniej znamiona prawdopodobieństwa. W tym dniu krążyły liczne plotki o zestrzeleniu samolotu, jednak władze im zaprzeczyły.

Sugeruje pan, że budynki World Trade Center zostały zburzone przy pomocy ładunków wybuchowych. Jedynie w ten sposób daje się, wg pana, wytłumaczyć ilość energii cieplnej, która się tam wytworzyła oraz szybkość, z jaką obie wieże się zawaliły. To dość skrajna teoria. Jakie są dowody na jej poparcie?

Istnieją dowody natury zbiorczej - kilka okoliczności, wskazujących na kontrolowane zniszczenie tych budowli. Po pierwsze, na podstawie moich lektur, nigdy w historii nie doszło jeszcze do zawalenia się budynku o konstrukcji stalowej jedynie w wyniku pożaru. Budowle takie w wyniku bardzo potężnego pożaru, niszczącego wszystko i trwającego bardzo długo - zginają się i deformują. Ale jak dotąd, żaden się nie zawalił.

Ale to nie był tylko pożar - był pożar i uderzenie oddziałujące równocześnie

Wieżowce WTC to ogromne budowle, o doskonałej konstrukcji i znacznym marginesie redundancji. Nawet osoby przyjmujące urzędową wersję zgadzają się, że samo uderzenie samolotu w budynek nie powinno mieć znaczenia dla dalszej wytrzymałości konstrukcji, że wstrząs był gwałtowny, ale krótkotrwały i że oba budynki utrzymały pełną stabilność i nie weszły w rezonans. W budynku południowym, po uderzeniu samolotu w narożnik, większość paliwa uległa wylaniu poza konstrukcję. Powstała więc ogromna i bardzo efektowna kula ognia, ale to samo oznacza też, że większa część paliwa spaliła się w czasie około jednej minuty i w budynku nie pozostało zbyt wiele paliwa. Właśnie dlatego pożar w budynku południowym nieomal wypalił się w czasie niecałej godziny. Przy czym dochodzimy tu do kolejnego niezwykłego faktu co do budynków WTC. Jeśli oficjalna wersja jest wiarygodna, że to połączony efekt uderzenia i powstałego pożaru spowodował zawalenie się budynków, należałoby oczekiwać, że budynek północny powinien zawalić się pierwszy, bo został uderzony wcześniej. Jednak pierwszy zawalił się budynek południowy. Runął w niecałą godzinę. Pasuje to idealnie do wersji o zburzeniu kontrolowanym, co musi oznaczać, że w budynku były przygotowane ładunki wybuchowe. I jeśli przygotowana wersja oficjalna miała mówić, że budynki zawaliły się w wyniku pożaru, to oczywiście zburzenia należało dokonać zanim pożar zdążył się dopalić.

Wersja wydarzeń, którą pan proponuje brzmi jak coś "Z archiwum X". Jednak w tym serialu zawsze pojawiają się agenci Scully i Mulder i usiłują ujawnić zatajona prawdę. A u nas nie ma żadnej Scully ani Muldera. Można by sądzić, że cały ten nowy szał z demonstrowaniem jednostronnej przewagi militarnej uaktywni przeciwników tej orientacji w łonie ekipy Busha, że ktoś zacząłby ujawniać materiały kompromitujące go, ale takich głosów nie słychać. Dlaczego?

Pracownicy FBI, CIA, czy innych agencji wywiadowczych zobowiązują się pod przysięgą do nieujawniania faktów, których im zabroniono ujawniać . . . i gdyby naruszyli tę przysięgę, mogłoby dojść do przykrych konsekwencji. Człowiek ma żonę, dzieci, a ktoś mu mówi w pracy, "Jeśli nagłośnisz tę sprawę, nie ręczę za bezpieczeństwo twoich bliskich." Podjąłby się pan wtedy ujawnienia czegokolwiek? Stoisz przed wyborem dobra własnej rodziny lub dobra kraju, a przy tym Twoje rewelacje same przez się mogą nie przynieść znaczących korzyści. Opinia publiczna może cię na przykład napiętnować jako maniaka teorii spiskowych. Prasa może cię lekceważyć, umniejszać. Ktoś może zajrzeć w twoją przeszłość i znaleźć tam jakieś wydarzenia, z których nie jesteś szczególnie dumny. W tych warunkach ludzie uczą się bardzo szybko - aby trzymać język na wodzy.

Przypuśćmy, że doszło do takiej zmowy. Jaki miałaby cel?

Po katastrofie z 11. września można się było spodziewać kilku korzyści. Jedną z nich jest tzw. Ustawa o Patriotyzmie ("Patriot Act"). W sumie wygląda na to, że głosowanie nad Patriot Act, zważywszy jak szybko przedstawiono ją Kongresowi, zostało przygotowane zawczasu. Ustawa Patriot Act jest tak opasłym tomem, że nie do wyobrażenia jest, aby napisana została w całości po 11. września. Jedną z ewidentnych korzyści z ataków była więc możliwość błyskawicznego przeforsowania jej w Kongresie w czasie, gdy większość deputowanych nie zdążyła zapoznać się nawet z niewielką jej częścią. Ustawa gwarantowała znaczne wzmocnienie władzy wykonawczej.

Równolegle mieliśmy do czynienia z pędem do wojny w Afganistanie - dla usunięcia Talibów i instalacji rządu przyjaznego wobec USA, ze względu na interesy firmy Unical oraz innych koncernów gazowych, w kierunku budowy ropociągu. Budowa taka uznawana była za inwestycję zbyt ryzykowną w czasie, gdy Talibowie pozostawali u władzy. W lipcu 2001 r. w Berlinie doszło do spotkania z Talibami. Była to ostatnia próba porozumienia z władzami USA, które przewidywały konieczność powołania swego rodzaju zdublowanego rządu, w którym Talibowie dzieliliby się władzą z innymi, nieco przychylniej usposobionymi do Ameryki przywódcami. Talibowie propozycję odrzucili, i wtedy właśnie powiedziano im słynne, "Jeśli nie przyjmiecie naszego dywanu ze złota, pogrzebiemy was pod dywanem z bomb." Przedstawiciel Pakistanu obecny na tym spotkaniu powiedział, że Amerykanie zapewnili go, że wojna zacznie się przed nadejściem pierwszych śniegów w październiku. Po katastrofie z 11. września, siły USA miały akurat dostateczną ilość czasu, aby przygotować się do inwazji, a sama wojna rozpoczęła się 7. października.

Inną korzyścią było to, że wielu wysokich rangą członków ekipy Busha już od dawna tęskniło za okazją do zaatakowania Iraku. Uzyskanie panowania nad złożami irackiej ropy było tylko jednym z motywów; motywacją ogólniejszą było ustanowienie obecności wojskowej USA w tym regionie świata.

Ale czy nie uważa pan, że dobrze się stało, że usunięto Saddama Husseina i czy prezydent Bush nie miał tu pewnego moralnego obowiązku, skoro to jego ojciec odpowiada za stworzenie potęgi Husseina?

Naturalnie uzasadnione jest stwierdzenie, że wynikły pewne korzyści dla narodu irackiego. Ale gdyby naprawdę spoczywał na nas obowiązek usunięcia Saddama Husseina, to mielibysmy też obowiązek usunięcia rozlicznych innych niegodziwych przywódców w różnych punktach świata, a wielu, wyobraźcie sobie, jest znacznie gorszych od Saddama Husseina. Więc smutna rzeczywistość jest taka, że w istocie wspieramy od dawna takich przywódców, i że Saddam Hussein utrzymywał się u władzy jedynie dzięki wsparciu USA. Pozostał też u władzy po tym, jak wieść o ataku gazowym na irackich Kurdów obiegła świat. Donald Rumsfeld osobiście odwiedzał Saddama w tym właśnie okresie. Tak naprawdę zakres naszej pomocy dla Saddama zwiększył się już po poznaniu przez nas tych faktów.

Czyli sądzi pan, że chodzi tu głównie o ropę?

W wielkim stopniu, owszem, chodzi o ropę. Zwłaszcza w świetle prognoz, że świat wchodzi w okres spadku jej rezerw. USA pragną zdobyć panowanie nad ropą, gdyż nasz styl życia, tak całkowicie uzależniony od ropy, jest czymś, co nie podlega negocjacji. A również dlatego, że samo toczenie się machiny dominacji militarnej w ogromnym zakresie napędzane jest ropą. Ale nie idzie tu wyłącznie o ropę. Chodzi o panowanie geopolityczne. I tu dochodzimy do sprawy U.S. Space Command (Amerykańskiego Dowództwa Strefy Kosmicznej]. Jest taki dokument, pn. "Odbudowa Obronności USA" (Rebuilding America's Defenses), opublikowany w r. 2000 pod auspicjami tzw. Project for the New American Century - organizacji założonej przez osoby pokroju [Richarda] Perle'a, [Paula] Wolfowitza czy [Dicka] Cheneya i [Donalda] Rumsfelda, - który zawiera twierdzenie o konieczności podjęcia rewolucyjnych reform w sprawach wojskowych. Centralnym elementem tej rewolucji w dowództwie US Space Command ma być uzyskanie przez USA czegoś określanego obecnie mianem dominacji pełnozakresowej ("Full Spectrum Dominance"). Rzecz sprowadza się to do tego, że poza dominacją na ziemi, wodzie i w powietrzu, USA miałyby zapewnić sobie całkowitą dominację w przestrzeni kosmicznej. Jednak konstruowanie stacji kosmicznych, rozmieszczanie satelitów, oraz całe "dozbrojenie" przestrzeni kosmicznej będzie przedsięwzięciem niezwykle kosztownym. W jednej z ostatnich prognoz mówi się, że sam pierwszy jej etap może kosztować około biliona [tysiąca miliardów] dolarów. Tak więc musi dojść do transferu kolosalnych kwot z kieszeni podatników i innych podmiotów gospodarki USA na rzecz wojskowości i samego dowództwa U.S. Space Command. W przytoczonym dokumencie stwierdza się również, że tego rodzaju rewolucyjna zmiana w wojskowości następować będzie w tempie powolnym, chyba, że doszłoby do jakiegoś katastroficznego wydarzenia na skalę "nowego Pearl Harbor".

I stąd tytuł pańskiej książki . . . Skarży się tam pan na postawę amerykańskich mediów, które porównuje pan do śpiącego dróżnika. Jak należy to rozumieć?

Amerykanom bardzo trudno jest spojrzeć w twarz faktom wskazującym, iż ich własna władza mogła spowodować lub celowo dopuścić do tak potwornej zbrodni. Media da się zrozumieć, ale tylko pod warunkiem, że się wie, iż np. sieć telewizyjna NBC stanowi własność firmy General Electric, która z kolei jest jednym z największych producentów uzbrojenia. Taka telewizja nigdy nie będzie zainteresowana upowszechnianiem wiedzy o tych koneksjach. A wreszcie same wydarzenia 11 września niezwłocznie potraktowano w mediach nie tylko w kategoriach patriotyzmu, ale jako wydarzenie o wymiarze nieomal religijnym. Bush ogłosił swój program "wojny z terrorem" z nawy głównej katedry w Waszyngtonie. I począwszy od tego momentu wszelkie kwestionowanie urzędowej wersji wydarzeń z 11. września mogło być i było krytykowane jako antydemokratyczne i nieomal bluźniercze.

Co do mnie, to mam nadzieję, że uda się nam uruchomić publiczną dyskusję o wydarzeniach z 11. września wraz z rozlicznymi i rozmaitymi rozbieżnościami wersji urzędowej wobec tego, co na razie przynajmniej trzeba uznać za fakty. Dyskusję choćby taką, aby niektóre osoby znające prawdę zachęcić do wystąpienia.

Jaki wpływ na pana osobiście miała praca nad przygotowaniem i pisaniem książki?

Uświadomiłem sobie, że nasza demokracja znalazła się w znacznie gorszych opałach, niż można było sądzić. I również to, że nawet te pozory demokracji, które aktualnie posiadamy, mogą bardzo szybko zostać zmiecione.

Artykuł opublikowany w kwietniu 2004 w Santa Barbara Independent.

Polska wersja: http://lepszyswiat.home.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=94

See video
Portret użytkownika MARCIN
 #

W CIA istnieje wydział,który zajmuje się tzw."akcjami pod cudzym sztandaren" więc nie zdziwiłbym sie,gdyby te ataki okazały się dziełem CIA.

 

Społeczność

dzierżyński