Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 18 gości.

Krzysztof Wójcicki: SPEC-jalna nadymka

Demagogia PO

Na horyzoncie kolejne wybory parlamentarne i znowu mainstreamowe burżuazyjne partie przekrzykują się o to która obieca rodakom bardziej okazałe gruszki na wierzbie. Przy czym poparcie w sondażach jest wprost proporcjonalne do umiejętności wciskania ludziom kitu. Mistrzem w tej kategorii jest premier Donald Tusk. Na swoim ostatnim expose z okazji dziesięciolecia PO nie dość że nie powiedział słowa gdzie są „dobrze zarabiający lekarze” i „Polacy wracający z emigracji do kraju” o których tak głośno mówił podczas swojej kampanii przyznał kolejną rewelację – że spotkał „szczęśliwych stoczniowców” którzy cieszą się że zakłady w których pracują „nie są deficytowe”. Różne są pojęcia szczęścia i ludzkie zboczenia, dla niektórych „wolność od pracy” może być błogosławieństwem podobnie jak wolność od opieki lekarskiej czy bezpłatnej edukacji. Postępując tropem premiera który poprzez mówienie o „szczęśliwych stoczniowcach” sugerował że robotnicy są zadowoleni z polityki rządu” można by udowodnić dowolnie absurdalną bzdurę. Zakładając nawet że premier rzeczywiście takowych stoczniowców spotkał, to przecież w każdej klasie czy też grupie społecznej znajdą się jednostki które działają wbrew zbiorowemu interesowi z indywidualnych, najczęściej finansowych pobudek. Przykładem może być na przykład czarnoskóry lider angolańskiej partii UNITA, Jonas Savimbi, który walcząc z pro-radziecką partyzantką MPLA uzyskał poparcie apartheidowskiego reżimu z sąsiedniej RPA, mimo brutalnego prześladowania Murzynów przez południoafrykański rząd. Tusk mówiąc że jego polityka zamykania stoczni i brutalnych redukcji zatrudnienia jest podoba się robotnikom, równie dobrze mógłby stwierdzić że Murzyni byli szczęśliwi z polityki apartheidu. Jest to tylko jeden z przykładów manipulacji jaką mogą stosować polityczni demagodzy. Stoczniowcy popierający Tuska, Czarni popierający apartheid, Polscy XVIII-wieczni magnaci podpisujący traktaty rozbiorowe, żydowcy kapitaliści finansujący Hitlera... lista przykładów zdrady jest długa i ludzie pokroju naszego premiera mieliby z niej niezłe używanie.

Jedną rzeczą jest polityczna demagogia PO która ma być z założenia – „partią dla wszystkich chcących budować Polskę”, a drugą rzeczą jest farsa jaką uskuteczniają politycy innych głównych partii, próbując wykorzystać nastroje nieprzychylne dla PO na swoją korzyść. I o dziwo nie ogranicza się do to chodzących namiotów pod pałacem prezydenckim. W czasie wyborów nie tylko jak widać namioty uczą się chodzić lecz dochodzi także do gwałtownych, można by powiedzieć, wręcz rewolucyjnych zmian w deklarowanych liniach politycznych. I tak fakt że SLD – jedna z głównych liberalnych sił politycznych, odpowiedzialna za politykę prywatyzacji prowadzoną w latach 1993-1997 i 2001-2005 nagle (żarty na bok) sprzeciwia się sprywatyzowaniu Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki i Ciepłownictwa, organizując razem z PiS-em wielce „lewicową” akcje „sprzeciwu” wobec polityki prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Politycy SLD i PiS zasiadający w radzie miasta stołecznego Warszawy rozpoczęli akcje zbierania podpisów za referendum w sprawie prywatyzacji SPEC. W tym „lewicowym zwrocie” nie ma bowiem nic dziwnego. Nie ma on ani krztyny ideowości i „lewicowości” która jakiś magiczny sposób miałaby się pojawić u warszawskich radnych z SLD. Jest powszechnie wiadome, że Warszawą w latach 1998-2010 rządziła koalicja najpierw SLD i Unii Wolności, a później SLD-PO, znana często jako „układ warszawski”.
Ubiegłoroczne wybory samorządowe przyniosły w stolicy całkowity triumf Platformie Obywatelskiej. Większość miejsc w radzie miejskiej dostała PO, a pozostałe dwa ugrupowania – dzierżąca od dwunastu lat miejskie stołki SLD oraz aspirująca do tego miana PiS znalazły się poza korytem. Stąd też sprzeciw wobec prywatyzacji którą obie te partie będąc u władzy najprawdopodobniej by poparły i rzekoma „lewicowość”.

Kolejny już raz środowiska ideowej lewicy bombardowane są pseudolewicowymi pomysłami proreżimowych polityków próbujących wykorzystać „mających serce po lewej stronie” (a nie mających przy tym mózgu) jako mięso armatnie bądź tanią siłę roboczą do własnej agitacji.

Oczywiście że ideowi lewicowcy, socjaliści czy komuniści powinni być zasadniczo przeciwni jakiejkolwiek przywatyzacji czegokolwiek, a prowadzona przez kolejne rządy polityka „prywatyzacji wszystkiego co się rusza” dostarcza ku temu dziesiątek tysięcy dowodów. Jedną rzeczą są jednak idee a inną – bieżący układ sił politycznych i wszystkie jego następstwa. Komuniści tym się powinni różnić od idealistycznych partaczy politycznych, że treść ich polityki powinna opierać się nie na żonglerce hasłami, lecz na konkretach popartych wnikliwą analizą, na umiejętności przystosowania rzeczy zapisanych w tomach klasyków do bieżących ideałów, co w mistrzowski sposób zrobił Włodzimierz Lenin w 1917 roku organizując zwycięską socjalistyczną rewolucję. Dzisiaj jednak do rewolucji daleko, a niektórzy z „radykalnych lewicowców” uprawiają politykę jawnie pro-burżuazyjną, dając się nabrać na puste hasła i związaną z nią nadymkę

W sporządzone przez tłuste wieprze z $LD sidła wpadł między innymi Piotr Ikonowicz. I tak stołeczne ulice zdobią teraz plakaty z nową „lewicową” świętą – Jarugą-Nowacką – doskonale wpisując się w postsmoleński pejzaż proreżimowej polityki. I nic tu nie zmienia fakt, że plakaty te są asygnowane przez człowieka który lubi wykrzykiwać „faszyści”, „burżuje” „wasz koniec się szykuje!” „che che guevara” „ho ho ho chi minch”. Jest to dokładnie to, czego rządają Millery, Olekse, Czarzaste i pozostałe skompromitowane nazwiska od lokalnych, stołecznych działaczy – skolonizować ideową, często nazywaną nieco szumne „radykalną” lewicę na lewo od SLD. Piotr Ikonowicz, wspowinając stare dobre czasy parlamentarnej ławy właśnie z ramienia SLD widać uznał Leppera za niezbyt obiecującego sojusznika teraz przeszedł na żołd Napieralskiego-Olejniczaka. Jako ludowy agitator i krzykacz jest on skuteczniejszy niż lokalny FMS-owski kacyk. Mowa tu o Grzegorzu Gruchalskim, który otworzył swój blog na portalu lewica.pl pod hasłem „socjaldemokratycznej zmiany” i został totalnie zmieszany z błotem przez lewicowych komentatorów. Jak widać akcja FMS była zbyt bezpośrednia aby mogła odnieść pożądany sukces

. Natomiast wchodzący w SLD-owskie buty Ikonowicz, mający autentyczny kontakt za całą masą wykluczonych społecznie wyrzutków jako drobnomieszczański „społecznik a nie polityk” jest doskonałą osobą do wykonania agitacyjnej roboty dla SLD. I tak pisząc o tym że Bartosz Arłukowicz jest zdrajcą, niemal jednoznacznie identyfikuje swoją działalność z tą właśnie partią. Człowiek któremu równie wrogie i obce są wszystkie z burżuazyjnych partii nie powinien identyfikować się z którąś z nich, o ile rzecz jasna jest on ideowcem, a nie oportunistą. W przypadku Ikonowicza mamy jednak raczej do czynienia z tą drugą opcją i nie jest to bynajmniej jej pierwszy akt, jeśli tylko spojrzeć na jego polityczny życiorys. Arlukowicz w taki sam sposób „zdradził” SLD, jak Palikot PO, a Kluzik-Rostkowska najpierw PiS, potem PJN. Są to wszystko przetasowania wewnątrz rządzącego obozu. Na dziś dzień wszystkie możliwe kombinacje partii( SLD, SLD-PiS, PO-SLD-PSL itd. ) obecnych w parlamencie mogą utworzyć przyszły rząd i nie godziło by to wcale w interesy ich liderów. „Socjaldemokratyczna zmiana” na szczytach polskiej władzy może oznaczać więc zarówno koalicje z PiS jak i z PO i wszystko zależy nie od deklarowanych poglądów ideowych i barier z nimi związanych , lecz od wyników wyborów, czyli czy jedna z partii wysunie się na prowadzenie tak, aby samodzielnie utworzyć rząd, czy będzie jednak musiała skorzystać z pomocy koalicjanta. Jeśli koalicjantem tym będzie SLD, to Piotr Ikonowicz może być dumny, że swoją „antyprywatyzacyjną” agitacją uzyskał wpływ na kształt przyszłego rządu.

Cóż można dodać na koniec? W obliczu wyborów każdy ideowy komunista powinien więc działać tak, aby jedyna partia reprezentująca robotników osiągnęła jak najlepszy wynik i czytelnicy portalu doskonale wiedzą już, kogo mam na myśli.

Co do P.Ikonowicza, to może i racją jest że 1 maja uratował on honor lewicy podczas gdy wszyscy inni schowali swoje głowy w piasek przed klerykalną propagandą, ale także prawdą jest że ten sam Ikonowicz przez pozostałe 364 dni w roku swoim zachowaniem i podstawą tę lewicę kompromituje

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

LENIN