Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Ludwik Hass: O wojnie 1920 roku i innych sprawach nader aktualnych

Bij_Bolszewika.jpg

[1981 r.]

Poniżej opublikowany tekst polemiczny napisany w początkach 1977 r., zatem prawie pięć lat temu, jako bezpośrednia reakcja na artykuł R. Zambrowskiego "Uwagi o wojnie polsko-radzieckiej 1920 r." opublikowany w wydawanych przez paryski Instytut Literacki (czyli przez miesięcznik "Kultura") "Zeszytach historycznych" z 1976 r. (zeszyt 38, ss. 3-30).

Roman Zambrowski był przed 1939 r. czołowym działaczem Komunistycznego Związku Młodzieży Polski, z tego tytułu delegatem na ostatni, VII Kongres Międzynarodówki Komunistycznej oraz na również ostatni Kongres Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży - oba w 1935 r. - potem oficerem politycznym utworzonej w 1943 r. w ZSRR polskiej Dywizji im. T. Kościuszki, wreszcie wieloletnim sekretarzem KC PZPR (do 1963 r.) a potem wiceprezesem NIK. Usunięty z PZPR w 1968 r., zmarł jesienią 1977 r. Polemika z osobą nieżyjącą może w pierwszej chwili wzbudzić niesmak. Decyzja o jej ogłoszeniu obecnie wynika z faktu, że w kraju krążyła dobrych kilka miesięcy za życia Zambrowskiego, jak i z tej racji, iż poglądy z jakimi toczy się polemiki wyrażają punkt widzenia nie tylko zmarłego wybitnego przedstawiciela polskiej warstwy biurokratycznej, lecz również dużego odłamu tej warstwy, charakteryzują całkowity odwrót od marksizmu i internacjonalizmu, przejście z całym arsenałem demagogicznych chwytów - na pozycje burżuazyjnego i drobnomieszczańskiego nacjonalizmu. Walka zaś z nim, tym najgroźniejszym ideologicznym wrogiem rewolucji proletariackiej i socjalizmu, należy do nieprzemijających zadań lewicy w Polsce i na świecie.

Rzecz ta powstała w czasach, kiedy odwaga była nieco droższa niż obecnie, zaś możliwości publikowania tekstów prezentujących punkt widzenia konsekwentnej lewicy równie skromne jak obecnie, w tym również w tzw. wydawnictwach z poza zasięgu cenzury. Ich większość bowiem już od kilku lat zajmuje się tworzeniem i upowszechnianiem hagiograficznej sylwetki zmarłego prominenta warstwy biurokratycznej. Dlatego też polemika z 1977 r. nie jest tylko świadectwem, iż owa lewica również w gorszych czasach istniała i zabierała głos, nie jest tylko tekstem "klasycznym", pewnego rodzaju pomnikiem myśli lub źródłem do zamierzchłych sporów, lecz również - raczej nawet przede wszystkim - wkładem do procesu klarowania postaw polskiej Lewicy. Ma zatem służyć sprawie, z którą związana jest przyszłość kraju, nas wszystkich.

W latach 1980-81 zaistniały u nas warunki również dla względnie rzeczowego spojrzenia na pewne drażliwe zagadnienia naszej przeszłości. Lewica polska nie może dać się zepchnąć na pozycje grzesznika biczującego się za popełnione i nie popełnione przez siebie grzechy, przy akompaniamencie publiki ustawicznie wykrzykującej: mało, mało! Historia najnowsza, jak i sprawa niepodległości, nie mogą być domeną prawicy społecznej lub ideowej, ani klas uprzywilejowanych. Nie może w chórze głosów na te tematy zabraknąć reprezentacji stanowiska konsekwentnej lewicy polskiej, stanowiska marksizmu bezprzymiotnikowego. Na kwestie żywe w świadomości społecznej mamy obowiązek udzielania odpowiedzi, i odpowiadamy.

Do tego rodzaju problemów należy zagadnienie wojny 1920 roku, zagadnienie obrosłe nacjonalistycznymi fałszerstwami, wytworzonymi zarówno przez nacjonalistów tradycyjnych, jak i biurokratyczno-stalinowskich i ich spadkobierców, ludzi ongiś przybierających pozy kosmopolitów, którymi przecież - w pozytywnym tego pojęcia znaczeniu - nigdy nie byli.

Do tekstu z 1977 r. załączono dwa aneksy. Pierwszy z nich jest mówiącym o wojnie 1920 r. obszernym fragmentem z L. Trockiego "Moje życie. Próba autobiografii" (Warszawa 1930, ss. 507-512). Pominięto tu informacje czysto wojskowej natury. W drugim aneksie znalazły się dotyczące tematu ustępy z W. Solskiego "Moje wspomnienia" (Paryż 1977, ss. 210-212, 215). Autor (prawdziwe nazwisko - Pański), będąc w 1920 r. działaczem komunistycznym w Mińsku, był przeciwnikiem pochodu na Warszawę. Na początku lat trzydziestych zerwał z ruchem komunistycznym, przebywał na Zachodzie, tam też wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Całość uzupełniają świeże uwagi na temat poruszanych w podstawowym tekście spraw.

Ludwik Hass
Rok 1920 w oczach Romana Zambrowskiego
[1977 r.]
Niedawno dał się usłyszeć głos, zdawałoby się już gruntownie zapomniany, dla niektórych dźwięczący niczem zza grobu. Z łamów "Zeszytów Historycznych" paryskiej "Kultury" przemówił pan czy towarzysz - nie wiadomo jak sam dziś życzy sobie, żeby go tytułować - Roman Zambrowski, jeden z upiorów naszej przeszłości. Ostatnie lata gorzkich doświadczeń osobistych nie zdołały w nim ostudzić żaru służenia społeczeństwu. Więc, pozbawiony możliwości działania w innych dziedzinach, zdecydował się popracować dla dobra publicznego na niwie historycznej. Postanowił pouczyć naród, przede wszystkim zaś historyków, jak należy traktować dramatyczne momenty dziejów najnowszych Polski. "Skromność cechuje naszego wodza" - wpisał Józef Stalin własnoręcznie do przedstawionej mu makiety jego biografii - więc Roman Zambrowski poszedł za przykładem swego nauczyciela i wieloletniego mocodawcy, i swój pierwszy występ na nowej arenie zatytułował równie skromnie: "Uwagi o wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku" (1).

Artykuł swej rozpoczął Autor - jak przystoi na osobę dobrze wychowaną - od przedstawienia się czytelnikowi: "nie jestem historykiem, należę raczej do gatunku homo politicus" i zapewnia, iż "ostry sprzeciw budzi we mnie - nie wiadomo od jakiej pory - zamazywanie, zacieranie prawdy historycznej" dla potrzeb bieżących (s. 3). Zauważmy na marginesie tej deklaracji: Autor nie powiedział nam jednak jakiej to "polityki" jest "człowiekiem", z artykułu niełatwo to rozpoznać. Człowiek polityki samej w sobie nazywany bywa u nas zwyczajnie graczem politycznym. W kwestii "zamazywania, zacierania" ograniczyć się można do konstatacji - lepiej późno, jak nigdy.

Przyjął R. Zambrowski punkt widzenia, według którego "historia jest nauką wartościującą" (s. 4), zatem stawiać powinna, niczym nauczyciel w szkole, jednym za ich czyny czy myśli stopień bardzo dobry lub dobry, innym zaś - być może ze sprawowania się - nieodpowiedni. Bieda tylko w tym, że nauka historyczna nie może nikogo pozostawić na drugi rok w tej samej klasie. Pozostaje poza tym do wyjaśnienia, co stanowić by miało kryterium dla wystawienia cenzurek, może pomyślny wynik działań. W takim przypadku należałaby się np. Piłsudskiemu za rok 1920 piątka lub co najmniej czwórka z plusem, to samo Stalinowi za II wojnę światową. Skoro jednak takich stopni im Autor nie stawia, więc widocznie - kieruje się miernikami innymi, chyba jednak subiektywnymi. Lecz w takim przypadku nie ma się czemu dziwić a tym bardziej pomstować na to, iż oceny danego zjawiska były i są u rozmaitych historyków różne.

Kto chce natomiast sprawiedliwie wystawić uczniowi stopnie, ten powinien zebrać jak najwięcej danych o jego wiedzy. Nasz pedagog podszedł do tak poważnego obowiązku dość lekkomyślnie. Wojna polsko-radziecka 1920 r. i jej wcześniejsze etapy z 1919 r., o których przecież również wspomina się w artykule, posiadają obecnie obfitą literaturę, od licznych pamiętników i publikacji materiałów źródłowych, nie samych tylko stron walczących, po różnorodne rozprawy i monografie. Tematowi temu poświęcono również sporo miejsca w opracowaniach dotyczących zagadnień szerszych. Wszystkie tego rodzaju druki, zgromadzone w jednym miejscu, zajęłyby co najmniej kilka półek, jeśli nie cały spory regał. Pozostają jeszcze sterty materiałów w archiwach, mniej i bardziej ważne. Jednak Autorowi, zapewniającemu czytelników, iż "uparcie doszukuję się odpowiedzi na pytanie «jak to było naprawdę»", wystarczy dla snucia rozważań i "wartościowania" zaledwie jakiś najwyżej dziesiątek przeczytanych książek. Naruszył tym podstawową normę postępowania badawczego, wymóg możliwie pełnego uwzględnienia wszystkiego, co na ten temat opublikowane oraz tego, co znajduje się w dostępnych historykom archiwach. Oczywiście, zarzut taki łatwo daje się odparować argumentem: wszak Autor już na wstępie zaznaczył, że nie jest historykiem, tylko poszukiwaczem prawdy, czegoż więc odeń żądać stosowania się do "belferskich" reguł.

Można i tak. Warto jednak zastanowić się, dlaczego nikt nie weźmie się z równie skromną znajomością przedmiotu do pisania o cybernetyce czy fizyce jądrowej. Może funkcjonuje pogląd wiechowskiego Pana Piecyka, który w sporach z rówieśnikami na temat przeszłości powoływał się na autorytet swego wuja Wężyka: "co mi tu będziesz mówił, opowiadał mi to Wujo - on starszy, więc lepiej wie jak to było". Oczywiście, przy takim postawieniu sprawy uważa się, iż dla pisania esejów na tematy z przeszłości wystarczy wybrać czy wręcz dobrać kilka faktów, potem zaś wolno już snuć sobie dowolne impresje. Jednak R. Zambrowski artykuł swój zatytułował poważnie: "Uwagi o…", zatem należało się spodziewać, że do zagadnienia tak przez zainteresowane w tym strony zawikłanego podszedł z całą odpowiedzialnością, uwzględnił źródła, literaturę przedmiotu, zreferował poglądy badaczy. Wieloletnie doświadczenie polityczne mogło Autorowi pomóc w zrozumieniu i odtworzeniu mechanizmu podejmowania ważkich decyzji, odcyfrowywaniu motywów itd. Sprawa to zresztą zbyt odpowiedzialna, by ją załatwić niezobowiązującymi dywagacjami. Nic z tych rzeczy, artykuł składa się z rozważań typu "z jednej strony ... natomiast z drugiej strony". Lecz to szalenie "wyważone" podejście kłóci się ze zdecydowaną konkluzją. Nie wykluczone jednak, że takie podejście jest z naszej strony nieporozumieniem, gdyż - być może - w artykule w ogóle o żadną "prawdę historyczną" nie chodzi, tylko o okazję do wypowiedzenia pewnych opinii i poglądów. Pójdziemy więc również i tym tropem.

Autor mówi o istnieniu w pracach niektórych (wszystkich?) historyków PRL pewnych "tabu" czy "przemilczeń i uników" - czytelnik dopowie sobie: wiadomo, cenzura. Jednak czy tylko ona? Czy wśród badaczy PRL, tych utytułowanych i robiących minę niezależnych, znaleźli się tacy jak Miedwiediew, którzy napisali opracowanie rzetelne i puścili je w obieg w maszynopisie? Czy sprawa w tym środowisku nie ogranicza się przypadkiem do utyskiwania tylko na cenzurę w pewnych konwentyklach oficjalnych, w przeświadczeniu natychmiastowego otrzymania za tą odwagę jakiejś nagrody. Czy nie jest to przypadkiem chęć otrzymania od wydawnictw specjalnie wysokich honorariów za usankcjonowaną odgórnie śmiałość myśli. Lecz takie postawienie zagadnienia byłoby równoznaczne z narażeniem się środowiskom, jakie się kokietuje.

Za to jednoznacznie negatywnie wypowiada się Autor o produkcji naukowej byłego Zakładu Historii Partii przy KC PZPR, zarzuca mu przemilczania i deformacje w opracowaniach oraz wypowiedziach dotyczących 1920 r. (s. 4). Nie zamierzamy kruszyć kopii w obronie dobrego imienia tej placówki, nie miejsce tu i nie czas na wyważanie jej roli w życiu naukowym. Lecz może warto przypomnieć Romanowi Zambrowskiemu, zaś innym opowiedzieć, iż dyrektor owego Zakładu, nieżyjący już Tadeusz Daniszewski, w każdej budzącej wątpliwości kwestii chwytał za słuchawkę telefoniczną i zwracał się nie tyle chyba po radę, co o dyrektywę do niejakiego…towarzysza Zambrowskiego. W marcu 1968 r. postępowanie to wypomniano Daniszewskiemu na zebraniu w Zakładzie, nie usiłował nawet zaprzeczyć - miał poczucie godności własnej. Dziś sam doradca-instruktor zadaje mu cięgi za to, że go się słuchał. No cóż, nieboszczyk nie zareplikuje, nic mu już też nie zaszkodzi, za to w roli kozła ofiarnego może swemu szefowi nawet pośmiertnie oddać przysługę. Zresztą, być może szef zapomniał, jak udzielał owych wskazówek i dyrektyw, tak jak chyba nie pamięta - czy nie chce pamiętać - innych swoich wystąpień i decyzji, przecież znacznie poważniejszych. Nieodosobniony to przypadek. Wszak twórczość pamiętnikarsko-publicystyczną renegatów wszelkiej maści cechuje dążność do demaskowania obozu czy organizacji, którą porzucili, do wywlekania na jaw nie tyle wszystkich jej stron ujemnych, ile możliwie najbardziej "pikantnych" szczegółów. Ochoczo zatem demaskują swoich dawnych współtowarzyszy, dyskretnie przemilczając własny udział w ciemnych stronach działalności środowiska, z którym się rozstali. Ani śladu ubolewania nad tym, iż samemu przyczyniło się do wyrządzenia określonych szkód, za to surowe potępianie innych. Tym właśnie różni się renegat od człowieka, który zmienił przekonania i marzy o naprawie szkód, do jakich powstania przyłożył rękę.

Nie możemy też powstrzymać się od poczynienia jednej chociażby uwagi, charakteryzującej postępowanie "badawcze" omawianego Autora. Oto powołał się na znamienne wystąpienie prasowe z lipca 1920 r. poważnego działacza, nawet przywódcy, rewolucyjnego, jedynego zresztą, który wówczas w druku wypowiedział się zdecydowanie krytycznie na temat radzieckiej polityki wobec ówczesnego państwa i rządu polskiego. Lecz, okazuje się, dokument tej wagi zna jedynie ze streszczenia podanego w przypisie w wydawnictwie owego Zakładu Historii Partii, który już wcześniej został przezeń właśnie oskarżony o jednostronne i pełne przemilczeń przedstawienie wojny 1920 r. (s. 21). A przecież z tamtego przypisu można było dowiedzieć się, gdzie znajduje się polski przekład owego artykułu, można też było spróbować sięgnąć do oryginału.

Warto zaś przytoczyć chociażby niektóre fragmenty wystąpienia Domskiego, wnoszą więcej jasności w kwestii postaw niektórych przynajmniej komunistów w 1920 r., niż tasiemcowe rezonowania R. Zambrowskiego. Ten esdekapeielowiec Domski, obarczony nie tyle "reliktami poglądów SDKPiL", jakie ciążyły na Komunistycznej Partii Robotniczej Polski (s. 25), lecz całkowicie aprobujący działalność SDKPiL i teorie Róży Luksemburg, pisał w owym artykule: "Tylko te ludowe masy, które - jak Rosjanie - same (podkreślenie w oryginale) zrobią swoją rewolucję, zdolne są chętnie znosić wszystkie-niedostatki i walki związane z przewrotem społecznym. W przeciwieństwie do tego władza radziecka, wprowadzona z zewnątrz przez obce wojska, spotkałaby daleko bardziej silny opór klas posiadających i słabsze poparcie mas pracujących". Zaś w kwestii Wilna czytamy tam: "Rząd radziecki oparł się nawet pokusie wprowadzenia w Wilnie władzy radzieckiej i pozostawił to miasto państwu litewskiemu. Nie będziemy rozpatrywać kwestii, o ile ta decyzja była słuszną z narodowościowego punktu widzenia - Wilno to raczej wszystko inne, ale tylko nie miasto litewskie". W zakończeniu artykułu wzywał Domski rząd radziecki (pisane to było w II poł. lipca 1920 r., w okresie sukcesów Armii Czerwonej), by nie nadużywał swego zwycięstwa militarnego i nie nakładał na zwyciężoną Polskę zbyt ciężkich warunków pokojowych: "Nie ma, zdaje się, podstaw przypuszczać, że rząd radziecki zażąda umieszczenia w traktacie pokojowym z Polską jakichkolwiek gwarancji bezpieczeństwa, rozbrojenia itp", gdyż tego rodzaju "imperialistyczne punkty w pokojowym traktacie, podyktowane nawet najbardziej dobrymi zamiarami, zdziałałyby złą przysługę rewolucji komunistycznej w Polsce". Za to został Domski w dwa lata później zaliczony przez Zinowiewa do "wyrafinowanych nacjonalistów". Mimo to w 1923 r. znów mówił o tym, jak to "źródłem błędów bywały sprzeczności, powstające w niektórych momentach między państwową polityką republiki sowieckiej i polityką proletariatu w państwach kapitalistycznych", za co znów go nazwano rozbijaczem. Wszystko to powinien był Autor pamiętać z własnej działalności. Wszak artykuł zawierający przytoczone cytaty i zwalczający najbrutalniej Domskiego ukazał się w styczniowym numerze "Informatora Zetemkowego (antyopozycyjnego)", zatem w organie organizacji, w której rozpoczął swoją karierę polityczną. Był to zaś przekład polski artykułu zamieszczonego 2 XII 1927 r. w moskiewskiej "Prawdzie". Napisał ów artykuł nie kto inny, jak Maksymilian Horwitz-Walecki, artykuł zaś był zatytułowany "Polska «sekcja» światowej lewej opozycji". To już wystarczy, żeby zrozumieć dlaczego nie chciał się nań powoływać Zambrowski. Latami w ogóle nie tolerował żadnej opozycji, dla niego była równoznaczna z agenturą imperialistyczną. Obecnie zaś, kiedy może nieco zmodyfikował w tej kwestii swoje poglądy, jeszcze bardziej nie znosi wszystkiego co "lewe", lewicowe.

Toteż nie będzie Domski pozytywnym bohaterem Romana Zambrowskiego, zbyt wiele tych ludzi dzieli. Domski nie zmieniał swych poglądów na życzenie pańskie, nie udowadniał dziś słuszności tego, co wczoraj potępiał, nie chciał za wszelką cenę utrzymać się w kierownictwie partyjnym, słowem był człowiekiem z przekonaniami. Toteż mało kto wie, że ten esdekapeielewiec był zarazem wybitnym krytykiem literackim i autorem historii literatury polskiej XIX w., historii literatury, którą czyta się z zachwytem bądź oburzeniem, nigdy obojętnie. Lecz dla Romana Zambrowskiego jest prototypem "lewaka", "goszysty" i to spędza mu sen z oczu.

Dlatego nie zastanowił się, przynajmniej nie zwrócił czytelnikowi uwagi na to, jakie to były czasy, kiedy w centralnym organie komunistycznej partii - w tym przypadku Niemiec - mógł się ukazać tak krytyczny artykuł na temat polityki radzieckiej i ani redaktor nie został za to usunięty, ani organ zawieszony, ani nawet autora za tego rodzaju poglądy nie usunięto z partii. Warto było się nad tym zamyślić, coś na ten temat powiedzieć. Nie zrobił tego Zambrowski, bo też w jego artykule nie to jest grane.

Różnie to bywało w rozmaitych czasach, obecnie jest nasz Autor tak gorącym patriotą polskim, że bierze za złe wszystkim, iż mogli sobie wyobrażać Polskę bez Lwowa i Wilna, bez ziem na wschód od Bugu (s. 10), mówi o "błędnym stanowisku KPRP w sprawie granic państwa". Ten żarliwy patriotyzm każe mu zapomnieć, iż na tamtych terenach żyli również Ukraińcy i Białorusini, a było tam ich nawet więcej niż Polaków. Chyba mieli jakieś prawo do samodzielnego bytu państwowego. Ba, nawet Józef Piłsudski okazuje się gorszym Polakiem niż Roman Zambrowski, wszak chciał zrobić z Wilna stolicę Litwy, a i do Lwowa niezbyt się palił. W ogóle rozumiał jakieś aspiracje Ukraińców, Litwinów i Białorusinów. Na poletku patriotycznym jedynym partnerem pana Romana może być tylko inny Roman - Dmowski.

Dlatego za żadne skarby nie opowie nasz Autor o tak niebudujących sprawach, jak mało patriotyczne zachowanie się wsi rdzennie polskiej latem 1920 r. Ministerstwo Spraw Wojskowych, dysponujące siecią informacyjną, było mniej entuzjastyczne w ocenie nastrojów ludności, niż ówczesna, zwłaszcza zaś późniejsza publicystyka i powtarzający jej sądy Zambrowski. Np. 20 lipca podawało one w poufnym ''Komunikacie Informacyjnym", że wśród ludności wiejskiej Galicji i Kongresówki "daje się zauważyć silna niechęć do stawiania się przed komisje poborowe". W Łomży z rocznika 1895 stawiło się 33%, w Kolnie 21%, w Ostrołęce 55%, inne roczniki zachowywały się nie lepiej. Podobnie działo się - według tegoż źródła - w okolicach Ciechanowa i w wielu powiatach Kielecczyzny. Nawet "zachodzą przypadki - dodaje ono - iż całe gminy gremialnie powstrzymują się od dostarczania rekruta". "Znamienne jest - czytamy tamże - że fala agitacji (antywojennej) dosięgła nawet włościan uświadomionych, członków kółek rolniczych itp., zachodziły wypadki, iż delegaci kółek rolniczych nie kryli się z zadowoleniem z obecnej sytuacji na froncie i wyrażali przekonanie, że bolszewicy przyjdą, «bo przyjść muszą». Tego rodzaju dane sprzeczne byłyby z wywodami o "błędach" komunistów, więc - milczenie pełne. Prawdę należy dawkować, powinna służyć jedynie dobrej sprawie.

Oczywiście, przy tak wzniosłym polocie myśli nie ma czego prostować tego rodzaju nieścisłości artykułu Zambrowskiego, jak to, że Polska bez ziem zabużańskich "upodobniłaby się do Księstwa Warszawskiego z 1809 r." (s. 10) gdyż byłaby większa o błahostkę - Pomorze, Śląsk i Galicję Zachodnią wraz z Cieszyńskim. Nie warto też spierać się o to, że przecież z wyborów 1922 r. prawica wyszła nie "poważnie wzmocniona" (s.14), lecz właśnie osłabiona, zaś PPS osłabiona bynajmniej nie okazała się, lecz odnotowała imponujący przyrost głosów i mandatów poselskich. O tym wszystkim można dość łatwo przeczytać w rozmaitych opracowaniach historycznych. Ba, nawet o tym, że debiut wyborczy komunistów ostatecznie wypadł nie najgorzej. Lecz przeczyłoby to generalnej tezie autorskiej o szkodliwym dla lewicy wpływie wojny 1920 r. Zatem tym gorzej dla faktów.

Nie to jest przecież grane! Zatem porzućmy te i temu podobne drobiazgowe sprostowania a zajmijmy się nareszcie kwestiami zasadniczymi. Kołtun reakcyjny uważa, że rok 1920 ocalił Polskę od "komuny", dzięki niemu zażywaliśmy przez blisko lat 20 wszelkich swobód i innych pomyślności. Dzięki "cudowi nad Wisłą" nie staliśmy się zatem którąś tam "republiką". Wprawdzie los dopełnił się w 1944 r. ("co się odwlecze, to nie uciecze"), lecz tym razem zachowaliśmy - nie wiadomo jakie dobre duchy to sprawiły - jaką taką odrębność państwową. "Homo politicus" Zambrowski przy pomocy tak potępianych przezeń uników w istocie rzeczy wtóruje kołtunowi. Nawet daje pożywkę jego argumentacji przez odwołanie się do wydarzeń o dziesięciolecia późniejszych (s. 24). Ten dziwny "człowiek polityczny", dziwny, gdyż niewiadomych poglądów politycznych, przynajmniej nie zadeklarowanych czytelnikowi, kwalifikuje ówczesny punkt widzenia komunistów na przyszłe stosunki pomiędzy narodami, po zwycięstwie rewolucji socjalistycznej oczywiście, "jako naiwne i utopijne". Wychodzi w całej argumentacji artykułu z założenia, że późniejsza praktyka polityczna ZSRR epoki Stalina była nieuchronną. Zambrowski, unikający jak ognia terminu "stalinizm", nie chce przyznać, że stalinizm jest degeneracją leninizmu. Może uważa to za taktycznie niewygodne, może też nie chce pluć na własną przeszłość, woli ją pokryć milczeniem. Dla niego stalinizm i tegoż zbrodnie są legalnym dzieckiem Rewolucji Październikowej - tak zresztą twierdził w dniach swej chwały - ba, dzieckiem jedynie możliwym, które innym być nawet nie mogło. Jeśli nie ma tu przypadku złej woli, to co najmniej płytki pragmatyzm i ubóstwo wszelkiej wyobraźni politycznej. Cóż to za prymitywizm spojrzenia na proces dziejowy, nie dostrzeganie jego alternatywnych co najmniej możliwości.

Roman Zambrowski, który w latach swej świetności młodzieńczej i późniejszej bezwzględnie zwalczał i szkalował rewolucyjną lewicę antystalinowską, rzeczywiście niczego sobie nie przyswoił z jej kategorii myślenia, nie zastanowił się nawet nad jej podstawową tezą, że stalinizm czyli rządy warstwy biurokratycznej w kraju, w którym zwyciężyła rewolucja proletariacka, nie jest prawidłowością dziejową, lecz wynikiem szczególnego zbiegu okoliczności. Tego przede wszystkim, iż rozwój wydarzeń ograniczył zasięg zwycięskiej rewolucji do kraju zacofanego ekonomicznie i kulturalnie. Inaczej mówiąc, atakowana przez Polskę burżuazyjną, inspirowaną przez przeróżne koła reakcyjne w kraju i zagranicą Rosja radziecka lat 1919-20 nie była jeszcze państwem stalinowskim. Zatem jej zwycięstwo militarne nie oznaczało co najmniej natychmiastowego rozciągnięcia na ziemie polskie reżymu stalinowskiego z jego szowinizmem i hegemonizmem wielkorosyjskim. Wszak nie tylko powstały wówczas radzieckie republiki Ukrainy i Białorusi oraz inne, pierwsze trwałe formacje państwowe owych narodów, lecz poczyniono też pierwsze kroki praktyczne dla przezwyciężenia skutków wielowiekowej polityki rusyfikacyjnej caratu i rosyjskich klas posiadających. Mimo niezwykle ciężkich warunków materialnych, zaczęła się rozwijać kultura tych narodów. Na Ukrainę radziecką przenieśli się z innych terenów, nie objętych rewolucją, ukraińscy intelektualiści, nawet nie związani w przeszłości z jakąkolwiek lewicą. To właśnie władza wyłoniona z Rewolucji Październikowej, to właśnie ówczesna partia bolszewicka zajęła się stworzeniem alfabetów dla ludów dawnego cesarstwa, które ich dotąd nie miały. Dzięki temu mogły owe ludy dokonać swej samoidentyfikacji, w rezultacie istnieją po dzień dzisiejszy, ku bólowi szowinistów wielkorosyjskich. Co było potem, stanowi już inną kwestię, właśnie dyskusyjną kwestię nieuchronności stalinizmu.

Polityk, który zapragnął parać się historią, miał obowiązek zastanowić się nad tym, jakie byłyby konsekwencje militarnego zwycięstwa Rosji Radzieckiej w 1920 r., co oznaczałaby ówczesna "sowietyzacja" ziem polskich. Wydaje się oczywiste, zresztą cel ten w jakimś stopniu przyświecał kontrofensywie radzieckiej z lata 1920 r., że zwycięski pochód Armii Czerwonej bynajmniej nie miał się zatrzymać w przyzwoitej odległości od zachodnich granic Polski. Pojawienie się tej Armii na granicy Niemiec dodałoby otuchy, wręcz wzmocniłoby siły rewolucji niemieckiej, siły rewolucyjnego proletariatu w Niemczech zamęczonych głodem, upokorzonych i wyzyskiwanych przez zwycięską Ententę. Zwycięstwo zaś rewolucji robotniczej w kraju wysoce uprzemysłowionym, w kraju z uświadomionym klasowo i posiadającym duże doświadczenie organizacyjne proletariatem, oznaczało zupełnie nowy etap rewolucji socjalistycznej również w krajach na wschód od Niemiec położonych. Rozwiązywało ich problemy industrializacji, umożliwiało podniesienie rolnictwa na wyższy poziom technologiczny. Wreszcie wyzwalało je od tego, co się stało później w ręku stalinizmu potężnym orężem presji psychologicznej na masy - od psychozy (i realnej sytuacji) obozu warownego, otoczonego wrogimi państwami kapitalistycznymi. Bo też - wbrew obecnym sądom potocznym - masy ludowe dawnej Rosji carskiej bynajmniej nie pragnęły wówczas powrotu do starych porządków społecznych, chłopi nie marzyli o dniu, kiedy uzyskaną ziemię będą mogli zwrócić swoim ukochanym ziemianom, robotnicy nie wzdychali do chwili, gdy powrócą na fabryki starzy właściciele i dyrektorzy. Słowem - zwycięstwo rewolucji niemieckiej oznaczałoby likwidację tych szczególnych stosunków, z których stopniowo wyrósł stalinizm, stworzyłoby warunki dla socjalizmu nieodłącznego od rzeczywistej demokracji dla świata pracy, dla powstania całkiem innego Związku Republik Rad Delegatów. Z istnienia takiej perspektywy w 1920 r. miał obowiązek zdawać sobie sprawę były sekretarz Roman Zambrowski. Może zresztą mylimy się, może właśnie historia uformowała go i jemu podobnych wprost odwrotnie, nieprzystępnymi dla tego rodzaju rozumowań, odbierających rację bytu warstwie, której są i być pozostają członkami, biurokracji.

Bo też cały artykuł tchnie jej duchem, Autor wziął się za historię wojny 1920 r. bez posiadania konkretnej wiedzy o niej, nawet bez zabiegów o jej zdobycie. Wystarczyła mu świadomość, że posiada określoną nadwiedzę, namaszczenie nauczycielskie. Ono wszak pozwalało ludziom jego pokroju dziś pouczać uczonych, jak mają podchodzić do zagadnień biologii, jutro do problemów językoznawstwa itd. Wszak jego brat klasowy, Władysław Bieńkowski, obecnie poucza nas - z większą może jeszcze pewnością siebie i swadą - na temat polityki rolnej, mimo że nigdy się nią nie parał ani naukowo ani też praktycznie.

Ani bowiem jednemu nie zależy na polityce agrarnej, ani drugiemu na prawdzie historycznej. "Uwagi o wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku" zostały napisane po to, by móc przedstawić się w stroju polityka "narodowego", zabrakło tylko zdjęcia Autora w kontuszu, z karabelą, no i z przylepionym sumiastym wąsem, słowem autentyczny Polonus. W tym celu znalazła się na stronie 29 uwaga na temat niesłuszności partyjnej ingerencji "polityki w dziedzinę historii" i o aktualnych stosunkach polsko-radzieckich. Widocznie za tamtych, dobrych czasów, kiedy Roman Zambrowski zapowiadał "kijkami was popędzimy" (1957 r.) było całkiem inaczej. Co jest rzeczywiście grane, odsłania ostatnie zdanie artykułu, wyrażające wątpliwość "czy tak nadużywany w propagandzie frazes patriotyczny nie jest tylko fasadą, werbalizmem, narzędziem manipulowania opinią publiczną". Pytanie należące do kategorii pytań retorycznych, inteligentny czytelnik powinien bowiem z miejsca odpowiedzieć na nie: oczywiście, prawdziwie narodowo myślący jest Roman Zambrowski, dał tego już wielokrotnie dowody.

Źle byłoby, jeśliby czytelnik odniósł wrażenie, iż odmawia się tu komuś prawa do zabierania głosu w sprawach historii, jeśli nie posiada odpowiednich stopni naukowych, jeśli nie został zapisany do cechu dziejopisarskiego. Uważamy jedynie, że - niezależnie od posiadanych stopni czy tytułów - każdego publikującego wyniki swoich badań na temat przeszłości obowiązują jednakowe rygory naukowe. Historia jest nauczycielką życia, lecz tylko wówczas, kiedy jest historią a nie maskaradą, a nie formą wypowiadania się wyłącznie na tematy aktualne za pomocą sfałszowanych analogii. Nie jesteśmy też zdania, że komukolwiek, niezależnie od jego przeszłości, należy odmawiać prawa do pracy naukowej, ani też prawa do obrony własnej przeszłości.

Nie będąc zwolennikami - w zasadzie - pisania histerii przez jej uczestników - owego plątania obrony własnego postępowania z obiektywizmem naukowym, jednak w tym szczególnym przypadku nie zgłosilibyśmy zastrzeżeń tego rodzaju, gdyby ów wieloletni czołowy działacz Komunistycznego Związku Młodzieży Polski i Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR, obdarzył nas rozważeniami na temat spraw, w których brał czynny udział i to bynajmniej nie jako pionek. On, jeden z niewielu pozostałych przy życiu uczestników VII Kongresu Międzynarodówki Komunistycznej (1935 r.) mógłby nam zrelacjonować, jak rozumiano w kierowniczych kołach rozmaitych partii komunistycznych proklamowany na tym Kongresie przez Dymitrowa zwrot w taktyce Międzynarodówki, polegający m.in. na podjęciu współpracy z dotąd ostro zwalczanymi partiami socjalistycznymi i wspólnej walce o utrzymanie zagrożonych przez faszyzm swobód burżuazyjno-demokratycznych. M.in. przez analizę ówczesnych oficjalnych enuncjacji partyjnych i ich zestawienie ze znanymi mu z autopsji nastrojami i intencjami ich autorów bądź inspiratorów mógłby pokazać czy i w jakim stopniu zamierzano szczerze traktować ową współpracę z ruchem socjalistycznym i owe swobody, czy też tylko jako chwyt, mający ułatwić zwycięstwo, poczem zamierzano rozprawić się z niedawnymi sojusznikami, sam zaś mechanizm rządzenia metodami demokratycznymi przekazać na złom. Te i temu podobne analizy nie byłyby tylko czczym wspominkarstwem, mogą przecież rzucić pewne światłe na aktualny problem eurokomunizmu, jego szczerość, rzetelność itp. Wiele jeszcze ciekawych a ważkich problemów mógłby Autor rzeczywiście nowatorsko naświetlić, jeśliby chciał sięgnąć do skarbnicy wspomnień ze swej niemałej praktyki politycznej, szerokich stosunków z elitą partyjną nie tylko naszego kraju. Chociażby sprawa zniknięcia bez śladu po 1944 r. wielu działaczy Bundu czy Poalej-Syjonu, ludzi cudem ocalałych z piekła okupacji hitlerowskiej. Byli samotni, nikt się o nich nie upominał, gdy zniknęli z domu czy ulicy, toteż jakoś wszystko przeszło niezauważenie. Może jeszcze bardziej pasjonujące byłoby przedstawienie nastrojów elity na wiadomość o moskiewskiej sprawie "lekarzy-trucicieli" w 1952 r. Czy ktoś z późniejszych "demokratów" gdzieś zaszemrał wtedy o swoich wątpliwościach w tej sprawie? Wiele jeszcze ciekawego mógłby nam Autor opowiedzieć, oczywiście gdyby chciał. Mariaż wiedzy książkowej z osobistym doświadczeniem mógłby wspaniale a pożytecznie zaowocować.

Lecz zamiast pójść tą drogą, wolał Roman Zambrowski nie eksploatować pamięci własnej a zająć się sprawami, w których ani nie brał udziału, ani nawet z którymi nie zetknął się jako działacz czy człowiek dorosły. Mądrość ludowa głosi: znać pana po cholewach.
[1976 r.]

(1) Roman Zambrowski, Uwagi o wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku, Zeszyty Historyczne [Paryż] Issue 38 (1976), 3-30.

Lew Trocki o wojnie 1920 r.
Ostatni konflikt, niewątpliwie najważniejszy, dotyczył losów frontu polskiego w lecie 1920 roku.

Ówczesny premjer angielski, Bonar Law, przytaczał w izbie gmin mój list do komunistów francuskich na dowód, że na jesieni 1920 roku mieliśmy rzekomo zamiar zniszczyć Polskę. To samo utrzymuje w swej książce były polski minister spraw wojskowych, Sikorski, ale powołuje się przytem na moją mowę, wygłoszoną w styczniu 1920 roku, na kongresie międzynarodowym. Wszystko to od początku do końca jest absolutnym nonsensem. Rozumie się, że dotychczas nie nadarzyła mi się okazja do ujawnienia mych sympatji do Polski Piłsudskiego, czyli do Polski ucisku i gwałtu, przysłoniętego płaszczykiem frazesu patriotycznego i bohaterskiego samochwalstwa. Bez zbytniego trudu można zebrać sporo moich oświadczeń, w których uprzedzałem, że nie zatrzymamy się w połowie drogi, jeżeli Piłsudski narzuci nam wojnę.

Podobne oświadczenia wynikały z sytuacji ogólnej. Ale wyciągać z nich wniosek, żeśmy pragnęli wojny z Polską, albo przygotowywali się do takiej wojny, znaczy tyle, co zadawać kłam faktom i zdrowemu rozsądkowi. Pragnęliśmy uniknąć tej wojny za wszelką cenę (wyróżnienie w oryg. L.H). Nie zaniedbaliśmy żadnego środka, któryby mógł się do tego przyczynić. Sikorski przyznaje, żeśmy nadzwyczaj "zręcznie" prowadzili propagandę pokojową. Nie rozumie tylko, albo udaje, że nie rozumie, iż tajemnica owej zręczności była zresztą bardzo przejrzysta i nieskomplikowana: pragnęliśmy gorąco pokoju, nawet za cenę jak największych ustępstw. Właśnie ja pragnęłem może bardziej, niż ktokolwiek inny, aby do tej wojny nie doszło, gdyż zbyt dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno będzie nam ją prowadzić po trzech latach nieprzerwanej wojny domowej. Rząd polski, jak to znów niewątpliwie wynika z książki Sikorskiego, rozpoczął wojnę świadomie i z premedytacją, nie bacząc na nasze niezmordowane wysiłki zachowania pokoju, które czyniły z naszej polityki zagranicznej jakąś mieszaninę cierpliwości z wychowawczą wytrwałością. Myśmy szczerze pragnęli pokoju. Piłsudski narzucił nam wojnę. Wojnę tę mogliśmy toczyć tylko dzięki temu, że najszersze warstwy ludu z dnia na dzień obserwowały nasz pojedynek dyplomatyczny z Polską, były głęboko przekonane, że wojna została nam narzucona i nie myliły się pod tym względem zupełnie.

(…) Zajęcie Kijowa przez Polaków, pozbawione samo przez się wszelkiego sensu wojskowego, wyświadczyło nam wielką przysługę: kraj ocknął się. (…) Ale i po naszej stronie, wraz z pierwszemi znaczniejszemi zwycięstwami również. wyrobiono sobie zbyt wygórowane pojęcie o otwierających się przed nami możliwościach. Zrodziła się i krzepła chęć przekształcenia wojny, która początkowo nosiła charakter obronny, w zaczepną wojnę rewolucyjną. Nie mogłem temu, ma się rozumieć, przeciwstawiać żadnych argumentów natury zasadniczej. Sprawa sprowadzała się do wzajemnego ustosunkowania się sił. Nastrój polskich robotników i chłopów był wielkością niewiadomą. Niektórzy polscy towarzysze, jak zmarły J. Marchlewski, współpracownik Róży Luxemburg, zapatrywali się bardzo trzeźwo na sytuację. Pogląd Marchlewskiego wpłynął w znacznym stopniu na moje dążenie do jak najszybszego zakończenia wojny. Ale rozlegały się również i inne głosy. Pokładano wielkie nadzieje na powstanie robotników polskich. W każdym razie Lenin ułożył sobie taki plan: sprawę należy doprowadzić do końca, czyli wkroczyć do Warszawy, aby dopomóc robotnikom polskim do obalenia rządu Piłsudskiego i ujęcia władzy w swe ręce.

Decyzja, projektowana przez rząd, opanowała z łatwością wyobraźnię naczelnego dowództwa i dowództwa frontu. Gdy przyjechałem jak zwykle, na krótko do Moskwy, spotkałem się w centrum ze zdecydowanym nastrojem na rzecz prowadzenia wojny "aż do końca". Przeciwstawiłem się temu w sposób stanowczy. Polacy prosili już o pokój. Uważałem, żeśmy osiągnęli kulminacyjny punkt powodzenia i jeśli, nie obliczywszy uprzednio swych sił, pójdziemy dalej naprzód, to może się zdarzyć, że przejdziemy obok uzyskanego zwycięstwa ku porażce. (…)

Domagałem się - natychmiastowego, jak najszybszego zawarcia pokoju, zanim armja wyczerpie swe siły do ostatka. Jeżeli mnie pamięć nie myli, poparł mnie tylko jeden Rykow. Pozostałych Lenin pozyskał sobie jeszcze w czasie mojej nieobecności. Zapadła decyzja: nacierać. (…)

Lenin domagał się kontynuowania ofenzywy przez nasze armje, aby proletarjat polski miał czas na rozejrzenie się w sytuacji i rozpoczęcie powstania. Wojna polska potwierdziła w inny sposób to samo, co wykazało doświadczenie wojny brzeskiej: do wydarzeń wojny i do wydarzeń masowego ruchu rewolucyjnego, należy stosować różne miary. Tam, gdzie armje czynne liczą na dnie i tygodnie, tam ruch mas ludowych liczy zwykle na miesiące i na lata. (…)

Nasze armje cofnęły się o czterysta kilometrów, a miejscami jeszcze dalej. (…) w Moskwie panował pogląd, że należy prowadzić drugą wojnę polską. Nawet Rykow przeszedł teraz do innego obozu: - Skorośmy zaczęli, - powiada, - to trzeba skończyć.

Oświadczyłem, że powtórzenie dawnego błędu będzie nas tym razem znacznie drożej kosztowało i że nie pogodzę się z zaprojektowaną już decyzją i odwołam się do opinji partji. Lenin wprawdzie domagał się dla formy, aby wojnę kontynuowano, lecz czynił to już bez owej pewności siebie i energji, która cechowała jego wystąpienie za pierwszym razem. Moje niezłomne przekonanie, że zawarcie pokoju, chociażby nawet na najcięższych warunkach, jest rzeczą konieczną, wywarło nań odpowiednie wrażenie. Zaproponował więc, aby rozstrzygnięcie sprawy odroczyć do czasu mego powrotu z inspekcji frontu zachodniego, podczas której, na podstawie bezpośrednich wrażeń, zorjentuję się w jakim stanie znajdują się nasze armje po pośpiesznym odwrocie. Propozycja ta była dla mnie dowodem, że, w gruncie rzeczy, Lenin zgodził się już ze mną.

W sztabie frontu zastałem nastrój, skłaniający się ku prowadzeniu drugiej wojny. Ale nastrój ten nie był oparty na głębszem przekonaniu: był tylko odbiciem nastrojów, panujących w Moskwie. Im niżej schodziłem po szczeblach organizacji wojskowej - przez armję do dywizji, pułku i kompanji, - tem bardziej oczywisty stawał się dla mnie fakt, że prowadzenie wojny zaczepnej jest niepodobieństwem.

Wystosowałem do Lenina list na ten temat. Napisałem go odręcznie, nie sporządziwszy nawet odpisu dla siebie, po wysłaniu zaś, udałem się w dalszą podróż. Wystarczyło kilka dni, spędzonych na froncie, aby upewnić się o słuszności poglądu, który wygłaszałem jeszcze przed wyjazdem. Powróciłem do Moskwy, gdzie biuro polityczne prawie jednogłośnie wypowiedziało się za natychmiastowem zawarciem pokoju.

Błąd w strategicznym obrachunku, popełniony podczas polskiej wojny, pociągnął za sobą poważne konsekwencje historyczne. Wojna, w sposób zgoła nieoczekiwany, tylko wzmocniła Polskę Piłsudskiego. Rozwojowi rewolucji polskiej zadano natomiast dotkliwy cios. Granica, ustalona w myśl traktatu ryskiego, odcięła republikę sowiecką od Rzeszy Niemieckiej, co wywarło później wielki wpływ na życie obydwuch krajów... Lenin, rzecz oczywista, lepiej niż ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę ze znaczenia błędu "warszawskiego" i nieraz wracał do tej sprawy myślą i słowem.

Wacław Solski-Pański o komunistach polskich i L. Trockim
Pamiętam, że byłem absolutnym przeciwnikiem pochodu na Warszawę. Nie wiem, czy ze względów uzasadnionych, to znaczy dlatego, że uważałem, że rewolucji nie można nieść do kraju na ostrzach bagnetów. Nie sądzę, że z tego powodu, bowiem wyznawałem w tym czasie maksymę, że cel uświęca środki. Pewną rolę w moim nastawieniu odgrywało z pewnością to, że w sukces tego pochodu nie wierzyłem. Widziałem po drodze z lasu do Mińska wojska sowieckie, maszerujące na Zachód. Znałem też nastroje polskich robotników i wiedziałem, że na ich poparcie pięcioosobowy rząd polski (rewolucyjny - w Białymstoku - L.H.) nie może liczyć.

(…) Ani Marchlewski, ani Kon nie usiłowali mnie przekonać, że moje nastawienie jest błędne. Dowiedziałem się nawet od nich, że grupa polskich komunistów w Moskwie z Henrykiem Domskim-Kamieńskim stoi, ze względów zasadniczych, na tym stanowisku co ja.

(…) Trocki, do czego zaraz przejdę, stojący na czele wojsk sowieckich w tym czasie, był przeciwnikiem pochodu na Warszawę (…) Wstrzymałem się zresztą od wyrażenia moich poglądów (w sprawie wojny - L.H.) tylko w formie pisemnej, w "Sztandarze Komunizmu" (redagowanym przez Autora w Mińsku - L.H.). Ogłosiłem je natomiast na zamkniętych zebraniach. Jedno z nich odbyło się w jakiejś dużej sali pod przewodnictwem Trockiego, przy udziale co ważniejszych działaczy cywilnych i wojskowych. Trocki zatrzymał się w Mińsku w przejeździe na front. Wygłosił przemówienie dosyć spokojne w tonie, różniące się od jego przemówień na wiecach (…) zabrałem pierwszy głos i powiedziałem co myślę. Poparło mnie kilku innych towarzyszy, w tej liczbie dwóch czy trzech Rosjan (…).

Nie tylko ja, ale i wielu innych uczestników zebrania miało wrażenie, że Trocki wykręca się sianem, odpowiadając dowcipami na poważne argumenty. Nie wiedziałem jednak - dowiedziałem się o tym znacznie później - że Trocki, jak również inni członkowie Komitetu Centralnego, zwalczali stanowisko Lenina w sprawie pochodu na Polskę, ale Lenin, spodziewając się wybuchu rewolucji w Niemczech jak tylko Armia Czerwona przejdzie przez Polskę w zwycięskim marszu i stanie na niemieckiej granicy, przeprowadził swój punkt widzenia.

* * *
Z przytoczonych tekstów jednoznacznie wynika, iż ani kierownictwo Rosji radzieckiej, które podjęło decyzję przekształcenia kontrofensywy na froncie polskim latem 1920 r. w ofensywę rewolucyjną, nie kierowało się nienawiścią do Polski i chęcią zdławienia jej niepodległości, ani też nie było w swoich postawach jednolite. Co się zaś tyczy komunistów polskich, to - jak wynika z przytoczonych informacji - również w ich gronie nie brak było działaczy sprzeciwiających się pochodowi na Warszawę. W tej kwestii nie byli w swej partii odosobnieni. Nie da się zatem ich sprowadzić - czego zapewne polemiści nie omieszkają powiedzieć - do owej samotnej jaskółki, która wiosny nie czyni. Z kolei argument o odmiennym zachowaniu się komunistów na terenie Polski jest w dużym stopniu bezpodstawny. Niemal cały aktyw komunistyczny w Polsce został wszak internowany w obozie w Dąbiu. Warunki w takim miejscu odosobnienia raczej mało sprzyjają podejmowaniu zasadniczych uchwał lub decyzji, jeszcze mniej ich publikowaniu i kolportowaniu. Zresztą dziwnym zbiegiem okoliczności o obozie tym dość starannie milczy zgodnie i historiografia PRL i ta "prawdziwa". Nie znalazł on też miejsca w świadomości historycznej społeczeństwa. Za to chętnie dowodem rzeczowym przeciwko komunistom w Polsce służy powzięta latem 1920 r. uchwała przebywającego w Gdańsku kadłubowego kierownictwa KPRP, która udzieliła politycznego poparcia ofensywie Czerwonej Armii. No cóż, każdy wybiera, co woli.

W ten sposób dotykamy się sprawy poważniejszej, obecnie szczególnie istotnej, sprawy rzetelności intelektualnej historyka. Obficie i bez skrępowania używane teraz słowa "komunizm" i "komunista" - oczywiście używane w sensie ujemnym - są właśnie jaskrawym przejawem nierzetelności intelektualnej, wprowadzania w błąd słuchaczy i czytelników. Przecież co najmniej od końca lat dwudziestych naszego wieku rozeszły się w ruchu komunistycznym, na świecie i w Polsce, drogi tych, którzy coraz mocniej wielbili Józefa Stalina i bałwochwalczo aprobowali, już z góry, każde posunięcie radzieckiej warstwy biurokratycznej, od komunistów, którzy przeciwstawiali się jej polityce w ZSRR i na świecie, za co spotkały ich represje. Cała historia Lewej Opozycji w ZSRR i w międzynarodowym ruchu komunistycznym jest tego świadectwem. Toteż używanie obecnie wspomnianych słów bez bliższego określenia odłamu, jaki się ma na myśli, jest najzwyklejszym nadużyciem, godnym cwaniaka zapraszającego naiwnych do gry z nim w trzy karty lub lusterko.

Propaganda patriotyczna mile też łechce poczucie dumy narodowej opowiadaniami o "cudzie nad Wisłą" czy wielkim sukcesie Józefa Piłsudskiego w wojnie 1920 r. Jedno i drugie obliczano na niewiedzę ludzką. Wszak Rosja radziecka oferowała Polsce w miesiącach poprzedzających ofensywę armii polskiej na Kijów granice daleko bardziej położone na wschodzie, niż uzyskane w traktacie ryskim, zatem po "cudzie" czy sukcesie. Cóż to więc za opatrzność lub geniusz, który osiąga jakieś dwie trzecie tego, co można było otrzymać bez wojny.

Na wywody o znaczeniu ewentualnej zwycięskiej rewolucji niemieckiej dla losów naszego kontynentu, kołtun ma gotową odpowiedź: dziękuję za Polskę pomiędzy sprzymierzonymi ze sobą Rosją i Niemcami. I nuże opowiadać o odwiecznych wrogach itp. Ba, tylko że są to nacjonalistyczne urojenia. Rzekomo odwieczny konflikt polsko-niemiecki - jak tego przekonująco dowiódł profesor Józef Feldman w rzeczowej monografii na temat stosunków polsko-niemieckich - narodził się dopiero w połowie XIX w. O równie odwiecznym, rzekomo, antagonizmie polsko-rosyjskim (o ile mieć będziemy na myśli narody, a nie imperialne czy mocarstwowe tylko aspiracje) trudno nawet poważnie mówić, skoro narody te nie posiadały nawet wspólnej granicy etnograficznej.

Zaś zwolenników teorii odwiecznych "dwóch wrogów" można skwitować jednym: skoro nie stać nas na wymordowanie chociażby jednego z tych wrogów, pozostaje tylko jedno wyjście: przesiedlić się na księżyc lub na Madagaskar. Inaczej marny nasz los. Oto ślepy zaułek nacjonalistycznego myślenia.

L.H., 1981 r.

Społeczność

front