Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 81 gości.

Wojciech Orowiecki: Kolej na likwidację kolei

Opuszczone tory kolejowe

Po grudniowym chaosie na kolei wydawało się, że gorzej już być nie może. Atak zimy i zmiany w rozkładzie jazdy obnażyły fatalny stan spółek kolejowych. Tymczasem teraz rząd chce zabrać kolei 5 mld złotych i przeznaczyć je na inwestycje drogowe. Z infrastruktury kolejowej zostaną wówczas resztki.

W Sejmie forsowane są zmiany w ustawie o PKP, które
umożliwią ogłaszanie upadłości przez spółki kolejowe. Po ich
przyjęciu upadek państwowych przewoźników pasażerskich to
tylko kwestia czasu, zaś PKP Cargo ma zostać po prostu jak
najszybciej sprzedana, by pomóc załatać dziurę w
budżecie. 100 tysięcy kolejarzy może wkrótce podzielić los
stoczniowców.

Kolejarskie związki zawodowe organizują wiece w całym kraju, zapowiadając strajk generalny w obronie miejsc pracy. Dlaczego dopiero teraz, skoro działania zmierzające do zniszczenia kolei w Polsce prowadzone są już od lat?
Brak informacji, kolejne odwołane połączenia, odsyłanie
podróżnych na nieistniejące perony – tak wyglądała kolej w
grudniu. W najgorszym momencie opóźniony był co czwarty z
3,5 tysiąca uruchamianych codziennie pociągów, ponad 400 z
nich miało awarie. Brakowało wagonów. Wydaje się, że dopiero wtedy główne media dostrzegły fatalny stan polskich kolei i natychmiast podniosły wrzask, oskarżając przede wszystkim...
kolejarzy. Zupełnie, jakby maszynista czy kasjerka sprzedająca bilety mieli wpływ na ustalanie rozkładu jazdy. Mało kto z pasażerów dał się na to nabrać, więc rząd musiał rzucić kogoś na ofiarę. Padło na wiceministra Engelhardta, tymczasem jego przełożonemu Ministrowi Infrastruktury, Ceza-
remu Grabarczykowi – nie spadł włos z głowy. Od tego czasu po-
leciało jeszcze kilka osób z zarządów spółek kolejowych. Dla
wszystkich jest jednak jasne, że na kolei potrzeba zmian systemowych.

Prywatyzacja – lekiem na wszystko?

Rząd już takie zmiany zapowiada – w postaci przyspiesze
nia prywatyzacji kolei i zwiększenia „konkurencji”. Wspierają
go w tym „eksperci”, którzy twierdzą, że głównym proble-
mem polskich kolei jest to, że...

jeszcze nie została sprywatyzowana. Nie wspominają przy tym
ani słowem o tym, że prywatna PCC Arriva, działająca w Kujaw-
sko-Pomorskim, w ogóle nie radziła sobie w zimie, a zamiast jej pociągów kursowały głównie autobusy zastępcze.

Żaden „ekspert” nie potrafi wyjaśnić swoich twierdzeń, bo z jednej strony wszyscy przyznają, że jednym z głównych powodów jest podział kolei na konkurujące ze sobą spółki w roku 2001 (spowodowany ustawą o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP). Z drugiej strony twierdzą, że tylko większa ilość „konkurencji” - najlepiej między prywatnymi przewoźnikami – może kolej uzdrowić.

Bardzo nieliczni, m.in. prof. Wojciech Paprocki, z SGH, mają
odwagę mówić o tym, że prywatyzacja może tylko pogorszyć
sytuację. Choć w polskich mediach mało się o tym mówi – że prywatna kolej w Europie istnieje właściwie tylko w Wielkiej Brytanii, i właśnie na tym modelu opiera się polska „reforma”.

Tymczasem brytyjska kolej jest zarówno jedną z gorzej funkcjonujących, jak i droższych w Europie.

Po prywatyzacji zwiększyła się ilość wypadków, ceny biletów, zaś państwo dopłaca do prywatnej kolei trzykrotnie więcej!

W rzeczywistości to właśnie „konkurencja” na torach powo-
duje kłopoty kolei. Choć w wyniku likwidacji połączeń wiele
mniejszych miejscowości straciło połączenie ze światem, a lu-
dzie – możliwość dojazdu do pracy i szkoły, to między więk-
szymi miastami często zdarza się, że dwa pociągi na tej samej
trasie odjeżdżają w odstępie 20 minut. Tak właśnie wygląda
„konkurencja”: mniej dochodowe, choć potrzebne ludziom połączenia, są porzucane, zaś przewoźnicy walczą między
sobą o te, na których można zarobić. W razie awarii jeden przewoźnik nie może udzielić drugiemu pomocy. O wspólnym
bilecie nie ma co marzyć. Coraz powszechniej mówi się o tym, że jedynym wyjściem jest ponowne scalenie spółek kolejo-
wych w jeden publiczny organizm – ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć.

Powolne umieranie kolei

Jednym z często wciskanych przez neoliberalne media kłamstw na temat kolei jest to, jakoby miała ona olbrzymie za-
niedbania po PRL. Prawda jest taka, że w 1985 r. pociągami jeździło niemal 4-krotnie więcej ludzi, niż obecnie, zaś ostatnią linię kolejową zbudowano 23 lata temu. Jak mówi wielu kolejarzy – wyrok na kolej wydano w Polsce już na początku lat 90., i kolejne rządy tylko go realizowały. Od tego czasu ilość linii kolejowych zmniejszyła się o 26
proc., czyli najwięcej w Europie, pozostało ich 19 tysięcy km. Planowane są kolejne likwidacje.

Niedawno władze PKP PLK stwierdziły, że Polskę stać na
utrzymywanie jedynie 7 tys. km linii kolejowych. Oznacza to, że w praktyce kolei w Polsce nie będzie, pozostaną jedynie
połączenia między dużymi miastami. To ciągłe niedofinansowanie doprowadziło kolej do obecnego stanu – podczas gdy w innych krajach na kolej przeznacza się z budżetu 40 proc. środków na transport, w Polsce jest
to 15 proc.

Już teraz w Polsce jeździ mniej pociągów, niż w Czechach.
Zatrudnienie w spółkach kolejowych zmniejszyło się przez
ostatnie kilkanaście lat czterokrotnie. O ile administracja i zarządy mają się tam coraz lepiej, to na stanowiskach wymagających ciężkiej pracy – maszynistów, pracowników warsztatowych, dyżurnych ruchu – występują ciągłe niedobory. W
zimie trzeba było dodatkowo zatrudnić aż 5 tys. pracowników
do usuwania awarii. Pomimo tego, spółki kolejowe ogłaszają
kolejne programy „dobrowolnych” odejść. Nie pozwala im to
jednak wyjść na prostą.

„Świetne” wyniki PKP Cargo z 2010r. są wynikiem przede
wszystkim zwolnień i ograniczenia remontów taboru. Tabor
zresztą jest we wszystkich spółkach w fatalnym stanie
(średni wiek wagonów – 30 lat). Na Śląsku, z powodu braku
sprawnego taboru, nie jeździ 10 proc. pociągów, które miały być w obecnym rozkładzie. Pomimo tego, zatrudnienie w grupie pracowników warsztatowych wciąż się zmniejsza – podobnie, jak w zakładach naprawczych taboru kolejowego.

Jednak – chociaż polskie koleje nie mają pieniędzy niemal
na nic – mogą, jak się okazało, finansować podróż syna pre-
miera, Michała Tuska, do Chin.

Oczywiście, jako „eksperta od kolei” i „niezależnego” dziennikarza... „Gazety Wyborczej”.

Co dalej?

Większość kolejarzy już od dawna uważa, że kolej zmierza
do upadku, i tylko strajk generalny na obszarze całego kraju
może ją uratować. W maju zeszłego roku dali temu wyraz w
referendum. Jednak szefowie kolejarskich związków spra-
wiają wrażenie, że obudzili się dopiero teraz. Przez cały rok
2010 jedyne realne protesty na kolei prowadziły związki PKP
PLK, przede wszystkim Związek Zawodowy Dyżurnych Ruchu.
Choć skupiający największe kolejarskie związki Komitet Pro-
testacyjno-Strajkowy istnieje od sierpnia, to dotychczas jego
działanie ograniczało się do straszenia rządu i dawania mu
„żółtych kartek”. Na początku lutego liderzy związków zawo-
dowych zorganizowali pikiety w Krakowie, Bydgoszczy i Katowi-
cach, by – jak twierdzą – przekonywać kolejarzy do strajku
generalnego. Tymczasem kolejarze, którzy brali udział w tych
wiecach, sprawiali wrażenie znacznie bardziej przekona-
nych, od samych liderów związków.

Prezydent Związku
Zawodowego Maszynistów, Leszek Miętek, i szef kolejarskiej
„Solidarności”, Henryk Grymel, mówili głównie o tym, że strajk
generalny jest „wielkim złem”, ale „niestety zostali do tego
zmuszeni”. W Bydgoszczy jeden z regionalnych działaczy
związkowych wtrącił się i powiedział, że strajk jest normalnym instrumentem robotnika w walce z pracodawcą. Inny
mówił, że strajk generalny na leży zorganizować już dawno.

Na wiecu w Katowicach miejscowi działacze związkowi jeden za drugim opowiadali się za jak najszybszym zorganizowaniem strajku generalnego, zaś na koniec zgromadzeni podjęli chóralny okrzyk „jutro strajk”. Choć oczywiście strajk generalny nie rozpocznie się przed kwietniem, to okrzyk ten
dobrze oddaje nastrój kolejarzy.

Obecnie jedynie oni mogą uratować swoje miejsca pracy, a
wraz z nimi – publiczną kolej w Polsce. Jeżeli kolejarskie związki zawodowe znowu się cofną to zgodnie z tym, co mówią sami kolejarze – podzielą niedługo los stoczniowców i pracowników innych branż, zmasakrowanych przez rząd Tuska.

Tekst ukazał się w "Kurierze Związkowym" 16 lutego 2011

Portret użytkownika norbo
 #

Oczywiscie dzialania zmierzajace do likwidacji PKP uzasadnic mozna tylko dazeniem do przekazania kolejnych aktywow publicznych w prywatne posiadanie wraz z towarzyszacymi im funduszami publicznymi - jak dlugo jeszcze "nowy system" moze zywic sie na padlinie "starego"? A z drugiej strony, dlaczego tak wielu Polakow porzucilo publiczna komunikacje na rzecz prywatnej samochodowej na dlugo przed rozkladem tej pierwszej? Ilu codziennie pokonuje kilkusetmetrowa droge do piekarni autem? Dlaczego?

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Sierp i młot