Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 10 gości.

Demostracja pod kancelarią premiera 29.09.2010

See video

W środę 29 września w kilkunastu krajach Europy odbyły się potężne demonstracje robotnicze.

To efekt apelu Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych o wspólny, międzynarodowy dzień protestu przeciwko cięciom budżetowym i przerzucaniu kosztów kryzysu na pracownika.

Najliczniejsza była eurodemonstracja w Brukseli z udziałem delegacji z niemal 30 krajów. Wzięło w niej udział ponad 100 tys. ludzi. – Dość cięć płac, zamrażania emerytur i innych działań, które mają pokryć koszty gospodarczego kryzysu z kieszeni podatników. Będziemy kontynuować tę kampanię, walczyć o wzrost gospodarczy, walczyć o stanowiska pracy, walczyć o Europę socjalną – mówił John Monks, przewodniczący Europejskiej Federacji Związków Zawodowych.
Również w Polsce miały miejsce związkowe manifestacje.
Kolejarze zapowiadają strajk generalny

Już dzień wcześniej, 28 września, odbyła się w Warszawie demonstracja kolejarzy ze wszystkich państwowych spółek, zorganizowana przez wspólny Komitet Protestacyjno- Strajkowy. Niemal 3 tysiące związkowców przemaszerowało spod Pałacu Kultury pod Ministerstwo Infrastruktury, domagając się ratunku dla polskich kolei, zaprzestania zwolnień i prywatyzacji.
– Chcemy, żeby w Polsce kolej nie służyła tylko do podróży biznesowych, ale też, żeby normalny człowiek mógł nią dojechać do szkoły czy do pracy! – mówił jeden ze związkowców. Jak podkreślali kolejarze, właściwie powinni już rozpocząć ogólnokrajowy strajk, jednak nie zrobili tego jeszcze ze względu na dobro pasażerów.
Ich demonstracja ma być jednak ostatnim ostrzeżeniem. Domagają się przede wszystkim przyjęcia polityki transportowej państwa zgodnie z normami unijnymi – finansowania infrastruktury drogowej i kolejowej w relacji 60:40, zamiast obecnych 85 proc. środków na drogi i 15 proc. na kolej, co oznacza likwidowanie połączeń i masowe zwolnienia. Gwałtowny sprzeciw kolejarzy budzi też rządowy projekt zmiany ustawy, umożliwiający spółkom kolejowym upadłość. Wskazują, że pierwszą ofiarą tej zmiany padną Przewozy Regionalne, które wkrótce po wyborach samorządowych mogą zostać zlikwidowane.
Jednak sytuacja w pozostałych spółkach też jest tragiczna. W PKP Intercity prezes zamierza zwolnić połowę załogi – prawie 5 tys. ludzi. W Cargo, w którym już zwolniono niemal 9 tys. pracowników, zarząd przymierza się do kolejnego etapu „restrukturyzacji”. Tymczasem zarządzający PKP PLK przyznają, że w ciągu kilku lat dojdzie do zamknięcia jednej trzeciej długości linii kolejowych, pomimo że przez ostatnie dwadzieścia lat w Polsce zamknięto ich już więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju. Na ręce wiceministra Juliusza Engelhardta kolejarze złożyli petycję z postulatami, skierowaną do premiera Donalda Tuska, ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Podczas wyczytywania tych nazwisk z tłumu padały okrzyki „Złodzieje! Nie damy z siebie zrobić niewolników!”. Aroganckie i pozbawione konkretów przemówienie wiceministra Engelhardta rozwścieczyło kolejarzy jeszcze bardziej. Minister przekonywał, że rząd robi dokładnie to, czego chcą związki zawodowe i słowem nie wspomniał o sypiącej się infrastrukturze kolejowej i tysiącach zwolnionych ludzi.
Jak podsumował to przewodniczący Konfederacji Kolejowych Związków Zawodowych, Leszek Miętek, ci, którzy wrócą z demonstracji, powinni natychmiast zacząć przygotowania w swoich miejscach pracy do strajku.

Europejski Dzień Akcji
Niestety, podobnie konkretnych zapowiedzi dalszych działań zabrakło na środowej demonstracji pod Kancelarią Premiera, zorganizowanej przez „Solidarność” i OPZZ. Zebrało się tam ponad 10 tys. związkowców z całego kraju i z niemal wszystkich branż. Pod hasłem „Chcemy godnie żyć – tu i teraz!”, protestowali przeciwko budżetowym planom oszczędnościowym i zamrożeniu płac w sferze budżetowej oraz zapowiadanym podwyżkom podatku VAT i akcyzy. Domagano się także walki z bezrobociem i naprawy służby zdrowia. Obecni na demonstracji młodzi związkowcy zwracali uwagę na problem umów śmieciowych i braku stabilnego zatrudnienia. Związkowcy mówili o tym, że wywalczona przez robotników wolność jest używana tylko przez elity polityczne i gospodarcze, zaś kapitaliści przerzucają wszystkie koszty kryzysu na pracownika, by zwiększyć swoje zyski. Niestety, organizatorzy demonstracji nie zrobili nic poza tym, że po raz kolejny błagali rząd o podjęcie „dialogu społecznego”. Jak dotąd te prośby do Tuska mają taki sam skutek, jak próby podjęcia dialogu ze zbirem, który napada ludzi i bije ich pałką po głowie. Żeby rząd przestał prowadzić politykę łupienia najbiedniejszych i niszczenia miejsc pracy, związkowcy musieliby pokazać mu, że potrafią walczyć. Tymczasem 29 września „S” i OPZZ pokazały tylko, że potrafią maszerować w kółko pod oknami Kancelarii Premiera.

Nie nakreślono nawet żadnego planu dalszych protestów, jeżeli rząd – co jest pewne – pozostanie głuchy na prośby związkowców. Tysiące pracowników pokazało, że ma dosyć neoliberalnej polityki, prowadzonej przez Tuska, Rostowskiego i Pawlaka, że gotowi są walczyć o miejsca pracy i godną płacę minimalną. Centrale związkowe nie mają prawa marnować ich energii, organizując pozorowane protesty. To, jak walczyć, pokazali 29 września przede wszystkim Hiszpanie – w pierwszym w tym kraju od ośmiu lat strajku generalnym wzięło udział ponad 70 proc. pracowników, zarówno z sektora państwowego, jak i prywatnego, w tym niemal wszyscy hutnicy i pracownicy fabryk samochodów.

Kompletnie sparaliżowany był transport, stanęły właściwie wszystkie duże fabryki. Rząd, pomimo użycia przez policję brutalnych metod wobec demonstrantów, był bezradny. Również w Polsce robotnikom udało się w ostatnich latach wygrać tylko tam, gdzie strajkowali lub wiadomo było, że za chwilę zastrajkują. Mało zdecydowane protesty, nawet liczne, nie dają nic, o czym przekonali się stoczniowcy. Jednak takie związki, jak „Solidarność” i OPZZ, wciąż wolą urządzać teatrzyk „dialogu społecznego” i prosić rząd o zmiłowanie, zamiast walczyć. Pracownicy, którzy nie mogą sobie pozwolić na dalsze obniżanie warunków życia, likwidację ich miejsc pracy lub wegetację na umowach śmieciowych, powinni więc sami zacząć przygotowania do protestów, zanim będzie za późno.

Wojciech Orowiecki

Społeczność

front