Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 9 gości.

Filip Ilkowski: Imperializm żebraczy

Saakaszwili i ś.p. Lech K.

Ujawnionych przez WikiLeaks dokumentów dotyczących Polski jest, jak na razie, stosunkowo niewiele i dotyczącą
jedynie krótkiego okresu od grudnia 2008 r. do lutego 2010 r. Ten udokumentowany rok i trzy miesiące opisany w tajnych/poufnych notatkach ambasadorów USA w Polsce,
daje jednak interesujący obraz polityki państwa polskiego. Można ją określić mianem imperializmu żebraczego.

IMPERIALIZM

Dokumenty nie pozostawiają wątpliwości, że Polska uczestniczy w międzypaństwowej grze o dominację i wpływy. Aktywnie stara się kształtować sytuację w innych państwach w celu umocnienia
własnych interesów. Głównym polem zainteresowania polskiego imperializmu są poradzieckie republiki w Europie Wschodniej (włączając Gruzję). Głównym zaś rywalem – Rosja. Wojny w Iraku i Afganistanie pojawiają się tylko zdawkowo i w kontekście umocnienia relacji Polski z USA (jak
według jednego z dokumentów twierdzić miał Sławomir Nowak, szef gabinetu politycznego Donalda Tuska, podstawą aktywności
Polski w Iraku i Afganistanie jest chęć bycia „silnym sojusznikiem”).

Na podstawie dokumentów celem umacniania tych relacji wydaje się być możliwość skuteczniejszego realizowania własnych interesów w Europie Wschodniej. Jak pisał ambasador Victor Ashe w grudniu 2008 r.: „Tak jak my, Polska dąży do ciągnięcia kluczowych państw na wschodnich granicach Europy,
jak Ukraina i Gruzja, w kierunku zachodnich instytucji.
W rosnącym stopniu aktywny gracz regionalny, Polska ewoluowała od 1989 r. od biorcy pomocy do jej dostarczyciela,
pomagając zachęcać do reform w tym regionie.” Jak podaje ambasador, Polska przekazała tylko w 2008 r. 8,7
mln dolarów na Białoruś i 5,3 mln dolarów na Ukrainę w celu wspierania „niezależnych mediów, szerszej kooperacji,
administracji publicznej i kontaktów międzyludzkich”. Na lata 2008-2010 obiecała także 6 mln euro Gruzji, m. in. dla
celów wojskowych. Polska do swej „polityki wschodniej”
włączać stara się zachodnich sojuszników. W przypadku Unii Europejskiej jej realizacji służy np. Partnerstwo Wschodnie,
czyli program zacieśniania stosunków z poradzieckimi republikami Europy i regionu Kaukazu. Ambasador trafnie
odczytuje, co się kryje za polską „aktywną polityką regionalną” wskazując, że jej „centralnymi celami” są m. in.
„przeciwstawienie się rosyjskim wpływom w Europie Wschodniej” i „promowanie zachodnich demokratycznych
i wolnorynkowych pryncypiów”. Pisze wręcz, powołując się na „polskich analityków”, że celem polskiej polityki w regionie
jest posiadanie „prozachodniej strefy buforowej na Ukrainie i Białorusi”. Na „froncie ekonomicznym” służyć temu
ma „większa zachodnia obecność biznesowa”. Z dokumentów rysuje się walka o wpływy w Europie Wschodniej między
Polską, jako forpocztą Zachodu, a Rosją – tak przynajmniej widzą to polscy politycy. Ashe pisze więc, że główne niebezpieczeństwo widzą oni w
„odradzającej się, agresywnej Rosji”. Groźba umieszczenia przez Rosję rakiet Iskander, jako odpowiedź na planowane
amerykańskie rakiety w Polsce w ramach programu „tarczy antyrakietowej”, miała „podwoić polską determinację do
pracy z USA i UE w celu wpierania swych europejskich sąsiadów jako zapory przed rosyjskim wtargnięciem”.

Zapewne w rosyjskich dokumentach natrafilibyśmy na podobne opinie, tyle że z innymi aktorami. Co ciekawe, zdaniem
Ashe’a piszącego o „rosnącej pewności siebie” Polski, czasem „wysuwa się [ona] przed szereg” – jak w przypadku
sprzedaży „wrażliwej” broni Gruzji czy dążenia do zniesienia sankcji UE wobec Białorusi. W tym drugim przypadku
powodem znów miała być chęć oderwania jej od rosyjskiej strefy
wpływów: „Rosyjska dominacja zagroziłaby demokratycznej transformacji i - co ważniejsze zdaniem Warszawy – pogrzebałaby szanse, że Białoruś może
stać się państwem buforowym między Polską a Rosją.”
Na wątpliwości USA Radosław Sikorski wskazywać miał na podwójne standardy z powodu „bliskich stosunków
[USA] z Arabią Saudyjską, ale nie z Białorusią” dodając, że rząd polski wcześniej sądził, że Rosja może stać się
zagrożeniem w ciągu 10-15 lat, a kryzys gruziński pokazał, ze może to mieć miejsce w ciągu 10-15 miesięcy. Generalnie
Polska miała dążyć do tego, by „każda kolejna próba Rosji rysowania na nowo granic siłą lub działalnością wywrotową
powinna być postrzegana przez Europę jako zagrożenie własnego
bezpieczeństwa pociągające za sobą proporcjonalną odpowiedź całej wspólnoty euroatlantyckiej.” Wypowiedź ta cytowana
jest także w dokumencie z 28 sierpnia 2009 r. Pozostaje tylko domyślać się co oznacza proporcjonalność
wobec „siły lub działalności wywrotowej”. Podobnie jak zdanie wypowiedziane przez Sikorskiego, że „Polska nie
będzie w stanie ignorować powtórki gruzińskiego scenariusza na Ukrainie”. Pytanie – co zrobi?
Wszystko to dowodzi, że polski imperializm jest nie tylko prostym przedłużeniem interesów USA czy jakiegokolwiek
innego kraju. Stara się wpisać się w rywalizację między USA i (w mniejszym stopniu)państwami UE a Rosją,
aby w jej ramach skuteczniej realizować własne interesy. Ze strony Waszyngtonu - mimo drobnych wątpliwości, co do polityki
nazbyt wyrywnego sojusznika - według Ashe’a należy mu się pełne wsparcie: „Polska polityka wschodnia
jest znakomitym uzupełnieniem naszej własnej”, a „Polska może być pewnym sojusznikiem, jeśli chodzi o sposoby
podniesienia zachodnich wpływów poza wschodnimi granicami NATO”.

ŻEBRACZY

Farsa polskiego imperializmu polega jednak na tym, że w swych ambitnych celach polegać musi na dużo potężniejszych
sojusznikach – głownie jednym sojuszniku. Dla niego Europa Wschodnia jest jednak jednym z wielu regionów, a Rosja
niejedynym pretendentem do pozbawienia go światowej hegemonii.
O ile Polska dla USA jest tylko wygodnym pionkiem,
na którego można – mniej lub bardziej – stawiać
w zależności od doraźnych interesów światowej gry mocarstw, USA dla Polski są warunkiem koniecznym uczestnictwa nawet w grze regionalnej. Ujawnione dokumenty są więc świadectwem żebrania o amerykańską pomoc militarną. Wymowny jest dokument z 13 lutego 2009 r. Ashe pisze w nim, że polscy negocjatorzy
po kilku miesiącach zrozumieli, że amerykańska bateria rakiet
Patriot w Polsce nie będzie uzbrojona i nie będzie mogła być włączona do polskiego systemu obrony. Wiceminister
obrony Stanisław Komorowski miał na to zareagować słowami, że oczekiwali „rakiet operacyjnych, a nie doniczek”. Ich
oczekiwania były, jak pisze Ashe, „po części naiwne, po części taktyczne”. Interesujący jest przy tym jego komentarz:
„Premier Tusk, ani fan MD [„tarczy”] ani nie tak bardzo zaręczony z polsko-amerykańskim partnerstwem strategicznym,
jak jego poprzednicy, sprzedał BMDA [umowę o „tarczy”] polskiej opinii publicznej jako podnoszącą polskie bezpieczeństwo z powodu umowy o Patriotach.”

W dokumencie z 7 maja 2009 r. Ashe pisze o „jednogłośnym poparciu znacznych militarnych śladów obecności
USA w Polsce” ze strony Sławomira Nowaka, Witolda Waszczy -
kowskiego (zastępcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego) i Bronisława Komorowskiego (Marszałka Sejmu). Na
spotkaniu z trójką senatorów z USA Nowak naciskał, że „Polska liczy na Patrioty” poprawiając nawet tłumacza błędnie
informującego senatorów, że Polska jedynie ich „chce”. Zresztą, jego zdaniem, „jedna bateria Patriot i dziesięć rakiet przechwytujących w ramach Obrony
Przeciwrakietowej nie stanowią „imponującej obecności”, na którą Polska liczy”.

Waszczykowski mówił, że Polska chce „amerykańskich butów na [polskiej] ziemi” i że niektórzy europejscy członkowie
NATO, szczególnie Francja, „wolą mówić niż działać” i dlatego „kupiliśmy F-16, a nie francuskie Mirage”. W dość apokaliptycznym tonie „podkreślał, że Moskwa próbuje odzyskać swą strefę wpływów i naciskał na krytyczne znaczenie zwiększonej obecności USA i NATO w Polsce.” Komorowski wskazywał natomiast, że „dla Polski najważniejsza
jest obecność USA w polskim bezpieczeństwie poprzez fizyczną obecność amerykańskich sił w Polsce, instalacje
NATO w Polsce, wywiązanie się ze zobowiązań zapewnienia rakiet Patriot i większej polsko-amerykańskiej kooperacji”.
Twierdził też, nie bez żalu, że nowa administracja USA zmieniając polityczne priorytety powinna „podjąć dialog
z Polską, nie tylko z Rosją.” Dokument z 28 sierpnia 2009 r. przynosi natomiast zapowiedź „negatywnej polskiej reakcji na istotne zmniejszenie obecności sił USA w Europie”. Ponadto,
według Ashe’a, „Polacy mówią nam, że byłoby ciężko usprawiedliwiać kontynuację poświęceń w misjach, jak ISAF
[Afganistan], jeśli współpraca z Sojuszem [NATO] jest drogą jednokierunkową.” Nie zmieniło to jednak faktu, że
Sikorski „wywiera presję na premiera Tuska, by poparł kolejne zwiększenie liczby żołnierzy [w Afganistanie] z 2000
do 3000.” W dokumencie z 12 listopada 2009 r. S. Komorowski podkreślał przywiązane do poglądu, że z Afganistanu
można wycofać się tylko wraz z całym NATO narzekając jednocześnie na niski poziom poparcia społecznego dla tej
„operacji”.

Znów wracał stały temat amerykańskich wojsk w Polsce: „Polskie reakcje na [nowe] propozycje BMD [„tarczy”]
były pozytywne” – donosił nowy ambasador Lee Feinstein – „chociaż byli rozczarowani, ze baza [rakiet] SM-3 nie
będzie operacyjna do 2018 r.” Polscy rozmówcy woleliby 2015 r. pytając także o możliwość dodatkowego udziału w
całym programie. W dokumencie z 10 lutego 2010, ustami Sikorskiego, wyrażono „zainteresowanie obecnością F-
16”, ale również „C-130 i sił specjalnych [USA]. Te same nadzieje wyraził, według dokumentu z 22 lutego 2010, także szef MON, Bogdan Klich, w osobistej rozmowie
z ambasadorem mówiący o „wielkim zainteresowaniu obecnością specjalnych sił operacyjnych” i mówiącym o
„wielkiej chęci zobaczenia owoców wzajemnej współpracy obronnej”.

Imperializm żebraczy z pewnością nie jest ani nowym ani specyficzne polskim fenomenem. Równie pewne jest,
że w polskim przypadku przybrał jedną z najczystszych form.

Tekst ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika "Pracownicza Demokracja"

Społeczność

future2