Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 102 gości.

Karol Kautsky: Z dziejów kościoła katolickiego - Kościół - Rozdziały I i II

20090703_church_900x600.jpg

1. Nieodzowność i potęga kościoła w wiekach średnich

... Jakkolwiek powikłana może się nam wydawać historia XV i XVI wieku, ciągnie się przez ten
okres jak jaskrawo widoczna nić czerwona i piętno swoje nań nakłada: walka z kościołem papieskim. Nie
należy mieszać kościoła z religią. O religii mówić będziemy później.
Kościół był dominującą siłą w czasach feudalnych, toteż musiał on upaść wraz z feudalizmem.
Gdy Germanie wtargnęli do światowego państwa Rzymian, wystąpił wówczas przeciwko nim kościół jako następca cezarów [1], jako organizacja, która spajała państwo w całość, jako przedstawiciel sposobu produkcji schyłkowej epoki cesarstwa. Jakkolwiek to państwo ówczesne bardzo mizerne było, jakkolwiek nisko upadła w nim produkcja, wszelako i państwo to, i jego wytwórczość stały o wiele wyżej od politycznych i gospodarczych stosunków u germańskich barbarzyńców. Ci górowali moralnie i fizycznie
nad zmurszałym i strupieszałym światem rzymskim, ale świat ten olśnił i podbił ich swoim dobrobytem i
swymi skarbami.

Rabunek to nie żaden sposób wytwórczości, choć ten i ów ekonomista zdaje się w to wierzyć. Zwyczajna grabież mienia Rzymian nie mogła zaspokoić Germanów na stałe; zaczęli oni wkrótce sami produkować na sposób rzymski. Im więcej to robili tym bardziej popadali w zależność od kościoła nawet
nie wiedząc o tym; kościół bowiem był ich mistrzem; tym konieczniejsza przeto stawała się dla nich wówczas odpowiadająca temu systemowi produkcji organizacja państwowa, której znowu nikt inny stworzyć im nie potrafił, tylko właśnie kościół.
Kościół uczył Germanów wyższych form uprawy roli – klasztory pozostały aż do późnego średniowiecza wzorowymi gospodarstwami rolnymi. Duchowni też rozwinęli wśród Germanów sztukę i kunszt rzemiosł; pod opiekuńczymi skrzydłami kościoła prosperował nie tylko chłop – kościół opiekował się też większością miast nim nie okrzepły one tak, iżby mogły dalej bronić się już same. Szczególnie zaś
faworyzowany był przez kościół handel.

Wielkie jarmarki odbywały się najczęściej w kościołach lub koło nich. Kościół dokładał wszelkich starań, aby ściągać na nie kupujących. On też był jedyną silą, która w wiekach średnich troszczyła się o utrzymywanie w należytym porządku wielkich dróg handlowych, i ułatwiał podróże udzielając będącym w drodze gościny w klasztorach. Niektóre z tych klasztorów, jak np. schroniska na przełęczach alpejskich,
służyły prawie wyłącznie potrzebom ruchu handlowego. Ten w pojęciu kościoła był rzeczą tak ważną, że aby ożywić go, kościół sprzymierzał się z drugim czynnikiem, który również reprezentował w państwach germańskich kulturę upadłego Rzymu: żydostwem. Papieże bronili i popierali Żydów przez czas długi. W ogóle zaś w owych czasach, gdy Niemcy byli jeszcze niezafałszowanymi Germanami, przyjmowano przyjaźnie Żydów, jako nosicieli wyższej kultury. I starano się gorąco do siebie ich ściągać. Dopiero gdy kupcy chrześcijańsko-germańscy nauczyli się już równie dobrze szachrować jak Żydzi, zaczęli oni Żydów
prześladować.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele, i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów. Całe życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta.
Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.

Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji,
do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tejprodukcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy
państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki [2] nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania.

Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.

Im bardziej germański sposób produkcji wznosił się na ten stopień, na który wytwórczość spadła była w ginącym państwie rzymskim, tym nieodzowniejszy dla państwa i ludu stawał się właśnie kościół. A to, że był dla państwa i ludu pożyteczny, nie oznacza bynajmniej, iż korzystał on ze swego stanowiska wyłącznie w interesie żywiołów od niego zależnych, nie zaś w interesie własnym. Kazał on sobie drogo
płacić za swoje usługi jedyną powszechną daninę, którą znały wieki średnie i która składana była wyłącznie
kościołowi, którą stanowiła dziesięcina. Ale najważniejszym źródłem władzy i dochodów była w średniowieczu, jakeśmy już mówili, własność ziemska. Kościół zdradzał ten sam głód ziemi i ludzi co szlachta i podobnie jak ona starał się wchodzić w posiadanie ziemi i zyskiwać sobie poddanych.

Większość włości, które kościół posiadał w państwie rzymskim, przybysze germańscy pozostawili w jego rękach, gdy
zaś tu i ówdzie nie uczynili tego, to kościół umiał tam jednak odzyskać w niedługim czasie swoją własność i jeszcze to i owo na dodatek do niej. Zapewniał on tę samą, a najczęściej bodajże nawet skuteczniejszą obronę niż szlachta, dlatego też wielu chłopów oddawało mu się na własność. Kościół zarządzał państwem, duchowni byli doradcami królów. Nic dziwnego, iż nierzadko pozwalali sobie doradzić, aby z dóbr koronnych uczynić własność kościelną. W zdobywanych krajach pogańskich bogate wyposażenie klasztorów i biskupstw w ziemię było nakazem wręcz koniecznym. Na domiar tego kościół był jedyną siłą,
którą królowie mogli byli przeciwstawiać szlachcie, i gdy ta zanadto okoniem im stawała, król nie umiał znaleźć na to innej rady niż to, że ją osłabiał odbierając jej część posiadanych przez nią włości i dając je kościołowi na własność lub w lenno. A gdzie tylko kościół mógł tam nie czekał na to, aż chłopi, król lub szlachta raczą pomnożyć jego posiadłości, lecz zabierał sam, co się dało, i usprawiedliwiał swój rabunek, gdy go pociągano do odpowiedzialności, sfałszowanymi dokumentami darowizny. Wszak samo jedno duchowieństwo tylko w owych czasach czytać i pisać umiało! Fałszowanie dokumentów było w wiekach
średnich równie pospolitym środkiem wylegitymowania się z wejścia w posiadanie jakichś dóbr, jak dzisiaj lichwiarskie pożyczki, fikcyjne procesy sądowe i tym podobne sztuczki. Mnich benedyktyński Dom Veyssière utrzymywał w XVIII wieku, że z 1200 dowodów nadania, które zbadał był w opactwie Landevenecq w Bretanii, 800 było stanowczo fałszywych. Ile z 400 pozostałych było autentycznych, tego rzec się nie odważył.

Sprawiało to takie wrażenie, jak gdyby kościół miał zamiar zostać jedynym posiadaczem ziemskim w całym świecie chrześcijańskim.
Znaleźli się jednak tacy, co temu zapobiegli. Szlachta była zawsze kościołowi wroga, a kiedy jego włości zbyt się powiększały, to i król także lękać się zaczynał zbytniej przewagi duchowieństwa i starał się ukrócić ją z pomocą szlachty. Również najazdy pogan i muzułmanów – i one nawet przede wszystkim – osłabiały kościół. Drastycznie opisał to falowanie potęgi kościoła, to zmienne rozszerzanie się i kurczenie dóbr kościelnych we Francji Monteskiusz: „Duchowieństwo otrzymywało tak wiele darowizn, że musiano mu chyba ofiarować za rządów trzech dynastii francuskich (Merowingów, Karolingów i Kapetyngów)
kilkakrotną ilość wszystkich dóbr tego królestwa. Ale jeśli królowie, szlachta i lud potrafili się tak urządzić,
żeby darować duchowieństwu wszystkie swoje ziemie, to nie mniej sposobów znaleźli i na to, aby mu je odebrać. Pobożność za czasów Merowingów sprawiła, że ufundowano mnóstwo kościołów; wszelako duch wojenny ze swej strony był sprawcą tego, że przeszły one z powrotem w ręce wojowników, którzy znów podzielili je między swe dzieci. Jak wiele to gruntów utraciło w ten sposób duchowieństwo! Podobnież
Karolingowie szeroko rozwarli dłonie i szczodrobliwość ich nie znała granic. Ale oto przychodząNormanowie i grabią, i rabują, a prześladują przede wszystkim księży oraz mnichów, wyszukują opactwa i bacznie rozglądają się wszędzie, gdzieby mogli znaleźć jeszcze jakieś poświęcone miejsce...

Ileż dóbr duchowieństwo musiało przez to stracić! A niemal, że nie było wówczas tak odważnych duchownych, którzy by się ośmielali żądać zwrotu swej własności. Więc znów potem pobożność Kapetyngów miała aż nadto okazji, aby tworzyć fundacje i rozdawać dobra... Duchowieństwo wciąż coś zyskiwało i wciąż coś traciło, i zyskuje i dziś jeszcze”. (Montesquieu, „Duch praw”, księga 31, rozdział 10).
Obszar tak zmiennych włości określić dokładnie w epoce, która nie miała wyobrażenia o statystyce, nie jest rzeczą łatwą. Ogólnikowo jednak powiedzieć można, że w średniowieczu jedna trzecia wszystkich posiadłości ziemskich była w rękach kleru.
We Francji w czasie wielkiej rewolucji robiono obliczenia, jak wielkie były dobra kościelne.

Według tych obliczeń kościół szczególnie bogaty był w prowincjach, które zaanektowano po roku 1665. W Cambresis kościół posiadał 14/17 całej własności ziemskiej, w Hennegau i Artois trzy ćwierci, we Franche- Comtè, Roussillonie i Alzacji połowę, w innych prowincjach jedną trzecią, a już co najmniej jedną czwartą (Louis Blanc, „Histoire de la Rèvolution Française”, Bruksela 1847, tom I, str. 423). Od czasów reformacji stan dóbr kościelnych we Francji zapewne niewiele się zmienił.

Że dobra duchowieństwa w Niemczech były bardzo duże, można wywnioskować to choćby stąd, że jeszcze w 1786 roku terytoria kościelne położone w samym tylko cesarstwie zajmowały 1424 mile kwadratowe. Rozległe posiadłości kościelne w świeckich państwach katolickich, jak w Austrii i Bawarii, nie są w to wliczone, ani też te, które zostały sekularyzowane [3] w krajach protestanckich. Posiadłości kościoła były wynikiem jego potężnego stanowiska ekonomicznego i politycznego. A ze swej strony posiadłości te przyczyniały się znowu do wzrostu jego siły.

Wskazywaliśmy już na to, jaką siłę dawało w wiekach średnich posiadanie ziemi. To wszystko, cośmy wtedy [4] o tym powiedzieli, odnosi się też, i w jeszcze większej mierze, do kościoła. Dobra kościelne były najlepiej uprawne, najgęściej zamieszkałe, miasta kościelne najbardziej kwitnące, a więc dochód i siła, którą kościół z nich czerpał, były większe od tych, które dawała szlachcie lub koronie własność ziemska tych samych rozmiarów. Dochód ten jednak był głównie w naturze, a co kościół miał z tym bogactwem robić? Jakkolwiek świetnie żyli mnisi i inni panowie duchowni, tego wszystkiego, co do nich napływało,
nie byli w stanie spożyć. Wprawdzie opaci i biskupi średniowieczni, podobnie jak panowie świeccy w owym czasie, miewali też zatargi; wprawdzie i oni musieli po temu utrzymywać świty i drużyny konne; wprawdzie musieli i oni także uiszczać świadczenia lenne – ale jednakże kościół nieczęsto znowu bywał aż tak wojowniczy, aby utrzymywana przezeń siła zbrojna pochłaniała większość jego dochodów. Zwycięstwa odnosił kościół nie tyle dzięki przewadze fizycznej, co umysłowej, tudzież dzięki swej ekonomicznej i
politycznej nieodzowności. Wydatkował on na cele wojenne mniej niż szlachta osiągając jednak więcej od niej. Nie tylko dobra jego były bardziej dochodowe, ale kościół otrzymywał również i dziesięcinę z ziemi, która nie do niego należała. Miał on mniejszy od szlachty interes w tym, aby wyśrubowywać wyzysk swych poddanych ponad miarę; był więc w stosunku do nich na ogół łagodny: pod pastorałem biskupimżyło się naprawdę dobrze, a przynajmniej lepiej niż pod władzą miecza rozmiłowanego w łowach i wojnie szlachcica. Mimo tej stosunkowej łagodności instytucjom kościelnym pozostawała jednak pewna nadwyżka środków żywności i z tą nie mając co począć, duchowni obracali ją na pomoc dla ubogich.

Kościół potrzebował tutaj, jak i w wielu innych punktach, nawiązać jedynie do swoich tradycji z epoki cezarów. Pauperyzacja w chylącym się do upadku państwie rzymskim wciąż wzrastała i wspieranie ubogich stawało się zadaniem coraz to bardziej palącym dla państwa. Ale dawne państwo pogańskie nie było przygotowane do rozwiązania tego zagadnienia; przypadło to w udziale organizacji nowej, powołanej do życia przez nowe stosunki i przystosowanej do nich: kościołowi. Opieka nad ubogimi, do której zmuszał
stan gospodarczy kraju, stała się jedną z najważniejszych czynności kościoła i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu jej właśnie miał on do zawdzięczenia szybki wzrost swojej siły i bogactwa. Coraz to gwałtowniej potrzebne i coraz liczniejsze fundacje dobroczynne osób prywatnych, gmin i samego państwa przekazywano pod zarząd duchowieństwa albo po prostu darowywało kościołowi. Im bardziej wzrastała
liczba nic nie posiadających, tym bardziej wzrastał stan posiadania kościoła, tym bardziej ubodzy od niego
zależeli, a ponieważ stanowili oni coraz to większy odsetek ludności, więc też zarazem coraz to większy stawał się wpływ kościoła na całe społeczeństwo.

Podobnie jak darowizny, tak też i regularne daniny na rzecz kościoła przeważnie ten cel miały, że służyły wspieraniu ubogich. Przy dziesięcinie było to wyraźnie określone przepisami, że na cztery części dzielić ją należało: jedna część przypadała biskupowi, jedna niższemu duchowieństwu, jedną obracać miano na nabożeństwa publiczne, a jedną na wsparcia dla ubogich.
W miarę jak Germanowie przyjmowali rzymski sposób wytwarzania, wynikały stąd dla nich nieodłączne od niego następstwa: własność prywatna i ubóstwo. Wspólna własność lasów, pastwisk i nieuprawnej ziemi, utrzymująca się jeszcze obok prywatnej własności ziemi uprawnej, nie dawała ubożeć chłopom. Ale właśnie na początku średniowiecza zachodziły częstokroć wypadki, które wtrącały w nędzę
całe połacie kraju. Do wiecznych wojen i ciągłych zatargów między feudałami a książętami dołączyły się jeszcze na dodatek napady hord koczowniczych, tak zgubne dla osiadłej na roli ludności – najścia nomadów lub piratów, Normanów, Węgrów, Saracenów. Wreszcie nieurodzaje bywały też często przyczyną
niedostatku.

Gdy nieszczęście nie było tak wielkie, aby dosięgło aż samego kościoła, wówczas stawał się on aniołem ratunku, otwierał swe spichlerze, gdzie gromadził nadmiar bogactw, i udzielał pomocy potrzebującym. Klasztory zaś były wielkimi zakładami zaopatrywania, gdzie znajdował przytułek niejeden
podupadły i zubożały, wyzuty z mienia albo pozbawiony schedy szlachcic. Przez wstępowanie w szeregi kościoła wracał on znowu do znaczenia, siły i dostatku.
Nie było ani jednego stanu w społeczeństwie feudalnym, który by nie był zainteresowany w zachowaniu kościoła, choć nie każdy w jednakiej mierze. Podawać w wątpliwość kościół znaczyło w średniowieczu to samo, co podawać w wątpliwość podstawy społeczeństwa i całego życia. Wprawdzie
kościół miał jeszcze do przebycia gwałtowne walki z innymi stanami, ale w tych walkach nie chodziło już o jego istnienie, lecz wyłącznie o mniejszą lub większą potęgę albo wyzysk z jego strony. Kościół zawładnął całym życiem materialnym, a więc oczywiście i duchowym, zrósł się z istnieniem ludu, aż kościelny sposób myślenia przeszedł wreszcie z biegiem stuleci w pewien rodzaj instynktu, którego słuchało się ślepo jak prawa natury, a przeciwstawianie mu się uchodziło za rzecz naturze samej przeciwną – wszystkie przejawy życia państwowego, społecznego i rodzinnego przybrały przez kościół ustalone kształty. Te formy kościelnej myśli i działania kościelnego utrzymywały się przy życiu nawet o wiele dłużej niż przyczyny materialne, które je wywołały.

Potęga kościoła średniowiecznego rozwinęła się z natury rzeczy najwcześniej w tych krajach, które należały niegdyś do państwa rzymskiego, a więc we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, później w Niemczech, najpóźniej na północy i we wschodniej części europejskiego świata zachodniego.

Te z plemion germańskich, które podczas wędrówki ludów próbowały zakładać państwa swoje na gruzach imperium rzymskiego, przeciwstawiając się kościołowi rzymskiemu, co wyrażało się w tym, że przyłączyły się one do wrogiej katolicyzmowi sekty arianów [5] – te plemiona bądź to wyginęły, jak Ostrogoci lub Wandalowie [6], bądź uratowały się od grożącej im zagłady tylko przez poddanie się kościołowi rzymskiemu i przejście na katolicyzm.
Przewodzić zaś światu zachodniemu przypadło w udziale temu plemieniu, które od samego początku założyło państwo swoje w przymierzu z kościołem Rzymian, a więc plemieniu Franków. Król Franków w sojuszu z głową kościoła rzymskiego położył podwaliny pod zjednoczenie chrześcijaństwa zachodniego w jedno powszechne ciało o dwóch głowach, świeckiej i duchownej – pod zjednoczenie będące paląco pilnym nakazem chwili., jeśli się chciało dać skuteczny odpór naciskającemu zewsząd nieprzyjacielowi. Ale ani królom Franków, ani ich następcom z plemienia Sasów nie udało się zjednoczenia tego dokonać na stałe. Papieże rzymscy przeprowadzili to, co było daremnym usiłowaniem rzymskich
cesarzy narodu niemieckiego – zespolenie chrześcijańskiego świata pod jednym monarchą. Żaden król feudalny z tego czy innego plemienia pochodzący, nie dorósł do zadania, któremu podołać zdolna była tylko organizacja potężniejsza od władzy królewskiej: scentralizowany kościół.

2. Podstawy potęgi papiestwa

Biskup rzymski został głową kościoła zachodniego już przed wędrówką ludów; był on spadkobiercą cesarzów rzymskich jako przedstawiciel tego miasta, które wciąż jeszcze było faktyczną stolicą państwa zachodniego, choć już przestało być siedzibą cezarów.
Wraz z państwem rzymskim upadła na czas pewien i potęga rzymskiego papieża, a organizacje kościelne różnych państw germańskich przejściowo się od niej uniezależniły. Ale papieże odzyskali rychło dawne swe stanowisko i nawet je wzmocnili. Jakkolwiek głęboko Włochy były podówczas upadły,
pozostawały wciąż jeszcze najkulturalniejszym krajem w Europie zachodniej. Rolnictwo stało tam wyżej niż w innych krajach, a rzemiosła nie całkiem zamarły; było też jeszcze we Włoszech życie miejskie i handel, jakkolwiek mizerny, ze Wschodem. Skarby, ale i sposób wytwórczości Włoch marzyły się półbarbarzyńcom z tamtej strony Alp. Te kraje na poły jeszcze barbarzyńskie bogaciły się i osiągały tym
większy dostatek, im ściślej łączyły się z Włochami. Siły najbardziej w tym rozwoju spraw zainteresowane – bo im na dobre wychodziło królestwo i kościół w każdym z krajów chrześcijańskich na Zachodzie – musiały możliwie gorąco popierać tę łączność z Włochami. Ale ośrodkiem Włoch był Rzym. Im bardziej kraje Zachodu uzależniały się od Włoch pod względem gospodarczym, tym bardziej królowie ich i biskupi popadali w zależność od Rzymu i tym bardziej ośrodek Włoch stawał się punktem centralnym całego
chrześcijaństwa zachodniego.

Ekonomiczna zależność od Włoch oraz wpływ Rzymu na Włochy (o ile te Włochy w ogóle leżały w zasięgu katolicyzmu, nie zaś kościoła greckiego i islamu) nigdy jednakże nie były aż tak przemożne, by mogły wytłumaczyć to, że papiestwo doszło wówczas do tak niezmiernej potęgi. Tłumaczą one tylko to,
dlaczego kierownictwo i przewodnictwo w chrześcijaństwie przeszło do rąk papieży. Lecz w walce przewodnictwo staje się rozkazodawstwem, doradca przed bitwą staje się dyktatorem w czasie bitwy. Gdy rozgorzały walki groźne dla całego świata chrześcijańskiego, papiestwo, jako jedyny czynnik uznawany za przewodnika przez wszystkie chrześcijańskie narody, musiało objąć kierownictwo i organizację oporu; a im dłużej walki trwały, i im się stawały gwałtowniejsze, tym bardziej przewodnik musiał się zmieniać w nieograniczonego pana, tym bardziej musiały mu służyć siły wystawione przeciwko wspólnemu wrogowi.

A takie walki przyszły. Upadek państwa rzymskiego wprawił w ruch nie tylko Germanów, ale i wszystkie liczne, na pozór nie do wyczerpania będące, plemiona barbarzyńców półosiadłych albo koczowniczych, które sąsiadowały z państwem rzymskim i Germanami. W miarę wdzierania się Germanów na zachód i południe, inne ludy parły w ślad za nimi. Słowianie przekroczyli Łabę; stepy południowej Rosji wysyłały jeden za drugim naród dzikich jeźdźców, Hunów, Awarów [7], Węgrów (ostatnich pod koniec IX wieku), którzy posuwając się wzdłuż niebronionego Dunaju i przekraczając go
zapuszczali swe łupieskie zagony aż na drugą stronę Szwarcwaldu, ba!, poza Ren i Alpy do Włoch północnych. Ze Skandynawii, tej „vagina gentium” [8] ciągnął jeden za drugim pochód zuchwałych korsarzy – Normanów, dla których żadne morze nie było za szerokie, aby je przepłynąć, a żadne państwo za wielkie, aby je zaatakować. Opanowali Bałtyk, owładnęli Rosją, zadomowili się na Islandii, odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem; ale co dla nas najważniejsze, od końca VIII aż do XI wieku grozili zagładą całej mozolnie osiągniętej kultury osiadłych plemion niemieckich. Nie tylko nadbrzeżne kraje Morza Północnego
opustoszały całkowicie wskutek ich zbójeckich napadów, ale na swych stateczkach wpływali oni z biegiem rzek daleko w głąb lądu; z drugiej zaś strony, nie obawiali się również niebezpieczeństw długich podróży morskich, rozpoczęli rychło przedsiębrać napady na Hiszpanię i w końcu rozciągnęli swe łupieżcze najścia aż hen na południową Francję i na Włochy.

Lecz najniebezpieczniejszym wrogiem osiadłych plemion niemieckich byli jednakże Arabowie albo właściwie mówiąc Saraceni, bo tak nazywali pisarze średniowieczni wszystkie wschodnie ludy, które wskutek przewrotu dokonanego przez Arabów z ich podniety ruszyły ze swych siedzib, aby sięgnąć po łupy i zdobyć dla siebie nowe siedziby w krajach o wyższej kulturze.
Kulturę tę oczywiście Saraceni bez przeszkód z biegiem czasu przyjęli i dalej ją szerzyli, tak, że ci w
porównaniu do Egipcjan arabscy barbarzyńcy, dla Niemców się stali „Kulturträgerami” [9], to znaczy propagatorami wyższego sposobu produkcji; podobnie jak Niemcy, co dla mieszkańców Włoch barbarzyńcami byli, stali się jednak „Kulturträgerami” dla Słowian i Węgrów.

W roku 638 Arabowie wtargnęli do Egiptu i szybko opanowali całe północne wybrzeże Afryki wzdłuż Morza Śródziemnego; w początkach VIII wieku zjawili się w Hiszpanii i w niespełna sto lat po zaatakowaniu Egiptu groźni stali się dla państwa Franków. Zwycięstwo Karola Martela [10] ocaliło je od losu
państwa Wizygotów [11], ale bynajmniej nie uczyniło Saracenów nieszkodliwymi na przyszłość. Pozostali oni panami Hiszpanii, mocną stopą osiedli w południowych Włoszech i w różnych punktach Włoch północnych i południowej Francji, obsadzili najważniejsze przejścia w Alpach i najeżdżali kraje aż do równin na północnych stokach Alp.
Ongi, w czasie wędrówki ludów, osiadłe plemiona niemieckie zajęły były większą część Europy i część Afryki północnej; teraz zostały one zepchnięte i ścieśnione na szczupłej przestrzeni i ledwie były w stanie i tam się utrzymać: Burgundia, ten w przybliżeniu środek geograficzny katolickiego świata zachodniego w X stuleciu, wystawiona była na najazdy Normanów, Węgrów i Saracenów jednakowo.
Zdawało się, że już przychodzi koniec na ludy Europy zachodniej.
I właśnie w tym czasie, gdy nacisk ze strony wroga zewnętrznego był najsilniejszy, władza
państwowa w kraju najsłabsza była, anarchia feudalna po prostu nie znała granic i tylko sam jeden kościół
papieski stanowił spójnię i podtrzymywał jakąś jedność.
Jak nieraz władza różnych panujących, tak i władza papieży doszła w walce z wrogiem zewnętrznym do takiej potęgi, że stała się dość silna, aby stawić czoło również i wewnętrznym swoim przeciwnikom.

Saracenów, którzy w pewnej swej części pod względem kultury o wiele wyżej stali, można było tylko orężem odeprzeć, więc do pokonania islamu papiestwo pchnęło i zorganizowało cały świat chrześcijański. Ruchliwych i zmiennych wrogów z północy i wschodu dało się odpędzić na jakiś czas mieczem, lecz nie podobna było poskromić ich na stałe. Zostali więc oni ujarzmieni w ten sam sposób, jak kościół rzymski ongi zmógł szczepy germańskie: wszyscy musieli ukorzyć się w końcu przed doskonalszymi sposobami produkcji, zostali pozyskani dla chrześcijaństwa, stali się osiedli i przez to
nieszkodliwi.

Najświetniejszy tryumf święciło papiestwo nad N o r m a n a m i : z północnych tych wrogów chrześcijaństwa uczyniło najbitniejszych i najczynniejszych czołowych bojowników do zwalczania południowego wroga. Papiestwo zawarło z Normanami sojusz na podobieństwo tego, w który niegdyś z
Frankami weszło. Zasadzał się on na tym, że Normanowie wcale się jeszcze nie byli uspokoili, a tu już ich wcielono do feudalnego sposobu produkcji. Pozostali więc w dalszym ciągu ludem niespokojnym i rozbójniczym, tylko zmienił się teraz obiekt ich najazdów. Przez to, że uczyniono z nich panów feudalnych, zbudziła się w nich właściwa feudalizmowi żądza ziemi i z łupieżców stali się zdobywcami.
Papiestwo znakomicie umiało wyzyskiwać w swoim interesie tę ich żądzę podbojów i obróciło ją przeciw najstraszliwszemu swojemu wrogowi, Saracenom. Miało ono bowiem tyleż do zyskania na zwycięstwach Normanów, co i oni na zwycięstwie papiestwa. Normanowie stali się wasalami papieży,
którzy im oddawali ich zdobycze w lenno. Papieże udzielali błogosławieństwa swego ich orężowi, a błogosławieństwo papieskie miało wielkie znaczenie w XI wieku, bo pobłogosławionemu przez papieża oddawało do rozporządzenia całą, tak potężną organizację kościoła. Z pomocą papieską Normanowie zdobyli Anglię i południowe Włochy.

Uczyniwszy z Normanów sługi swoje – co prawda dość niesforne – a jednocześnie poskromiwszy Słowian i Węgrów – którzy zostali również lennikami papieży – doszło papiestwo do szczytu potęgi. Nie tylko zatryumfowało nad swymi wrogami wewnętrznymi, nie tylko zmusiło cesarza niemieckiego do ukorzenia się w Canossie, lecz poczuło się nawet na siłach podjąć ofensywę przeciwko Saracenom:
rozpoczęła się era pochodów krzyżowych. Nie obojętne będą tutaj następujące dane: nawrócenie Węgrów nastąpiło na większą skalę za Stefana I (997-1038); Normanowie osiedli w południowych Włoszech w roku 1016, otrzymali lenno papieskie w 1053, zdobyli Anglię w 1066; w jedenaście lat potem Henryk IV poszedł do Canossy, a w 1095 r. rozpoczęła się pierwsza wyprawa krzyżowa.

Papieże byli organizatorami krucjat, Normanowie – ich czołowymi szermierzami. Gnała ich na Wschód żądza zdobywania krajów: założyli państwa feudalne w Palestynie, Syrii, Azji Mniejszej, na Cyprze, w końcu i w cesarstwie greckim. W tym ostatnim wypadku brakło nawet pozorów walki z
„niewiernymi”.

Obok Normanów główne siły krzyżowców składały się z ludzi, którym obrzydł ucisk społeczny w
ojczyźnie, z poddanych zbyt łupionych przez swych panów feudalnych, z niższej szlachty, która uległa
przemocy ze strony wielkich feudałów, i z innych tym podobnych żywiołów.

W wojsku rycerskim w pierwszym pochodzie krzyżowym górowali nad wszystkimi Normanowie.
Wojskiem chłopskim dowodziło, rzecz charakterystyczna, kilku podupadłych rycerzy, z których jeden nosił
znamienne nazwisko Walter von Habenichts (po polsku: von Golec. – Red.). W krajach kwitnącego Wschodu spodziewali się oni znaleźć dla siebie to wszystko, czego im ojczyzna odmówiła: dostatek i życie wygodne. Jedni wyruszali z zamiarem pozostania na stałe w krajach zdobytych w charakterze panów, inni mieli zamiar powrócić z olbrzymią zdobyczą.

Dowodzi to wielkiej siły papiestwa, że potrafiło nakłonić albo nawet i zmusić do wzięcia udziału w
wyprawie krzyżowej i takie żywioły, które nic do zyskania na Wschodzie nie miały. Nawet ten i ów cesarz
niemiecki wbrew swej woli musiał się dać zwerbować do armii papieskiej i przywdziać krzyż, bojową
odznakę papieską.

DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU

Przypisy:

[1] Cezarami nazywano panujących w starożytnym Rzymie.

[2] Karol Wielki (742-814) – król Franków, w r. 800 ukoronowany przez papieża na cesarza rzymskiego. Rządy jego byłyszczytowym punktem rozwoju państwa frankońskiego i zarazem doniosłym etapem w historii feudalizmu zachodnioeuropejskiego.

[3] Sekularyzacja – zeświecczenie, przejęcie dóbr kościelnych przez państwo.

[4] Tu i jeszcze kilkakrotnie w niniejszej broszurze autor powołuje się na inne rozdziały pracy „Tomasz More i jego utopia”.

[5] Arianie – sekta chrześcijańska, założona w IV wieku przez duchownego aleksandryjskiego, Ariusza; nie uznawała boskości Chrystusa i dogmatu o Trójcy Świętej.

[6] Ostrogoci i Wandalowie – plemiona germańskie, które w czasie wielkiej wędrówki ludów (pierwsze wieki ery
chrześcijańskiej) odegrały w Europie poważną rolę. W r. 450 król Wandalów, Genzeryk, splądrował Rzym, przy czym
zburzono wiele pomników. Stąd słowo wandalizm stało się synonimem barbarzyństwa.

[7] Hunowie, Awarowie – plemiona azjatyckie. W V wieku, pod wodzą słynnego Attyli, Hunowie wtargnęli do zachodniej
Europy i dopiero klęska poniesiona na polach katalońskich zmusiła ich do wycofania się na wschód. Awarowie wtargnęli w VI wieku z Azji do Europy, dotarli do Węgier i tu założyli potężne państwo, które przetrwało do IX w.

[8] Matki narodów.

[9] Kulturträger – wyraz niemiecki oznaczający dosłownie: nosiciel kultury.

[10] Karol Martel (688-741) – rządził państwem frankońskim w imieniu nieudolnych królów z dynastii Merowingów i cieszył się dużymi względami papieża. Syn jego założył dynastię Karolingów (752-987).

[11] Wizygoci – plemię germańskie, stanowiące zachodnią gałąź Gotów. W czasie wielkiej wędrówki ludów stworzyli na gruzach imperium rzymskiego pierwsze królestwo barbarzyńców ze stolicą w Tuluzie, po czym zajęli Hiszpanię, gdzie się utrzymali do chwili najazdu Arabów w początku VIII wieku.

Społeczność

Ernst Thälmann - Sohn seiner Klasse