Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 2 użytkowników i 34 gości.

Isaac Deutscher: "Rok 1984" - czyli mistycyzm okrucieństwa

deutscher.jpg

Czytał pan tę książkę? Powinien ją pan koniecznie przeczytać. Zrozumie pan, dlaczego musimy rzucić na bolszewików bombę atomową!"

Niewiele powieści napisanych za życia naszego pokolenia osiągnęło popularność tak wielką, jak powieść George'a Orwella "Rok 1984". Żadna też chyba nie oddziałała tak silnie na sprawy polityczne.

Tytuł książki Orwella stał się w polityce przysłowiowym symbolem. Ukute przez Orwella terminy - "nowomowa'', "staromowa", "zmienność przeszłości", "Wielki Brat", "Ministerstwo Prawdy", "Policja Myśli", "zbrodnia myślowa", "dwójmyślenie", "Tydzień Nienawiści" - weszły do słownika politycznego; spotyka się je w każdym niemal artykule i przemówieniu wymierzonym przeciwko Związkowi Radzieckiemu i komunizmowi. Telewizja i kino zapoznały miliony widzów po obu stronach Atlantyku z groźną twarzą Wielkiego Brata i zmorą rzekomo komunistycznej Oceanii. W zimnej wojnie powieść ta odgrywa rolę swego rodzaju superbroni ideologicznej. Jak w żadnej innej książce czy dokumencie - znalazł w niej odbicie konwulsyjny strach przed komunizmem, który ogarnął Zachód po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Zimna wojna stworzyła "popyt społeczny" na taką broń ideologiczną, podobnie jak stwarza popyt na superbroń fizyczną. Ale wszelka superbroń stanowi realną zdobycz techniki i nie może być rozbieżności między jej ewentualnym użytkiem a intencjami wytwórców: ma ona szerzyć śmierć albo przynajmniej grozić masową zagładą. Natomiast z takiej książki, jak "Rok 1984", można robić użytek nie licząc się zbytnio z intencjami autora. Poniektóre zdania można wyrywać z kontekstu, inne zaś, nie odpowiadające politycznym celom, którym ma służyć książka, można ignorować albo wręcz przemilczać. Ponadto do skutecznego oddziaływania takiej książki, jak "Rok 1984", nie potrzeba wcale, aby była ona arcydziełem literatury lub choćby utworem poważnym i oryginalnym. Przeciwnie, dzieło wysokiej rangi literackiej jest zazwyczaj zbyt ubogie w treść i zbyt subtelne w myśli i w formie, aby nadawało się do doraźnego użytku. Symboli jego z reguły nie da się przetworzyć bez trudu w budzące grozę straszydła, myśli jego nie podobna zamienić w slogany. Jeżeli słowa jakiegoś wielkiego poety dostają się do słownika politycznego, dzieje się to wskutek procesu powolnej, niedostrzegalnej niemal infiltracji, nie zaś drogą brutalnego wtargnięcia. Arcydzieła literatury wpływają na umysł polityka użyźniając go i wzbogacając od wewnątrz, nie zaś bijąc go pałką po głowie.

"Rok 1984" jest dziełem intensywnej, skupionej, lecz zarazem ogarniętej strachem i ograniczonej wyobraźni. Pewien nieprzychylny krytyk nazwał go "politycznym komiksem potworności". Nie jest to słuszne określenie - w powieści Orwella są pewne pokłady myśli i uczuć, które sprawiają, że wyrasta ona znacznie ponad ten poziom. Faktem jest jednak, że symbolika "Roku 1984" jest prymitywna; że jego główny symbol, Wielki Brat, przypomina potwora z niezbyt artystycznej bajki dla dzieci i że opowieść Orwella rozwija się niby akcja filmu fantastyczno-naukowego podrzędniejszego gatunku z takim spiętrzeniem mechanicznych okropności, iż w końcu subtelniejsze myśli Orwella, jego współczucie dla postaci działających, jego satyryczny stosunek do współczesnego mu społeczeństwa (nie tego z 1984 r.) mogą nie dotrzeć do czytelnika. Na podstawie "Roku 1984" nie sposób chyba uznać Orwella za współczesnego Swifta, choć poprzednia jego książka, "AnimaI Farm", usprawiedliwia w pewnym stopniu taką definicję. Orwellowi brak bogactwa i subtelności myśli oraz dystansu filozoficznego do przedmiotu, jakie cechują wielkiego satyryka. Drapieżnej i niekiedy bardzo sugestywnej wyobraźni Orwella brak rozmachu, giętkości i oryginalności.

Ilustrację owego braku oryginalności stanowi fakt, że Orwell zapożyczył pomysł "Roku 1984", akcję, główne postacie, symbole i cały klimat swej powieści od pisarza rosyjskiego, który na Zachodzie pozostał zupełnie prawie nie znany. Pisarzem owym jest Eugeniusz Zamiatin, książka zaś, która posłużyła Orwellowi za wzór, nosi tytuł "My". Podobnie jak "Rok 1984" powieść "My" - to "antyutopia", koszmarna wizja kształtu rzeczy przyszłych, złowieszczy głos Kasandry. Powieść Orwella jest całkowicie zanglizowaną wariacją na temat z Zamiatina i, być może, właśnie w owym z gruntu angielskim ujęciu tematu tkwi cała oryginalność utworu Orwella.

Nie od rzeczy będzie powiedzieć tu kilka słów o Zamiatinie -- życiorysy obu pisarzy mają pewne punkty styczne. Zamiatin należał do starszego pokolenia: urodził się w 1884 r., umarł w roku 1937. Wczesne jego utwory, podobnie jak niektóre utwory Orwella, zawierały realistyczne opisy życia klasy drobnomieszczańskiej. Rewolucja rosyjska roku 1905 odegrała w jego życiu mniej więcej tę samą rolę, co hiszpańska wojna domowa w życiu Orwella. Brał udział w ruchu rewolucyjnym, był członkiem RSDRP Rosyjskiej Partii Socjaldemokratycznej (do której wówczas należeli jeszcze zarówno bolszewicy, jak i mieńszewicy), był prześladowany przez policję carską. Po upadku rewolucji uległ "kosmicznemu pesymizmowi" i zerwał z partią socjalistyczną, czego nie zrobił Orwell, mniej konsekwentny i aż do końca żywiący jakąś rudymentarną lojalność wobec socjalizmu. W 1917 roku Zamiatin patrzał na nową rewolucję zimnym okiem człowieka rozczarowanego, przekonany, że nie może z niej wyniknąć nic dobrego. Uwięziono go na krótki czas, po czym rząd radziecki zezwolił mu na wyjazd za granicę. Już jako emigrant, na początku lat dwudziestych, napisał w Paryżu powieść "My".

Twierdzenie, że Orwell zapożyczył od Zamiatina główne elementy "Roku 1984", nie jest bynajmniej domysłem krytyka mającego słabość do wykrywania wpływów literackich. Orwell znał powieść Zamiatina i zachwycał się nią. Napisał o niej ejsej, wydrukowany 4 stycznia 1946 r., tuż po ukazaniu się "Animal Farm", [„Folwark Zwierzęcy”] a przed przystąpieniem do pisania "Roku 1984", w lewicowo-socjalistycznej "Tribune", której działu literackiego Orwell był redaktorem. Esej ten wart jest uwagi nie tylko jako dostarczony przez samego Orwella konkretny dowód pochodzenia "Roku 1984", lecz także jako komentarz do idei przewodniej zarówno powieści "My", jak i "Roku 1984".
Orwell oznajmia na wstępie eseju, że po wieloletnich daremnych poszukiwaniach powieści Zamiatina dostał ją wreszcie w przekładzie i wydaniu francuskim (pod tytułem "Nous autres") i dziwi się, że nie wydano jej dotychczas w Anglii, chociaż w Ameryce ukazała się już w swoim czasie, nie budząc zresztą szczególnego zainteresowania. "O ile mogę sądzić - ciągnie dalej Orwell - nie jest to książka najwyższej rangi, lecz jest bez wątpienia niezwykła. To zdumiewające, że żaden wydawca angielski nie zdobył się dotąd na tyle przedsiębiorczości, by ją wydać w Anglii". (Esej kończy się słowami: "Oto książka, którą należy koniecznie przeczytać, gdy ukaże się wydanie angielskie").

Orwell zaznacza, że Aldous Huxley "musiał zaczerpnąć częściowo swój «Nowy Wspaniały Świat» z powieści Zamiatina", i zastanawia się, czemu "nikt na to nigdy nie zwrócił uwagi". Zdaniem jego książka Zamiatina znacznie jest lepsza i "trafniej nawiązuje do naszej własnej sytuacji" niż książka Huxleya. Traktuje ona "o buncie prymitywnego ducha ludzkiego przeciwko światu zracjonalizowanemu, zmechanizowanemu i wolnemu od cierpień".

"Wolny od cierpień" nie jest określeniem słusznym - świat wizji Zamiatina jest tak samo pełen okropności, jak świat "Roku 1984". Orwell sam podaje w swym eseju zwięzły katalog tych okropności, obecnie więc esej ten sprawia wrażenie konspektu "Roku 1984". Członkowie społeczeństwa opisywanego przez Zamiatina - powiada Orwell - "tak doszczętnie zatracili swą indywidualność, że zamiast imion mają tylko numery. Mieszkają w szklanych domach... co ułatwia policji politycznej, występującej pod mianem «opiekunów», ściślejszą ich obserwację. Noszą wszyscy identyczne uniformy i o jednostce ludzkiej mówi się zazwyczaj albo «numer» albo «unif» (uniform)". Orwell nadmienia w nawiasach, że Zamiatin pisał swą powieść "jeszcze przed wynalezieniem telewizji". W "Roku 1984" ta nowość techniczna figuruje już na równi z helikopterami, z których policja obserwuje domy obywateli Oceanii we wstępnych partiach powieści. "Unify" nasuwają myśl o "proletach". W społeczeństwie przyszłości Zamiatina, podobnie jak w "Roku 1984", miłość jest wzbroniona, stosunki płciowe są ściśle regulowane i dozwolone jedynie jako akt nie zabarwiony żadnym uczuciem. "Jedynym Państwem rządzi człowiek znany pod mianem Dobroczyńcy" - wyraźny prototyp Wielkiego Brata.

"Zasadą naczelną Państwa jest twierdzenie, że szczęście i wolność nie dają się ze sobą pogodzić... Jedyne Państwo przywróciło człowiekowi szczęście pozbawiając go wolności". Orwell opisuje głównego bohatera powieści Zamiatina jako "swego rodzaju utopijnego Billy Browna z miasta Londynu", którego "przerażają ustawicznie odzywające się w nim odruchy atawistyczne". W powieści Orwella ów utopijny Billy Brown występuje pod mianem Winstona Smitha, który biedzi się nad tymi samymi problemami.

Główny bowiem motyw fabuły Orwella niewątpliwie zapożyczony jest od pisarza rosyjskiego. Oto co pisze sam Orwell: "Mimo wychowania czujności opiekunów wiele starodawnych instynktów ludzkich wciąż jeszcze istnieje". Bohater Zamiatina "kocha się (jest to oczywiście przestępstwo) w pewnym numerze I-330" zupełnie tak samo, jak Winston popełnia zbrodnię kochając się w Julii. Zarówno w powieści Zamiatina, jak i Orwella romans splata się z udziałem bohatera w "podziemnym ruchu oporu", Buntownicy Zamiatina "poza spiskiem mającym na celu obalenie Państwa oddają się w chwilach, gdy zasłony są spuszczone, takim zgubnym nałogom, jak palenie papierosów i picie alkoholu". Winston Smith i Julia w swej kryjówce nad sklepem pana Charringtona rozkoszują się piciem "prawdziwej kawy z prawdziwym cukrem". W obydwu powieściach oczywiście "Opieka" czy też "Policja Myśli" wykrywa zbrodnie i spisek i w obydwóch "ratuje w końcu bohatera przed skutkami jego szaleństwa".

Kombinacja "kuracji" i tortur, za pomocą których buntowników Zamiatina i Orwella "uwalnia się" od odruchów atawistycznych, aż wreszcie zaczynają kochać Dobroczyńcę czy też Wielkiego Brata - jest niemal identyczna. U Zamiatina: "Władze obwieszczają, że wykryły przyczynę niedawnych zamieszek - rzecz w tym, że jakieś istoty ludzkie cierpią na chorobę zwaną wyobraźnią. Zlokalizowano już ośrodek nerwowy powodujący wyobraźnię i chorobę można uleczyć promieniami Roentgena. D-503 poddaje się operacji, po której bez trudu robi to, co - jak zresztą wiedział przez cały czas - powinien był zrobić, mianowicie zdradza współspiskowców policji". W obydwóch powieściach do wstrząsów leczniczych należy akt przyznania się do winy i zdrada kobiety, którą bohater kocha.

Orwell przytacza z powieści Zamiatina następującą scenę tortur:
"Ręce jej ściskały poręcze fotela. Patrzała na mnie, dopóki oczy jej nie zamknęły się zupełnie. Wyniesiono ją, doprowadzono do przytomności za pomocą wstrząsu elektrycznego, po czym znów posadzono pod dzwonem. Operacja ta powtórzyła się trzykrotnie, lecz ani jedno słowo nie padło z jej ust".

W scenach tortur u Orwella "wstrząsy elektryczne" i "poręcze fotela" również powtarzają się wcale często. Orwell jednak znacznie jest ostrzejszy w opisach okrucieństwa i bólu, które mają zabarwienie masochistyczno-sadystyczne. Na przykład:

"Bez żadnego ostrzeżenia prócz lekkiego ruchu ręki O'Briena fala bólu zalała jego ciało. Był to straszliwy ból, Winston nie widział bowiem, co się odbywa, lecz czuł, że odnosi śmiertelne obrażenia. Nie wiedział, czy to wszystko dzieje się rzeczywiście, czy też doznaje jedynie złudzenia wywołanego za pomocą elektryczności, lecz wykręcano mu całe ciało i rozrywano powoli stawy. Z bólu pot mu wystąpił na czoło, najgorszy jednak był lęk, że kręgosłup pęknie mu za chwilę. Zacisnął zęby i oddychał ciężko przez nos, usiłując jak najdłużej zachować milczenie".

Lista zapożyczeń Orwella nie jest bynajmniej wyczerpana, ale przejdźmy teraz od fabuły obu powieści do ich idei przewodniej. Porównując Zamiatina i Huxleya Orwell pisze: "Właśnie owo intuicyjne uchwycenie irracjonalnej strony totalizmu - ofiar, ludzkich, okrucieństwa jako celu samego w sobie, uwielbienia wodza, któremu przypisuje się cechy boskie - sprawia, że książka Zamiatina lepsza jest od książki Huxleya". To sprawiło też, możemy dodać, że Orwell wziął ją sobie za wzór. Krytykując Huxleya Orwell stwierdza, że nie widzi wyraźnego powodu, dla którego społeczeństwo "Nowego Wspaniałego Świata" jest podzielone na tak sztywne i zróżnicowane warstwy: "Celem nie jest wyzysk gospodarczy... Nie ma tu żądzy władzy, nie ma tu sadyzmu, nie ma żadnego okrucieństwa. Ci u góry nie mają istotnie silnych motywów, aby pozostawać u góry. I choć wszyscy są w jakiś bezmyślny sposób szczęśliwi, życie stało się tak bezcelowe, że trudno uwierzyć, aby takie społeczeństwo miało przetrwać". (Podkreślenia moje - I. D.). W przeciwieństwie do tamtego społeczeństwo z zamiatinowskiej antyutopii może zdaniem Orwella przetrwać, naczelnym bowiem motywem czynów i powodem rozwarstwienia społecznego jest tu nie wyzysk gospodarczy, którego wcale nie potrzeba, lecz właśnie "żądza władzy, sadyzm i okrucieństwo" tych, co "są u góry". Łatwo tu rozpoznać Ieitmotiv "Roku 1984".

W Oceanii rozwój techniczny osiągnął tak wysoki poziom, że społeczeństwo mogłoby bez trudu zaspokajać wszystkie swoje potrzeby materialne i wprowadzić równość w swych szeregach. Ale nierówność i ubóstwo zachowuje się po to, aby utrzymać Wielkiego Brata przy władzy. Dawniej powiada Orwell - dyktatura stanowiła rękojmię istnienia nierówności, obecnie nierówność jest rękojmią istnienia dyktatury. Ale jakiemu celowi służy sama dyktatura? "Partia dąży do władzy wyłącznie dla samej władzy... Władza nie jest środkiem, lecz celem. Nie wprowadza się dyktatury po to, by zabezpieczyć owoce rewolucji; robi się rewolucję po to, by wprowadzić dyktaturę. Celem prześladowań są prześladowania... Celem władzy jest władza".

Orwell zastanawiał się, czy Zamiatin zamierzał "uczynić ustrój radziecki jedynym przedmiotem swej satyry". Nie był wcale tego pewien: "Zamiatinowi, jak mi się zdaje, nie chodzi o jakieś określone państwo, lecz o przypuszczalne skutki cywilizacji przemysłowej... Z powieści «My» wynika wyraźnie, że ciążył on ku prymitywizmowi... «My» - jest to w gruncie rzeczy studium o maszynie, o tym dżinnie, którego człowiek lekkomyślnie wypuścił z butelki i nie może zapędzić z powrotem". Taka sama dwoistość zamierzeń autora widoczna jest również w "Roku 1984".

Domysły Orwella co do Zamiatina były trafne. Mimo iż Zamiatin pozostawał w opozycji do ustroju radzieckiego, satyra jego nie godziła wyłącznie ani też głównie w ów ustrój. Jak słusznie zauważył Orwell, Związek Radziecki w zaraniu swych dziejów niewiele miał wspólnego z owym superzmechanizowanym państwem z antyutopii zamiatinowskiej. Ciążenie pisarza ku prymitywizmowi zgodne było z tradycjami rosyjskimi, ze słowianofilstwem i wrogością do burżuazyjnego Zachodu, z gloryfikacją "mużyka" i dawnej patriarchalnej Rosji, z Tołstojem i Dostojewskim. Już nawet jako emigrant - Zamiatin odczuwał typowo rosyjskie rozczarowanie do Zachodu. Niekiedy zdawało się, że na pół godzi się z ustrojem radzieckim, który przecież w tym czasie tworzył swego Dobroczyńcę w osobie Stalina. Jeśli nawet kierował strzały swej satyry w bolszewizm, to na tej tylko zasadzie, że bolszewizm pragnął zmienić dawną, pierwotną Rosję w nowoczesne, zmechanizowane społeczeństwo. Rzecz szczególna, Zamiatin umieścił swą opowieść w roku 2600 i jak gdyby mówił bolszewikom: "Oto jak będzie wyglądała Rosja, jeżeli się wam uda oprzeć swój ustrój na podwalinach zachodniej techniki". Tęsknota za prymitywnym sposobem życia i myślenia była u Zamiatina, podobnie jak u niektórych innych intelektualistów rosyjskich rozczarowanych do socjalizmu, sprawą zupełnie naturalną, gdyż prymitywizm był jeszcze w Rosji zjawiskiem żywym i trwałym.

Orwell nie odczuwał i nie mógł odczuwać takiej autentycznej tęsknoty do społeczeństwa preindustrialnego. W życiu jego prymitywizm nie odegrał żadnej roli; Orwell zetknął się z nim jedynie podczas pobytu w Birmie i bardzo jest wątpliwe, czy prymitywizm wydał mu się wówczas atrakcyjny. Przerażał go jednak użytek, jaki mogą zrobić z techniki ludzie pragnący ujarzmić społeczeństwo, zaczął więc również kwestionować "przypuszczalne skutki cywilizacji przemysłowej" i ujmować je satyrycznie.

Aczkolwiek satyra jego mierzy w Związek Radziecki wyraźniej niż satyra Zamiatina, Orwell dostrzegał również elementy Oceanii we współczesnej mu Anglii, nie mówiąc już Stanach Zjednoczonych. Powiem więcej: społeczeństwo "Roku 1984" ucieleśnia wszystko, co mu się nie podobało i czego nie znosił we własnym otoczeniu - szarzyznę i monotonię angielskich osiedli przemysłowych, których "wstrętną, lepką i cuchnącą" brzydotę próbował odmalować swoim naturalistycznym, zgryźliwym, agresywnym stylem; przydziały żywności i ograniczenia rządowe, które znal w Anglii czasu wojny; "bzdurne pisma nie zawierające prawie nic prócz sportu, opisów zbrodni i astrologii, pięciocentowe powieścidła sensacyjne, filmy ociekające erotyzmem" i tak dalej. Orwell wiedział doskonale, że tego rodzaju pisma w Rosji stalinowskiej nie istnieją, a grzechy prasy stalinowskiej są zgoła innego rodzaju. "Nowomowa" jest w znacznie mniejszym stopniu satyrą na gwarę stalinistów niż na anglo-amerykański telegraficzny żargon dziennikarski, którego nie cierpiał, a który jako dziennikarz znał bardzo dobrze.

Nie trudno stwierdzić, które cechy partii "Roku 1984" są raczej satyrą na brytyjską Labour Party aniżeli na Radziecką Partię Komunistyczną. Wielki Brat i jego zwolennicy nie próbują wcale objąć klasy robotniczej szkoleniem ideologicznym, o które to uchybienie Orwell ostatni chyba oskarżałby stalinizm. Jego proleci "wegetują": "ciężka praca, drobne kłótnie, filmy, hazard... wypełniają ich widnokrąg umysłowy". Podobnie jak bzdurne gazety i filmy ociekające erotyzmem, tak też hazard, nowe opium dla ludu, nie należy do scenerii rosyjskiej. Ministerstwo Prawdy jest przejrzystą karykaturą londyńskiego Ministerstwa lnformacji czasu wojny. Potwór z wizji Orwella jak każda mara senna składa się z najrozmaitszych twarzy, rysów i kształtów, znanych i nie znanych. Talent i oryginalność Orwella uwydatnia się przede wszystkim w satyrycznym odmalowaniu własnej ojczyzny. Ale mimo rozgłosu, jaki uzyskał "Rok 1984", mało kto zwrócił uwagę na ten aspekt satyry Orwella.

"Rok 1984" - to dokument straszliwego rozczarowania nie tylko do stalinizmu, lecz do każdej formy i każdego odcienia socjalizmu. Jest to wołanie z otchłani rozpaczy. Co wtrąciło Orwella do tej otchłani? Bez wątpienia widowisko wielkich czystek stalinowskich z lat 1936-1938, których reperkusji doświadczył w Katalonii. Ponieważ był człowiekiem wrażliwym i prawym, czystki mogły budzić w nim jedynie oburzenie i grozę. Sumienia jego nie mogły uspokoić usprawiedliwienia i sofizmaty stalinowskie, które w swoim czasie ukołysały na przykład sumienie Artura Koestlera, pisarza bardziej utalentowanego i doświadczonego, nie odznaczającego się jednak tak zdecydowaną postawą moralną. Stalinowskie usprawiedliwienia i sofizmaty były jednocześnie poniżej i powyżej poziomu rozumowania Orwella - poniżej i powyżej zdrowego rozsądku i upartego empiryzmu Billy Browna z miasta Londynu, z którym Orwell identyfikował siebie nawet w chwilach najbardziej buntowniczych czy też rewolucyjnych nastrojów. Był oburzony i wstrząśnięty, wszystkie jego wierzenia i zachwiały się w posadach. Nie należał nigdy do partii komunistycznej, ale jako członek na pół trockistowskiej POUM, poczuwał się mimo wszystkich zastrzeżeń do pewnej milczącej solidarności i wspólnoty celów z ustrojem radzieckim poprzez wszystkie jego koleje losu i przemiany - nieco dla Orwella niezrozumiałe i egzotyczne.

Czystki i ich reperkusje hiszpańskie sprawiły nie tylko to, że stracił owo poczucie wspólnoty celów, jak również nie tylko to, że ujrzał przepaść między stalinistami i antystalinistami, rozwierającą się nagle w łonie walczącej Hiszpanii republikańskiej. Ten bezpośredni skutek czystek przesłoniła mą "irracjonalna strona totalizmu - ofiary ludzkie, okrucieństwo jako cel sam w sobie, ubóstwianie wodza" oraz "cień posępnych niewolniczych cywilizacji starożytnego świata" padający na współczesne społeczeństwo.

Jak większość socjalistów angielskich Orwell nigdy nie był marksistą. Filozofia dialektyczno-materialistyczna była dla niego zawsze zbyt zawiła. Instynktownie raczej niż świadomie był zagorzałym racjonalistą. Różnica między marksistą a racjonalistą jest bardzo istotna. Wbrew opinii panującej w krajach anglosaskich - filozofia marksistowska nie jest bynajmniej filozofią racjonalistyczną - nie zakłada wcale, że ludzie kierują się z reguły pobudkami rozumowymi i że można ich przekonać do socjalizmu drogą perswazji. Sam Marks zaczyna "Kapitał" skomplikowanymi rozważaniami filozoficznymi i historycznymi na temat "fetyszystycznego" sposobu myślenia i postępowania zakorzenionego w "produkcji towarów" - to znaczy w pracy człowieka dla rynku i jego zależności od tego rynku. Walka klas jak ją Marks opisuje - nie jest w najmniejszym stopniu procesem racjonalistycznym. Nie przeszkadza to racjonalistom socjalizmu uważać się czasami za marksistów. Ale autentyczny marksista może poszczycić się tym, że jest lepiej od racjonalisty przygotowany na przejawy irracjonalizmu w sprawach ludzkich, takie nawet, jak wielkie czystki stalinowskie. Mogą go przygnębić i sprawiać mu ból, ale nie doznaje zazwyczaj wrażenia, że światopogląd jego zachwiał się w posadach, racjonalista natomiast czuje się zagubiony i bezbronny, gdy irracjonalizm istnienia ludzkiego stanie mu nagle przed oczami. Jeżeli czepia się kurczowo swego racjonalizmu, rzeczywistość mu się zamyka. Jeżeli ściga rzeczywistość i usiłuje ją pochwycić, musi pożegnać się z racjonalizmem.

Orwell ścigał rzeczywistość i przekonał się, że zagubił wszystkie swe świadome i podświadome pojęcia o życiu. W myślach nie mógł już odtąd nigdy uciec przed czystkami. Były one pośrednio i bezpośrednio tematem wszystkiego, co napisał kiedykolwiek po doświadczeniach hiszpańskich. Była to szczytna obsesja, obsesja umysłu, który gardził wygodnym samookłamywaniem i nie chciał zaprzestać zmagań z przerażającym problemem moralnym. Ale podczas zmagań z czystkami umysł ten zatruł się ich irracjonalizmem. Orwell stwierdził nagle, że nie potrafi już ująć tego, co się dzieje, w znane mu terminy, terminy empirycznego zdrowego rozsądku. Porzucił tedy racjonalizm i spoglądał na rzeczywistość przez coraz ciemniejsze okulary quasi-mistycznego pesymizmu.

Powiedział ktoś, że "Rok 1984" jest wytworem wyobraźni człowieka umierającego. Jest w tym nieco prawdy, ale nie cała prawda. Orwell rzeczywiście pisał tę powieść w okresie, gdy migotał w nim ostatni gorączkowy płomyk życia. Stąd niezwykle posępne natężenie wizji i języka oraz fizyczna niemal bezpośredniość, z jaką odczuwał tortury, które jego twórcza wyobraźnia zadawała jego bohaterowi. Utożsamiał swe dobiegające kresu istnienie fizyczne z wychudłym i wyniszczonym ciałem Winstona Smitha, z którym dzielił, w którym - że tak powiemy - lokował własne męki konania. Rzutował ostatnie spazmy własnych cierpień na ostatnie strony swej ostatniej książki. Ale główne wytłumaczenie wewnętrznej logiki rozczarowania i pesymizmu Orwella tkwi nie w mękach przedśmiertnych pisarza, lecz w przeżyciach i myślach człowieka żywego oraz w jego konwulsyjnej reakcji na porażkę swego racjonalizmu.

"Rozumiem, jak, nie rozumiem, po co" - oto refren "Roku 1984". Winston Smith wie, jak funkcjonuje Oceania, jak działa skomplikowany mechanizm tyranii, nie wie jednak, jaka jest jej pierwotna przyczyna i ostateczny cel. Szuka odpowiedzi na kartach "księgi", tajemniczego podstawowego dzieła "zbrodni myślowej", którego autorstwo przypisuje się Emmanuelowi Goldsteinowi, inspiratorowi Bractwa Spiskowców. Udaje mu się jednak przeczytać tylko te rozdziały "księgi", które traktują o pytaniu "jak". Policja Myśli chwyta go w chwili, gdy ma właśnie rozpocząć lekturę rozdziałów zapowiadających wyjaśnienie tego, po co się wszystko dzieje. Pytanie pozostaje tedy bez odpowiedzi.

Był to właśnie ów problem, nad którym głowił się sam Orwell. Pytanie "po co" dotyczyło nie tyle Oceanii z jego wizji, co stalinizmu i wielkich czystek. W pewnej chwili niewątpliwie szukał odpowiedzi u Trockiego - to przecież od Trockiego-Bronsteina zapożyczył kilka szczegółów biograficznych, a nawet rysy twarzy i żydowskie nazwisko dla Emmanuela Goldsteina, ponadto fragmenty "księgi", które zajmują tyle stronic w "Roku 1984", są wyraźną, choć niezbyt udatną parafrazą "Zdradzonej Rewolucji" Trockiego. Orwellowi imponowała wielkość moralna Trockiego, a jednocześnie po części nie ufał jej, po części zaś wątpił o jej autentyczności. Dwoistość jego poglądów na Trockiego znajduje swe odbicie w stosunku Winstona Smitha do Goldsteina, Smith aż do końca nie może ustalić, czy Goldstein i Bractwo istnieli kiedykolwiek rzeczywiście i czy "księga" nie jest falsyfikatem sporządzonym przez "Policję Myśli". Barierą dzielącą go od myśli Trockiego, barierą, której Orwell nigdy nie zdołał obalić, był marksizm i materializm dialektyczny. Znalazł u Trockiego odpowiedź na pytanie "jak", lecz nie znalazł odpowiedzi na pytanie "po co".

Ale Orwell nie mógł poprzestać na agnostycyzmie historycznym. Nie był w najmniejszej mierze sceptykiem. Miał raczej umysł fanatyka, który postanowił, że za wszelką cenę musi otrzymać szybką i wyraźną odpowiedź na swoje pytanie. Pełen nieufności i podejrzeń, dopatrywał się teraz wszędzie niegodziwych spisków uknutych przez nich przeciwko zasadom Billy Browna z miasta Londynu. Oni - to byli hitlerowcy, stalinowcy, a także Churchill i Roosevelt, wreszcie ci wszyscy, którzy bronili jakiejkolwiek racji stanu, w głębi duszy bowiem Orwell był prostolinijnym anarchistą i jego zdaniem każdy ruch polityczny tracił rację bytu z tą samą chwilą, gdy posiadł rację stanu. Analiza skomplikowanych stosunków społecznych, próba rozwikłania plątaniny motywów politycznych, kalkulacji, obaw i podejrzeń, zdolność dostrzegania poza ich postępowaniem przymusu wywieranego przez okoliczności - wszystko to przekraczało możliwości Orwella. Wszelkie uogólnienia na temat sil społecznych, prądów społecznych i konieczności dziejowych budziły w nim jedynie gwałtowne podejrzenia. Jednakże bez pewnych uogólnień tego rodzaju, użytych właściwie i oszczędnie, nie podobna udzielić realistycznej odpowiedzi na pytanie, które zaprzątało myśli Orwella. Wpatrywał się w drzewa, a raczej w jedno jedyne drzewo przed sobą i nie dostrzegał wcale lasu. A przecież nieufność do uogólnień historycznych doprowadziła go w końcu do przyjęcia najstarszego, najbanalniejszego, najbardziej metafizycznego i najbardziej jałowego ze wszystkich uogólnień: wszystkie ich konspiracje, spiski, czystki i machinacje dyplomatyczne mają jedno jedyne źródło - "sadystyczną żądzę władzy". Dokonał w ten sposób skoku od prozaicznego, racjonalistycznego zdrowego rozsądku do mistycyzmu okrucieństwa, który przepaja karty "Roku 1984".

*
W "Roku 1984" opanowanie maszyny przez człowieka osiągnęło tak wysoki poziom, że społeczeństwo jest w stanie wyprodukować ilość dóbr dostateczną dla wszystkich i położyć kres nierówności. Zachowuje się jednak ubóstwo i nierówność po to tylko, aby zaspokoić sadystyczne popędy Wielkiego Brata. A przecież nie wiemy nawet, czy Wielki Brat rzeczywiście istnieje - być może, jest on tylko mitem. Oceanię nęka przede wszystkim zbiorowe okrucieństwo partii (niekoniecznie poszczególnych jej członków, którzy mogą być ludźmi inteligentnymi i dobrej woli). Społeczeństwem totalistycznym rządzi bezcielesny sadyzm. Orwell wyobrażał sobie, że "wyzwolił się z pęt" znanych i zdaniem jego coraz bardziej nieistotnych koncepcji klas społecznych i interesów klasowych. Ale w tych uogólnieniach marksistowskich interesy jakiejś klasy społecznej pozostają przynajmniej w określonym stosunku do interesów indywidualnych i sytuacji społecznej jej członków, nawet jeżeli interesy klasy nie stanowią po prostu sumy interesów indywidualnych. W partii Orwella całość nie ma nic wspólnego z poszczególnymi częściami. Partia nie jest ciałem społecznym, które ożywiają jakiekolwiek interesy lub cele. Jest to upiorna emanacja wszystkiego, co jest złe w naturze ludzkiej. Jest to metafizyczny Duch Zła, szalony i tryumfujący.

Oczywiście "Rok 1984" w intencji Orwella miał być ostrzeżeniem. Ale siłę tego ostrzeżenia osłabia bijąca z powieści bezgraniczna rozpacz. Orwell przewidywał, że totalizm musi doprowadzić historię do martwego punktu. Wielki Brat jest niezwyciężony: "Jeżeli chcesz ujrzeć obraz przyszłości, wyobraź sobie but miażdżący ludzką twarz - na wieki". Rzutował w przyszłość obraz wielkich czystek i widział je utrwalone tam po wsze czasy, nie potrafił bowiem ujmować wydarzeń realistycznie w ich skomplikowanym kontekście historycznym. Bez wątpienia, wydarzenia te były wysoce "irracjonalne", ale ten, kto z tego powodu irracjonalnie je traktuje, przypomina psychiatrę, który wpadł w obłęd wskutek zbyt bliskiego obcowania z chorymi umysłowo. "Rok 1984" - to w gruncie rzeczy nie tyle ostrzeżenie, ile rozpaczliwy krzyk zwiastujący nadejście Czarnego Millenium, Millenium Potępienia.

Krzyk ten spotęgowany przez wszystkie "środki masowej propagandy" naszej epoki przeraził miliony ludzi. Nie przyczynił się jednak wcale do tego, aby ujrzeli wyraźniej problemy, z którymi boryka się świat, nie rozszerzył kręgu ich pojmowania. Wzmógł tylko fale paniki i nienawiści przebiegające świat i wywołujące zamęt w naiwnych głowach. "Rok 1984" ukazał milionom ludzi konflikt między Wschodem a Zachodem w kontrastowych, czarno-białych barwach i zademonstrował im potworne straszydło, a zarazem potwornego kozła ofiarnego, ponoszącego winę za wszystkie plagi nękające ludzkość.

Świat na progu epoki atomowej ogarnęła apokaliptyczna groza. Dlatego też miliony ludzi reagują tak namiętnie na apokaliptyczną wizję powieściopisarza. Ale to nie Wielki Brat spuścił z łańcucha apokaliptyczne bestie atomowe i wodorowe. Nieszczęście współczesnego społeczeństwa polega na tym, że nie zdołało ono jeszcze przystosować swego sposobu życia i swoich instytucji społecznych i politycznych do gwałtownego rozwoju wiedzy technicznej. Nie wiemy, jaki wpływ wywarł wynalazek bomby atomowej i wodorowej na miliony ludzi na Wschodzie, tam bowiem niepokój i strach można ukryć pod maską łatwego (czy może zakłopotanego?) oficjalnego optymizmu. Byłoby jednak rzeczą niebezpieczną zamykać oczy na fakt, że na Zachodzie miliony ludzi - ogarnięte niepokojem i strachem - mogą być skłonne do ucieczki przed odpowiedzialnością za losy ludzkości i zechcą może wyładować swój gniew i rozpacz na olbrzymim straszydle, czyli też na koźle ofiarnym, którego Orwellowski "Rok 1984" tak natarczywie podsuwa im przed oczy.
*
"Czytał pan tę książkę? Powinien ją pan koniecznie przeczytać. Zrozumie pan, dlaczego musimy rzucić na bolszewików bombę atomową!" Tymi słowy niewidomy, wynędzniały sprzedawca gazet zachwalał mi "Rok 1984" w Nowym Jorku, na kilka tygodni przed śmiercią Orwella.

Biedny Orwell, czy mógł kiedykolwiek przypuszczać, że jego książka stanie się jednym z głównych punktów programu "Tygodnia Nienawiści"?

Portret użytkownika p
 #

świetny tekst czy to tłumaczenie kogoś związanego z ta strona czy jeżeli tak to gratuluję, czy tez wzięliście go z innego miejsca?
kilka uwag:
1.w 7 akapicie w zdaniu: "Brał udział w ruchu rewolucyjnym, był członkiem RSDRP Rosyjskiej Partii Socjaldemokratycznej (do której wówczas należeli jeszcze zarówno bolszewicy, jak i mieńszewicy), był prześladowany przez policję carską". zamiast RSDRP powinno być SDPRR takie jest polski skrót nazwy tej partii.
2.wydaje mi się tez że zamiast "proletach" powinno byc prolach ale może to kwestia tłumaczenia.
3. w zdaniu: "W obydwóch powieściach oczywiście "Opieka" czy też "Policja Myśli" wykrywa zbrodnie i spisek i w obydwóch "ratuje w końcu bohatera przed skutkami jego szaleństwa". zamiast "obydwóch" powinno być chyba obydwu
4. w zdaniu: "W życiu jego prymitywizm nie odegrał żadnej roli; Orwell zetknął się z nim jedynie podczas pobytu w Burmie i bardzo jest wątpliwe, czy prymitywizm wydał mu się wówczas atrakcyjny". chodzi chyba o Birmę a nie "Burme"

tak czy inaczej ciekawy tekst.

 

Społeczność

LENIN - rocznica