Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 22 gości.

Zbigniew Marcin Kowalewski: Śmierć na drodze do partii robotniczej

gal_20_Daniel_Podrzycki_ok.jpg

Śmierć na drodze do partii robotniczej
 
„Kapitalizm to wyzysk, deptanie praw pracowniczych,
bezrobocie, ubóstwo i wykluczenie.”
Polska Partia Pracy
 
„Robotnicy stracili lidera”. Tak po śmierci Daniela Podrzyckiego napisała w Trybunie Magdalena Ostrowska. Nie ma w tej ocenie żadnej przesady. Ruch robotniczy stracił działacza, który miał realną szansę stać się klasowym przywódcą polskich robotników. Wielkie media nazajutrz o nim zapomniały, choć w chwili śmierci był kandydatem na prezydenta Polski i choć przyczyny wypadku, do którego doszło 24 września 2005 r. na „gierkówce” między Dąbrową Górniczą a Katowicami, budzą poważne wątpliwości i podejrzenia.
 
„Już na pierwszy rzut oka wypadek ten wyglądał dość dziwnie. Według oficjalnego komunikatu policji, samochód Daniela z nieustalonej przyczyny zjechał nagle na przeciwległy pas jezdni przebijając bariery energochłonne. Nie jest to wypadek codzienny. Nie spowodowała go kolizja z innymi uczestnikami ruchu. Droga w tym miejscu była prosta. Daniel był dobrym i doświadczonym kierowcą. Jego BMW było wprawdzie wysłużone, ale stan techniczny pojazdu był dobry i regularnie sprawdzany ze względów bezpieczeństwa. Najbardziej szokujące i być może najistotniejsze w tej sprawie jest wydarzenie sprzed około półtora miesiąca. Daniel miał wówczas podobny wypadek. Od jego samochodu odpadło nagle jedno z kół. Na szczęście stało się to na podjeździe i dzięki niewielkiej prędkości (ok. 40 km/godz.) wyszedł z niego bez szwanku. Okazało się wtedy, że z kół samochodu zostały powykręcane śruby. Historia ta była znana w gronie współpracowników Daniela i dlatego zawsze zwracaliśmy uwagę na wszelkie aspekty bezpieczeństwa. Niewątpliwy pośpiech i natłok pracy, w którym żył ostatnio przewodniczący Polskiej Partii Pracy, mógł jednak sprawić, że coś zostało przeoczone”, pisze Marcin Adam, działacz Komunistycznej Partii Polski, która wchodziła w skład Komitetu Wyborczego Polskiej Partii Pracy.
 
Bogusław Ziętek, nowy przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” i Polskiej Partii Pracy, nie wierzy w przypadkową śmierć Podrzyckiego. „Z naszych ustaleń wynika, że wypadku nie mógł spowodować sam Daniel, bowiem tego dnia pogoda była wyśmienita, żadnych przeszkód na drodze, samochód sprawny. Wiele wskazuje na to, że ktoś zajechał mu drogę. Czy policji uda się ustalić sprawcę wypadku? Źle się stanie, jeśli okaże się, że wypadek spowodował przebiegający jezdnię pies...”, mówi na łamach Faktów i Mitów. Kto zna miejsce wypadku, wie, że żadnego psa tam być nie mogło. „Jesteśmy przekonani, że ktoś przyczynił się do śmierci naszego kolegi i niezależnie od organów ścigania sami będziemy usiłowali wyjaśnić kulisy wypadku.”
 
Gdyby w takich okolicznościach poniósł śmierć kandydat z pierwszych stron gazet, roztrząsano by je i prześwietlano na wszystkie strony. Lecz jako kandydat robotniczy i socjalistyczny, Podrzycki był w gronie kandydatów na najwyższy urząd państwowy intruzem, toteż po prostu uznano, że intruz wypadł z gry. „Okoliczności tej tragedii nie zostały wyjaśnione i pewnie nigdy nie zostaną”, napisał Jan Czarski w Nowym Robotniku. „Zginął bowiem człowiek niewygodny dla władzy i elit, autentyczny przywódca robotniczy.”
 
Wszystko zaczęło się tuż po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego, gdy Podrzycki, wówczas licealista, w odruchu solidarności z robotnikami zrzeszonymi w NSZZ „Solidarność” bezskutecznie usiłował przedrzeć się do Huty Katowice, okupowanej przez załogę i oblężonej przez milicję i wojsko. O jego dalszych losach tak pisze Czarski: „Za swoją działalność polityczną został wyrzucony z liceum, przez długi czas nie mógł znaleźć ani nowej szkoły, ani pracy. Robił w zasadzie wszystko, co mógł, by się utrzymać – kopał rowy, pracował na budowie jako pomocnik murarza, jednocześnie działał w podziemiu. Był zaangażowany w zagłębiowskie duszpasterstwo pracownicze. W końcu lat osiemdziesiątych nawiązał kontakt z Marianem Jurczykiem i w jego imieniu zakładał na Śląsku konkurencyjne wobec «Solidarności» struktury «Solidarności 80». – Jako jeden z niewielu działaczy «Solidarności» przeciwstawił się wówczas linii Wałęsy, który mówił, że chce odbudowywać związek, ale taki, który nie będzie silny, bo taki przeszkadzałby w reformach. W 1989 r. powiedzieć, że Lech Wałęsa zdradził klasę robotniczą, było bluźnierstwem. Od tego czasu rozpoczęły się ataki na Daniela, w tym także sugestie, iż współpracował z SB [przed wyborami przeszedł pozytywnie proces lustracji - postępowanie trwało tylko 15 minut – red. Nowego Robotnika] – wspomina Bogusław Ziętek, najbliższy przyjaciel i współpracownik Podrzyckiego. Współpraca z Jurczykiem trwała kilka lat. W tym czasie «Solidarność 80» stała się jedną z prężniejszych sił związkowych na Śląsku. Związek był organizatorem pierwszych poważnych strajków w górnictwie, wobec którego pojawiły się plany likwidacyjne. – Na jednym z posiedzeń Komisji Krajowej «Solidarności 80», która odbyła się w kopalni «Wujek», podjęliśmy uchwałę o organizacji ogólnopolskiego protestu. Do protestu przyłączyły się całe rzesze ludzi nie należących do «Solidarności 80», którzy również chcieli wyrazić swój sprzeciw wobec polityki rządu, m.in. kolejarze. Okazało się jednak, że Szczecin nie zrobił nic. Ten strajk podjął jedynie Śląsk – mówi Ziętek. Stało się pewne, że drogi Jurczyka i Podrzyckiego się rozchodzą. – Na rozstaniu zaważyły dwie rzeczy. Po pierwsze, Jurczyk wystraszył się siły Śląska i robił wszystko, by osłabić pozycje Daniela. Po drugie, był między nami bardzo ostry spór na temat tego, czy należy poprzeć rząd Olszewskiego. Myśmy twierdzili, że jego rząd nicze go dobrego dla Polski nie robi, bo odpowiadał m.in. za fatalną prywatyzację FSM. Jurczyk był natomiast bezwolny wobec Olszewskiego.”
 
Gabriel Kraus tak mówił o tych wydarzeniach na Zjeździe Założycielskim WZZ „Sierpień 80”: „Decydujący wpływ na działalność związku uzyskały grupy nacisku w Komisji Krajowej i komisje zakładowe, które totalnie krytykując politykę władz i raz po raz wzywając do strajku generalnego, w gruncie rzeczy godziły się z tą polityką i nastawiały się na możliwie jak najlepsze «urządzenie się» kosztem innych w pogarszającej się wciąż ogólnej sytuacji pracobiorców czy poszczególnych branż i gałęzi przemysłu, nie cofając się nawet przed ścisłą kolaboracją z władzami politycznymi oraz szeroko pojętym menedżmentem.” Oto „jeden bardzo charakterystyczny przykład z zakładu, który dla NSZZ «Solidarność 80» miał charakter symbolu, a którego komisja zakładowa była kolebką wielu czołowych działaczy związku i wywarła bardzo silny wpływ na politykę i morale Komisji Krajowej. Chodzi tu oczywiści o Stocznię Szczecińską.” Stocznia ta znajdowała się krytycznej sytuacji finansowej i groziło jej bankructwo. W sierpniu 1992 r. weszła w postępowanie układowe z wierzycielami. „To był czas rozpaczliwych wręcz usiłowań podejmowanych przez naszą RKO [tj. Regionalną Komisję Organizacyjną NSZZ «Solidarność 80» Regionu Śląsko-Dąbrowskiego – red.], aby zapoczątkować tu, w województwie katowickim, ogólnopolski strajk generalny w solidarnościowym poparciu dla strajku prowadzonego przez naszą komisję zakładową FSM w Tychach. Trzeba podkreślić, że ten strajk miał być pierwszym, dużym strajkiem organizowanym wspólnie z innymi związkami zawodowymi skupionymi w Międzyzwiązkowym Krajowym Komitecie Negocjacyjno-Strajkowym. Miały go zacząć nasze kopalnie węgla kamiennego, mimo że były w jeszcze gorszej sytuacji finansowej niż stocznia. I na wezwanie Komisji Krajowej oraz Regionalnej Komisji Organizacyjnej strajk ten zaczęły. Nie podjęła go natomiast Stocznia Szczecińska. I niestety – nie stało się tak wcale dlatego, że strajk ten po prostu «nie wyszedł». Zdecydował o tym świadomy, żeby nie powiedzieć – cyniczny, partykularny oportunizm działaczy «Solidarności 80» ze Stoczni Szczecińskiej.” W dniu zgromadzenia wierzycieli komisja zakładowa „Solidarności 80” zawiesiła pogotowie strajkowe. Ponadto, na znak poparcia dla programu restrukturyzacji stoczni, po raz drugi zapewniła zarząd i bank, że rezygnuje z postulatów płacowych. „Taki oportunizm dla tych pracowników, którzy pozostali w stoczni po drastycznych redukcjach stanu zatrudnienia, okazał się oczywiście opłacalny. Bliska współpraca, najpierw z ZChN, a następnie «otwarcie prezydenckie» na Lecha Wałęsę, zaowocowały korzystnymi doraźnie warunkami płacowymi i sporym pakietem akcji. Niepokorna załoga FSM w Tychach takich korzyści sobie nie wywalczyła. Co więcej, można nawet powiedzieć, że koszty, które poniosła ona i wspierające ją w ogólnopolskim strajku załogi kopalń, skonsumowała załoga stoczni. Nie wiadomo bowiem, czy bez tego strajku i wcześniejszych akcji protestacyjnych przeprowadzonych przez RKO na terenie woj. katowickiego zdołałaby uzyskać to, co uzyskała. Taka postawa, jaką przyjęła – nie tylko zresztą jedna komisja zakładowa Stoczni Szczecińskiej - nie miała nic wspólnego z ideą zawartą w nazwie związku. Trudno ją bowiem uważać za przejaw solidarności. Ale nie o potępienie czy moralne lub materialne pretensje tutaj chodzi. Chodzi o rzecz znacznie ważniejszą, a mianowicie o ulegnięcie demoralizującej i obezwładniającej w końcowym efekcie wszystkich pracobiorców, starej jak świat metodzie stosowanej przez władców i pracodawców, a wyrażającej się w maksymie: «dziel i rządź».”
 
Tak oto, na klarownym gruncie klasowym, wraz z radykalnymi działaczami RKO i komisji zakładowych śląsko-dąbrowskiej „Solidarności 80”, Podrzycki dokonał rozłamu i stworzył WZZ „Sierpień 80”. Młody związek zawodowy szybko uzyskał poparcie wśród załóg tyskich zakładów Fiata, śląskich kopalń, Huty Katowice i wsławił się niezwykle twardymi, zapierającymi dech walkami. Słynny był strajk w hucie, w której prezesem zarządu był wówczas Emil Wąsacz, były przewodniczący tamtejszej „Solidarności” i były działacz przykościelnego ruchu oazowego. W wyniku agresywnej polityki obniżania płac, prowadzonej przez Wąsacza od 1991 r., huta miała najniższe płace w branży, przy czym obowiązywała tam absurdalna siatka płac powodująca, że ci, którzy zarabiali najwięcej, dostawali najwyższe podwyżki. „Sierpień 80” wzniecił zaciętą walkę o podwyżkę płac oraz o spłaszczenie podwyżek płac i wynagrodzeń i to się udało. Wtedy wszyscy dostali równo po 200 zł, bez względu na to, czy był to dyrektor, czy sprzątaczka. Janusz Kucharz, przewodniczący komisji zakładowej „Sierpnia 80” w Hucie Katowice, wspominał w Kurierze Związkowym: „«Solidarność» rządziła niepodzielnie hutą. Raz jako pracodawca, raz jako związek i głosiła, że liczy ponad 5 i pół tysiąca. Polityka płacowa, która była wówczas realizowana w hucie, a została po latach przez Wąsacza (w wywiadzie dla Życia) skomentowana jako «konieczne zaniżanie płacy realnej», doprowadziła do wybuchu najbardziej dramatycznego, najdłuższego – bo 18-dniowego – strajku. Wśród postulatów były oczywiście płacowe, a wśród nich żądanie podjęcia działań zmierzających do zawarcia nowego porozumienia płacowego (później zakładowego układu zbiorowego pracy). Strajk wybuchł w dniu l czerwca 1994 r. Zaczęły Wielkie Piece. Później, w ciągu czterech dni dołączały pozostałe wydziały. W poniedziałek 6 czerwca doszło do największej w dziejach Huty (a kto wie, czy i nie największej w historii polskich przedsiębiorstw) masówki, w której uczestniczyło czternaście tysięcy pracowników – z jednego zakładu pracy. Rozpoczął się gwałtowny spór pomiędzy komitetem strajkowym (który łącznie liczył 740 przedstawicieli wszystkich strajkujących wydziałów Huty Katowice, a w skład jego prezydium weszło 86 osób) a zarządem Huty Katowice o to, gdzie mają odbywać się negocjacje. Zarząd odmawiał podjęcia negocjacji przez 14 dni, twierdząc, że nie będzie rozmawiać na wydziale Wielkich Pieców. 14 czerwca do stołówki wydziału Wielkich Pieców przyjechała delegacja reprezentująca zarząd. W jej składzie był Jaśnie Prezes Emil. Podczas tego spotkania powiedział – co zostało uwiecznione na filmie wideo – «tu śmierdzi!» Tak to po trzech latach prezesowania byłemu związkowcowi, aktywiście ruchu oazowego, polski hutnik zaczął śmierdzieć. Po kilkunastu turach rozmów, 18 czerwca o godzinie 5:35 doszło do podpisania porozumienia kończącego najdłuższy i największy hutniczy strajk w Europie. Porozumienie zdemolowało całą dotychczasową politykę Emila, czyli politykę «uwalania» płac w Hucie Katowice. Stało się ono początkiem płacowego marszu w górę załogi Huty Katowice. Po niespełna trzech miesiącach od zakończenia strajku w niesławie, z podwiniętym ogonem, poszedł z huty w diabły, zabierając ze sobą swoich «pridupników». Załoga odetchnęła, a jej płace konsekwentnie, systematycznie z roku na rok awansowały do pierwszych w branży.”
 
Ziętek wspomina w Nowym Robotniku: „Od tego czasu Daniel gruntował pozycję «Sierpnia 80» w regionie i w kraju, realizując przy tym swoją wizję związku zawodowego. Chciał silnego związku, który jednocześnie nie będzie pełnił roli pośrednika między pracownikami a pracodawcami; nie chciał, by związek siedział okrakiem na barykadzie, ale twardo reprezentował ludzi pracy.” Kronika tej twardej reprezentacji byłaby długa. Częściowo można się z nią zapoznać na łamach Kuriera Związkowego.
 
W grudniu 2002 r. „Sierpień 80” wraz z innymi związkami zawodowymi działającymi w górnictwie podpisał porozumienie z rządem. „To porozumienie było punktem zwrotnym w najnowszej historii górnictwa. Rząd chciał likwidować kolejne kopalnie. Tymczasem powstała Kompania Węglowa, największy producent węgla kamiennego w Europie, która dobrze radzi sobie na rynku. To w jakimś stopniu zasługa Daniela, że potrafił przekonać do swoich racji nie tylko innych związkowców, ale także środowiska samorządowe oraz naukowe. Pokłosiem tego był list naukowców do premiera Millera przeciwko planom likwidacji kopalń”, mówi Ziętek w Nowym Robotniku. Gdy podpisano to porozumienie, Ziętek wyjaśniał w Kurierze Związkowym: „Żaden górnik nie stracił pracy. W kompani obowiązywać będą dotychczasowe układy zbiorowe byłych spółek węglowych. Rządowi nie udało się odebrać górnikom uprawnień zawartych w układach zbiorowych. Jeszcze w połowie grudnia ówczesny minister gospodarki Jacek Piechota głośno mówił o konieczności pozbawienia górników «barbórki» i czternastej pensji. Zamiary te zostały udaremnione. W kompani górnicy objęci są dotychczasowymi układami zbiorowymi, co gwarantuje im realizacje wszystkich zapisanych w nich świadczeń. Pierwszym tego efektem było wypłacenie w ostatnich dniach we wszystkich kopalniach kompanii czternastej pensji. Powstanie Kampanii Węglowej w składzie wszystkich działających kopalń, z przejęciem zatrudnionych w nich górników i układów zbiorowych, nie jest zgodne z intencjami Ministerstwa Gospodarki, które w swoich wcześniejszych założeniach nie dopuszczało myśli o tym, że w kompani obowiązywać będą dotychczasowe zapisy układów. Rząd przewidywał również, że już w chwili powstania kompani część z kopalń do niej nie wejdzie i automatycznie skazane zostaną na likwidację. Te plany rządu zostały zablokowane podpisaniem 11 grudnia porozumienia, w którym pod naciskiem związków zawodowych rząd musiał przyjąć wszystkie te gwarancje. Oczywiście, walka o górnictwo nie została zakończona. Ale jej pierwsza runda zakończyła się klęską tych, którzy chcieli likwidować górnictwo, a górnikom zabrać ich uprawnienia. Warto przy okazji zauważyć, że pod porozumieniem gwarantującym górnikom pracę i uprawnienia układowe nie podpisała się «Solidarność». Ta sama «Solidarność», która ponosi odpowiedzialność za realizowany w latach 1997-2001 AWS-owski program likwidacji górnictwa. Program, w którego ramach zamknięto około 20 kopalń, zlikwidowano w górnictwie ponad 100 tysięcy miejsc pracy, a górnicze wynagrodzenia zamrożono na cztery lata. «Solidarność» do końca chciała przedłużenia na kolejne lata swojego AWS-owskiego programu, w którym wszystkie te szkodliwe dla branży i załóg górniczych elementy są zapisane.”
 
Po śmierci Podrzyckiego, na IV Krajowym Zjeździe Delegatów WZZ „Sierpień 80” Ziętek mógł z czystym sumieniem i uzasadnioną dumą oświadczyć: „Cztery lata temu chciano realizować plan likwidacji kolejnych – od siedmiu do dwunastu – kopalń, zwalniać górników, odebrać im zapisane w układzie uprawnienia. To WZZ «Sierpień 80 stał na czele protestów przeciwko tym zamierzeniom. Zorganizowaliśmy opór związków zawodowych, przekonaliśmy środowiska samorządowe i naukowe do tego, aby stanęły w obronie górnictwa, ramię w ramię z nami. Dziś górnictwo ma przyszłość. Przyszłość ma polski węgiel. Udało się obronić kopalnie i górnicze uprawnienia. Dziś do górnictwa są przyjmowani kolejni pracownicy. Otworzono – rzecz nie do pomyślenia jeszcze niedawno – szkoły górnicze, które mogą kształcić dla potrzeb branży nowe kadry; niejednokrotnie są to dzieci obecnych górników, choć nie tylko. Górnictwo ma przed sobą przyszłość. I to oczywiste dla nas zawsze zdanie dziś już nie budzi kpiących uśmieszków. Nie mam żadnych wątpliwości, że punktem zwrotnym dla branży było porozumienie zawarte z rządem po fali protestów, w dniu 11 grudnia 2002 r. Było to wielkie dokonanie związku, ale również osobisty sukces Daniela, bez którego nie byłoby ustępstw strony rządowej i nie byłoby tego porozumienia. Oczywiście, w dalszym ciągu przed górnictwem stoją kolejne zagrożenia, zwłaszcza teraz, kiedy do władzy dochodzi ta sama ekipa, która już w latach 1997-2001 reformowała branżę z wiadomym skutkiem. Tym zagrożeniom musimy się przeciwstawić. W stosunku do górnictwa węgla kamiennego, ale również węgla brunatnego, którego rola jest nie mniejsza, konieczne jest przyjęcie zasady, że potencjał polskiego przemysłu wydobywczego decyduje o samowystarczalności energetycznej kraju. Górnictwo węgla kamiennego i brunatnego jest sektorem o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego kraju i jako takie nie powinno podlegać w żadnej części ani formie procesom prywatyzacji. Prywatyzacja górnictwa węgla kamiennego i brunatnego to bardzo poważne zagrożenie dla całej gospodarki państwa. Prywatyzacja to również najpoważniejsze zagrożenie, przed którym stoją załogi tych zakładów pracy. WZZ «Sierpień 80» mówi stanowcze NIE wszelkim próbom prywatyzacji górnictwa. Nie godzimy się również na ograniczanie mocy wydobywczych polskiego górnictwa. Gospodarka narodowa oraz państwa Unii Europejskiej wykazują coraz większe zapotrzebowanie na energię, co otwiera przed polskim górnictwem dobre perspektywy. Ograniczanie mocy produkcyjnych polskiego górnictwa byłoby działaniem na szkodę interesów państwa polskiego i gospodarki. Niedopuszczalne są również wszelkie próby dalszego obciążania załóg górniczych kosztami restrukturyzacji branży. Przeciwstawiamy się stanowczo wszelkim próbom ograniczania uprawnień górniczych, zawartych w układach zbiorowych pracy, a także wszelkim próbom odebrania górnikom należnych im uprawnień emerytalnych.”
 
Działacze innych związków zawodowych symptomatycznie określają „Sierpień 80” jako „związek skrajny”, bo twardo broni praw, godności i interesów pracowników, a więc stoi na klasowych pozycjach robotniczych. Organizacja ta korzystnie wyróżnia się na tle głębokiego impasu i ciężkiego kryzysu dzisiejszego polskiego ruchu związkowego. Bardzo podzielony, wykazuje się on niskim stopniem uzwiązkowienia pracowników najemnych i katastrofalnie niską wiarygodnością społeczną; mówiąc słowami przywódców „Sierpnia 80”, odgrywa rolę pośrednika między pracownikami a pracodawcami i siedzi okrakiem na barykadzie. Ugina się pod ciężarem bezwładnej i bezwolnej biurokracji, nieraz bardzo skutecznie korumpowanej przez firmy kapitalistyczne, uległej wobec agresywnie antyrobotniczej polityki kolejnych rządów strzegących interesów kapitału, wspierającej partie polityczne, które po prawej i lewej stronie reprezentują te interesy i w rezultacie nieuchronnie, raz po raz, przegrywającej walkowerem walki klasowe. 
 
Cała dotychczasowa historia „Sierpnia 80” stanowi bardzo ważny przyczynek do studiów i refleksji nad warunkami rozwoju i ewolucją współczesnej świadomości i polityki robotniczej w Polsce. Żyjemy w kraju, w którym rzekomo w obronie socjalizmu władza rzekomo reprezentująca klasę robotniczą stłumiła rewolucję robotniczą, pogrzebała szanse odrodzenia socjalizmu i dała upust nabrzmiałym w jej własnym łonie tendencjom restauratorskim. Na domiar złego, przywódcy niezależnego ruchu robotniczego zdradzili tę rewolucję i ten ruch, sprzymierzyli się z imperializmem i wespół z restauratorskim skrzydłem „komunistycznej” biurokracji doprowadzili do restauracji kapitalizmu. Świadomość środowisk robotniczych stanowiących bazę społeczną „Solidarności” i organizacji związkowych wywodzących się z „Solidarności” rozdarła ostra sprzeczność między poczuciem zwycięstwa odniesionego w 1989 r. a poczuciem klęski, które przyniosła restauracji kapitalizmu, utrata zdobyczy społecznych z czasów Polski Ludowej i brutalna restrukturyzacja, a raczej destrukturyzacja klasy robotniczej. Hegemoniczna na lewicy socjaldemokracja stała się jedną z rzeczniczek interesów kapitału, globalizacji neoliberalnej i udziału Polski w wojnach imperialistycznych. Przez ten cały czas na lewo od SLD nie ukształtowała się żadna alternatywna siła polityczna. W tych nielicznych środowiskach, które samookreślały się jako marksistowskie, identyfikacja z interesami klasy robotniczej nie wyszła poza wyznanie wiary. Wiodły one chroniczny żywot grupkowy; pozostawały poza realnym ruchem robotniczym i nie wywierały nań żadnego wpływu. Bywało nawet i tak, że skłonność do maskowania własnych niemocy politycznych owocowała takimi chimerami i ekstrawagancjami, jak np. oskarżenie przywódców „Sierpnia 80” przez jedno z tych środowisk o wyrodzenie się w biurokrację związkową. „Sekretarz KK WZZ «Sierpień 80» Bogusław Ziętek raczył się na łamach Wiadomości Kulturalnych odciąć od współpracy i znajomości z nami w kontekście tego, że [nasza grupa polityczna] «w programie swym nawiązuje do najbardziej radykalnych tradycji robotniczych, łącznie z poparciem dla idei dyktatury proletariatu»”, obwieściło to środowisko w 1996 r. „Nieprzypadkowy jest brak związku przedstawiciela związkowej biurokracji z tradycjami robotniczymi i dyktaturą proletariatu. Nie jest więc sprawą przypadku, że rozluźniliśmy swe związki z «Sierpniem 80», gdy jego dygnitarze przeprowadzili się do wytwornej siedziby z wielkimi lustrami.” Oto przykład zupełnego niezrozumienia zarówno tego, jak współcześnie w Polsce kształtuje się świadomość awangardy robotniczej, jak i tego, jak kształtuje się i czym naprawdę jest biurokracja związkowa. A owe lustra do dziś można obejrzeć w katowickiej siedzibie związku i przekonać się o wartości tego dowodu jego rzekomej biurokratyzacji, która w parę lat po powstaniu bojowej organizacji i nazajutrz po stoczeniu przez nią wielkiej walki strajkowej byłaby ewenementem bez precedensu w dziejach ruchu robotniczego.
 
Ogromne zamieszanie w świadomości robotników było nieuchronne i musiało utrudniać im identyfikację własnych – nie tylko historycznych, ale nawet bieżących – interesów. Pod takim czy innym względem tego zamieszania nie mogła uniknąć również organizacja robotnicza, w której świadomość klasowa najbardziej doszła do głosu. Ponadto, ze szczególną siłą w takich regionach, jak Śląsk, i takich gałęziach, jak górnictwo, świadomość tę kształtują osadzające się w naszym kraju struktury i procesy reprodukcji zależnego kapitalizmu. W obrębie światowego i europejskiego systemu kapitalistycznego spychają one Polskę na dawne pozycje kraju zależnego. Tam, gdzie „wyzysk narodowy dopełnia i potęguje wyzysk klasowy” (Trocki), zależny rozwój kapitalistyczny głęboko zniekształca warunki produkcji, którymi dysponuje społeczność narodowa, i uniemożliwia proletariatowi normalizację bazy strategicznej jego walki klasowej. Tam też nacjonalizm jest nieodłącznym składnikiem świadomości robotniczej. Rzecz w tym, jaki jest typ klasowy tego nacjonalizmu, bo w takich krajach istnieje również jego typ proletariacki, a więc – czy zaciemnia on i deformuje świadomość klasową, czy nie. Niektórzy marksiści wiedzą, że wielki irlandzki działacz związkowy i niepodległościowy, socjalista i rewolucjonista James Connolly miał rację, gdy na przełomie XIX i XX w., wbrew przemożnemu nurtowi mechanistycznemu i ekonomistycznemu w marksizmie, twierdził, że u narodów uciskanych i w krajach zależnych proletariacki typ nacjonalizmu i międzynarodowy socjalizm robotniczy nie są przeciwstawne, lecz komplementarne. (1) Wypracowanie takiego typu nacjonalizmu, zgodnego z interesami klasy robotniczej, jest jednak tak samo trudne, jak w ogóle wybicie się ruchu robotniczego na niezależność polityczną. Dopóki to nie nastąpi, świadomość klasową nieuchronnie zaciemniają ideologiczne „gotowce”: reakcyjne drobnomieszczańskie i burżuazyjne formy nacjonalizmu.
 
W styczniu 2000 r. „Sierpień 80” uczestniczył wraz z „Samoobroną”, Frontem Polskim i gen. Tadeuszem Wileckim w forum na rzecz powołania wyborczego Bloku Ludowo-Narodowego. Blok ten był efemerydą – zupełnym nieporozumieniem choćby dlatego, że Wilecki to zdeklarowany pinochetysta, podczas gdy przywódcy „Sierpnia 80” nie mieli wątpliwości, że – jak pisał Podrzycki – gen. Pinochet był „brunatnym generałem, działającym w interesie obcego kapitału, na wniosek prawicy”, a „prezydent Salvador Allende został obalony przez wojskową juntę Augusto Pinocheta m.in. za to, że podniósł rękę na «wolnorynkowe interesy» amerykańskiego megaholdingu miedziowego ITT”. W 2001 r. „Sierpień 80” wszedł w skład koalicji wyborczej „organizacji politycznych, społecznych, gospodarczych i zawodowych reprezentujących środowiska narodowe i niepodległościowe” pod nazwą Alternatywa – Ruch Społeczny, zawiązanej przez KPN-Ojczyznę i grupę działaczy wywodzących się ze Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. W tej koalicji znalazły się różne prawicowo-radykalne i skrajnie prawicowe organizacje nacjonalistyczne, m.in. Narodowe Odrodzenie Polski/Sojusz Nowych Sił, a na zaproszenie koła parlamentarnego Alternatywa do Polski przyjechał wówczas z Francji Bruno Gollnisch, sekretarz lepenowskiego Frontu Narodowego.
 
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Kurierze Związkowym pojawiły się liczne antyneoliberalne analizy ekonomiczne, propozycje alternatyw gospodarczych i inne materiały pochodzące z Instytutu Schillera. Instytut ten należy do nurtu politycznego, któremu przewodzi Lyndon LaRouche. W 1973 r. LaRouche przedzierzgnął swoją organizację amerykańską z lewicowej w skrajnie prawicową, stosując fizyczny terror wobec komunistów, ich zebrań, wieców i księgarń, a także trockistów, którzy kierując się zasadami polityki jednolitego frontu robotniczego pośpieszyli im na odsiecz. Później LaRouche wylansował pomysł Strategicznej Inicjatywy Obronnej (SDI), czyli „wojny gwiezdnej”, uzbroił w nią politycznie „rewolucję reaganowską” oraz zmobilizował dla niej poparcie w Europie Zachodniej i Japonii. Jak pisze René Monzat, czołowy francuski badacz skrajnej prawicy, organizacja LaRouche’a „z powodzeniem posłużyła za międzynarodowe lobby na rzecz najbardziej gigantycznego projektu amerykańskiego kompleksu przemysłowo-wojskowego”. Związki z tym kompleksem oraz z rzecznikami jego interesów – „konserwatywnymi i tradycjonalistycznymi elementami armii i wojskowego aparatu wywiadowczego” (to cytat z prasy laruszowskiej) – wyjaśniają, dlaczego laruszowcy identyfikują się z interesami kapitału produkcyjnego, namiętnie zwalczają kapitał finansowy i występują w roli radykalnych krytyków globalizacji neoliberalnej. Jasne, że przywódcy „Sierpnia 80” nie wiedzieli, co się kryje za dobrze zamaskowanym Instytutem Schillera. Tak czy inaczej, materiały laruszowskie znikły definitywnie z łamów Kuriera Związkowego bodaj od wiosny 2001 r.
 
„Czy w świetle tych faktów wiarygodne jest przejście Polskiej Partii Pracy na pozycje lewicowe?”, indagowali mnie niedawno działacze pewnego stowarzyszenia.
Tak, jest wiarygodne, ponieważ cały ten epizod był w historii „Sierpnia 80” anomalią polityczną. „Wszystkie sugestie, że Daniel był prawicowcem, to jest absolutne nieporozumienie. Daniel był gorącym patriotą i uważał, że wszystkie swoje siły należy poświęcić dla Polski, ale to nie miało nic wspólnego z nurtem prawicowym. Zawsze realizował cele społeczne, lewicowe. Cała jego działalność związkowa o tym świadczy. Od początku uważał, że związek nie może być na prawicowych pozycjach, bo byłoby to zaprzeczenie jego idei”, stwierdza Ziętek w Nowym Robotniku. W miarę jak w toku swojej działalności prowadzonej w obronie interesów robotniczych „Sierpień 80” gromadził doświadczenia polityczne, reakcyjne wtręty ideologiczne i koneksje polityczne ulegały wyparciu.

Wypierał je poziom świadomości klasowej, który materializował się w tej organizacji. Nie przypadkiem szło to w parze z tworzeniem Polskiej Partii Pracy opartej na WZZ „Sierpień 80”. Fundamentem, na którym Podrzycki, Ziętek i inni działacze „Sierpnia 80” postanowili budować partię, była świadomość antagonistycznego charakteru sprzeczności między pracą a kapitałem. Podrzycki tak pisał o tej sprzeczności w Trybunie: „Może zabrzmi to mocno marksistowsko, ale to jest walka klas. Pracodawcy i pracownicy znajdują się na dwóch przeciwstawnych pozycjach, niemożliwych do pogodzenia. Z jednej strony są interesy pracownicze, rozumiane również jako prawo do godziwego wynagrodzenia za rzetelną i uczciwą pracę. Z drugiej strony – interesy przedsiębiorcy, którego zadaniem jest maksymalizować zysk.” Polska Partia Pracy wyraźnie głosi, że kieruje się zasadą jedności interesów klasy robotniczej i ruchu robotniczego w skali międzynarodowej. W Liście do przyjaciół w Europie uchwalonym na kongresie w końcu października 2005 r. stwierdza ona: „W Polsce wiemy, że kapitalizm to wyzysk, deptanie praw pracowniczych, bezrobocie, ubóstwo i wykluczenie. Postulaty ludzi pracy z Polski i Europy Zachodniej są takie same. To Wasza i nasza walka. Przeciwstawiamy się wszelkim próbom antagonizowania ludzi pracy w Europie. Wiemy, że sukces możemy odnieść tylko razem. Głęboko wierzymy, że wspólny front europejskiej lewicy może skutecznie przeciwstawić się agresji wielkiego kapitału i nowym formom wyzysku. Zorganizowany atak na zdobycze socjalne i prawną ochronę pracy jest w rzeczywistości atakiem na demokrację. Polska Partia Pracy, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, deklaruje gotowość do współdziałania ze wszystkimi siłami autentycznej lewicy w Europie, które są gotowe stanąć w obronie ludzi wyzyskiwanych i wykluczonych.”
Utworzenie partii związkowej to jeden z klasycznych sposobów budowy partii robotniczej znanych z historii międzynarodowego ruchu robotniczego. Warto tu przypomnieć stanowisko, które zajął Lew Trocki w dyskusjach ze swoimi towarzyszami amerykańskimi w 1938 r., gdy w amerykańskim ruchu związkowym pojawiły się inicjatywy na rzecz utworzenia partii pracy opartej na związkach zawodowych. Trocki wskazywał, że gdy budowa partii rewolucyjnej nie nadąża za rozwojem walk klasowych, jak to właśnie działo się w Stanach Zjednoczonych, lewica rewolucyjna powinna poprzeć takie inicjatywy i że „wszelka organizacja rewolucyjna, która zajmie negatywne lub neutralnie wyczekujące stanowisko wobec takiego postępowego ruchu, skaże się na izolację i sekciarskie zwyrodnienie”. Jeśli jest to możliwe, powinna wziąć udział w tworzeniu i budowie partii związkowej, a jednocześnie proponować dla niej określony program – „nie zajmować się abstrakcyjnymi formułami, lecz rozwijać konkretny program działania i postulatów tak, aby ten program przejściowy wyrastał z obecnych warunków społeczeństwa kapitalistycznego, ale bezpośrednio wykraczał poza kapitalizm.”. Mówił w związku z tym: „Czy opowiadamy się za utworzeniem reformistycznej partii pracy? Nie. Czy opowiadamy się za polityką, która może stworzyć związkom zawodowym możliwość zaciążenia na układzie sił? Tak. Może ona stać się partią reformistyczną – to zależy od rozwoju sytuacji.

Tu staje kwestia programu.” Wyjaśniał: „Musimy mieć program postulatów przejściowych, z których najpełniejszy to postulat rządu robotniczo-chłopskiego. Opowiadamy się za partią – za niezależną partią mas pracujących – która przejmie władzę w państwie. Musimy to skonkretyzować – jesteśmy za tworzeniem komitetów fabrycznych, za kontrolą robotniczą nad przemysłem sprawowaną poprzez komitety fabryczne.”
Przypomnijmy, że w Polsce takie komitety zaraz po wojnie nazywano radami zakładowymi, w 1956 r. radami robotniczymi, a w 1981 r. radami pracowniczymi. Trocki mówił dalej: „Po pierwsze, są miliony bezrobotnych, a rząd twierdzi, że nie może im płacić więcej i kapitaliści mówią, że nie mogą wnosić większych składek, chcemy więc mieć dostęp do księgowości tego społeczeństwa. Kontrole dochodów należy zorganizować poprzez komitety fabryczne. Robotnicy powiedzą: chcemy mieć własnych statystyków, wiernych klasie robotniczej. Jeśli jakaś gałąź przemysłu pokaże, że naprawdę jest zrujnowana, odpowiemy: proponujemy, żeby was wywłaszczyć. Pokierujemy nią lepiej od was. Dlaczego nie macie zysków? Z powodu chaotycznej kondycji społeczeństwa kapitalistycznego. Mówimy: tajemnice handlowe to konspiracja wyzyskiwaczy wymierzona w wyzyskiwanych, fabrykantów przeciwko pracującym. W czasach wolnej konkurencji twierdzili, że tajemnica jest potrzebna do ich ochrony. Lecz teraz nie maja tajemnic przed sobą – mają je tylko przed społeczeństwem. Ten postulat przejściowy jest również krokiem w kierunku kontroli robotniczej nad produkcją jako planem przygotowującym do zarządzania przemysłem. Wszystko powinni kontrolować robotnicy, którzy jutro będą panami społeczeństwa. Wezwanie do zdobycia władzy wydaje się robotnikom amerykańskim nielegalne, fantastyczne. Lecz jeśli powiecie: kapitaliści odmawiają płacenia zasiłków bezrobotnym i ukrywają przed państwem i robotnikami swoje realne zyski fałszując księgowość, robotnicy zrozumieją tę formułę. Jeśli powiemy farmerowi: bank cię oszukuje. Ma ogromne zyski. Proponujemy ci utworzenie komitetów farmerskich, żeby zbadać księgowość banku. Każdy farmer to zrozumie. Powiemy: farmer może ufać tylko sobie; pozwólcie mu stworzyć komitety, które kontrolowałyby kredyty rolnicze; farmerzy to zrozumieją. Zakłada to buntownicze nastroje wśród farmerów; tego nie można dokonać każdego dnia. Lecz zaszczepienie tej idei masom i naszym własnym towarzyszom jest absolutnie konieczne, i to natychmiast.”

Od 1992 r. twierdziłem (na łamach pisma socjalistycznego Dalej!, które wówczas redagowałem), że budowa niezależnej partii robotników i pracowników opartej na związkach zawodowych może okazać się celowa i konieczna w Polsce. Wiosną 1999 r., w związku z restrukturyzacją polityczną SLD (przekształceniem go w partię), w OPZZ pojawiły się (na łamach Nowego Tygodnika Popularnego) co prawda nieliczne, ale znamienne głosy, że reprezentacji politycznej związków zawodowych skupionej w tej centrali nie powinno się powierzać SLD, lecz że należy stworzyć w tym celu własną partię związkową. A propos tej dyskusji pisałem wówczas: „Po pierwsze, opowiadamy się za całkowitą niezależnością związków zawodowych od wszelkich partii – co nie wyklucza ani indywidualnej przynależności związkowców do różnych partii, ani zbiorowego zawierania przez związki sojuszy czy porozumień z partiami, ani tworzenia przez związki własnej partii. Po drugie, uważamy, że posiadanie przez związki zawodowe własnej partii – tzn. partii stanowiącej polityczne narzędzie działalności związkowej – jest ważnym czynnikiem zachowania niezależności politycznej przez ruch związkowy i że tylko istnienie takiej partii może rozwiązać problem reprezentacji politycznej ruchu związkowego. Po trzecie, nie tylko w interesie tego ruchu, ale całej klasy pracującej i całego ruchu robotniczego, opowiadamy się za budową takiej partii.” Zaznaczyłem przy tym, że partia związkowa „nie powinna być nastawiona tylko – ani nawet głównie – na udział w wyborach i działalność parlamentarną, lecz rozwijać codzienną działalność polityczną tam wszędzie, gdzie pracują, żyją i bronią swoich interesów ci, których interesy ona reprezentuje” i że gdyby okazało się to możliwe, „w takiej partii nasza własna partia – ta, którą staramy się zbudować na podstawie programu Czwartej Międzynarodówki – działałaby jako jeden z nurtów”.

Polskiej klasie robotniczej jest pilnie potrzebna odbudowa politycznych form ruchu robotniczego. Na podstawie bilansu fiaska dwudziestu lat własnych i cudzych prób budowy partii rewolucyjnej w Polsce, latem 2002 r. pisałem w Czerwonym Salonie, że dziś największym dramatem tej klasy jest brak partii robotniczej. Bez takiej partii nie może ona mieć własnej reprezentacji politycznej, a ruch robotniczy nie ma szans uzyskać niezależności politycznej. Trzeba czym prędzej zaradzić tej sytuacji, gdyż walka klasowa nie będzie czekała ze swoim rozwojem i im bardziej będzie narastała, tym bardziej dramatyczny będzie brak takiej partii, „tym łatwiej walka ta, pozostawiona swojej żywiołowości, będzie szła w rozsypkę i wypalała się bezpłodnie lub będzie sprowadzana na manowce przez klasowo obce siły polityczne”. Pisałem również, że partia robotnicza powinna być otwarta dla tych wszystkich, którzy „dążą do obalenia kapitalizmu i budowy socjalizmu bez względu na to, czy uważają, że dokona się to na drodze rewolucji, czy na drodze reform”, czyli innymi słowy, że nie może być z góry „odgrodzona strategicznie”. W walkach klasowych, których nie należy mylić z proklamacjami literackimi, odgradzanie się nurtów rewolucyjnego i reformistycznego krystalizuje się w toku takich walk, na gruncie doświadczeń nagromadzonych przez partię robotniczą, różnicowania się, ścierania i wyodrębniania tendencji wewnątrzpartyjnych.

Ci, którzy z odgrodzenia strategicznego czynią wstępny warunek tworzenia partii robotniczej, głosząc ultymatywnie, że jej aktem założycielskim musi być odgrodzenie się od reformistów, określenie się jako partia rewolucyjna, proklamowanie, że zmierza ona do dyktatury proletariatu itd., dokonują czysto ideologicznego zabiegu. Pozwala on budować partie tylko na papierze, czyli zamki na lodzie. Po niemal ćwierćwieczu podejmowania różnych takich prób, z których nic nie wyszło, czas przyjść po rozum do głowy i konia postawić wreszcie przed wozem, co właśnie uczynili działacze „Sierpnia 80”, zamiast stawiać wóz przed koniem, jak czyniono to dotychczas.

W ciągu minionych kilkunastu lat polska klasa robotnicza utraciła niemal wszystkie swoje zdobycze społeczne. Pilnie potrzebuje politycznych środków walki w obronie tego wszystkiego, co z nich jeszcze pozostało, i o ich odzyskanie. Chyba bardziej niż z jakiegokolwiek innego powodu, właśnie z tytułu utworzenia pierwszej partii robotniczej Podrzycki przejdzie do historii polskiego ruchu robotniczego. Jeszcze jest to partia w stadium zalążkowym. Opiera się na jednym mniejszościowym związku zawodowym. Jej założenie to dopiero pierwszy krok, ale takiego kroku nikomu innemu nie udało się zrobić. Bez względu na to, jak potoczą się dalsze losy tej partii, kości już zostały rzucone. Jeśli przeżyje ona śmierć Podrzyckiego i chwyci wiatr w żagle, a jest taka szansa, stanie się naturalnie wiodącym czynnikiem przegrupowania i rozwoju sił lewicy antykapitalistycznej na podstawie robotniczej, a więc na jedynym gruncie, na którym jest to możliwe – w łonie ruchu robotniczego.

Daniel Podrzycki nie żyje. Walka trwa.

Artykuł ukazał się w Rewolucji nr 4, 2006.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

UPA