Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 19 gości.

Stanisław Kryciński: Pańszczyzna pochowana

Lesko

W następstwie tragicznych wydarzeń roku 1846, dwa lata później została zniesiona w Galicji pańszczyzna. Uradowani włościanie by przypieczętować decyzję cesarza urządzali w swoich rodzinnych wsiach pogrzeby pańszczyzny. Nie wiem jaką część Galicji objęła ta akcja, czy była całkowicie spontaniczna, czy też w jakiś sposób sterowana
przez księży zarówno greko- jak i rzymskokatolickich.

Za tym że akcja była inspirowana przez duchownych przemawiają dwa fakty. Po pierwsze księża brali w niej udział, a trudno sobie wyobrazić, by czynili to bez akceptacji swoich zwierzchników. Po drugie za odgórnym pomysłem akcji przemawia również fakt, że była ona powszechna, a trudno się spodziewać by, przy ówczesnych możliwościach komunikacyjnych, jakaś spontaniczna akcja zorganizowana przez mieszkańców jednej wsi została powtórzona w dużej części Galicji, jeśli nie w całej.

O pogrzebach pańszczyzny dowiedziałem się podczas prowadzenia inwentaryzacji krajoznawczej w czasie obozów „Nadsanie" w latach 1980-86. Objęty one teren Pogórza Przemyskiego i Bieszczadów. Wtedy to okazało się, że niektóre krzyże czy kapliczki powstały właśnie w 1848 r. w miejscach gdzie pańszczyzna została pochowana. Z krzyżami pańszczyźnianymi zetknąłem się również nieco później na Roztoczu podczas turystycznych wędrówek. Z opowieści, które zasłyszeliśmy wyłaniała się różnorodność sposobów pozbycia się pańszczyzny raz na zawsze. Za jej uosobienie uważano księgi powinności wobec dworu, w których zapisane były ilości i rodzaje prac jakie każdy mieszkaniec wsi miał wykonać na rzecz miejscowego majątku ziemskiego. Dlatego też sporządzano trumienkę, która mogła pomieścić te księgi i urządzano pogrzeb. Kondukt wyruszał zwykle spod świątyni. Często za miejsce pochówku wybierano najbliższe sąsiedztwo zagrody zamieszkiwanej przez rodzinę, która miała odrabiać pańszczyznę w dniu jej zniesienia. Czasami kondukt docierał na skraj zabudowy wsi
i tam zakopywano trumienkę. Innym miejscem były rozstajne drogi w granicach wsi. Zdarzało się, że wyruszały dwa kondukty z dwóch końców wsi i gdzie się spotkały, tam zakopywano pańszczyznę. W niektórych wsiach kondukt udawał się na cmentarz, a na grobie pochowanej pańszczyzny stawiano nagrobek ze stosownym napisem.

Czasami prócz ksiąg powinności zakopywano również jakiś sporządzony z tej okazji dokument (w butelce żeby się zachował dla potomnych) lub jakieś atrybuty związane z pańszczyzną. W miejscu pochówku pańszczyzny stawiano krzyż lub kapliczkę i często sadzono drzewo. W świadomości mieszkańców wsi odkopanie tych przedmiotów związanych z
pańszczyzną równoznaczne było jej przywróceniu. Dlatego też okładano klątwa każdego, kto poważyłby się odkopać pańszczyznę. Swoją drogą zadziwia udział księży w tych na poły pogańskich praktykach, jakim był pogrzeb przedmiotów. A do tego jeszcze ta klątwa. Myślę, że jest to niezłe pole do popisu dla badaczy wiejskich obyczajów w Galicji w
połowie XIX w.

Część krzyży i kapliczek ustawionych na grobie pańszczyzny miała stosowne napisy, ale część nie. Natomiast nie ma wątpliwości, że miejsca te wryły się na trwałe w pamięć kolejnych pokoleń mieszkańców galicyjskich wsi. Równie powszechne było przekonanie, że odkopanie atrybutów pańszczyzny będzie równoznaczne z jej przywróceniem. Gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku odwiedzaliśmy bieszczadzkie i pogórzańskie wsie to miejsca te były
doskonale pamiętane przez ówczesnych mieszkańców wsi. Widać było troskę jaką otaczane są te miejsca i stojące tam krzyże. W Hoczwi lśnił nowością kolejny drewniany krzyż ustawiony na grobie pańszczyzny i choć nie miał żadnej tabliczki to wszyscy o nim wiedzieli. W Bykowcach zadbany krzyż metalowy z okresu międzywojennego zdobi stosowna metalowa tabliczka odlana na pewno w XX w. W Polanie dawni mieszkańcy bez wahania wskazywali starą lipę
rosnąca na grobie pańszczyzny, choć drewniany krzyż już nie istniał.

To przekonanie o możliwości przywrócenia pańszczyzny poprzez jej odkopanie zaowocowało w dramatyczny sposób latem 1932 r. Otóż w Bóbrce (koło Soliny) rozpoczęto prace przy utwardzaniu i poszerzaniu drogi. Mieli w nich nieodpłatnie uczestniczyć również mieszkańcy wsi. Choć zobowiązano ich do wykonania pracy, z której efektów sami
mieli potem korzystać, to nie byli zadowoleni. Pamiętali opowiadania dziadków o pańszczyźnie, którą wykonywało się też za darmo. W trakcie prac okazało się, że poszerzeniu drogi przeszkadza murowana kapliczka ustawiona w 1848 r. na grobie pańszczyzny. Gdy robotnicy przymierzali się do jej rozbiórki wśród ludu gruchnęła straszliwa wieść: „panowie chcą odkopać pańszczyznę!". W krótkim czasie chłopi z Bóbrki i okolicznych wsi, uzbrojeni w kosy, widły i siekiery ruszyli bronić swych praw. Rozpędzili robotników drogowych i kilka niewielkich grup policjantów, które przybyły zaprowadzić porządek

Rozruchy zakończyła kompania ze szkoły podchorążych w Sanoku, która po przybyciu do Bóbrki oddała dwie salwy w powietrze nad głowami zgromadzonych obrońców chłopskich praw. Chłopi rozpierzchli się nie mając ochoty na konfrontacje kos z karabinami. Nikt nie zginął, było tylko kilku czy kilkunastu pobitych.

Wydarzenia w Bóbrce odbiły się jednak echem w innych wsiach
bieszczadzkich i to niekiedy z tragiczniejszym skutkiem. Plotka, że panowie chcą przywrócić pańszczyznę rozeszła się błyskawicznie. Chłopi zbierali się w miejscach gdzie była zakopana pańszczyzna, by nie dopuścić do jej odkopania gdyż w ich mniemaniu w ten sposób mogła być przywrócona. Lokalne władze widząc gromadzących się i
uzbrojonych chłopów czuły się zagrożone, więc wysyłały do ich rozpędzenia policję. Widok nadciągającej policji utwierdzał chłopów w przekonaniu o niecnych zamiarach władz, tym bardziej ich opór twardniał. Ta spirala nieporozumień prowadziła do tragicznych w skutkach konfrontacji. W Smereku policja próbując rozpędzić zgromadzenie użyła broni. W efekcie jeden z obrońców kaplicy został śmiertelnie postrzelony. W Wetlinie mieszkańcy wsi uzbrojeni w motyki i siekiery gromadzili się przy krzyżu, by nie dopuścić do planowanej jakoby jego likwidacji. Gdy do Wetliny zbliżała się policja, wtedy z Berehów Górnych nadciągnęło wsparcie – 42 mężczyzn
z widłami i kosami na sztorc. Doszło do starcia z policją, które na szczęście nie spowodowało ofiar śmiertelnych. Te incydenty musiały rozegrać się w wielu wsiach bowiem nauczyciel ze Smereka w sprawozdaniu do swych władz w Sanoku tak pisał cztery lata później: „Specjalnym kultem i pamięcią są otaczane krzyże wolności, postawione na pamiątkę zniesienia pańszczyzny w 1848 r. Niedawne są czasy niepokojów i rozruchów włościańskich w roku 1932, które rozegrały się tak tragicznie pod krzyżami wolności w prawie każdej tu wsi."

Za rocznikiem "Połoniny" z 2004 pismem wydawanym przez Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich

Społeczność

Towarzysz Lenin oczyszcza ziemię ze śmieci