Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 23 gości.

Wojtek Orowiecki: Dość represji wobec pracowników!

Protest górników z KGHM 5 maja 2011

Nienawiść do związków zawodowych ujawnia prawdziwe oblicze rządu

W ciągu ostatnich dni byliśmy świadkami kolejnej już serii ataków na związki zawodowe i robotników, dokonywanych przez neoliberalny rząd Donalda Tuska, burżuazyjne media oraz organizacje kapitalistów, zwanych w języku propagandy „pracodawcami”. Pretekstem do tego festiwalu nienawiści wobec związków było starcie protestującej załogi KGHM z uzbrojonymi po zęby ochroniarzami prezesa Wirtha i policją, a także walka pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej przeciw prywatyzacji kopalń. Związkowców wyzywano publicznie od bandytów i chuliganów, oskarżano o wszelkie możliwe zbrodnie, poczynając od „roszczeniowości”, poprzez „godzenie w fundamentalne prawa przedsiębiorców” aż po chęć zniszczenia „podstaw ustroju społecznego i gospodarczego Polski”. Zabrakło tylko oskarżeń o współpracę z Al.-Kaidą, choć biorąc pod uwagę kreatywność dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i podobnych gadzinówek, można się ich w przyszłości spodziewać.

W nagonkę – pod jawnym naciskiem Donalda Tuska - włączyły się policja i rzekomo „niezależne” sądownictwo, czego efektem było aresztowanie i skazanie w ekspresowym tempie trzech pracowników KGHM na kary więzienia w zawieszeniu. Tradycyjnie już domagano się zmian w prawie, mających uniemożliwić związkom zawodowym działalność, ułatwień w zwalnianiu działaczy związkowych i ograniczenia prawa do strajku. Plując na związki zawodowe i odmawiając robotnikom wszelkich praw do oporu przeciwko wyzyskowi, premierowi i dziennikarzom udało się niechcący obnażyć prawdziwe oblicze rzekomo „demokratycznego” państwa, będącego w rzeczywistości narzędziem panowania kapitalistów nad ludźmi pracy.

Premier jako policjant i sędzia w jednej osobie

„Związkowcy jak kibole” – ten tytuł z pierwszej strony „Gazety Wyborczej” z 6 maja, przedstawiającego skrajnie zmanipulowaną wersję wydarzeń pod KGHM, mówi wszystko. Jest również bezkrytycznym powtórzeniem wyzwisk Donalda Tuska pod adresem związkowców.

"Tak jak chuligan nie może udawać kibica, też chuligan nie może udawać działacza związkowego. Ci, którzy popełnili wykroczenia i przestępstwa, będą ścigani z racji tej, że popełniają przestępstwa. I nie pomoże im ukrywanie się pod flagami związków zawodowych, nawet tych najbardziej szanowanych, z najwyższą tradycją. Nie można bezkarnie w Polsce nikogo bić. Te czasy definitywnie się skończyły" – bredził w czwartek na konferencji prasowej Tusk, zapominając przy okazji, jak w kwietniu 2009r. policja całkowicie bezkarnie spałowała nieliczną demonstrację pracowników Stoczni Gdańskiej i Cegielskiego. Intencja słów premiera najbardziej antypracowniczego od wielu lat rządu jest jasna: uzasadnić przez porównanie do „chuliganów” policyjne i prokuratorskie represje wobec działaczy związkowych, uciszając jednocześnie dyskusje nad tym, co naprawdę stało się piątego maja pod siedzibą KGHM.
Przypomnijmy, że tego dnia miało tam się odbyć spotkanie zarządu ze związkowcami i pracownikami spółki, domagającymi się 300 zł podwyżki. Już na wiele dni przed tym, media zalewały nas kłamliwymi informacjami na temat sytuacji w KGHM, np. o „średniej” płacy w wysokości 8 tys. zł. Był to prosty sposób ukrycia faktu, że pracownicy z długim stażem mogą w KGHM zarabiać 3-4 tys. zł, zaś wielu młodych pracowników zarabia zaledwie 1,5-2 tys. zł na rękę, tymczasem prezes zarządu, Herbert Wirth, który niedawno podniósł sobie pensję o 100 procent (!) – ponad 100 tys. złotych miesięcznie. Trudno się dziwić, że na spotkaniu stawiło się nawet tysiąc-półtora tysiąca pracowników KGHM. Po prowokacji zarządu, który schował się za kordonem uzbrojonych po zęby ochroniarzy i nie chciał wpuścić do siedziby nawet pojedynczych przedstawicieli załogi, pracownicy ruszyli do budynku. Nie można nie zauważyć, że to prezes złamał wcześniejsze ustalenia, a jedynym sposobem dla pracowników, by odbyć z nim obiecaną wcześniej dyskusję, było w tym momencie wyciągnięcie go zza kordonu najemnych zbirów. Gdy okazało się, że uzbrojeni w palki i gaz oraz chronieni chełmami i tarczami najemnicy nie wystarczą, do akcji wkroczyły oddziały policji. Niewielkie obrażenia, odniesione przez najemników prezesa Wirtha, oraz zniszczone drzwi i wybite szyby w biurowcu zostały zaś przez usłużnych dziennikarzy przedstawione niemal jako tragedia na skalę krajową.

Tego samego dnia odbyła się konferencja prasowa Donalda Tuska, na której, nie wspominając nawet o prowokacji prezesa Wirtha, obciążył całą winą związkowców. Tusk od razu wiedział, że to związkowcy popełnili przestępstwa, a do policji zwrócił się o informacje - nie na temat tego, co się stało pod siedzibą KGHM, ale o tym, jakie działania podjęła wobec związkowców. Biorąc pod uwagę, że rola prezesa Wirtha jako marionetki Donalda Tuska jest dobrze znana, trudno nie odnieść wrażenia, że cały scenariusz wydarzeń był przygotowany wcześniej. Wskazywałaby na to również obecność oddziału uzbrojonych policjantów wewnątrz budynku zarządu jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek starć – czy w ten sposób prezes przygotowywał się na „dyskusję” ze związkowcami? Tusk zapowiedział również: "Będziemy także zwracali się z prośbą do prokuratury o energiczne działania w związku z wydarzeniami w KGHM". W ten sposób publicznie przyznał to, co i tak już było tajemnicą poliszynela – że „niezależna” prokuratura, jest jedynie marionetką w rękach Platformy Obywatelskiej. „Energiczne działania” zostały podjęte.

Trzech pracowników KGHM zostało zatrzymanych w piątek (zwraca uwagę, że policja nie dokonała żadnych zatrzymań na samej pikiecie, ale poczekała z tym do następnego dnia – oto pożytki z wszechobecnych kamer!). Tego samego dnia postawiono im zarzuty (dwóm groziło do trzech, a jednemu nawet 5 lat więzienia) , a już w sobotę sąd wydał wyrok – rok i półtora roku w zawieszeniu, grzywny 7,5 tys. zł, nadzór kuratora, naprawa wyrządzonych szkód – któremu oskarżeni poddali się „dobrowolnie”. Podpisali również oświadczenie, że nie będą domagali się uzasadnienia wyroku, co uniemożliwia im odwołanie się. Odwoływać się nie zamierza również prokuratura – jak przyznała rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Legnicy Liliana Łukaszewicz, wyrok był zgodny z jej oczekiwaniami.

Trudno o wyraźniejszy przykład działania prokuratury i sądu na polityczne zamówienie. Wydany w ekspresowym tempie wyrok ma zastraszyć innych pracowników KGHM, zarazem jednak musiał być na tyle łagodny, by oskarżeni mogli się „dobrowolnie” na niego zgodzić (postawieni wobec alternatywy ciągnącego się latami procesu i surowszych kar). Czy kiedykolwiek tak szybkiego wyroku doczekał się pracodawca lub przełożony, używający przemocy fizycznej wobec pracownika, wyrzucający go bezprawnie z pracy lub okradający go z należnych pieniędzy? Oczywiście, że nie, i właściwie wypada Tuskowi tylko podziękować – rzekoma „niezależność” sądownictwa od kapitalistów i rządu jest jednym z najdłużej utrzymywanych mitów burżuazyjnego państwa, Tusk zaś publicznie pokazał, komu naprawdę służą „niezależne” sądy.

W ciągu następnych dni miały miejsce aresztowania kolejnych robotników, którzy – w przeciwieństwie do pierwszych trzech – będą sądzeni już w trybie „normalnym”, a nie „przyśpieszonym”. Skąd ta różnica w traktowaniu? Jest to tylko kolejny dowód na to, że pierwsze wyroki miały być pokazem sprawności państwa w karaniu „chuliganów”, służącym nastraszeniu załogi KGHM. Nie wiadomo, jak daleko będą sięgać represje – policja poszukuje jeszcze „co najmniej kilkunastu” uczestników zgromadzenia. W identyfikacji (na podstawie nagrań z kamer) pomaga im, oczywiście, zarząd KGHM. Jak widać, swoją 100-tysięczną pensję prezes Wirth pobiera nie tylko za zarządzanie spółką, ale też za gorliwą pomoc policjantom i innym organom państwowej represji. Na pytania dziennikarzy, czy skazani pracownicy zostaną zwolnieni, prezes odpowiada wprost: „jak najbardziej”. Trudno o wyraźniejszy przykład hipokryzji, a dla wszystkich obserwujących te wydarzenia ludzi pracy powinno być jasne, że tym, kto powinien zostać zwolniony, nie są walczący o swoje prawa robotnicy, ale marionetka Tuska – Herbert Wirth.
„Gazeta Wyborcza” - zawsze do usług rządu i kapitalistów

Oprócz wspomnianego już steku wyzwisk wobec pracowników KGHM, w piątkowym wydaniu „GW” na uwagę zasługuje komentarz Renaty Grochal pod tytułem „Związki zawodowe? Natychmiast do zmiany!” (ostatnie słowo powinno właściwie brzmieć: do likwidacji, o czym od dawna marzą redaktorzy „GW”). Trudno właściwie zrozumieć, o co autorce chodzi, ponieważ, zaczynając od zwykłych ataków na związki zawodowe w KGHM, należące do dwóch największych central związkowych – „Solidarności” i OPZZ – postuluje następnie likwidację… mniejszych związków, między innymi poprzez podniesienie progu reprezentatywności. To dość prymitywna próba upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu – pozbycia się mniejszych związków zawodowych, w tym zwłaszcza „Sierpnia 80”, znienawidzonych przez neoliberalnych pismaków za konsekwentną walkę o prawa pracownicze, a jednocześnie okaleczenia działalności wszystkich związków zawodowych. Podniesienie progu reprezentatywności do 25-30 proc. oznaczałoby, że – zwłaszcza w prywatnych firmach – kapitaliści nie musieliby już negocjować z nikim, ponieważ w wyniku słabości ruchu związkowego i zastraszenia pracowników w ogromnej większości przedsiębiorstw tak duże organizacje związkowe nie występują.

Należy przy tym podkreślić, że sposób organizowania się pracowników jest różny w każdym kraju i zależy tylko od nich samych. Wielość związków zawodowych jest historyczną tendencją ruchu robotniczego w Polsce, którą państwo niejednokrotnie usiłowało tłumić, zakazując działalności właśnie tym związkom zawodowym, które najbardziej uparcie walczyły o prawa pracownicze. O tym, ile pracownicy mogą mieć związków zawodowych, nie powinni na pewno decydować płatni kłamcy z gazety znanej z tego, że jej wydawca nie dopuszcza w swoich firmach do istnienia nawet jednego związku. Tymczasem dziennikarze „Wyborczej” wskazują nawet konkretny czas, kiedy miałoby się to stać – początek przyszłej kadencji Sejmu, gdyż dzięki bliskiej znajomości z posłami PO wiedzą, że w tej kadencji już się to nie uda. Oto prawdziwie „obiektywna” gazeta… partyjna.

Neoliberalni pismacy w swojej krucjacie antyzwiązkowej nie cofają się przed najbardziej prymitywnymi kłamstwami - jak „przypadkowe” mylenie różnych związków czy fałszowanie danych z sondaży, świetnie widoczne zwłaszcza w artykule „Idzie gorąca wiosna” w „Polityce” z 9 kwietnia 2011r. – ich ulubionym chwytem jest zaś wyszukiwanie „patologii” w reprezentatywnych centralach związkowych, by później przypisać je mniejszym związkom. Celem jest zelżenie całego ruchu związkowego i wszelkich form pracowniczego oporu przeciw wyzyskowi. Najbardziej śmieszy zaś, gdy dziennikarka „Wyborczej” na poparcie swoich pomysłów przytacza fakt, że… sami pracownicy KGHM krytykują związkowców i nazywają ich „Judaszami”. Szkoda tylko, że Grochal zapomniała napisać, za co konkretnie pracownicy zbuntowali się przeciw szefom związków – za niedostateczną bojowość w walce o podwyżki i za to, że związkowi liderzy próbowali uspokoić tych samych pracowników, których „Wyborcza” wyzywa od „kiboli”.

Związki zawodowe – okrakiem na barykadzie

Liderzy związków zawodowych sami ściągnęli na siebie pogardę pracowników swoim tchórzostwem, oportunizmem i chęcią układania się z „pracodawcami”. Przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego, Ryszard Zbrzyzny, sam przyznaje w wywiadzie dla portalu wnp.pl, że w KGHM może rozpocząć się spontaniczny strajk załogi, a wówczas może się okazać, że „zarząd zgłosi się do związków, by poprosić o pomoc w rozładowaniu napięcia.” Jak widać, niektórzy związkowcy zupełnie już zapomnieli, że ich rolą nie jest „rozładowywanie napięcia” ani „uspokajanie” pracowników, ale właśnie organizowanie ich walki o prawa pracownicze i godne płace. Zapomnieli także, że najpotężniejszą bronią robotników w tej walce jest strajk, który np. dla szefów kolejowych związków zawodowych jest „największym złem” (jak mówili w początkach lutego na pikiecie w Bydgoszczy). Trudno się więc dziwić, że większość i tak bardzo nielicznych strajków, które mają miejsce w Polsce, to strajki „dzikie”, zorganizowane spontanicznie przez pracowników, nie mogących zmusić związkowców do działania lub nie mających związków zawodowych. Krytyka związkowych bonzów przez szeregowych członków związków zawodowych i pracowników jest więc słuszna, ale idzie w zupełnie przeciwną stronę, niż chcieliby tego płatni kłamcy z neoliberalnych mediów. Warto o tym pamiętać, gdy na poparcie swoich kłamliwych wywodów dziennikarze „GW” i „Polityki” przytaczają dane o malejącej liczbie członków związków – pracownicy nie chcą się do nich zapisywać, gdyż uważają je za nieskuteczne i słabe, nie dlatego, że chcieliby dalszego ograniczenia ich roli.

Tymczasem im bardziej liderzy związków zawodowych starają się sprawiać na rządzie i kapitalistach wrażenie „rozsądnych” i „odpowiedzialnych” - innymi słowy, im bardziej zdradzają interesy pracowników – tym bardziej rząd i kapitaliści stają się bezczelni w swoich żądaniach dalszego ograniczania roli związków zawodowych, aż po całkowite uniemożliwienie im działalności. Przykładem tego są kolejne propozycje organizacji Pracodawcy RP, domagającej się ułatwień w wyrzucaniu z pracy działaczy związkowych i ograniczenia ilości kwestii, w których związki zawodowe mogą prowadzić spór zbiorowy. Jeszcze dalej idzie wydane 6 maja oświadczenie Business Centre Club oraz Krajowej Izby Gospodarczej o sytuacji w KGHM i Jastrzębskiej Spółce Węglowej, w którym organizacje wyzyskiwaczy zabraniają pracownikom... strajkować.

Państwo według kapitalistów

„Business Centre Club i Krajowa Izba Gospodarcza wyrażają głębokie zaniepokojenie instrumentalnym wykorzystywaniem strajku i innych akcji protestacyjnych jako środka sprzeciwu wobec prywatyzacji oraz jako środka „wymuszania” nieracjonalnych ekonomicznie i społecznie żądań związków zawodowych.” - czytamy w oświadczeniu. Jak widać, panów kapitalistów najbardziej oburza to, że pracownicy mogą się w ogóle sprzeciwiać prywatyzacji, ale w ogóle wszelkie żądania związkowe uznają oni za „nieracjonalne ekonomicznie i społecznie”. Trudno się temu dziwić, ponieważ nie słyszano dotąd o kapitaliście, który uznałby żądania pracowników za słuszne. „Eksperci” z BCC i KIG poszli jednak o krok dalej i odkryli, że strajk – zwłaszcza przeciwko prywatyzacji – jest... niezgodny z konstytucją. Powołując się na art. 20 konstytucji - „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej” - piszą, że „Zasady społecznej gospodarki rynkowej nie oznaczają uprawnienia jakiejkolwiek grupy społecznej do ingerowania w decyzje właścicielskie podejmowane suwerennie przez Skarb Państwa”. Jak widać majątek publiczny, który powinien być uważany za własność całego społeczeństwa, nierzadko budowany jego wysiłkiem i za publiczne pieniądze, „pracodawcy” uważają po prostu za własność urzędującego ministra skarbu, Aleksandra Grada, który według nich może go wyprzedawać, kiedy mu na to przyjdzie ochota. Pracownicy – według tego rozumowania – nie mają nic do powiedzenia w kwestii własności swoich miejsc pracy, nawet, jeżeli po sprzedaży ulegną one likwidacji. Gdyby nawet uznać to naciągane rozumowanie BCC i KIG za zgodne z konstytucją, wniosek z tego bynajmniej nie byłby taki, że pracownicy powinni zaprzestać oporu wobec prywatyzacji – czyli wobec niszczenia majątku publicznego, likwidacji swoich miejsc pracy i pogarszania jej warunków – ale świadczyłoby to po prostu, w czyim interesie pisana była konstytucja.

Zauważmy, że wśród wymienianych przez konstytucję podstaw tak zwanej „społecznej gospodarki rynkowej” dwie - „wolność działalności gospodarczej” i „własność prywatna” są po prostu przywilejami kapitalistów, niedostępnymi dla ogromnej części społeczeństwa. W samych podstawach ustroju gospodarczego Polski zawarta jest więc ogromna przewaga kapitalistów nad ludźmi pracy, zwiększana jeszcze przez kolejne neoliberalne rządy. Czy wśród rzeczy, na których oparta jest „społeczna gospodarka rynkowa”, a więc „podstawa ustroju gospodarczego Polski”, wymienione są np. prawo do pracy, prawo do godnego życia dla pracowników? Bynajmniej. Mamy wyłącznie „solidarność, dialog i współpracę partnerów społecznych”, z których jednym – kapitalistom przyznaje się wcześniej wszelkie prawa, zaś pracownikom nie przyznaje się żadnych! W tej sytuacji obowiązek „dialogu” i „współpracy” zawsze będzie działał na korzyść silniejszego, oznacza więc po prostu dalsze wzmocnienie pozycji właścicieli wobec ludzi pracy. Tak więc słynna „społeczna gospodarka rynkowa” okazuje się po prostu zwykłym frazesem, ukrywającym kapitalizm, który opiera się na „wolności”... wyzysku większości przez mniejszość posiadaczy.

„BCC i KIG sprzeciwiają się wykorzystywaniu instrumentów strajkowych do utrzymania własności państwowej. Argument, że dla związków zawodowych państwowy właściciel jest „wygodniejszym partnerem” (...) godzi w podstawy ustroju gospodarczego i społecznego Polski” - czytamy dalej w oświadczeniu. Oto światli „eksperci” z BCC i KIG odkryli, że pracownicy, walczący o zachowanie państwowej własności spółek, w których pracują, dążą w istocie do obalenia „podstaw ustroju społecznego i gospodarczego Polski” - nic, tylko postawić ich przed sądem jako terrorystów! Niestety, BCC i KIG zapominają dodać, że te „podstawy ustroju” służą tylko jednej grupie społecznej do bezwzględnego wyzyskiwania drugiej.

W dalszym ciągu oświadczenia BCC i KIG powołują się na zawarte w ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych „kryterium proporcjonalności”. „Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nakazuje związkom zawodowym przy podejmowaniu decyzji o ogłoszeniu strajku brać pod uwagę współmierność żądań do strat związanych ze strajkiem (art. 17 ust. 3). (…) W warunkach społecznej gospodarki rynkowej, strajk czy protest nie może być traktowany jako dozwolony środek nacisku na pracodawcę w walce o realizację wszystkich, nawet najbardziej wygórowanych, nieuzasadnionych czy nieracjonalnych roszczeń pracowniczych” - czytamy. A więc znowu mamy powoływanie się na magiczną formułkę „społecznej gospodarki rynkowej”, która, według BCC i KIG, oznacza jak widać prawo „pracodawcy” do robienia wszystkiego, czego tylko zechce. Tak zwane „kryterium proporcjonalności” jest po prostu narzędziem, służącym dalszemu ograniczaniu prawa do strajku, ponieważ, powołując się na nie i kilka innych bzdurnych przepisów z tej samej ustawy, „pracodawca” może niemal każdy strajk ogłosić nielegalnym. Tym, czego panowie z BCC i KIG w swoim oświadczeniu nie napiszą, jest fakt, że ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych miała na celu nie zagwarantowanie prawa do strajku, ale właśnie jak największe ograniczenie tego prawa. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że to takie właśnie organizacje mają największy wpływ na tworzenie prawa w Polsce za pomocą swoich przedstawicieli politycznych – posłów rozmaitych burżuazyjnych partii, okupujących od ponad 20 lat ławy sejmowe! Ustawa ta, o czym panowie z BCC i KIG doskonale wiedzą, jest wobec pracowników jedną z najbardziej represyjnych w Europie, czyniąc zorganizowanie w Polsce legalnego strajku procesem długim i uciążliwym. Widać to doskonale po liczbie strajków, jakie mają miejsce w Polsce – np. 2 strajki w pierwszym kwartale tego roku, podczas gdy w innych krajach europejskich w tym samym czasie strajków bywały setki! Wystarczy wspomnieć, że w innych krajach, np. Serbii, możliwość wprowadzenia obowiązku mediacji przed strajkiem została uznana przez związki zawodowe za niedopuszczalny zamach na prawo do strajku, niezgodny z międzynarodowymi konwencjami. W Polsce zaś, gdzie mediacje ciągną się często miesiącami, w praktyce uniemożliwiając przeprowadzenie strajku, „pracodawcy” wciąż narzekają na nadużywanie strajków! Jak widać z dalszej części oświadczenia – najchętniej całkowicie by ich zakazali:

„Strajk lub protest to stan wyższej konieczności – oznacza wyrządzenie pracodawcy znacznej szkody majątkowej, co wymaga wyjątkowego uzasadnienia. Prawo do organizowania strajków i protestów nie jest prawem bezwzględnym, przeważającym nad wszystkimi innymi wartościami chronionymi konstytucyjnie. Konstytucja RP nie upoważnia związków zawodowych do strajkowania i protestowania „o wszystko”, w każdej sytuacji, ponieważ strajk jako narzędzie wyrządzenia szkody majątkowej godzi w fundamentalne prawa każdego przedsiębiorcy chronione Konstytucją RP, a więc ochronę własności i prawo do swobodnego prowadzenia działalności gospodarczej.”

Panowie z BCC i KIG uważają najwyraźniej, że prawo do orzekania o tych rzadkich przypadkach, kiedy to strajk jest „wyjątkowo uzasadniony”, mają oni sami - „pracodawcy”. Jak wynika zaś z ostatniego zdania – każdy strajk „godzi w fundamentalne prawa każdego przedsiębiorcy”, które gwarantuje mu konstytucja - „ochronę własności i prawo do swobodnego prowadzenia działalności gospodarczej”. BCC i KIG ponad wszelką wątpliwość udowodniły więc, że konstytucja, będąca podstawą systemu prawnego państwa, ma za zadanie ochronę przede wszystkim wolności kapitalistów, wolności wyzyskiwania. Nietrudno wyciągnąć stąd wniosek, że państwo jest jedynie narzędziem panowania kapitalistów nad resztą społeczeństwa.

Tą zasadę – w sposób jeszcze bardziej jawny i bezczelny, niż którakolwiek z rządzących po 1989r. partii burżuazyjnych – wciela w życie rządząca Platforma Obywatelska pod wodzą Donalda Tuska, premiera porównującego związkowców do kiboli.

Platforma jak naziole

Od początku swoich rządów Platforma dokonała całej serii zamachów na prawa i warunki życiowe klasy robotniczej, zaczynając od likwidacji wcześniejszych emerytur dla 800 tys. ludzi pracujących w ciężkich warunkach. Głównym osiągnięciem tego rządu, którym chwali się na prawo i lewo, jest wyprzedanie za 33 mld zł setek przedsiębiorstw, będących wcześniej częścią majątku publicznego. Ich los mają lada moment podzielić pracowicie doprowadzane przez ostatnie kilka lat do ruiny kolej, górnictwo i – stopniowo, pod płaszczykiem „komercjalizacji” - służba zdrowia, a nieco później Poczta.

Wobec tej ofensywy, której pełne efekty dopiero zobaczymy, ale która już zaowocowała wzrostem bezrobocia, słabe i oportunistyczne związki zawodowe nie były w stanie zorganizować żadnego skutecznego frontu oporu. Niemal bez walki oddały emerytury setek tysięcy swoich członków, następnie zaś zgadzały się na wyprzedaż kolejnych przedsiębiorstw. Jeżeli – jak obecnie w Jastrzębskiej Spółce Węglowej – dochodziło do prób oporu, to związkowcy nie sprzeciwiali się samej prywatyzacji, uznając ją, według logiki kapitalistów, za „suwerenne prawo właściciela”, a jedynie żądali „pakietów socjalnych”, „gwarancji zatrudnienia”, „gwarancji pozostawienia większościowego pakietu akcji w rękach państwa”. To, że wszystkie te ustalenia były już po prywatyzacji łamane, niczego związkowców nie nauczyło. Wbrew obietnicom zachowania kontroli państwa nad kopalnią Bogdanka – niemal cały pakiet akcji został sprzedany na giełdzie, wbrew wieloletnim gwarancjom zatrudnienia w PZL-Świdnik – niemal natychmiast po przejęciu przez AgustaWestland „dobrowolnie” zwolniono stamtąd setki osób, wbrew gwarancjom utrzymania dotychczasowych warunków pracy dla pracowników PKS-ów, firma Mobilis zmusza ich teraz do zmniejszenia sobie pensji o jedną czwartą i grozi zwolnieniami... przykłady można by mnożyć. Prawdopodobnie jedynym zakładem, gdzie pracownicy podjęli strajk przeciwko prywatyzacji (i wygrali go – zamiast prywatyzacji, został skomunalizowany), był PKS w Gostyninie. Również tam efektem było ciąganie związkowców po sądach, próba obciążenia ich gigantycznymi karami finansowymi, medialna nagonka, w której pierwsze skrzypce grał... prezes KGHM-u, Herbert Wirth.

Wydarzenia te pokazały, jak bardzo Platforma boi się zorganizowanego oporu pracowniczego, zwłaszcza wobec prywatyzacji, w tym również żądań płacowych w spółkach do prywatyzacji przeznaczonych (mogą one w końcu odstraszyć potencjalnych nabywców!). Nic dziwnego więc, że wobec protestów w tak wielkich spółkach, jak KGHM czy JSW, Tuskowi puściły nerwy i wystąpił wobec pracowników w roli zwykłego pałkarza, żandarma. Już w latach 90-tych rwący się do władzy Tusk zapowiadał „rządy pałki i karabinu”, nic jednak wówczas z tych planów nie wyszło. Przez ostatnie lata związki zawodowe tak przyzwyczaiły Tuska do uległości i braku oporu, że nie musiał uciekać się żadnych drastycznych środków (co w końcu źle wygląda w telewizji i może zakończyć się utratą kilku punktów w sondażach – lepiej przecież być „Słońcem Peru”, niż „chemicznym Donkiem”). Teraz jednak sytuacja ulega zmianie. Po pierwsze, wobec coraz wyraźniej rosnącego ubóstwa i rozwarstwienia społecznego, władzy potrzebny jest wróg publiczny, który mógłby odwrócić uwagę i na którego można by zwalić całą winę. Najlepiej nadają się do tego „kibole”, ale mogą być też i związkowcy – chleba nie ma, więc potrzeba więcej igrzysk. Po drugie, uzależnienie budżetu od wpływów z prywatyzacji sprawia, że rząd ma coraz mniej czasu na pozorne nawet ustępstwa wobec związków, w rodzaju „pakietów socjalnych”. Będzie mu raczej zależało, by sprzedać jak najszybciej i jak najwięcej. To zaś może skończyć się konfliktem ze związkami, które nie będą już miały jak usprawiedliwić wobec szeregowych członków sprzedaży ich miejsc pracy.

Tusk wysyła więc jasne ostrzeżenie do związków, że nie będzie się wahał łamać ich protestów przy użyciu policyjnej siły i prawnych represji. Nie jest to pierwszy taki sygnał ze strony Platformy. Wśród obecnych i byłych działaczy tej partii pełno jest kapitalistów, ogarniętych nienawiścią do klasy robotniczej za to, że nie dała im zrobić jeszcze większych fortun (Palikot, Misiak, Szejnfeld, Nitras...itp.). Wielu jej czołowych działaczy nie ma oporów przed odwoływaniem się do skrajnie prawicowych ruchów autorytarnych lub faszystowskich, które w okresach rewolucyjnych były ostatnią obroną kapitalizmu przed robotnikami. Tak np. doradca prezydenta Komorowskiego, Tomasz Nałęcz, wywodzący się z partii liberalnej pseudolewicy, wychwala ostatnio militarną dyktaturę Piłsudskiego właśnie za to, że łamała prawa opozycji parlamentarnej i używała „różnych metod”, by tylko nie dać sobie odebrać władzy. Na razie Nałęcz nie wspomina o tym, że metodami tymi były: fałszowanie wyborów, aresztowania, strzelanie do demonstrujących robotników, wreszcie obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej. Bardziej szczery był jeden z czołowych działaczy Platformy – Stefan Niesiołowski, który w 2009r. Na łamach „Dziennika” wprost wychwalał faszystowską dyktaturę gen. Franco za zmasakrowanie ludu hiszpańskiego. Niesiołowski opisuje, jak w czasach szkolnych „zastraszony i osamotniony” był „całym sercem po stronie generała Franco” słuchając o tym, jak otrzymanymi od Hitlera czołgami i samolotami masakruje on obrońców Madrytu. Można tylko powiedzieć, że faszyzm był ucieczką kapitalizmu przed możliwością zagłady z rąk ruchu robotniczego, dlatego elementy faszystowskie w ukrytej postaci obecne są w wielu partiach neoliberalnych. Jeżeli jednak ktoś przyznaje się do tego tak bezpośrednio, jak Nałęcz i Niesiołowski, oznacza to, że czuje się bardzo pewny siebie.

Ruch robotniczy w Polsce nie może sobie pozwolić na tolerowanie represji wobec swoich działaczy, ponieważ odstraszy to tych, którzy będą chcieli protestować i będzie tylko zachętą do coraz ostrzejszych prześladowań. Nie może sobie pozwolić na prywatyzację lub likwidację głównych branż i przedsiębiorstw – górnictwa, kolei, Poczty – ponieważ będzie to oznaczało nie tylko utratę setek tysięcy miejsc pracy, ale też pociągnie za sobą osłabienie związków zawodowych i taką zmianę prawa, by całkowicie uniemożliwić strajk i jakiekolwiek formy oporu. W końcu Platforma, gdy już sprzeda kapitalistom państwowe przedsiębiorstwa, nie będzie mogła pozwolić na to, by jacyś związkowcy utrudniali im życie strajkami. Wreszcie ruch robotniczy nie może sobie pozwolić na kolejne cztery lata rządów Platformy Obywatelskiej – nie powinien jednak czekać na ich zmianę do wyborów, zarówno dlatego, że będą to prawdopodobnie „wybory po wałbrzysku”, jak i dlatego, że pozostałe partie nie są od Platformy o wiele lepsze. Powinien za to odpowiedzieć na prowokacje i ataki Tuska organizując strajk generalny, który zmiecie ten rząd.

Tekst ukazał się na stronie Grupy na rzecz Partii Robotniczej http://wladzarobotnicza.pl/

Społeczność

USRR