Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 60 gości.

Zbigniew Marcin Kowalewski: Czerwiec 1953. Robotnicy w Alei Stalina

Robotnicy berlińscy w czerwcu 1953

Po powstaniu 17 czerwca
sekretarz Związku Literatów kazał rozdawać
w Alei Stalina[1] ulotki głoszące
że lud zawiódł zaufanie rządu i odzyskać je może tylko
zdwojoną pracą. Czyż nie byłoby
prościej, gdyby rząd rozwiązał
lud i wybrał sobie inny?

Bertolt Brecht

Wschodnioniemiecka klasa robotnicza wystąpiła przeciwko dyktaturze biurokratycznej trzy lata wcześniej niż polska i węgierska – już w czerwcu 1953 r. Dziś, w 55 lat później [2], warto dowiedzieć się wreszcie prawdy o tym zrywie.

Opowiem o nim z lewicowej perspektywy, opierając się głównie na znakomitej, napisanej na podstawie bezpośredniej obserwacji, książce Benno Sarela (prawdziwe nazwisko Sternberg, 1915-1971), rumuńskiego imigranta osiadłego we Francji i marksistowskiego socjologa. Wyszła ona w Paryżu w 1958 r., a później miała kilka wydań w RFN.

Zaraz po upadku reżimu hitlerowskiego, w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec klasa robotnicza zakasała rękawy. Oddolny, samorządowy ruch rad zakładowych przejmował kontrolę nad przedsiębiorstwami, wznawiał produkcję, organizował kooperację między zakładami, wymianę z rolnikami, aby zapewnić zaopatrzenie głodujących załóg.

Rady zakładowe były największą zdobyczą rewolucji niemieckiej 1918-1923 r. Zlikwidowane, gdy do władzy doszedł Hitler, teraz się odradzały. Stanowiły zalążki demokratycznej władzy robotniczej, która jednak się nie rozwinęła. Na przeszkodzie stanął stalinowski model władzy biurokratycznej, narzucony w Niemczech Wschodnich. Rady zakładowe zlikwidowano jeszcze zanim – pod koniec 1949 r. – powstała Niemiecka Republika Demokratyczna.

Walka o normy pracy

W NRD władza biurokratyczna zaczęła konsolidować swoją kontrolę nad gospodarką. Odgórnie narzucane zadania planowe wymagały podniesienia norm pracy od 15 do 30 proc., Normowano pracę po taylorowsku, według chronometrażu, stymulowano stachanowszczyznę, wprowadzano akordowy system płac. Akord indywidualny miał rozbijać solidarność zespołów roboczych i atomizować robotników.

Opór wspierany przez dołowych działaczy związkowych był jednak taki, że ze śrubowania norm niewiele wyszło. Zespoły robocze, zamiast ulegać atomizacji, zwierały szeregi. Zebrania w warsztatach i walne zgromadzenia związkowe, zamiast uchwalać wyższe normy, często zatwierdzały niższe. Wokół stachanowców i chronometrażystów tworzyła się atmosfera renegatów. Nawet zebrania partyjne były terenem walki.

„Marksistowsko-leninowska” ideologia reżimu, odwołująca się do przewodniej roli klasy robotniczej i głosząca, że to ona sprawuje władzę w „pierwszym państwie niemieckim robotników i chłopów”, zamiast konsolidować biurokrację, wtłaczana robotnikom podnosiła ich świadomość.

Wkrótce okazało się, że normy wzrosły znacznie mniej, a płace znacznie bardziej niż planowano. Plan na 1950 r. przewidywał, że z udziałem załóg przedsiębiorstwa opracują własne plany, bo chodziło o to, aby zapewnić ich realizację nie tylko na papierze, a więc w pełni wykorzystać potencjał produkcyjny.

Bez odwołana się do twórczej inicjatywy robotników nie mogło być o tym mowy, ale zarazem nie mogło być mowy o popuszczeniu cugli biurokratycznego planowania i zarządzania. Zmieniono też ustrój wewnętrzny zakładów, zastępując zespoły mistrzowskie brygadami. To nie była tylko zmiana techniczno-administracyjna, gdyż brygady uzyskały pewne cechy komórek społeczno-gospodarczych, a nawet politycznych, uprawnionych do zarządzania niektórymi swoimi sprawami.

Kontrola robotnicza nad brygadami

Pracujący na akord robotnicy byli oczywiście zainteresowani, aby ich zadania były realne, materiał, na którym pracowali, dostarczano im na czas i był dobrej jakości itd. O tym i o wielu innych sprawach związanych z procesami i produkcji – np. o tym, „jak mam się wyrobić, jeśli nie przydzielono mi odpowiedniego obuwia” – dyskutowano teraz, na ogół raz w tygodniu, na naradach produkcyjnych w brygadach.

Okazywało się zaraz, jak niewiele mają do powiedzenia robotnicy, bo na każdym kroku zderzają się z potężnymi tabu: zadaniami planowymi odgórnie narzucanymi przedsiębiorstwu, faktyczną nietykalnością ogólnej organizacji przedsiębiorstwa, niemal absolutną władzą dyrektora. Robotnicy przekonywali się, że zarządzanie zakładem pracy jest czymś całkiem dla nich przystępnym, lecz… zupełnie niedostępnym. Tu tkwiła sama istota sprzeczności reżimu biurokratycznego.

W 1951 r. w NRD zaczęła się realizacja pierwszego planu pięcioletniego. Ponieważ znów przewidywał on wzrost norm pracy, biurokracja wpadła na nowy pomysł – miano go zafiksować w zakładowych umowach zbiorowych. Łudziła się, że załogi, teraz ujęte w karby brygadowej organizacji pracy, uda się do tego zmusić.

Po kilku miesiącach okazało się, że brygady są często pod kontrolą robotniczą i że opór wobec umów zakładowych ma w nich swoje oparcie, sięga szczebla zakładowego, a nawet nieraz szerzy się w skali międzyzakładowej. Narzucone umowy wywołały takie wrzenie, że po kilku miesiącach kampanii biurokracja partyjna dokonała wolty – oskarżyła o ich narzucenie… zakładowe instancje związkowe.

Rozeźlona tym biurokracja związkowa, z której zrobiono kozła ofiarnego, zareagowała oskarżając zakładowe organizacje partyjne o agitację przeciwko umowom. Biurokracja, podzielona wewnętrznie, a zarazem przestraszona narastającym oporem załóg fabrycznych, poszła wobec nich na ustępstwo demokratyczne. Zapowiedziała na 1952 r. nowe wybory do instancji związkowych w warsztatach, tym razem zezwalając na tajne głosowanie na swobodnie wysuwanych kandydatów. Faktycznie, w wielu warsztatach wybrano je mniej więcej demokratycznie.

Kryzys biurokratycznej gospodarki planowej

1952 r. był trudny dla świata pracy. Narastało napięcie w stosunkach między Zachodem a blokiem radzieckim. W ślad za Niemcami Zachodnimi NRD przystąpiła do remilitaryzacji, a także do „przyspieszonej budowy socjalizmu”. W praktyce oznaczało to wzmożoną rozbudowę przemysłu ciężkiego, wytwarzającego środki produkcji, kosztem lekkiego, wytwarzającego środki konsumpcji, oraz poważny rozrost funduszu inwestycji kosztem funduszu konsumpcji.

Władze bez ogródek zapowiedziały zaciskanie pas i podwyżkę norm pracy. W kwietniu 1953 r. pewien brygadzista z kombinatu miedziowego w Mansfeld dał sygnał do powszechnego, rzekomo dobrowolnego ruchu podnoszenia norm przez brygady i załogi o 10 proc.

Tymczasem, zamiast zapowiedzianych sukcesów gospodarki planowej, w NRD zaczął się kryzys gospodarczy. Forsowny rozwój przemysłu ciężkiego spowodował niedobory energii i surowców. Wiele maszyn leżało odłogiem, czas pracy wykorzystywano w 70-80 proc., nowe fabryki pracowały bardzo nierytmicznie.

Niedoinwestowanie przemysłu lekkiego i rolnictwa sprawiło, że w sklepach było coraz mniej towarów, a coraz więcej haseł propagandowych. Nękanie chłopów wzrostem dostaw obowiązkowych i miejskich warstw średnich wzrostem podatków spowodowało falę emigracji na Zachód. Płace obciążono zbiórkami na Koreę, fundusz pokoju, pomniki Stalina itd. oraz przymusową pożyczką na odbudowę kraju.

Najtrwalszym dla reżimu orzechem do zgryzienia okazali się budowlani. Lepiej zarabiali niż pracownicy większości innych branż, bo byli szczególnie bojowo nastawieni. Po upadku reżimu hitlerowskiego odżyły wśród nich stare tradycje związkowe, które teraz były solą w oku biurokracji.

Związek budowlanych był pod ostrzałem, ale zarazem bardzo się go obawiano. Na skargi rozgoryczonych związkowców, że prawdziwe układy zbiorowe pracy zastąpiono, jak za faszyzmu, rozporządzeniami, odpowiedziano, że „gdy się słyszy takie rzeczy, nie wiadomo, gdzie zaczyna się i gdzie się kończy lewactwo i trockizm”.

Aleja Stalina

Oskarżano budowlanych, że ich zarobki nie mają nic wspólnego z ich wydajnością pracy, ale w 1951 r. w Berlinie Wschodnim nie poniesiono im norm, obawiając się reakcji, tym bardziej, że w tym mieście urządzono III Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów i należało unikać napięcia społecznego.

W życiu propagandowym NRD 1952 r. był rokiem Alei Stalina. Przystąpiono do odbudowy słynnych alei handlowych wschodniego Berlina, z których nic nie pozostało po zniszczeniach wojennych. Po odgruzowaniu, w świetle potężnych jupiterów, do pracy przy budowie chluby „władzy ludowej” – Alei Stalina – stanęły dziesiątki tysięcy budowlanych, których media i artyści kreowali teraz na symbol klasy robotniczej.

Oczekiwano od nich, że w zamian za ten awans propagandowy zgodzą się na podniesienie norm. Gdy okazało się, że nic z tego, ruszyła nagonka. Trwała cały rok. W mediach piętnowano budowlanych, że pokutują wśród nich postawy, które ukształtowały się w czasach walki klasowej z kapitalistami, a które teraz są wsteczne, bo „niektórzy” nie traktują swoich przedsiębiorstw jako własności ogólnonarodowej i myślą tylko o tym, jak najwięcej zarobić, że ta czy inna brygada „załatwiła” sobie zarobki, których nie jest w stanie uzasadnić swoją wydajnością, że organizacje związkowe od dołu do góry ulegają takim nastrojom, nie wywiązują się ze swoich zadań ideologicznych i nie potrafią przekonać załóg do konieczności podniesienia norm…

Reżim starał się usilnie złamać solidarność budowlanych i ich zatomizować wprowadzając zasadę indywidualnego rozliczania wydajności poszczególnych robotników. Rozbijało się to o przywiązanie budowlanych do tradycyjnej wśród nich organizacji pracy – podejmowania zadań produkcyjnych przez zespoły robocze na zasadach przypominających zespołowe umowy o dzieło.

Po pierwszym kwartale 1953 r. władze biły już na alarm, że budowlani wykonali plan kwartalny tylko o 77 proc., a ich płace wzrosły aż o 23 proc. Zaczęły forsować drastyczne oszczędności w dziedzinie płac i zużycia materiałów i narzędzi. W końcu maja w organie rządzącej Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności (SED) „Neues Deutschland” doniesiono, że 60 proc. budowlanych zgodziło się już na podwyżkę norm.

Zaledwie kilkanaście dni później gazeta faktycznie „odszczekała” tę informację, ale o tym za tydzień.

Wiosną 1953 r. „odwilż”, która nastąpiła na Kremlu zaraz po śmierci Stalina, skłoniła władze NRD do ustępstw wobec niektórych warstw i środowisk społecznych – chłopów i drobnych producentów, inteligencji, Kościołów. Nie było jednak mowy o żadnych ustępstwach wobec robotników.

Robotnicy to widzieli, a fakt, że oni to widzą i że narasta wśród nich wrzenie, budził niepokój niektórych środowisk rządzącej biurokracji, które były świadome kryjących się za tym niebezpieczeństw.

14 czerwca 1953 r. w „Neues Deutschland”, poinformowano, że 28 maja, kiedy to – jak wcześniej podano w tej samej gazecie – rzekomo już 60 proc. budowlanych z Alei Stalina przystało na podwyżkę norm pracy, odbyło się oddolnie zwołane zebranie brygadzistów i aktywistów z budów, na którym odrzucono nowe normy. Ujawniono, że w wielu brygadach doszło do strajków. Znalazł się, rzecz jasna, kozioł ofiarny: winę zrzucono na chronometrażystów, oskarżając ich, że oderwali się od robotników i nie liczą się z ich możliwościami.

To nie była jedyna sensacja.

Na tej samej stronie gazety szczegółowo poinformowano o przebiegu wielkiego zwycięskiego strajku budowlanych w Berlinie Zachodnim. Relację z wypiekami na twarzy czytano na budowach Berlina Wschodniego – toż to była całkiem niezła instrukcja strajkowa! Dlaczego ukazał się ten artykuł? Dlatego, że tym, którzy do tego dopuścili, zabrakło wyobraźni? A może był to przejaw frakcyjnych rozgrywek w łonie rządzącej biurokracji? A może czyjaś prowokacja?

„Strajk powszechny od jutra!”

Następnego dnia w Alei Stalina, w bloku nr 40 na budowie „Południe”, załoga uchwaliła rezolucję, w której domagała się unieważnienia nowych norm, i wybrała delegację, aby przekazać ją rządowi. 16 czerwca rozprowadzono wśród niej gazetę związkową „Tribune”, w której uzasadniano nowe normy. To podgrzało atmosferę.

Oliwy do ognia dolał działacz federacji budowlanych, którzy przybył na blok i powtórzył argumenty z „Tribune”. Wzburzona załoga postanowiła towarzyszyć delegatom. Najpierw obeszła całą budowę „Południe”, a następnie inne budowy skandując: „chodźcie z nami!” i w liczbie paru tysięcy budowlanych wyszła na ulicę. Niosła transparent, na którym widniało przekreślone hasło: „Z okazji 1 Maja blok nr 40 dobrowolnie podniósł normy o 10 proc.” Na odwrocie transparentu umieściła swoje prawdziwe hasło: „Żądamy obniżki norm”.

Pod siedzibą Rady Ministrów domagała się spotkania z I sekretarzem SED Walterem Ulbrichem i premierem Otto Grotewohlem. Zignorowana – wyszedł do niej tylko minister przemysłu, którego wyzwała od zdrajcy klasy robotniczej – podzieliła się na kolumny i ruszyła na miasto pod hasłem: od jutra strajk powszechny! Już po południu zaczęły stawać pierwsze fabryki.

Wieczorem delegacja z Alei Stalina dotarła do amerykańskiej radiostacji RIAS w Berlinie Zachodnim i poprosiła o nadanie wezwania do strajku powszechnego w NRD. Dyrekcja RIAS odmówiła, ale zgodziła się podać informację o postulatach ekonomicznych budowlanych. Tak poznał je cały wschodnioniemiecki świat pracy.

Tego samego wieczoru Ulbricht i Grotewohl wystąpili przed 3 tysiącami działaczy partyjnych Berlina Wschodniego. W ogóle nie mówili o robotnikach, lecz o polityce wobec warstw pośrednich i Kościołów. Ci zadufani, samozwańczy pomazańcy klasy robotniczej ciągle nie zrozumieli, że właśnie zaczął się bunt „ich własnej klasy”.

Wybuch

17 czerwca od wczesnych godzin porannych niezliczone kolumny robotników ciągnęły pod gmach Rady Ministrów. W obliczu policyjnych zapór ruszyły na Plac Marksa i Engelsa. Rząd dysponował jedynie niewielkimi własnymi siłami zbrojnymi (Narodowa Armia Ludowa NRD powstała z ochotniczego zaciągu dopiero w trzy lata później): kilkoma pułkami Skoszarowanej Policji Ludowej, u której boku wystąpiły bojówki „niebieskich koszul” – aktywistów reżimowego Związku Wolnej Młodzieży Niemieckiej (FDJ).

Robotnicy łudzili się, że dowództwo radzieckich wojsk okupacyjnych zajmie neutralna postawę. Wczesnym popołudniem wprowadziło ono jednak stan wyjątkowy i na ulice wysłało czołgi. Na Unter del Linden i wokół Placu Poczdamskiego wojska radzieckie i policja niemiecka otworzyły ogień do demonstrantów. Padli zabici i ranni.

Tymczasem strajk rozlewał się na ośrodki wielkoprzemysłowe NRD, w których przed dojściem Hitlera biło „czerwone serce” Niemiec – na Halle, Bitterfeld, Merseburg w Saksonii-Anhalcie, w tym na kombinaty chemiczne Leuna i Buna, na zakłady budowy maszyn, na Saskie Zagłębie Węglowe.

Na ogół zaczynało się od wieców strajkowych na wielkomiejskich budowach, z których strajk rozszerzał się na fabryki, gdzie na walnych zgromadzeniach załóg wybierano komitety strajkowe, a te przejmowały kontrolę nad zakładami. Na ulicach demonstracje robotnicze nieraz przeradzały się w rozruchy; dochodziło do szturmowania lokali partyjnych, więzień i komisariatów policji.

W Halle, Bitterfeldzie, Merseburgu od razu powstały miejskie komitety strajkowe, które dekretowały zapewnienie ciągłości pracy elektrowni i gazowni, wydawały różne rozporządzenia bieżące, tworzyły straże robotnicze, aby utrzymać ład, apelowały do komend radzieckich, aby „nie wtrącały się w wewnętrzne sprawy Niemiec”. Miejskie komitety strajkowe Halle i Bitterfeldu nawiązały ze sobą kontakt w celu koordynacji swoich działań już w skali regionalnej.

Szybko pojawiły się postulaty polityczne. Miejski komitet strajkowy Bitterfeldu przesłał do władz NRD depeszę z żądaniami dymisji rządu i utworzenie rządu tymczasowego składającego się z „postępowych pracowników”, swobody działania dla wszystkich partii demokratycznych działających w Niemczech Zachodnich, wolnych wyborów przed upływem czterech miesięcy, uwolnienia więźniów politycznych, zniesienia granic między strefami okupacyjnymi, przywrócenie normalnego poziomu życia i zaniechania wszelkich represji wobec strajkujących.

Władza idzie na ustępstwa

Masowe wystąpienie robotników wschodnioniemieckich trwało jeden dzień. Pod naporem radzieckich czołgów i 20 tysięcy żołnierzy oraz 8 tysięcy funkcjonariuszy skoszarowanej policji, robotnicy przerwali strajk. Według władz NRD, tego dnia zginęło 21 osób, natomiast według władz RFN zginęły aż 383 osoby, w tym, po stronie reżimowej, 116 funkcjonariuszy partii rządzącej. Według tychże władz, 106 osób stracono podczas stanu wyjątkowego lub skazano później na śmierć. 1200 osób skazano przeciętnie na karę około 6 lat obozu karnego.

Jeszcze w trzy tygodnie później z Berlina Wschodniego dochodziły na Zachód informacje o strajkach w różnych zakładach pracy oraz wysuwanych podczas nich postulatach uwolnienia aresztowanych przywódców strajkowych, wyższych płac, niższych cen, zmiany rządu, wolnych wyborów.

Robotnicy nie mieli poczucia klęski, gdyż rządząca biurokracja szła teraz w pośpiechu na ustępstwa.

Tuż po zrywie robotniczym Związek Radziecki zrezygnował z reparacji wojennych, które kładły się wielkim ciężarem na społeczeństwie wschodnioniemieckim, oraz przekazał NRD wszystkie fabryki, które zawłaszczył za pośrednictwem „radzieckich spółek akcyjnych”; ich działalność również była formą wyzysku kraju.

Rząd NRD odwołał podwyżkę norm, wypłacił robotnikom zarobki, które stracili wskutek tej podwyżki, wprowadził zmiany do planu przerzucając część nakładów inwestycyjnych z przemysłu ciężkiego na konsumpcję, obniżył ceny artykułów spożywczych, podniósł najniższe płace, renty, świadczenia socjalne, dodatki za pracę w niedziele i podjął inne decyzje, które pociągały za sobą podniesienie stopy życiowej.

„Znieść normy pracy”

Opór robotników na stanowiskach pracy trwał do jesieni 1953 r. Postulaty ekonomiczne wysuwano nadal, głównie na forum związkowym. Choć władze pozwalały wysuwać postulaty tylko na poziomie brygad, cechowała je duża jednolitość na szczeblach ponadzakładowych, na których szerzyły się postulaty dalszej powszechnej obniżki norm, obniżki cen wolnorynkowych o 40 proc., nowych wyborów do zakładowych instancji związkowych. Na ogół udawało się przeforsować takie wybory. Często wybierano w nich byłych członków komitetów strajkowych.

Najbardziej jednak radykalny postulat, wysuwany w niektórych fabrykach, brzmiał: znieść normy pracy. Robotnicy uzasadniali go tak: jeśli mamy ustrój socjalistyczny, to nie powinno być takich norm. W istocie był to postulat rewolucyjny, co potwierdza fakt, że w trzy lata później, podczas rewolucji węgierskiej, wysunęły go niektóre rady robotnicze. Kwestionował on radykalnie cały ustrój fabryczny odziedziczony po kapitalizmie i utrzymywany przez reżim biurokratyczny. Przejawiało się w nim dążenie do przebudowy ustroju przedsiębiorstw, a co za tym idzie również państwa, na robotniczych zasadach.

Artykuł napisano głównie na podstawie książki Benno Sarela (Sternberga), La classe ouvrière d'Allemagne orientale: Essai de chronique (1945-1958), Paryż, Éditions Ouvrières 1958.

Tekst ukazał się w czerwcu 2008 roku w tygodniku "Trybuna Robotnicza"

MPrzypisy:

[1] Obecnie Karl-Marx-Alee, jedna z głównych ulic Berlina, leżąca w jego wschodniej części

[2] Tekst pochodzi z 2008 roku. 17 czerwca 2011 minęła 58. rocznica powstania

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Lenin 005