Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 27 gości.

Ryszard Rauba: Zapomniana mowa obrończa Róży Luksemburg

Róża Luksemburg 2

Dr Ryszard Rauba
Instytut Politologii
Uniwersytet Zielonogórski
 
 
 
 
 
 
 
 
Zapomniana mowa obrończa  Róży Luksemburg
 
 

  
Niespełna rok przed wybuchem  pierwszej wojny światowej – 25 września 1913 r. na odbywającym się wówczas w Fechenheim pod Frankfurtem n. Menem wiecu robotniczym zabrała głos Róża Luksemburg – znana z bezkompromisowej, nad wyraz krytycznej postawy względem kapitalizmu.
 
 

Zadeklarowała wówczas w imieniu wszystkich szczerych socjaldemokratów, kierując przy tym swoje   słowa pod adresem eksponującego otwarcie potęgę militarną państwa pruskiego, że: „jeśli się od nas zażąda, abyśmy podnieśli morderczą broń przeciwko naszym francuskim lub innym cudzoziemskim braciom, oświadczymy wówczas: nie, tego nie uczynimy”[1].
 
 

Róża Luksemburg potępiając prymitywny, tępy pruski militaryzm konsekwentnie stała na stanowisku, że: „niemiecki żołnierz nigdy nie użyje broni przeciw swoim klasowym braciom za granicą”[2].
 
 

Róża Luksemburg nie musiała długo czekać na reakcję ze strony uważnie śledzących  jej działalność polityczną władz pruskich, szczególnie pruskiego wymiaru sprawiedliwości. Zaprezentowana przez nią na wiecu robotniczym 25 września 1913 r. treść jej referatu stała się podstawą  do oskarżenia Róży Luksemburg przez miejscowego, nadgorliwego prokuratora o  „wzywanie do nieposłuszeństwa obowiązującym prawom”[3].
 
 

Dwudziestego lutego 1914 r. Sąd Krajowy we Frankfurcie n. Menem skazał Różę Luksemburg na jeden rok więzienia[4].
 
 

Tuż przed ogłoszeniem powyższego wyroku Róża Luksemburg wygłosiła z ławy oskarżonych zapomnianą dziś niestety a wartą przypomnienia poruszającą w swojej treści mowę obrończą. Została ona wydrukowana dwa dni później – 22 lutego 1914 r. na łamach „Vorwärts” - naczelnego organu prasowego niemieckiej socjaldemokracji. Nadano jej tytuł:  Militaryzm, wojna i klasa robotnicza ( Militarismus, Krieg und Arbeiterklasse).
 
 

Zaryzykować można w tym miejscu stwierdzenie, że pomimo, iż od jej wygłoszenia i następnie opublikowania minęło blisko 100 lat to nadal powinna ona po ponownym, wnikliwym zapoznaniu się  z jej treścią skłaniać  do bardzo głębokiej refleksji każdego kto uważa siebie nie tylko w teorii, ale także w praktyce za człowieka lewicy. 
 
 
 
Tej lewicy, która nie idzie na żadne złudne  i zgniłe kompromisy poświęcając tym samym ideowe pryncypia dla doraźnych korzyści najczęściej materialnych. 
 
 
 
Tej lewicy, która nigdy nie zastąpi w swoich działaniach ideowości dziecinną w istocie i naiwną postawą określaną jako pragmatyzm. 
 
 
 
Tej lewicy, która w żaden sposób nie zaakceptuje kapitalizmu nawet rzekomo z tzw. „ludzką twarzą” i całego szeregu  związanych z kapitalizmem społeczno – politycznych patologii m. in. militaryzmu i wojny. 
 
 
 
Tej lewicy, która nigdy nie zaakceptuje także bełkotliwych, niedorzecznych sformułowań lansowanych  nieustannie przede wszystkim przez kler katolicki i powiązaną z nim wsteczną prawicą o rzekomym istnieniu solidaryzmu społecznego, narodowego itp. a która zawsze i wszędzie za swój żelazny punkt odniesienia w społeczeństwie kapitalistycznym, klasowym, w którym przyszło nam obecnie żyć  uważać będzie wszystkich ludzi pracy najemnej – robotników, górników, hutników, związkowców. Wszystkich tych, którzy żyją wyłącznie ze swojej pracy – pracy rąk i umysłów a nie z efektów cudzej, ciężkiej pracy innych ludzi.  
Do takich właśnie ludzi lewicy – socjalnej, antykapitalistycznej i antymilitarystycznej adresowane były i nadal są słowa zawarte w zapomnianej mowie obrończej Róży Luksemburg z 1914 r.
 
 

Abstrahując od powyższych, koniecznych uwag pragnąłbym zaznaczyć, że w niniejszej  publikacji  jako jej autor skoncentruję się na przybliżeniu czytelnikowi przede wszystkim  zasadniczych w moim subiektywnym przekonaniu wątków zawartych w mowie obrończej Róży Luksemburg z 20 lutego 1914 r. 
 
 
 
Róża Luksemburg jako przekonana i świadoma marksistka i socjaldemokratka po wysłuchaniu aktu nie miała żadnych wątpliwości, że  zaprezentowane w nim przez wyjątkowo nadgorliwego, pruskiego prokuratora zarzuty  były całkowicie bezpodstawne i w istocie pozbawione jakiegokolwiek sensu i logiki. Godziły ponadto i to mocno w jej inteligencję. 
 
 
 
Warto podkreślić, że za szczególnie absurdalne wręcz niedorzeczne Róża  Luksemburg uznał dwa prokuratorskie zarzuty dotyczące: pierwszy – podżegania przez nią do zabijania dowódców oraz drugi – wzywania przez nią żołnierzy, by w wypadku wojny wbrew rozkazowi nie strzelali do nieprzyjaciela. 
 
 
 
Zdaniem działaczki ów nadgorliwy pruski prokurator publicznie, na sali sądowej podczas prezentacji  swoich „oskarżycielskich” argumentów ujawnił jedynie swoją kompletną „niezdolność do myślenia kategoriami socjaldemokratycznymi”[5]  oraz „niezdolność do wczucia się w socjalistyczny sposób rozumowania”[6]
 
 
 
W związku z powyższym Róża Luksemburg z odczuwalną aż nazbyt zgryźliwością stwierdzała, że: „formalne wykształcenie  nie wystarcza do zrozumienia socjaldemokratycznej metody myślenia, do pojmowania naszego świata myśli w całej jego złożoności, subtelności naukowej i historycznej głębi, jeżeli staje temu na przeszkodzie przynależność klasowa”[7] - zauważała działaczka po czym dodawała: „prości mężczyźni i kobiety z ludu pracującego mogą  pojąć  nasz świat myśli, który w mózgu pruskiego prokuratora odbija się jak w krzywym zwierciadle”[8]
 
 
 
W dalszej części swojej mowy obrończej Róża Luksemburg odniosła się do wysuwanego przez prokuratora  absurdalnego – jej zdaniem zarzutu, że podburzała „ponad wszelką miarę tysiące (...) słuchaczy”[9]
 
 
 
Jej odpowiedź na ten zarzut była następująca: „panie prokuratorze, my socjaldemokraci, w ogóle nikogo nie podburzamy! Bo co to znaczy „podburzać”? - zapytywała  pruskiego prokuratora R. Luksemburg - „Czy może próbowałam namawiać zebranych: jeżeli jako Niemcy znajdziecie się w czasie wojny w kraju nieprzyjacielskim, na przykład w Chinach, to dajcie się tam tak we znaki, by jeszcze po stu latach  żaden Chińczyk nie odważył się krzywo spojrzeć na Niemca?[10] Gdybym tak mówiła, to istotnie byłoby to  podburzanie. Albo czy próbowałam może wzbudzić wśród zebranych mas pychę narodową, szowinizm, pogardę i nienawiść do innych ras i narodów? To byłoby w samej rzeczy podburzaniem”[11] - zaznaczała dobitnie R. Luksemburg  i od razu przy tym wyjaśniając dość ograniczonemu pod względem umysłowym i niezorientowanemu w temacie prokuratorowi na czym polegała nie mająca nic wspólnego z jakimkolwiek podburzaniem działalność socjaldemokratów: „to, co my socjaldemokraci, czynimy stale w mowie i piśmie, sprowadza się do oświecania umysłów, do uprzytomniania masom pracującym ich klasowych interesów i zadań historycznych, do wskazywania na wielkie linie rozwoju historycznego, na tendencje przewrotów ekonomicznych, politycznych i społecznych, dokonujących się w łonie dzisiejszego społeczeństwa i prowadzących z żelazną koniecznością do tego, że na pewnym szczeblu rozwoju istniejący ustrój społeczny musi zostać zniesiony i zastąpiony przez wyższy, socjalistyczny ustrój społeczny. Tak agitujemy, w ten sposób przez uszlachetniające oddziaływanie nakreślenia perspektyw historycznych, na których gruncie stoimy, podnosimy także poziom etyczny mas. Z tego samego doniosłego punktu widzenia prowadzimy także – albowiem u nas, socjaldemokratów, wszystko składa się na harmonijny,  zwarty, oparty na nauce światopogląd – naszą agitację przeciw wojnie i militaryzmowi”[12] - podkreślała z naciskiem w swojej mowie obrończej działaczka zwracając przy uwagę na ogromną różnicę istniejącą pomiędzy terminami: „agitacja” i „podburzanie”. 
 
 
 
Odnoszą sie do kluczowego w jej mowie obrończej wątku mianowicie – militaryzmu Róża Luksemburg bez wskazania na konkretne osoby nie omieszkała zauważyć, że: „obrońcy (...) militaryzmu uzasadniają go zazwyczaj frazesem o konieczności obrony ojczyzny. Gdyby miano na względzie rzeczywiście, szczerze i otwarcie interes ojczyzny, to (...) klasy panujące nie mogłyby właśnie uczynić nic innego jak tylko wprowadzić system milicyjny – ów stary postulat programu socjaldemokracji.” - przekonywała zgromadzonych na sali sądowej słuchaczy działaczka argumentując swój punkt widzenia  w następujący sposób: „system milicyjny stanowi jedyną niezawodną rękojmię obrony ojczyzny, ponieważ tylko wolny lud, ruszający z własnej woli do walki z nieprzyjacielem, jest dostatecznie pewnym i niezawodnym  bastionem wolności i niezawisłości ojczyzny”[13]
 
 
 
Po zaprezentowaniu powyżej przytoczonej argumentacji Róża Luksemburg zadała wymowne w swojej treści pytanie: „Dlaczego więc (...) oficjalni obrońcy ojczyzny nie chcą słyszeć o tym jedynym skutecznym sposobie obrony ojczyzny?”[14]. Odpowiedzi na to pytanie Róża Luksemburg udzieliła sobie sama: „dlatego, że ani w pierwszej, ani w drugiej linii nie chodzi im wcale o obronę ojczyzny, lecz o  imperialistyczne wojny zaborcze, do których milicja  w istocie się nie nadaje. Ponadto zaś klasy posiadające dlatego wzbraniają się dać broń  do ręki ludowi  pracującemu, gdyż nieczyste sumienie budzi w wyzyskiwaczach  lęk, że broń mogłaby pewnego razu wystrzelić w niepożądanym dla panujących kierunku”[15] - stwierdzała bez ogródek  Róża Luksemburg przestrzegając  jednocześnie w tym miejscu słuchaczy  przed tragicznymi skutkami  cynicznego  i  instrumentalnego  wykorzystywania takich pojęć jak „obrona ojczyzny” przez wiecznie chciwą zysków  i z gruntu wrogą robotnikom –  wielkokapitalistyczną burżuazję.  
 
 
 
Za ostatni nad wyraz interesujący wątek zawarty w mowie obrończej Róży Luksemburg z 20 lutego 1914 r. uznać należy jasno sprecyzowane przez nią socjaldemokratyczne stanowisko dotyczące zjawiska wojny. Brzmiało ono następująco: „my, socjaldemokraci (...) sadzimy, że o wybuchu i wyniku wojen decydują nie tylko armia, „rozkazy” z góry i ślepe „posłuszeństwo” u dołu, lecz że rozstrzygają tu i winny rozstrzygać szerokie masy ludu pracującego. Jesteśmy zdania, że wojny można prowadzić tylko wtedy i dopóty, kiedy i jak długo masy ludu pracującego albo biorą w nich  z entuzjazmem udział, uważając je za sprawiedliwe i konieczne, albo co najmniej cierpliwie je znoszą. Jeżeli natomiast przeważająca większość ludu pracującego dojdzie do przekonania – a my, socjaldemokraci, uważamy właśnie za swe zadanie obudzić w ludzie to przekonanie i tę świadomość – jeżeli, powtarzam, większość ludu dojdzie do przekonania , że wojny są zjawiskiem barbarzyńskim, głęboko niemoralnym, reakcyjnym i antyludowym, to tym samym wojny staną się niemożliwe, bez względu na to, że żołnierz będzie jeszcze chwilowo posłuszny swym przełożonym”[16] -  podkreślała działaczka nie ukrywając swojej głębokiej wiary w możliwość  wyeliminowania raz na zawsze ze stosunków międzyludzkich wojny i wszystkich związanych z nią okropieństw. 
 
 
 
W konkluzji powyższego antywojennego stanowiska znalazły sie słowa, które bez cienia przesady nadal zachowują swoją  aktualność. Mianowicie, że: „wojującą stroną jest  (...) cały lud. On winien rozstrzygać, czy wojna ma nastąpić, czy też nie; decyzja o „być albo nie być”(...) militaryzmu należy do mas pracujących, mężczyzn i kobiet, starych i młodych, nie zaś do znikomej cząstki tego ludu noszącej (...) mundur”[17]
 
 
 
Za podsumowanie powyższych rozważań niech posłużą słowa Róży Luksemburg, które wypowiedziała  w imieniu wszystkich socjaldemokratów kończąc swoją mowę obrończą. Słowa potwierdzające jej głęboki optymizm, ideowość, zaangażowanie dla sprawy socjalizmu i bezkompromisowość w działaniu. Słowa te powinni wziąć do serca i zapamiętać jako swoisty drogowskaz wszyscy współcześni lewicowi aktywiści. Oto one: „bylibyśmy (...) żałosnymi kreaturami,  gdybyśmy ze strachu przed skutkami poniechali czegoś, co uznajemy za konieczne i zbawienne (...) nasze dzieło drwi z kruchych więzów wszystkich (...) paragrafów, rośnie i rozwija się wbrew wszystkim prokuratorom! (...) Socjaldemokrata (...) pozostaje  wierny swoim czynom i drwi z waszych kar. A teraz  możecie mnie skazać !”[18].  
 
 

 
 
 
[1]    Cyt. za: J. Żuraw, Róża Luksemburg i kultura polska (w 80. rocznicę śmierci), Częstochowa 1999, s. 44 – 45.

 
 
 
[2]    Zob. E. I H. Hannover,  Zbrodnia (Rzecz o śmierci Róży Luksemburg i Karola Liebknechta)), Warszawa 1975, s. 17.

 
 
 
[3]    Ibidem.

 
 
 
[4]    Zob. S. Dziamski,  Z dziejów myśli marksistowskiej w Polsce. Szkice biograficzne, Poznań 1979, s. 160.

 
 
 
[5]    Zob. R. Luksemburg, Militaryzm, wojna i klasa robotnicza (dalej: Militaryzm...), „Vorwärts” 22 lutego 1914 r. (w:) Idem, Wybór pism, t. 2, Warszawa 1959, s. 235.

 
 
 
[6]    Ibidem, s. 237.

 
 
 
[7]    Ibidem, s. 234.

 
 
 
[8]    Ibidem.

 
 
[9]    Ibidem.

 
 
 
[10]  Róża Luksemburg nawiązywała w tym miejscu co prawda nie otwarcie, ale za pomocą subtelnej aluzji do tzw. „mowy huńskiej” („Hunnen rede”), którą wygłosił 27 czerwca 1900 r. cesarz Wilhelm II żegnając w porcie w Bremerhaven odpływających do Chin żołnierzy niemieckich, którzy mieli pomścić tam  zamordowanego 20 czerwca 1900 r. w Pekinie przez chińskich powstańców – patriotów (Bokserów) niemieckiego ambasadora barona Clemensa von Kettelera. W swojej buńczucznej, wojowniczej mowie Wilhelm II wzywał otwarcie i bez skrępowania niemieckich żołnierzy, w swoich działaniach po przybyciu do Chin naśladowali gorliwie Hunów. (Zob. J. Pajewski, Historia powszechna 1871 – 1918, warszawa 1994, s. 230.).

 
 
 
[11]  Militaryzm..., s. 234.

 
 
 
[12]  Ibidem, s. 235.

 
 
 
[13]  Ibidem, s. 236.

 
 
 
[14]  Ibidem, s. 237.

 
 
[15]  Ibidem.

 
 
[16]  Ibidem, s. 239.

 
 
 
[17]  Ibidem; Róża Luksemburg wierzyła w ogromną siłę  tkwiącą w antywojennej agitacji socjaldemokratycznej oraz w mądrość ludu pracującego, który był jej odbiorcą  i dlatego wygłaszając na sali sądowej swoją mowę obrończą była  głęboko przekonana, że: „ci, którzy noszą  (...) mundur, (...) są (...) tylko częścią ludu pracującego ,  a gdy ten dojdzie do przekonania, że wojny są godne potępienia i wrogie ludowi, wówczas również  żołnierze będą bez naszego wezwania wiedzieli, co w danym wypadku czynić” . (Ibidem, s. 243.). 
 
 

[18]  Ibidem, s. 243, 245 – 246.

Społeczność

CAPITALIST