Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 36 gości.

Bożena Krzywobłocka: Opowieść o Feliksie - część pierwsza

230px-Bundesarchiv_Bild_102-00032,_Felix_Dzierzynski.jpg

ZAMIAST WSTĘPU

Mała dziewczynka wsuwa swą łapkę w rękę potężnego mężczyzny i prosi:

—Dziadzik, weź mnie, pójdę z tobą!
Mężczyzna przecząco kręci głową, podnosi dziecko do góry, mocno całuje, odsuwa jego rączkę, która sięga do klapy po piękny czerwony goździk.
— Podrośnij, pójdziemy wtedy razem na pochód — i widząc, że małej zbiera się na płacz, dodaje w formie wyjaśnienia:
—Na pochodzie policja bije robotników, nie można zabierać tam dzieci.
—Dziadziku, a ciebie mi nie zabiją? — martwi się mała.
—Patrz, jakie mam mocne ręce, maleńka. Nie dam się pobić. Nie pozwalałem się uderzyć carskim sołdatom ani kozakom, nie uderzy mnie nigdy bezkarnie i polski policjant.
Mała zastanawia się przez dłuższą chwilę, nie bardzo rozumie, dlaczego w ogóle bije się ludzi, i to w dodatku odświętnie ubranych, uroczystych, z czerwonym goździkiem w klapie.
— A jak nie będą bili, to mnie zabierzesz? — nie daje za wygraną.
—Tak, przyrzekam ci, że wtedy pójdziemy na pochód razem, ty i ja — obiecuje poważnie mężczyzna.

Nie poszliśmy jednak razem na pochód. Mój wspaniały dziadek, „Towarzysz Szczerbaty", więzień caratu i sanacji, dowódca Stefana Okrzei, współorganizator wielkiego strajku w Hucie Bankowej, zmarł na serce, gdy byłam jeszcze mała. Zostawił w dziecięcym sercu ogromny żal, bo po co obiecywał, że jak podrosnę, to opowie mi wiele ciekawych rzeczy, niezależnie od pójścia razem na pierwszomajowy pochód? Gdy dowiedziałam się o jego śmierci, pierwszym moim odczuciem był wielki zawód, że nie spełnił swych obietnic. A nauczył mnie wcześniej, że zawsze należy dotrzymywać danego słowa.

Dopiero stopniowo, w miarę dorastania, pojęłam nieodwracalność straty — bezpowrotne odejście ukochanej osoby. Ważne były więc dla mnie wszystkie opowieści rodzinne o dziadku, historia jego życia, a także jego opinie o ludziach, szczególnie o tych, których znał i cenił. Od najmłodszych lat słuchałam więc dziejów aresztowań i ucieczek, opowieści o demonstracjach pierwszomajowych, szarżach kozackich na bezbronne tłumy, strzałach na Grzybowie. W pewnym momencie pojawiło się w rodzinnych sagach nazwisko Dzierżyńskiego, z którym mój dziadek siedział w siedleckim więzieniu.

—Tylko niezwykła dobroć i zupełny brak egoizmu Dzierżyńskiego — powtarzano mi w domu słowa dziadka — mogły stworzyć takiego opiekuna Antka Rosoła, ciężko chorego człowieka, w straszliwych warunkach więzienia carskiego.

Dorastałam w warunkach wojennych. Długie wieczory po wczesnej godzinie policyjnej w okupowanej Warszawie sprzyjały lekturom. Czytałam wiele, bo przy książce zapominało się o głodzie i stałym niebezpieczeństwie. W wielu książkach spotykałam nazwiska znane z opowiadań domowych, powtarzało się również nazwisko Feliksa Dzierżyńskiego. Pisano jednak o nim zupełnie inaczej, niż opowiadano w moim domu. Starano się, by jego nazwisko budziło lęk w czytelnikach książek o rewolucji, w przeciętnych Polakach. W rozmowach z moimi bliskimi dociekałam przyczyn tych rozbieżności.

Gdy byłam starsza, dowiadywałam się coraz więcej szczegółów o spotkaniach rodziny z Dzierżyńskim. Opowiadano mi historię aresztowania całej rodziny babki w 1906 roku. Znałam przyczyny zwolnienia aresztowanych i arbitrażu Dzierżyńskiego w związku z podejrzeniami o zdradę. Dowiedziałam się także o braciach babki, którzy wprost z frontu, w carskich mundurach, poszli walczyć o zwycięstwo rewolucji. Dziś nazwisko jednego z nich utrwaliła Księga Polaków uczestników Rewolucji Październikowej. Był instruktorem politycznym 44 Dywizji i pełnomocnikiem Rady Wojskowo-Rewolucyjnej Ukraińskiej Armii Czerwonej. A choć tom ów zawiera setki nazwisk, zabrakło tam miejsca dla innych członków naszej rodziny, mówiono o nich jednak stale w moim rodzinnym domu.
Gdy więc stawałam się historykiem, z góry wiedziałam, że będę pisać o polskich działaczach rewolucyjnych tak, aby byli oni stale obecni w naszej świadomości, tak jak obecni byli w moim domu i jak trwali w legendzie rodzinnej. Dzięki moim bliskim nazwiska Ludwika Waryńskiego, Stefana Okrzei, Tadeusza Rechniewskiego czy Feliksa Dzierżyńskiego nigdy nie były zestawem do wyliczania czy nauczenia się na pamięć. Byli to po prostu żywi ludzie, dobrzy znajomi, o których bohaterstwie wiedziałam wszystko, ale również znałam z anegdot ich słabostki czy śmiesznostki, a z fotografii i opowiadań ich wygląd zewnętrzny i przyzwyczajenia.

Od wielu lat staram się więc przedstawić działaczy rewolucyjnych moim czytelnikom tak, jak poznawałam ich ongiś sama po raz pierwszy, zanim jeszcze już jako zawodowy historyk — sięgnęłam do korespondencji, artykułów, osobistych papierów czy wspomnień współczesnych. Moi bohaterowie na ogół nie mieli szczęścia do opisywaczy losów czy wydawców spuścizny. „Brązownicy" decydowali o tym, czy rewolucjonista ma się prawo kochać w kobiecie, a nie wyłącznie w idei. Z wydawanych drukiem wspomnień bohaterów rewolucji starannie usuwano wszelkie -napomnienia o uczuciach lęku czy samotności — takie stany bowiem nie przystoją spiżowym bohaterom.
Ale rewolucjoniści, na szczęście, byli ludźmi z krwi i kości. Oparli się zwycięsko poprawiaczom ich biografii oraz uczonym wydawcom ich tekstów. Co pewien czas powstają książki i artykuły o działaczach i bojownikach o wyzwolenie człowieka, zawierające owe tak skrzętnie ukrywane fragmenty ich twórczości, miłosną korespondencję, a nawet zabawne epizody z życia. Ponuracy oburzają się na taką bezpośredniość w traktowaniu bohaterów ruchu rewolucyjnego. Żądają, by książki o działaczach zawierały wyłącznie momenty wzniosłe. Żarty i relacje o sprawach osobistych traktują jako chęć pomniejszenia wielkości. Nie warto jednak przejmować się wymaganiami ponuraków, natomiast zawsze lepiej sięgać do źródeł, by poznawać prawdę o minionych epokach i charakterach ludzkich.
Pozwólcie więc, Drodzy Czytelnicy, że cofniemy się o cały wiek, by poznać niezwykłą postać bohatera walki rewolucyjnej, konspiratora i więźnia politycznego caratu, męża stanu i utalentowanego pisarza. Nazywano go „chorążym orszańskim", chociaż historyczna Orsza na Białorusi była dość odległa od jego gniazda rodzinnego. Tajemnicy tego osobliwego tytułowania należy szukać w literaturze pięknej, i to w jednej z najpopularniejszych powieści polskich.

„Chorąży orszański" — to jak wiadomo główny bohater powieści Henryka Sienkiewicza Potop, imć pan Andrzej Kmicic, człowiek o wielkiej odwadze, osobistym uroku, a przy tym „wielki gorączka". Żartobliwe miano sienkiewiczowskiej postaci nadali Dzierżyńskiemu jego bliscy towarzysze pracy partyjnej i walk rewolucyjnych: Róża Luksemburg i Julian Marchlewski. Nazwa ta szybko przylgnęła do naszego bohatera.
Czy dlatego, że opis zewnętrzny junaka z Potopu pokrywał się z rysopisem naszego rewolucjonisty? Andrzej Kmicic miał „płową jak żyto, mocno podgoloną czuprynę, smagłą cerę, siwe oczy bystro przed się patrzące, ciemny wąs i twarz młodą, orlikowatą, a wesołą i junacką".
Nasz „chorąży orszański" był ciemnym blondynem o niezwykle pięknych szarozielonych oczach. Mawiano o nim, że ma oczy gazeli. Gdy na przełomie wieków, już po pierwszym uwięzieniu i zesłaniu, przybył do Warszawy, powszechnie nazywano go „esdeckim Apollem", co świadczyło o dużej urodzie młodego człowieka. Wszyscy podkreślali jego rozliczne talenty i wdzięk osobisty. Jego urok robił wrażenie na tak różnych osobach, jak córka napoleońskiego generała, stara pisarka, Waleria Marrené-Morzkowska, i towarzyszka życia Lenina, Nadzieja Krupska. Nie uroda męska, nie urok junacki był jednak prawdziwym powodem nazwania Dzierżyńskiego „chorążym orszańskim", ale temperament działacza, który nakazywał mu dokonywanie czynów niemożliwych. Umiał wchodzić do jaskini wroga, lekceważąc sobie własne życie, jak uczynił to w Moskwie podczas buntu lewicowych eserów. Pojechał incognito do Szwajcarii, gdy był już groźnym szefem CzKa i cała światowa prasa burżuazyjna publikowała jego fotografie. Przemykał się przez granice, mimo że wszędzie rozsyłano za nim listy gończe. Kilkakrotnie uciekał z miejsc zesłania, stawiając czoło nie tylko pogoni, ale groźnej przyrodzie syberyjskiej. Podejmował się wykonania dla dobra rewolucji każdej najmniej wdzięcznej pracy, od technicznego przepisywania drobnym maczkiem materiałów do kolejnego numeru nielegalnego pisma po codzienne ekspedycje pocztowe przesyłek z literaturą nielegalną i sprawozdań dla władz partii. Do każdego z powierzonych mu zadań starał się przygotować w sposób najbardziej odpowiedzialny. Jego oczytanie w literaturze pięknej, jak i literaturze technicznej, musiało wzbudzać zdumienie wśród fachowców.
Wszyscy ci, którzy zetknęli się z Dzierżyńskim chociaż raz w życiu, mieli głębokie przekonanie o jego uczciwości i wielkim poczuciu sprawiedliwości. Musiało w nim być coś szczególnego, bo ci, którzy nie wiedzieli o nazywaniu go kmicicowym mianem, porównywali go do innego sienkiewiczowskiego bohatera — Zbyszka z Bogdańca, chłopca z ognia i siarki. Był więc typowym dla współczesnych bohaterem powieściowym, którego trzeba uwielbiać za jego niezwykłość i urok.

Czas odkrywa ciągle nowe teksty Dzierżyńskiego. Historycy odnaleźli nie tylko odezwy pisane jego ręką, ale kolekcje prywatnej korespondencji. Można w źródłach prześledzić, co z jego twórczości i w jakim okresie uważano za niegodne publikacji. Ale „chorąży orszański" wymyka się wszystkim schematom. Można się tu zresztą odwołać do opinii samego Dzierżyńskiego, który w swym wstrząsającym tekście Pamiętnik więźnia gorzko oceniał twórczość zawodowych „pisarzy nekrologów".

„Kto żyje — ten umrzeć musi, a kto umiał tak kochać życie, umie umrzeć i nie zatruwać rozpaczą ostatnich chwil swoich.
I gdyby znalazł się ktoś, kto by prawdziwie opisał całą grozę życia tego martwego domu, walki, upadek i wzlot dusz zamurowanych tu na rzeź, odtworzył, co się tu dzieje w duszach uwięzionych bohaterów i podłych, i zwyczajnych ludzi, w duszach skazanych i prowadzonych, i prowadzących na szubienicę — wtedy by życie tego domu i mieszkańców jego stało się największą bronią i najjaśniejszą pochodnią w dalszej walce. I dlatego niezbędne jest zbierać i podawać ludziom — nie kronikę skazanych i ofiar, lecz życie, wszystkie drgnienia dusz ich, szlachetne i podłe, ich upadki i zwycięstwa, ich cierpienia wielkie i radość w mękach — prawdę, całą prawdę — zaraźliwą tam, gdzie jest piękna i potężna, wzbudzająca litość dla ofiary, gdy jest złamana i upodlona. To może zrobić tylko ten, kto sam dużo cierpiał i dużo kochał, ten tylko potrafi odkryć i oddać te drgnienia i walki dusz — nie ci, którzy u nas nekrologi piszą".

Trudno jest pisać o bohaterze, który wymyka się wszelkim schematom tak dalece, że może stać się postacią nierealną przez swą niezwykłość. Spróbujmy jednak cofnąć się o sto lat, kiedy w niewielkim dworze w Dzierżynowie urodził się FELIKS DZIERŻYŃSKI.

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie", Warszawa 1979, str. 4-10.

część druga: http://1917.net.pl/?q=node/6208

Społeczność

dzierżyński