Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 16 gości.

Rafał Zieleniewski: Odpowiedź redakcji WR na uwagi w sprawie dyrektoriatu jako klasy społecznej

Gierek_in_Rząśnik.jpg

Dziękuję Redakcji portalu Władza Rad za komentarz mojego artykułu.

Klasowy charakter biurokracji wynika u mnie z podziału wg „stopnia kontroli wartości dodatkowej”. Skąd takie kryterium? Po pierwsze odrzuciłem kryterium własność środków produkcji. Po drugie sprecyzowałem, że nie chodzi o samo zarządzanie środkami produkcji ale o dysponowanie owocami wartości dodatkowej. Kierownik średniego szczebla zarządza środkami produkcji ale za jego pracę otrzymuje wynagrodzenie pomniejszone o wartość dodatkową tak samo, jak szeregowi pracownicy.

Z samej własności środków produkcji jeszcze nic nie wynika. Wyobraźmy sobie drobnych posiadaczy akcji wielkiej spółki akcyjnej. Czy z tego posiadania cokolwiek wynika? Często bowiem są akcje zwykłe i akcje dające prawo do udziału w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Ale nawet, jeśli drobni akcjonariusze są uprawnieni do udziału w Walnym Zgromadzeniu, to nigdy w nim nie biorą udziału ani bezpośrednio ani pośrednio. Tak naprawdę to zwykle decyduje największy akcjonariusz, często mający 30% i więcej akcji. Wobec rozdrobnienia akcji te 30% wystarcza w zupełności. Wiedzą o tej kapitaliści i spekulanci; rynki finansowe rozróżniają bowiem cenę pojedynczej akcji i akcji z pakietu kontrolnego. Te drugie mogą być i o 50% droższe.

Tak więc to nie kryterium prawa własności a prawa kontroli własności jest ważniejsze. Za czasów Karola Marksa spółki akcyjne nie były tak rozpowszechnione jak dziś więc mógł on zaniedbać różnicę przy formułowanie prawa. Prawo kontroli własności wynika bowiem z prawa własności. Można z kontroli być wyeliminowanym ale w formacji kapitalistycznej nikt nie daje prawa kontroli bez prawa własności.

Inaczej jest w formacji socjalistycznej. Tam bowiem żadna jednostka nie jest właścicielem środków produkcji. Jednak różne osoby posiadają różny stopień kontroli wartości dodatkowej.

Ci, co mogą decydować chętnie z tego uprawnienia korzystają dla własnej wygody. Czy którykolwiek z robotników w PRL chętnie oddawał część własnej płacy na podtrzymywanie Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk? Czy któryś z nich chętnie dokładał do wysokich wynagrodzeń zespołu przygotowującego Dziennik TV? Czy wreszcie podpisałby się pod wnioskiem o zakup sikawek do polewania demonstrantów?

Oczywiście, własność środków produkcji była dla biurokracji-dyrektoriatu pożądana, bo gwarantowała i dochody osobiste i kontrolę nad dystrybucją wartości dodatkowej przeciwko klasie robotniczej. Do czasu jednak restauracji systemu kapitalistycznego, wobec braku możliwości zmian ustrojowych, musiała im wystarczyć kontrola wynikająca z pozorów demokratycznego wyboru. Ten pozór załamał się w Sierpniu 1980 roku. Dlatego (między innymi) dyrektoriat postanowił przyspieszyć zmiany.

Brak możliwości wcześniejszej restauracji systemu kapitalistycznego wynikał z dwu cech: słabego zorganizowania się klasy dyrektoriat i oporu klasy robotniczej. Istnienie klasy antagonistycznej (tu dyrektoriatu) wynika z dwu rzeczy: wyłonienia się klasy o odmiennym stosunku do kontroli wartości dodatkowej oraz subiektywnego uświadamiania sobie odrębności interesów klasowych członków klasy. Nie chodzi o poczucie odrębności wogóle ale o postępowanie na szkodę interesów klasy robotniczej tak, aby przedłużać własną władzę. W moje ocenie to drugie nastąpiło stosunkowo późno. W PRL proponuję datę 1970 rok. Potrzeba było 20 lat, aby klasie udał się proces restauracji kapitalizmu. Wcześniej konieczne było obrzydzenie ustroju realnego socjalizmu robotnikom, poprzez zastój gospodarczy i niedobory rynkowe. W Polsce proces budowania świadomości był prostszy niż w innych krajach ale i tak musiał być poprzedzony latami wprowadzania firm „polonijnych” i innymi elementami rynkowymi.

W każdym wypadku stwierdzam, że ustrój społeczno-gospodarczy jaki mieliśmy do 1970 roku służył klasie robotniczej. Klasa dyrektoriatu nie była wówczas klasą antagonistyczną. Rozróżnienie pomiędzy warstwą a nieantagonistyczną warstwą ma charakter czysto akademicki. Dlatego twierdzę, że moja ocena formacji realnego socjalizmu pokrywa się z oceną Lwa Trockiego – w okresie jego życia. Zmiany nastąpiły długo po jego śmierci. Tak samo wierzę, że formacja realnego socjalizmu z dyrektoriatem na czele jest bardziej postępowa od kapitalizmu i reakcyjna w stosunku do socjalizmu, którego nie doczekaliśmy.

Ostatnia uwaga. Owszem, posługuję się terminem „socjalizm” na określenie formacji jaką mieliśmy w PRL. Wydawało mi się, że jednak zawsze poprzedzam go przymiotnikiem „realny”. Jeśli gdzieś go zabrakło to poprawię. „Realny socjalizm” był terminem stosowanym w tamtych czasach i pozostawię go w dokumencie będącym świadectwem mojej ówczesnej świadomości.

Komentowany tekst: http://1917.net.pl/?q=node/2489

Portret użytkownika uno
 #

Rafale
Bardzo cenimy Twoją aktywność polityczną, ale widzę, że postanowiłeś zapisać się do grona domorosłych teoretyków, poprawiaczy Marksa, dla których o ile rzeczywistość nie zgadza się z ich teorią, tym gorzej dla rzeczywistości.

"Po pierwsze odrzuciłem kryterium własność środków produkcji"

No jasne, jednym, krótkim zdaniem, tak po prostu, odrzuciłeś dorobek Marksa i socjologii marksistowskiej.

Równie łatwo odrzuciłeś dorobek liberalnej ekonomii, tak po prostu redukując prawa wynikające z posiadania akcji, byleby tylko dostosować rzeczywistość do swojej teorii. oto cytat z Twojego komentarza:

"Z samej własności środków produkcji jeszcze nic nie wynika. Wyobraźmy sobie drobnych posiadaczy akcji wielkiej spółki akcyjnej. Czy z tego posiadania cokolwiek wynika? Często bowiem są akcje zwykłe i akcje dające prawo do udziału w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Ale nawet, jeśli drobni akcjonariusze są uprawnieni do udziału w Walnym Zgromadzeniu, to nigdy w nim nie biorą udziału ani bezpośrednio ani pośrednio...."

Otóż Rafale informuję Cię, że akcja daje nie tylko prawo do głosowania na walnym zgromadzeniu, ale również prawo do udziału w zyskach spółki, czyli dywidendy. Posiadaczowi akcji może nie zależeć na kontroli spółki, ale zawsze zależy mu na zysku, bo na zakup akcji wydał swoje pieniądze. Natomiast prawo do udziału w zysku (czy to w postaci dywidendy, czy wzrostu kursu giełdowego) wynika tylko i wyłącznie z prawa własności.

Nomenklatura, zwana przez Ciebie dyrektoriatem, dążyła do restauracji kapitalizmu, bowiem zdała sobie sprawę z tego, że tylko "święte prawo własności" środków produkcji zapewnia pełną kontrolę, prawo dziedziczenia, sprzedaży w dowolnym momencie i wypłacenia sobie dywidendy w dowolnej wysokości.

W PRL-u "dyrektoriat" korzystał z różnych przywilejów, ale wystarczyła zmiana w steru władzy i dyrektor mógł popaść w niełaskę, a wtedy tracił uprzywilejowany status, zupełnie tak, jak współczesny prezes zarządu spółki akcyjnej, którego właściciel/ właściciele w każdej chwili mogą wywalić z roboty. Dlatego zarówno nomenklaturowy dyrektor jak i współczesny "menago" marzą o tym, by stać się właścicielami. Właściciela nikt z roboty wyrzucić nie może. I to jest najprostszy dowód na to, że o przynależności klasowej decyduje własność lub brak własności środków produkcji.

Dawna nomenklatura, jak i obecni menedżerowie są jedynie warstwą społeczną. Uprzywilejowaną, ale warstwą a nie klasą.

 
Portret użytkownika tres
 #

Szerzej na ten temat http://1917.net.pl/?q=node/2964

 

Społeczność

che rebel