Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 10 gości.

Bożena Krzywobłocka: Opowieść o Feliksie - część druga

EN_00930003_0096.jpg

część pierwsza: http://1917.net.pl/?q=node/6191

DĘBY NAD USĄ...

Dziś osada Dzierżynowo leży w obwodzie mińskim na Białorusi Radzieckiej, a dawniej była to gubernia wileńska, powiat oszmiański. Oszmiana i położone blisko Smorgonie były dla paru pokoleń Polaków symbolem parafiańszczyzny. Opowiadano dowcipy o szlachciankach spod Oszmiany, przedstawiając je jako uosobienie poczciwych prowincjuszek, i o wychowaniu smorgońskim, jako że w Smorgoniach znajdowała się swego czasu szkoła tresury niedźwiedzi.

Dla naszego bohatera cisza i spokój oraz uroda krajobrazu owego powiatu pozostały symbolem szczęśliwego dzieciństwa i pełnej uroku ziemi.

Dzierżynowo leżało nad rzeczką Usą, dopływem Niemna. Niedaleko od zaścianka, na horyzoncie widniała linia borów sosnowych Puszczy Nalibockiej. Dolinę Niemna wraz z jego dopływami opisywali poeci epoki romantyzmu i pisarze pozytywizmu. I jedni, i drudzy przekazali obrazy sielskich dworków z ganeczkami, starych dębów na skraju ogrodów dworskich, bielonych chłopskich chat ze słomianymi strzechami. Cała dolina Niemna należy rzeczywiście do miejsc najbardziej malowniczych w Europie: złociste piaski na brzegach rzek, sosnowe bory, zielone łąki, pola srebrne od tatarki i błękitne od kwitnących lnów.

Rodziny szlacheckie, mieszkające w owych drewnianych dworkach, były liczne, a piękna ziemia bardzo jałowa. Niewiele rodziły złociste piaski i wilgotne pastwiska, po których brodziły bociany; Ojciec Feliksa był jednym z dziesięciu synów — spośród całej dziesiątki tylko on, Edmund, i jego brat, Felicjan, mogli uzyskać wyższe wykształcenie. Edmund Rufin Dzierżyński po zakończeniu studiów na Uniwersytecie Petersburskim rozpoczął pracę jako nauczyciel gimnazjalny. Pracował w Taganrogu, gdzie uczył matematyki i fizyki. Profesor Dzierżyński ożenił się z Heleną Januszewską, córką wileńskiego profesora, specjalizującego się w zagadnieniach komunikacji. Babcia Januszewska w swym majątku Joda pod Wilnem często gościła gromadkę swych wnuków. Był to spory majątek z dużym zamożnym dworem.

Z dziesięciorga dzieci małżeństwa Heleny i Edmunda Dzierżyńskich chowało się ośmioro: pięciu synów i trzy córki.

Edmund Dzierżyński poza ośmiorgiem własnych dzieci wychowywał jeszcze dwóch swych bratanków. Jeden z nich, Justyn, był projektantem drewnianego dworu w Dzierżynowie, który służył rodzinie Dzierżyńskich aż do 1943 roku — wtedy to spalili go hitlerowcy, mszcząc się za pomoc partyzantom, której udzielał brat Feliksa. Kazimierz Dzierżyński zginął wówczas wraz z żoną, rozstrzelany przez wroga.

Ojciec Feliksa zdawał sobie sprawę, że z dochodów z ziemi trudno będzie utrzymać tak liczną rodzinę, postarał się więc odłożyć dla każdego dziecka 1000 rubli na przyszłą naukę. W roku 1875 Edmund Dzierżyński, chory na gruźlicę, przeszedł na emeryturę i na stałe osiadł w Dzierżynowie. Tu właśnie 11 września 1877 roku przyszedł na świat Feliks.
Rodzina Dzierżyńskich nie należała da zamożnych. Cały ich folwark liczył sobie zaledwie 92 dziesięciny ziemi piaszczystej, niezbyt urodzajnej, którą oddawano w dzierżawę. Emerytura ojca uzupełniała skromny budżet domowy. Matka robiła na zimę zapasy — Feliks w więzieniu będzie wspominał miły zapach rozkładanych i rozwieszanych na ganku do suszenia grzybów, jagód i owoców.
Gdy Feliks miał niespełna pięć lat, zmarł ojciec. Matka została sama z dziećmi, z których najstarsze, córka Aldona, ukończyła dwanaście lat, a najmłodszy syn Władysław miał zaledwie rok i trzy miesiące.
Rodzeństwo Dzierżyńskich odczuło stratę ojca bardzo dotkliwie. Ich rodzice żyli w dobrych stosunkach nie tylko z okolicznymi dzierżawcami, ale i chłopami.

Profesor Dzierżyński przygotowując swoje dzieci do gimnazjum uczył wraz z nimi ich wiejskich rówieśników. Sąsiedzi uważali Edmunda Dzierżyńskiego za człowieka prawego. Na jego płycie nagrobkowej na cmentarzu w Derewnej wyryto następujące słowa: „Pokój prochom Sprawiedliwego". Mimo to po latach Feliks będzie wspominał z pewnym wstydem, że w lesie należącym do jego rodziny nie pozwalano chłopom zbierać jagód i chrustu.
Helena Dzierżyńska poświęcała swym dzieciom wiele uwagi. Była ona osobą wykształconą, znała kilka obcych języków; muzykalna, oczytana, uczyła swych synów umiłowania historii ojczystej, wpajała miłość do literatury. Dzieci patrzyły na świat jej oczami: zwracała im uwagę na niesprawiedliwość i zło, przemoc i nienawiść. Cała gromadka darzyła ją ogromną miłością i szacunkiem. Szczególnie przywiązany był do matki Feliks.

Jej zasługą była niezwykła atmosfera w skromnym dworku. Uczyła sama czytać swoje dzieci; najpiękniejszych strof poezji polskiej — wierszy Słowackiego i Mickiewicza mali Dzierżyńscy uczyli się od niej na pamięć. Po wielu latach Feliks będzie wracać pamięcią nie tylko do obchodzonych uroczyście świąt, ale do codziennych zwykłych wieczorów rodzinnych w Dzierżynowie. Jeszcze w roku 1913 Feliks — wówczas więzień Cytadeli — tak wspominał swój kraj lat dziecinnych w liście do siostry Aldony:

„Wieś nasza, lasy, jej łąki i pola, rzeka, rechotanie żab i i klekot bociani, i cała ta cisza, i muzyka dziwna o zmroku i wieczornym, i rosa na trawie w poranku, i cała nasza rozhukana gromadka młodszych, i dźwięczny, donośny głos mamy, zwołujący nas z lasu, znad rzeki do stołu, i ten stół nasz okrągły, samowar, i cały nasz dom, i ganek, gdzie zbieraliśmy się, i nasze smutki dziecinne, i troski mamy, życie — wciąż płynne — na zawsze i bezpowrotnie uniosło to wszystko. Lecz pozostawiło pamięć i ukochanie, i przywiązanie — i aż do zachodu życia w duszy każdego z nas żyć będzie".

Dzieciństwo miał mały Feliś rzeczywiście pogodne i radosne. Bliskość ukochanej matki i najstarszej siostry Aldony, która opiekowała się malcem, zaspokajała jego dziecinne potrzeby uczuciowe. W Dzierżynowie można było biegać po polach i lasach, w rzeczce łowić ryby i raki, a wieczorami słuchać opowiadań domowników. Czytać nauczyła go matka, a starsza siostra miała z nim lekcje rosyjskiego i francuskiego. Ulubioną rozrywką rodzeństwa były zabawy z echem. Chłopiec był uparty — po latach będzie przypominał, jak dostał klapsy od matki i jak obrażony wsunął się pod jakąś etażerkę, pod którą przeleżał aż do wieczora. Dopiero łagodna perswazja pani Heleny spowodowała, że zaciętość malca ustąpiła. Chłopiec popłakał się w objęciach matki, ale tym razem były to łzy szczęścia.
Rodzina Dzierżyńskich dumna była ze swego herbu Sulima i z pokrewieństwa z Tadeuszem Kościuszką. Przez wiele lat Feliks będzie nosił rodzinny sygnet herbowy, do pierścienia tego był szczególnie przywiązany.
Matka dbała o wychowanie patriotyczne swych pociech.

Długie jesienne i zimowe wieczory rozświetlała lampa naftowa, przy której gromadziła się cała rodzina, a pani Helena czytała z grubych ksiąg fragmenty dziejów narodowych lub opowiadała o niedawnej przeszłości: tragedia powstania styczniowego była na tamtych ziemiach ciągle jeszcze świeża. Pokazywano dzieciom wysokie kopce wspólnych mogił powstańczych przy których modlił się lud okoliczny. Matka z grozą wspominała nazwisko kata Litwy, Murawiewa, carskiego generała-gubernatora, który przeszedł do historii pod mianem Wieszatiela. Zaścianki okoliczne miały swoich własnych bohaterów powstańczych, a szczególną legendą wśród ludu otoczony był „Kastuś" — Konstanty Kalinowski, stracony z rozkazu Murawiewa na Placu Łukiskim w Wilnie w marcu 1864 roku. Chłopi opowiadali paniczom z Dzierżynowa, że przed śmiercią ów „Wasyl Switka" krzyknął do zgromadzonego ludu: „Nie ma szlachty! Wszyscy są równi!"

Helena Dzierżyńska była osobą głęboko religijna Opowiadała swym dzieciom o prześladowaniu religijnym ludu białoruskiego, jakiego dopuszczali się carscy urzędnicy wobec unitów, siłą zmuszając ich do uczestniczenia w nabożeństwach cerkiewnych. Jej dzieci równie gorąco jak ona przeżywały wiadomości o gwałtach, jakich dopuszczano się wobec opornych w nawracaniu na prawosławie. Wielkie wrażenie na rodzeństwie zrobiły zajścia w Krożach w 1893 roku. Władze carskie postanowiły odebrać kościół miejscowej ludności, a gdy ludność zaczęła bronić swej świątyni — polała się krew, padli zabici i ranni, z rozkazu gubernatora siedemdziesięciu włościan zbito straszliwie nahajkami. Feliks nie przypuszczał, że dalsze losy zetkną go z prześladowcą ludności w Krożach.

Opowiadania matki zadecydowały w znacznej mierze o drodze życiowej młodziutkiego wrażliwego chłopca. Później odegrała swą rolę szczególna atmosfera carskiej szkoły. Sam Feliks z perspektywy lat tak oceniał początki swej drogi:

„...Mama przy świetle lampy opowiadała, a za oknem szumiał las, a ona opowiadała o prześladowaniach, o praktykach względem unitów, o przymuszeniu do śpiewania w kościołach suplikacji po rosyjsku na tej podstawie, że ci katolicy byli Białorusinami, pamiętam jej opowiadania o płaceniu kontrybucji, o szykanach najrozmaitszych i pokorach. I to było decydującym momentem. To zdecydowało, że poszedłem późniejszą drogą, że każdy gwałt, o którym słyszałem lub który widziałem (na przykład Kroże), zmuszanie do mówienia po rosyjsku, zmuszanie do chodzenia do cerkwi w dni galowe, system szpiegostwa itd., był jakby gwałtem nade mną samym. I wtedy przysięgałem z gromadą innych walczyć z tym złem aż do ostatniego tchu. I miałem już serce i mózg otwarte na niedolę ludzką i nienawiść zła".

Jesienią 1887 roku skończyło się radosne dzieciństwo Feliksa. Po przygotowaniu domowym oddano chłopca do szkoły. Rozpoczął naukę w wileńskim I Gimnazjum męskim. Razem ze starszymi braćmi, Stanisławem i Kazimierzem, zamieszkał na stancji u jednego z nauczycieli. Dla wrażliwego, uczuciowego chłopca pobyt w szkole carskiej okazał się nie do zniesienia. Nie tylko oderwano go od umiłowanej przyrody spokojnego Dzierżynowa i rodzinnego, pełnego ciepła domu, ale skazano na przebywanie w atmosferze ucisku i obłudy. Nauczyciele i inspektorzy dokonywali rewizji w uczniowskich teczkach i tornistrach, w szkole panował system szpiegowski. Na każdym kroku poniżano godność ludzką uczniów, prześladowano za każde słowo wypowiedziane po polsku. Młodzież buntowała się przeciwko swym wychowawcom i ich metodom. Feliks miał trudności z językiem rosyjskim. Nauczyciele ze szczególnym upodobaniem dokuczali chłopcom za zły akcent lub błędy w dyktandach. Za brak postępów w nauce rosyjskiego Feliksa zostawiono na drugi rok w I klasie, co odczuł jako niesprawiedliwość.

Chłopiec wychowany w patriotyczno-religijnej atmosferze dworu dzierżynowskiego szukał ucieczki od udręki codzienności w gorliwym uprawianiu praktyk religijnych. Uczestniczył także w pracach nielegalnego kółka Serce Jezusowe. Przez pewien czas nosił się z myślą zostania księdzem. Pod wpływem lektur i dyskusji w swym nielegalnym kółku zaczął zmieniać przekonania.

Sztubacy — jak to zwykle bywa — miewali swe sympatie, z reguły kochali się w panienkach z najbliższej pensji. Feliks miał także swoją bogdankę z którą wymieniali czułe liściki przy pomocy dość szczególnego postillon d'amour. Był nim ksiądz-prefekt, który uczył religii w obu gimnazjach męskim i żeńskim. Zakochani kładli liściki do kaloszy swego religijnego preceptora. Zabawa trwała przez czas jakiś, zanim została wykryta. Całą tę dziecinną historię z dużym sentymentem wspominał po latach Dzierżyński.

Na wakacje i święta zjeżdżali się młodzi Dzierżyńscy najczęściej w Jodzie u babki Januszewskiej. Dla Feliksa nadal jednak ziemskim rajem pozostawało Dzierżynowo, do którego stale tęsknił, opisując w listach z Wilna każdy krzak bzu przed gankiem i stare dęby nad Usą.

Wilno na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku było typowym miastem prowincjonalnym imperium carskiego. Ale stare mury przypominały o wspaniałej historycznej przeszłości. Gimnazjum, do którego uczęszczał Feliks, mieściło się w gmachu, który ongiś zajmował Uniwersytet Wileński.
Chłopcy zdawali sobie sprawę, że po tych samych korytarzach przechadzali się kilkadziesiąt lat temu bracia Śniadeccy, Joachim Lelewel oraz ich słuchacze: Adam Mickiewicz, Tomasz Zan, Ignacy Domeyko.

Romantyczna, wrażliwa natura Feliksa skłaniała go do nielegalnych działań i zebrań w kółkach samokształceniowych. Zasięg lektur tych kółek uczniowskich był bardzo szeroki. Czytywano namiętnie poezje Mikołaja Niekrasowa i Marii Konopnickiej ze względu na ich v treści społeczne. Jako dewizę wileńscy uczniowie przyjęli sobie wiersz Wincentego Pola:

Wstawaj rano, sypiaj twardo,
Hartuj duszę, jadaj miernie.
Z bólem ucz się łamać hardo,
A dotrzymuj słowa wiernie.
Ucz się słuchać, abyś umiał
rozkazywać, gdy wypadnie.
Ucz się, badaj, byś zrozumiał,
Co tam w życiu leży na dnie.

Uczniowie czytywali nie tylko poezje, ale również książki przyrodnicze, które miały dla młodych umysłów doniosłe znaczenie w kształtowaniu materialistycznego światopoglądu. Bardzo poszukiwano rosyjskich książek Timiriaziewa, z polskich broszur szczególnie ceniono Halperna O niebie i słońcu. Pod wpływem lektur i własnych przemyśleń Feliks mógł powiedzieć:

„Kiedy byłem w szóstej klasie gimnazjum, zaszedł przełom — w 1894 roku. Wtedy cały rok nosiłem się z tym, że Boga nie ma, i wszystkim to gorąco udowadniałem".

Być może, ważną przyczyną owego przełomu, jaki zaszedł w jego umyśle, była ciężka choroba ukochanej matki. Helena Dzierżyńska czuła się na tyle źle, że trzeba ją było zostawić w Warszawie na dłuższej kuracji. W związku z tym Feliks pisał do zamężnej już siostry Aldony i jej męża Gedymina Bułhaka w październiku 1895 roku:

„Tak, żeby nie mama, żeby nie miłość do Niej, to człowiek formalnie nie widziałby przyjemności, ba, nawet potrzeby na życie. Jak ja chciałbym, żeby mnie nikt nie kochał, żeby strata mnie dla nikogo nie była boleścią, wtenczas zupełnie mógłbym sobą rozporządzać... Ale co tam — głupstwo! jak jest, tak jest i tak musi być, więc po co to rozumowanie, filozofowanie. Wszystko przejdzie. Śmierć jest zbawicielką wszystkiego, więc trochę wcześniej, trochę później to jedno i to samo. Bo rzeczywiście w samym życiu nie ma najmniejszego sensu. Człowiek je, pije, płodzi się, a po co i na co to wszystko; żeby dzieci umiłowały swych rodziców a wskutek kochania potem cierpiały; nie, takiego życia ja nie chcę, ale cóż zrobić, co pomoże moje «nie chcę», kiedy już żyję. No, ale dosyć tego, bo zapewne myślicie, że zwariowałem".

List ten pisał 18-letni chłopak w poczuciu nadchodzącej śmierci najbliższego sobie człowieka. Łudził się, że stan matki polepszy się na tyle, że będą mogli spędzić ze sobą święta Bożego Narodzenia.

W grudniu tegoż roku podczas świąt pani Helena nadal przebywała w szpitalu, Feliks też był w Warszawie, gdzie brał udział w przygotowaniu zjazdu nielegalnych kółek uczniowskich; na zjeździe tym poznał wielu swych późniejszych towarzyszy walki.

15 grudnia 1896 roku w Warszawie zmarła po długiej i ciężkiej chorobie Helena z Januszewskich Dzierżyńska. Miała wówczas 47 lat. Trumnę z jej zwłokami przewieziono do Wilna i pochowano na cmentarzu bernardyńskim. Dla młodych Dzierżyńskich choroba i śmierć matki była wielkim ciosem — najmocniej chyba przeżył stratę Feliks. Wkrótce po śmierci matki w kwietniu tegoż roku zerwał ostatnie więzy, łączące go z carską szkołą, był już wówczas w ósmej klasie.

Postanawia oddać się całkowicie nielegalnej działalności wśród proletariatu wileńskiego i żyć razem z nim, mieszkając i pracując wśród robotników.

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie", Warszawa 1979, str. 11-19.

część trzecia: http://1917.net.pl/?q=node/6319

Społeczność

USRR