Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 21 gości.

Chris Harman: Marksizm w działaniu - Rozdział VIII - Jak można zmienić społeczeństwo?

W Anglii przeważająca liczba socjalistów i związkowców twierdziła, że społeczeństwo może być przekształcone bez rewolucji, bez przemocy. Mówili oni, że wystarczy, aby socjaliści zdobyli dość poparcia i popularności, aby uzyskać władzę w "tradycyjnych" instytucjach politycznych, to jest w parlamencie i radach miejskich. Wtedy socjaliści będą mogli przekształcić społeczeństwo przez opanowanie istniejących instytucji państwowych - urzędów, sądownictwa, policji i wojska. Będą mogli stworzyć dla społeczeństwa nowe prawa, które ukrócą potęgę pracodawców.

W ten sposób - mówiono - socjalizm może być wprowadzony stopniowo i bez rozlewu krwi, reformując obecny stan rzeczy.

Taki pogląd jest zazwyczaj nazywany "reformizmem", choć czasami mówi się o nim jako o "rewizjonizmie", gdyż kompletnie zmienia (rewiduje) on poglądy Marksa; nazywa się go także "socjaldemokracją" (choć do roku 1914 nazwą tą określano rewolucyjny socjalizm). W Anglii używano również nazwę "fabianizm" (od organizacji Stowarzyszenie Fabiana, która przez długi czas propagowała reformizm). Jest to pogląd zaakceptowany zarówno przez lewy jak i prawy odłam Partii Pracy, a w 1951 roku został on wcielony do programu Partii Komunistycznej, pod tytułem "Brytyjska droga do socjalizmu".

Na pierwszy rzut oka reformizm wydaje się bardzo pociągający. Zgadza się z tym, co nam mówiono w szkole, w gazetach i w telewizji o "parlamencie, który kieruje krajem" i o tym, że "parlament został wybrany stosownie do demokratycznych życzeń obywateli". Mimo to jednak wszystkie próby wprowadzenia socjalizmu przez parlament kończyły się niepowodzeniem. Od czasu wojny był w Anglii trzykrotnie uformowany rząd z większością Partii Pracy (w roku 1945 i 1966 z ogromną większością), a jednak Anglia nie jest dzisiaj wcale bliżej socjalizmu niż w 1945 r.

Tak samo wygląda sytuacja zagranicą. W 1970 roku socjalista, Salvador Allende, został wybrany prezydentem w Chile. Wydawało się ludziom, że to jest "nowa droga" wprowadzenia socjalizmu. W trzy lata później generałowie, którym zaproponowano wejście do rządu, obalili Salvadora Allende i zniszczyli pracowniczy ruch w Chile.

Są trzy związane ze sobą przyczyny, dla których reformizm musi zawsze przegrać.

Po pierwsze, podczas gdy socjalistyczna większość wprowadza "stopniowo" przez parlament socjalistyczne zasady, prawdziwa władza ekonomiczna pozostaje w dalszym ciągu w rękach dawnej klasy panującej. Ta władza ekonomiczna może być użyta dla zlikwidowania całych działów przemysłu, do wywołania bezrobocia, podniesienia cen przy pomocy spekulacji i gromadzenia zapasów, wysyłania kapitału za granicę, stwarzania kryzysu bilansu płatniczego i przez wszczęcie kampanii prasowej, która za wszystko to wini rząd socjalistyczny.

Tak właśnie rząd Partii Pracy Harolda Wilsona został zmuszony w 1964 roku, a następnie w 1966 roku do zaniechania reform korzystnych dla pracowników wskutek ogólnego pędu do wysyłania pieniędzy zagranicę przez ludzi bogatych i przez firmy. Wilson opisał to w swoich pamiętnikach: "Doszliśmy teraz do sytuacji, kiedy międzynarodowi spekulanci powiedzieli świeżo wybranemu rządowi, że program, który przedstawiliśmy w wyborach nie może być zrealizowany (...) Pierwszy minister Królowej był proszony, aby zrzucić kurtynę na parlamentarną demokrację przez przyjęcie doktryny, że wybory w Wielkiej Brytanii były farsą, i że Brytyjczycy nie mogą wybierać między programami."

Należy tylko dodać, że mimo rzekomego oburzenia Wilson uprawiał przez następne sześć lat ten rodzaj polityki, jakiego wymagali spekulanci finansowi.

Ten sam umyślnie stworzony kryzys bilansu płatniczego zmusił wybrany w 1974 roku rząd do trzech następujących jedna po drugiej redukcji w wydatkach na szpitale, szkoły i opiekę społeczną.

Rząd Salvadora Allende w Chile przeżył większą jeszcze klęskę zadaną mu przez wielki kapitał. Dwukrotnie całe działy przemysłu zostały unieruchomione przez "strajk właścicieli", podczas gdy spekulacje podbiły ceny do nieprawdopodobnego poziomu, a gromadzenie towarów przez kapitalistów spowodowało olbrzymie kolejki przed sklepami dla zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych.

Drugim powodem, dla którego kapitalizm nie może być zreformowany, jest to, że istniejąca organizacja państwowa nie jest neutralna, ale jest skonstruowana od góry do dołu w ten sposób, aby chronić ustrój kapitalistyczny.

Państwo zarządza wszystkimi niemal środkami posługującymi się siłą fizyczną i przemocą. Gdyby organizacja państwowa była neutralna i stosowała się do tego, co każdy poszczególny rząd nakazuje mu, niezależnie od tego, czy jest to rząd kapitalistyczny czy socjalistyczny, w takim razie państwo mogłoby rzeczywiście zatrzymać sabotowanie gospodarki przez wielkie przedsiębiorstwa. Ale jeśli przypatrzeć się jak działa machina państwowa i kto wydaje jej rozkazy, łatwo stwierdzić, że nie jest ona neutralna.
Machina państwowa to nie tylko rząd. Jest to ogromna organizacja z wieloma różnorodnymi odnogami - z policją, armią, sądownictwem, różnorodnymi urzędami, z kierownikami upaństwowionych gałęzi przemysłu i tak dalej. Wiele osób, które pracują w tych różnych instytucjach państwowych, pochodzi z klasy pracowniczej. Żyją oni i są wynagradzani tak jak pracownicy.

Nie oni jednak mają głos decydujący. Zwykli szeregowi żołnierze nie decydują gdzie ma się walczyć na wojnie lub gdzie mają być tłumione strajki. Księgowy w urzędzie ubezpieczeń społecznych nie decyduje, jakie zasiłki będą wypłacane. Cała machina państwowa opiera się na zasadzie, że ludzie na jednym szczeblu drabiny słuchają poleceń tych, którzy znajdują się na wyższym szczeblu.

Jest to szczególnie ważnie w tych działach machiny państwowej, które opierają się na sile fizycznej; w wojsku, w marynarce, lotnictwie i policji. Ślepe wykonywanie rozkazów jest pierwszą zasadą, której uczy się poborowych - na długo przedtem zanim pozwala się im zetknąć z bronią. Muszą je wykonywać niezależnie od tego, jakie zdanie osobiste mają o tych rozkazach. Dlatego właśnie musztruje się ich każąc im wykonywać absurdalne ćwiczenia. Kiedy będą posłuszni wariackim rozkazom w czasie ćwiczenia musztry, wcale nie myśląc co robią, można mieć nadzieję, że będą strzelać na rozkaz, zupełnie się nie zastanawiając.

Najbardziej karalnym przestępstwem w każdej armii jest bunt, czyli odmowa wykonania rozkazu. Wykroczenie to jest traktowane tak surowo, że w czasie wojny, jest karane śmiercią.

Kto wydaje rozkazy?

W armii brytyskiej - tak samo jak we wszystkich innych - łańcuch rozkazujących zaczyna się od generała, a za nim idą brygadier, pułkownik, porucznik, podoficer i szeregowiec. Niezależnie od rangi wydającego rozkazy, nie podlega on kontroli reprezentantów krajowych czy lokalnych. Byłoby też aktem buntu, jeśli grupa szeregowych posłuchałaby swego posła do parlamentu, a nie oficera.

Armia jest wielką machiną do zabijania. Generałowie są tymi, którzy nią kierują i mają uprawnienia awansowania innych wojskowych na stanowiska rozkazodawcze.

Teoretycznie generałowie są oczywiście podporządkowani wybranemu w demokratyczny sposób rządowi. Ale żołnierze są wytrenowani, aby słuchać generałów, a nie polityków. Jeśli generałowie zechcą wydać swym żołnierzom rozkazy, które się różnią od tego, czego życzy sobie wybrany demokratycznie rząd, rząd nie jest w stanie odwołać tych rozkazów. Może on tylko próbować przekonać generałów, aby zmienili swe poglądy w danej sytuacji i to tylko wtedy, jeśli rząd wie o tym, jaki rodzaj rozkazów został wydany, gdyż sprawy wojskowe są niezmiennie trzymane w tajemnicy. Jest bardzo łatwo generałom ukryć swoje postępowanie przed rządem, którego nie lubią.

Nie znaczy to, że generałowie zawsze czy też często ignorują to, co rządy im mówią. W Anglii na przykład na ogół idzie im to na rękę, aby liczyć się z większością tego, co rząd sugeruje. Jednak w sytuacji walki na śmierć i życie generałowie potrafią puścić w ruch swą zabójczą machinę zupełnie nie licząc się z rządem, który niewiele może na to poradzić. To właśnie generałowie w końcu uczynili w Chile, kiedy Allende został obalony.

Tak, więc pytanie, „Kto dowodzi armią?" Można zmienić, na „Kim są generałowie?". W Anglii około 80% wyższych oficerów ukończyło kosztowne szkoły prywatne (tak zwane "public schools"). Tak samo było przed 50 laty. Siedemnaście lat rządów Partii Pracy nic tu nie zmieniło. Wyżsi oficerowie są więc spokrewnieni z właścicielami wielkich przedsiębiorstw, należą do tych samych eleganckich klubów, spotykają się na tych samych przyjęciach i mają te same poglądy. Krótki rzut oka na listy pisane do konserwatywnych dzienników angielskich potwierdza to. To samo można powiedzieć o ludziach stojących na czele administracji państwowej, o sędziach i komendantach policji.

Czy można przypuszczać, że ci ludzie będą słuchać poleceń rządu, które prowadzą do odebrania władzy nad gospodarką w wielkich przedsiębiorstwach ich przyjaciołom i krewnym, dlatego, że 240 posłów w parlamencie podniosło rękę do góry głosując za tym? Czy nie jest o wiele bardziej prawdopodobne, że poszliby w ślady generałów, sędziów i kierowników administracji państwowej w Chile, którzy sabotowali polecenia chilijskiego rządu przez trzy lata, a następnie, kiedy przyszła właściwa chwila, obalili go?
W praktyce szczegóły angielskiej "konstytucji" są tak sformułowane, że ci, którzy kierują machiną państwową, mają możność pokrzyżować wolę wybranego demokratycznie lewicowego rządu, znacznie wcześniej niż próbowaliby obalić go siłą. Jeśli taki rząd zostałby wybrany, spotkałby się w powszechnym ekonomicznym sabotażem ze strony klasy pracodawców. Nastąpiłoby zamykanie fabryk, wysyłanie kapitału zagranicę, wycofywanie ze sprzedaży towarów pierwszej potrzeby, inflacyjne podwyżki cen. Gdyby rząd usiłował przeciwstawić się takim sabotażom, stosując środki "konstytucyjne”, (czyli uciekając się do prawa), skrępowano by jego ręce.

Izba Lordów z pewnością sprzeciwiałaby się zatwierdzeniu każdego takiego prawa, powodując zwłokę, co najmniej dziewięciu miesięcy. Prawnicy zinterpretowaliby każde takie prawo w sposób, który jak najbardziej pozbawiłby go jego znaczenia. Kierownicy administracji państwowej, generałowie i naczelne władze policji powołałyby się na decyzje sędziów i członków Izby Lordów, aby usprawiedliwić swoją odmowę wykonaniu poleceń ministrów. Mieliby faktyczne poparcie całej prasy, która robiłaby wiele hałasu, dowodząc, że rząd postępuje "nielegalne" i "niekonsty-tucyjnie". Generałowie użyliby wówczas tych samych frazesów, usprawiedliwiając przygotowania do obalenia tego "nielegalnego" rządu.
Rząd byłby bezbronny w stosunku do ekonomicznego chaosu, chyba, że zdecydowałby się na drogę naprawdę niekonstytucyjną i odwołał się do prostych urzędników, żołnierzy i policjantów, nawołując ich do wystąpienia przeciw ich zwierzchnikom.

Aby ktoś nie pomyślał, że to jest czysta fantazja, warto dodać, że we współczesnej angielskiej historii były, co najmniej dwa wydarzenia, kiedy generałowie zasabotowali decyzje rządu, które im się nie podobały.

W 1912 roku parlament angielski uchwalił ustawę wprowadzającą niepodległy parlament dla całej zjednoczonej Irlandii. Przywódca konserwatystów, Bonar Law, natychmiast okrzyczał ówczesny liberalny rząd nielegalną "juntą", która "sprzedała konstytucję". Izba Lordów opóźniła zatwierdzenie ustawy tak długo jak mogła, to jest przez dwa lata, podczas gdy poprzedni minister "torysów" konserwatystów Edward Carson, organizował partyzantkę w Północnej Irlandii, aby się przeciwstawić ustawie.

Kiedy generałowie, którzy dowodzili angielską armią w Irlandii, otrzymali polecenie przesunięcia swych oddziałów na północ, aby się rozprawić z tą opozycją, odmówili oni wykonania rozkazu i zagrozili wystąpieniem z wojska. Skutkiem tej ich postawy, zwanej przez historyków "Rewoltą garnizonu Curragh", Irlandia północna i południowa nie otrzymały wspólnego parlamentu w 1914 roku i pozostają do dzisiaj rozdzielonym na dwie części krajem.

W 1974 roku powtórzyły się wydarzenia z 1912 roku w miniaturze. Prawicowe sekty protestanckie w Irlandii Północnej zorganizowały -przeciwko powstaniu protestancko-katolickiego rządu w Irlandii Północnej -powszechną przerwę w pracy przemysłu, używając barykad, aby nie dopuścić ludzi do miejsc pracy. Ministrowie w angielskim rządzie zwrócili się do armii i do irlandzkiej policji z poleceniem, aby rozebrać barykady i zakończyć strajk. Jednak wyżsi oficerowie armii i władze policyjne oświadczyły rządowi, że to byłoby niewskazane i ani żołnierze, ani policjanci nie wystąpili przeciw lojalistom. Protestancko-katolicki rząd irlandzki był zmuszony do rezygnacji. Okazało się, że punkt widzenia oficerów miał większe znaczenie niż punkt widzenia angielskiego rządu.

To się zdarzyło w 1914 i w 1974 roku z ugodowymi rządami, starającymi się przeprowadzić dość łagodne zmiany. Można sobie więc wyobrazić, co by się stało, gdyby wojowniczy, socjalistyczny rząd został wybrany. Każda znaczna reformistyczna większość w parlamencie w krótkim czasie byłaby zmuszona do wyboru: albo zrezygnować z reform, aby nie urazić tych, którzy są panami przemysłu i kierują kluczowymi instytucjami w państwie, albo przygotować się na szeroko zakrojony konflikt, przy którym użycie jakiegoś rodzaju siły przeciw kapitalistom i generałom, byłby nie do uniknięcia.

Trzecim powodem, dla którego reformizm do niczego nie prowadzi, jest to, że "demokracja" parlamentarna ma wbudowany mechanizm przeciwdziałający wszelkim ruchom rewolucyjnym.

Niektórzy reformiści dowodzą, że pierwszym krokiem i najlepszą drogą przeciwstawienia się tym, którzy kierują kluczowymi stanowiskami w ma-
Machinie państwowej, jest uzyskanie większości w parlamencie przez lewicę. Jest to twierdzenie fałszywe, ponieważ parlamenty nigdy nie odzwierciedlają stopnia rewolucyjnej świadomości w rzeszach społeczeństwa.

Masy ludzkie wtedy dopiero uwierzą, że same potrafią kierować społeczeństwem, gdy zaczną w praktyce przeprowadzać w nim zmiany metodą walki. Kiedy miliony ludzi zajmują swoje fabryki albo biorą udział w generalnym strajku, wtedy idea rewolucyjnego socjalizmu nagle staje się dla nich realna.
Jednak taki poziom walki nie może utrzymywać się bez końca, jeśli dawna klasa panująca nie zostanie pozbawiona władzy. Gdy pozostaje nadal przy sterze, będzie czekać, aż strajki zwykłe czy okupacyjne osłabną, a następnie użyje swej władzy nad armią i policją, aby zgnieść walkę. Kiedy zaś strajki czy okupacje fabryk zaczynają się chwiać, uczucie jedności i zaufania stopniowo zanika? Pojawia się demoralizacja i gorycz. Nawet najdzielniejszych ogarnia uczucie, że zmiana stosunków społecznych to byt tylko szalony sen.

Dlatego pracodawcy w Anglii zawsze wolą, aby głosowanie za strajkiem odbywało się drogą pocztową. Aby każdy decydował sam w domu, gdzie jednostka pozostaje pod wpływem telewizji i gazet, a nie wtedy, kiedy ludzie są zjednoczeni na wiecach i zebraniach i mogą wysłuchiwać dyskusji innych pracowników.
Dlatego też ustawy antyzwiązkowe w Anglii zawierają przepisy zmuszające pracowników do zawieszania strajków na czas tajnego głosowania, przez pocztę. Takie warunki są słusznie nazywane "okresem ochłodzenia", są bowiem jak zimny prysznic na solidarność i pewność siebie robotników.

Parlamentarny system wyborczy opiera się na tajnym głosowaniu i na "okresach ochłodzenia". Jeśli na przykład rząd jest bliski załamania wskutek powszechnego strajku, często zwraca się do pracowników: "A więc dobrze, poczekajcie trzy tygodnie, tak, aby parlamentarne wybory mogły rozwiązać tę sprawę demokratycznie". Rząd ma nadzieję, że w międzyczasie strajk zostanie odwołany. Jedność i pewność siebie pracowników wówczas podupadną. Pracodawcy będą mogli wciągnąć na czarną listę bojowych pracowników. Kapitalistyczna prasa i telewizja zaczną znów funkcjonować normalnie, wbijając w głowy prorządowe poglądy. Policja będzie mogła zaaresztować "elementy chuligańskie".

Kiedy wreszcie dojdzie do wyborów, głosowanie nie będzie wyrażało szczytu walki pracowników, ale depresję, która nastąpiła po strajku.

We Francji w 1968 generał de Gaulle wykorzystał wybory parlamentarne dokładnie w ten sposób. Reformistyczne partie lewicowe poradziły pracownikom, aby zakończyli strajki i de Gaulle wygrał wybory.

Angielski premier Edward Heath, próbował tego samego podstępu podczas nadzwyczaj udanego strajku górników w 1974 roku. Ale tym razem górnicy nie dali się nabić w butelkę. Strajkowali w dalszym ciągu i Heath przegrał wybory.
Jeśli pracownicy czekają na wybory, aby rozwiązać zasadnicze problemy walki klas, nigdy nie osiągną takiego szczytu walki.

Państwo robotnicze

Marks w swojej broszurze Wojna domowa we Francji, a Lenin w swej pracy Państwo i rewolucja przedstawiają zupełnie inny pogląd na to, w jaki sposób socjalizm może być osiągnięty. Żaden z nich nie wysnuł swych przekonań ot tak, z powietrza. Obaj doszli do nich obserwując klasę pracowniczą w akcji. Marks - na podstawie Paryskiej Komuny. Lenin - na podstawie rad robotniczych - "sowietów" - w 1905 i 1917 roku.

Ale i Marks i Lenin twierdzili, że klasa pracownicza nie może rozpocząć budowania socjalizmu dopóki nie zniszczy dawnego państwa, opartego na biurokratycznym łańcuchu rozkazów. Dopiero następnie może tworzyć nowe państwo, oparte na zupełnie innych zasadach. Lenin podkreślał, jak to państwo musi być kompletnie różne od dawnego, nazywając je "państwem-komuną" i "państwem, które państwem nie jest."
Według Marksa i Lenina nowe państwo jest potrzebne, jeśli klasa pracownicza ma narzucić swoją wolę tym, którzy pozostali z dawnej klasy panującej i klasy średniej. Dlatego nazywali oni je "dyktaturą proletariatu". Proletariat miał dyktować, jak społeczeństwo ma być rządzone. Państwo miało również bronić osiągnięć swojej rewolucji przed atakami zagranicznych klas rządzących. Dla spełnienia tych dwu zadań musiało ono posiadać swoje własne siły zbrojne, jakąś formę policji, sądownictwo, a nawet więzienia.

Jeśli jednak ta nowa armia, policja i sądownictwo miały być kontrolowane przez pracowników i nigdy nie miały być użyte przeciw ich interesom, powinny się opierać na zupełnie innych zasadach niż w państwie kapitalistycznym. Byłby to środek, przy pomocy którego klasa pracownicza, jako najliczniejsza, narzuciłaby swą wolę reszcie społeczeństwa, a nie dyktatura skierowana przeciw klasy pracowniczej.
Główne różnice byłyby następujące: Państwo kapitalistyczne służy interesom niewielkiej mniejszości społeczeństwa.

Państwo robotnicze musi służyć interesom przeważającej większości. Przemoc w kapitalistycznym państwie opiera się na małej liczbie wynajętych zabójców, odciętych od reszty społeczeństwa i wytrenowanych w posłuszeństwie wobec oficerów z wyższych klas. W państwie robotniczym siła byłaby potrzebna tylko po to, aby większość społeczeństwa mogła się zabezpieczyć przeciw aspołecznym czynom ze strony niedobitków dawnych, uprzywilejowanych klas.

W państwie robotniczym służba wojskowa i policyjna może być wykonywana p/zez zwykłych pracowników, którzy mogą dowolnie się bratać z innymi pracownikami, dzielić z nimi te same poglądy i prowadzić ten sam tryb życia. Aby być pewnym, że żołnierze i policjanci nie przekształcą się w grupy wyobcowane, dalekie od ogółu pracowników - "żołnierzami" i "policjantami" mogą być zwykli pracownicy z fabryk i urzędów, podejmujący te funkcje na zmianę, w ustalonej kolejności.

Zamiast małej grupy oficerów na czele sił zbrojnych i policyjnych, wybrani zostaną reprezentanci ogótu pracowników.

W kapitalistycznym państwie posłowie w parlamencie uchwalają prawa, ale pozostawiają je do wprowadzenia w życie biurokratom, szefom policji i sędziom. To znaczy, że posłowie i radni mają zawsze tysiące usprawiedliwień, jeśli ich obietnice nie zostaną spełnione. W państwie robotniczym reprezentanci pracowników będą pilnować, czy ich prawodawstwo jest wprowadzane w życie. To oni, a nie elita czołowych biurokratów, będą tłumaczyć pracownikom z administracji państwowej, z armii i innym jak wprowadzić daną ustawę. Poza tym wybrani przez pracowników reprezentanci będą interpretować w sądach prawodawstwo.

W państwie kapitalistycznym posłowie są odgrodzeni od tych, którzy ich wybierali, przez swe wysokie pensje. W państwie robotniczym pracowniczy delegat nie zarabiałby więcej niż przeciętny pracownik. To samo dotyczy tych, którzy są całkowicie zatrudnieni na kluczowych stanowiskach, wprowadzając w życie decyzje delegatów pracowniczych i są jak gdyby odpowiednikiem obecnej administracji państwowej.
Przedstawiciele pracowników i ci wszyscy, których zadaniem jest wprowadzanie w czyn decyzji pracowników, nie byliby, tak jak posłowie, związani nieodwołalnie ze swoją funkcją przez cztery czy pięć lat (a w przypadku funkcjonariuszy na kierowniczych stanowiskach w administracji państwowej - przez cafe życie). Co najmniej raz do roku byliby przedmiotem ogólnych wyborów i mogliby być odwołani natychmiast ze swoich stanowisk przez tych, którzy ich wybrali, gdyby nie wprowadzali w życie ich postanowień.
Obecnie posłowie są wybierani przez wszystkich obywateli mieszkających w danej dzielnicy - przez klasy wyższe, średnie i pracownicze, właściecieli nędznych domów czynszowych i ich mieszkańców, maklerów i ludzi pracy. W państwie robotniczym w wyborach będą brali udział tylko ci, którzy pracują, a głosowanie będzie się odbywać po ogólnej dyskusji dotyczącej danego zagadnienia. Tak, więc podstawą państwa robotniczego byłyby rady pracownicze w fabrykach, w kopalniach, w stoczniach, w wielkich urzędach. Rady pracownicze byłyby ulokowane w miejscach pracy, tak, aby każdy pracownik miał łatwy dostęp do obrad i dyskusji. Grupy nie pracujące poza domem, jak na przykład kobiety z małymi dziećmi, emeryci, uczniowie i studenci, mieliby osobno organizowane rady, wybierające swoich reprezentantów.

W ten sposób każda grupa klasy pracującej miałaby swych własnych reprezentantów i mogłaby ocenić bezpośrednio czy ich przedstawiciele działają w myśl ich interesów.

Przy takiej organizacji nowe państwo nie może stać się siłą oddzieloną od klasy pracowniczej i działającej na jej szkodę, jak to się stało w krajach Bloku Wschodniego, które nazywały się "komunistycznymi".

Dzięki systemowi rad pracowniczych można też upewnić się, że pracownicy koordynują swe wysiłki, tak, aby przemysł byt zorganizowany zgodnie z demokratycznie przyjętym planem, nie opierał się na niszczące konkurencji jednych fabryk z drugimi. Nietrudno zorientować się jak nowoczesna technologia komputerowa umożliwi poinformowanie ogółu pracowników o różnych ekonomicznych możliwościach, które otwierają się przed społeczeństwem. Pozwoli to ich przedstawicielom wybrać to, co większość robotników uważa za najlepszą możliwość: czy na przykład wydać posiadane zasoby pieniężne na budowę luksusowego samolotu "Concorde", czy też na tani i solidny transport miejski; czy produkować bomby nuklearne, czy też aparaty do leczenia nerek, itd.

Stopniowe obumieranie państwa

Ponieważ władza państwowa nie byłaby oddzielona od ogółu pracowników, opierałaby się o wiele mniej na przymusie niż w okresie kapitalizmu. W miarę jak resztki dawnego społeczeństwa będą poddawały się sukcesom rewolucji i kiedy rewolucje usuną klasy panujące w innych krajach, przymus będzie coraz mniej potrzebny, aż wreszcie przyjdzie czas, kiedy pracownicy nie będą już potrzebowali odrywać się od pracy, aby zasilać szeregi "policji" i "wojska".

Marks i Lenin mieli to właśnie na myśli, kiedy pisali, że państwo będzie obumierać. Zamiast zniewalać ludzi, państwo stanie się jedynie związkiem rad robotniczych, decydujących jak produkować i rozdzielać towary.

Rady robotnicze pojawiały się w tej czy innej formie tam, gdzie walki między klasami w systemie kapitalistycznym stawały się bardzo silne. Rosjanie używali wyrazu "sowiety" dla rad robotniczych w 1905 i w 1917 roku.

W 1918 roku rady robotnicze istniały przez krótki czas w Niemczech, będąc jedyną władzą w kraju. W Hiszpanii w 1936 roku różne partie i związki robotnicze były połączone ze sobą przez "komitety milicji", które kierowały życiem w danych miejscowościach i bardzo przypominały rady robotnicze. Na Węgrzech w 1956 roku rady, wybrane przez pracowników, działały w fabrykach i kierowały życiem w danych rejonach podczas walki z rosyjskimi oddziałami. W Chile, w latach 1972-73, robotnicy zaczęli zakładać "cordones", to jest komitety robotnicze, które stanowiły powiązanie między wielkimi zakładami fabrycznymi. W Polsce w 1980 r. podobną rolę pełniły MKS-y (Międzyzakładowe Komitety Strajkowe).

Rady pracownicze powstają zwykle jako organizacje mające na celu koordynownie walki pracowników z kapitalizmem. Początkowo mogą podejmować skromne zadania, jak na przykład zbieranie funduszy na strajk. Ponieważ jednak te organizacje są oparte na bezpośrednich wyborach wśród pracowników (z tym, że reprezentanci pracowników mogą być ciągle odwoływani), mogą one koordynować wysiłki całej klasy pracowniczej przy najwyższym stopniu konfliktu klasowego. W końcu mogą się stać zalążkiem stałego rządu pracowniczego.

Społeczność

Niech żyje rewolucjca socjalisyczna