Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 15 gości.

Eddie Ford: Zakażenie rozprzestrzenia się do rdzenia

Kryzys w strefie euro

 
Eddie Ford: Zakażenie rozprzestrzenia się do rdzenia

Narastający kryzys w strefie euro oraz możliwość niewypłacenia się USA ze swoich długów może wywołać kolejny globalny kryzys gospodarczy, pisze Eddie Ford - jeszcze więcej ataków na klasę robotnicza.

W odpowiedzi na światowy kryzys gospodarczy w latach 2007-08, rządy na całym świecie uciekły się do ogromnej interwencji państwa w celu uniknięcia całkowitego upadku systemu kapitalistycznego. Ideologiczne szybolety, czy zobowiązań z manifestów, wyleciały przez okno, w miarę jak rozprzestrzeniała się panika.
Po katastrofie Lehman Brothers, któremu pozwolono zbankrutować z ponad 600 mld dolarów w aktywach - powodując tym samym światowy kryzys gospodarczy subprime - administracja Busha stała się "socjalistyczna" z dnia na dzień i skutecznie znacjonalizowała duże sektory bankowości i ubezpieczeń. Dodatkowo, Bush zdecydował się wydać 168 miliardów dolarów na pakiet pomocowy, lub na szał wydawania - zawierający rozbudowany system kredytów hipotecznych subsydiowanych przez państwo - tak, aby show mógł trwać.
 
 
Podobne środki zostały podjęte w Wielkiej Brytanii. Po pewnym charakterystycznym wykręcaniu się, Gordon Brown znacjonalizował Northern Rock - wbrew zjadliwej Torysowskiej opozycji oczywiście, z aktualnym kanclerzem (Georgem „Wszyscy jesteśmy na tej samej łodzi” Osbornem) przewodzący laissez-fairowskiej bandzie. Te nadzwyczajne środki keynesowskie tymczasowo opóźniły roztrzaskanie systemu kapitalizmu i wyprodukował kilka "zielonych pędów" ożywienia. Ale panował strach, że poprawa, jaka miała miejsce, może z łatwością ulec regresji - czy to ze względu na krótkoterminową rządową politykę podatkową i wydatkową lub cykliczną niestabilnośekonomiczną / finansową. Otchłań ciągle nawoływała.
 
 
 
Najgorszy scenariusz oczywiście głosił, że toksyczne zadłużenie Grecji, Irlandii, Portugalii i Hiszpanii zacznie zżerać główne gospodarki: przerażające zakażenie. Niepokojąco, ale nieco nieuchronnie, ten koszmar wydaje stawać się rzeczywistością – udowodniają to dwa ostatnie tygodnie we Włoszech, trzeciej co do wielkości gospodarce strefy euro, która znajduje się w konwulsjach z powodu kryzysu zadłużenia. Do tej pory Włochy wytargowały miłosierdzie spekulantów – dając wrażenie, że mają dług pod kontrolą.
 
 
 
Ale trzeba wypić piwo, którego się nawarzyło – to znaczy, zakumulowany dług publiczny Włoch równy 120% PKB. Jednak kraj będzie miał jeszcze minimum 900 miliardów euro (793 miliardów funtów) „dojrzewającego” długu w ciągu najbliższych pięciu lat. Zwolennicy zaciskania pasa twierdzą teraz, że taka sklerotyczna gospodarka zawsze będzie niezwykle wrażliwa – tylko czekać na kryzys. I teraz Włochy muszą połknąć lekarstwo – wart 45 mld euro (32 mld funtów) pakiet środków ograniczających deficyt w celu „zbilansowania budżetu” do 2014 roku – tj. drastycznych cięć w połączeniu z podwyżką podatków. Przepchnąwszy pakiet przez parlament, minister finansów Giulio Tremonti miał nadzieję, „wysłać silny sygnał do rynków” i uniknąć wejścia do grona „świń”i – Grecji, Portugalii, Irlandii i Hiszpanii. Niestety, dla niego, Liga Północna – koalicyjny partner Silvio Berlusconiego – chce tka naprawdę, podobnie jak wielu członków Partii Republikańskiej w USA, cięć podatkowych (dla biznesu), aby zachęcić do „przedsiębiorczości”.
 
 
 
Problem polega na tym, że z jakiegokolwiek powodu, inwestorów (czytaj spekulantów) nagle ogarnął lęk co do rozwoju sytuacji we Włoszech. Stąd spadek na rynkach, praktyczne zaowocowało tym, że zyski z obligacji dla włoskiego zadłużenia wzrosły do wartości najwyższej od dziewięciu lat – i, oczywiście, wzrost zysków z obligacji oznacza, że oprocentowanie, które Włochy muszą spłacić również rośnie – wynik jest taki, że Włochy muszą biec, aby stać w miejscu. Rozpaczliwie, Tremonti porównał kryzys strefy euro do Titanica – gdzie „nawet pasażerowie pierwszej klasy nie mogą się uratować”.
 
 
 
Co do Grecji, nie warto nawet mówić, jej położenie zmienia się ze złego na gorsze… i potem na jeszcze gorsze. Obecnie kraj pozostaje odcięty od rynków kapitałowych, uniemożliwiając mu pożyczanie na rzecz obsługi kolosalnego długu na 355 mld euro. Jeśli nie liczyć na boską interwencję, Grecja prawie na pewno nie wywiąże się z długów, co potwierdzają najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które przewidują, że greckie zadłużenie może wzrosnąć do 172% lub więcej dochodu narodowego, podczas gdy PKB skurczy się o 3,8% w tym roku. Aby Grecja mogła wrócić znad krawędzi ekonomicznej destrukcji, twierdzi MFW, „istotne jest, aby władze realizowały swój program fiskalny i prywatyzacyjny w sposób szybki i zdecydowany” – biorąc pod uwagę, że „dynamika zadłużenia wykazują niewielkie możliwości odchylenia”. Mówiąc innymi słowy, grecki rząd musi rozpocząć jeszcze bardziej zaciekłe ataki na klasę robotniczą i jeszcze bardziej obniżyć poziom i warunki życia.
 
 
 
Mają teraz miejsce chaotyczne plany „przełożenia” lub „restrukturyzacji” długu Grecji, aby oprzeć go na „zrównoważonych podstawach” – takich jak dalsze obniżanie stóp procentowych na poręczenia pożyczki i/lub szeroko zakrojony program kupna-skupu obligacji. W szczególności Niemcy, które wydały ogromne sumy, próbując podtrzymać Grecję i uratować strefę euro, chętnie widziałyby, jak prywatni posiadacze obligacji biorą na siebie część ciężaru.
 
 
 
Jednakże wszystkie te plany wymagałyby od banków „strzyżenia” – tzn. strat z inwestycji. Co z kolei naraża banki w trudnej pozycji, nasilając obawy, że rządy będę musiały je ratować – znowu. Błędne koło, oczywiście. I wysoce niepożądany zbiór okoliczności, delikatnie mówiąc, dla inwestorów różnej maści – zaczynających podejrzewać, że jeśli wypadki dalej będą toczyły się w ten sposób, będą oni w szczególny sposób dotknięci włoskim, hiszpańskim, irlandzkim i portugalskim długiem. Podejrzenia te​​przybrały na silę po oświadczeniu ministrów finansów ze strefy euro z 11 lipca, które wyraźnie daje do zrozumienia, że osiągnięto porozumienie w sprawie „wzrostu elastyczności i zakresu” europejskiego instrumentu stabilności finansowej - mechanizmu pożyczek dla krajów inaczej niebędących w stanie uzyskać dostępu do rynków finansowych lub kredytu. Było to postrzegane jako preludium do "trudnej sytuacji" zakupu peryferyjnych długu z powrotem na niekorzystnych cenach, zmuszając banki do ponoszenia strat. Straty, straty, wszędzie straty - ale gdzie są zyski?
 
 
 
Z pewnością był to pogląd agencji ratingowej Fitch, która jeszcze bardziej obniżyła pozycję Grecji - tym razem o trzy punkty do oceny CCC z poprzedniej B-plus. Wyraziła obawę, że 30 mld euro (26 mld funtów), które Grecja ma nadzieję zdobyć dzięki programowi prywatyzacji w oparciu o „w dużej mierze niewymierny udział sektora prywatnego”. Podczas gdy sprzedaż aktywów w wysokości 5 miliardów w 2011 r. „wygląda na osiągalną”, potem „program prywatyzacji będzie coraz trudniejszy”ii. Innymi słowy, Fitch nie wierzy w bzdury o sektorze prywatnym przychodzącym z pomocą. Grecki rząd twierdził, że obniżka była „oszałamiająca”, ale zawadiacko utrzymywał, że działania Fitch „nie mają wpływu na grecki system bankowy, a stanie się to jasne, jak tylko nowy program wejdzie w życie”. Pomarzyć można.
 
 
 
Inne agencje ratingowe uczyniły to samo, naturalnie. Polują w stadach. Moody’s 12 lipca obniżył rating długu Irlandii do niebezpiecznego poziomu, powołując się na „rosnące prawdopodobieństwo, że udział prywatnych wierzycieli będzie wymagany jako wstępny warunek dodatkowego wsparcia”. Tydzień wcześniej obniżył status Portugalii, nazywając ją „nową Grecją”. Dotknięty przez rozwój wypadków, rząd irlandzki narzekał, że przeklasyfikowanie było „niesprawiedliwe” – podczas, gdy Richard Bruton, nieco myląco nazywany ministrem ds. „zatrudnienia, przedsiębiorczości i innowacji”, powiedział, że Irlandia została „wplątana” w problemy „innych, słabszych członków” strefy euro. Więcej niż nieprzekonująco, Bruton utrzymywał, że kraj jest „na drodze” do celu uzgodnionego z - lub narzuconego przez - MFW. Ale reklasyfikacji Irlandii przez Moody’s, stwierdził z żalem, zagraża „naprawie [gospodarki]”.
 
 
 
Zachowanie agencji ratingowych tak zdenerwowało komisarza ds. wspólnego rynku UE, Michela Barniera, że groził wypowiedzeniem „wojny” trzem wielkim agencjom, które kontrolują 90% sektora ratingowego: Standard & Poor, Moody’s i Fitch. Uwagi te miały miejsce po atakach komisarz Viviane Reding, która powiedziała, że „kartel” agencyjny powinien zostać „zmiażdżony”, ponieważ próbował „decydować o losie” Europy i jej wspólnej waluty. Barnier nawet zasugerował, żeby „zakazać” agencjom udzielania ocen ratingowych ratowanym krajom strefy euro: Grecji, Portugalii i Irlandii – ale „to tylko pomysł”, szybko dodał. Oczywiście niezmordowana pogoń za wartością dodatkową i system spekulacji rynkowych same w sobie nie ponoszą żadnej winy.
 
 
 
Amerykańskie odkrycie kart
 
 
 
Kiedy patrzy się na wydarzenia po drugiej stronie Atlantyku - z USA balansującym na krawędzi przepaści - oczywiste jest, że sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Mamy teraz w „samo południe” pomiędzy administracją Obamy i republikańską Izbą Reprezentantów w związku z „sufitem długu”, który osiągnął 14,3 bilionów dolarów prawnie dopuszczalnego maksimum.
 
 
 
Aby przekonać Republikanów do zgody na jego pilne podwyższenie Obama przedstawił „pakiet kompromisowy” proponujący 4 biliony dolarów oszczędności w ciągu 10 lat – sygnalizując definitywny koniec neokeynesizmu lat 2008-09. Ale jego część stanowi bilion dolarów, który miałby pochodzić z podwyższenia podatków dla najbogatszych. Szef budżetu Białego Domu, Jack Lew, powiedział, że „nie byłoby sprawiedliwie kazać płacić seniorów”, jednocześnie „nie biorąc pod uwagę najbardziej uprzywilejowanych”. Nieważne czy zbyt pewnie siebie czy nie, Lew powiedział, że „dług zostanie zwiększony” przez „odpowiedzialnych” członków Kongresu – w przeciwieństwie do „tych nielicznych głosów, które chcą igrać z Armagedonem”.
 
 
 
Ale związani z Tea Party, obniżający podatki, wyrównujący budżet fundamentaliści w Partii Republikańskiej nie dają po sobie poznać chęci ustąpienia – albo to, albo wznoszą ryzykanctwo na nowe wyżyny. Jednym z „tych nielicznych głosów” jest republikańska kandydatka na prezydenta, Michele Bachmann – przy której Sarah Palin wygląda jak wzór postępowego liberalizmu. Na przykład, Bachmann twierdzi, że globalne ocieplenie to „oszustwo” i wyraziła opinię, że Obama, razem z kilkoma niewymienionymi z nazwiska członkami Kongresu, posiada „antyamerykańskie poglądy”iii. Utrzymywała w zeszłym tygodniu, że będzie głosować przeciwko podniesieniu sufitu długu niezależnie od wyniku negocjacji. Czyli chyba jednak brak pola manewru.
 
 
 
Departament Skarbu USA ma czas do 2 sierpnia, aby podnieść limit zadłużenia albo zaryzykować natychmiastowe wyczerpanie pieniędzy federalnych – co teoretycznie może doprowadzić do faktycznego zlikwidowania wszystkich „zbędnych” dziedzin rządu (tak, że nauczyciele, itp. Nie dostaną pensji, itd.). Analitycy twierdzą, że aby dać Kongresowi czas na niezbędną, prawną, papierkową robotę potrzebnych w celu podniesienia pułapu, ugoda musiałaby być bliska skutku już 22 lipca – pozostawia to USA zaledwie kilka dni od potencjalnie katastrofalnej niewypłacalności.
 
 
 
Dlatego też, w miarę jak termin zbliżania się niczym ponury żniwiarz, sama wiarygodność finansowa - i zdolność kredytowa - rządu USA jest zagrożona. Niewiarygodnie, przywołuje to możliwość, zdegradowania samych Stanów Zjednoczonych przez agencje kredytowe, dzierżące najwyraźniej boskie moce. Nie tak dawno temu wyglądałoby to jak ekonomiczne science fiction. Ale Priya Misra z Bank of America Merrill Lynch ostrzega, że reakcja rynków na jakąkolwiek niewypłacalność – nawet tylko tymczasową – byłaby „drastyczna”; a nawet, że USA „mogą stracić jedne ze swoich najcenniejszych aktywów, bezpieczną przystań amerykańskich obligacji skarbowych, co może strukturalnie spowodować wzrost stóp obligacji”. Ryzyko niewypłacalności, choć małe, zmusiło Moody’s 13 lipca do obniżenia swoich prognoz dla długu publicznego USA z potrójnego A na ocenę „negatywną”. Standard & Poor wtórował mu następnego dnia, oświadczając, że do tego stopnia „nie są pod wrażeniem” negocjacji nt. długoterminowego budżetu, iż istnieje „szansa pół na pół”, że USA straci swoje potrójne A w ciągu następnych trzech miesięcy.
 
 
 
Opadająca spirala podwójnego kryzysu zadłużenia, zarówno w strefie euro jak i w USA, może potencjalnie odtworzyć kryzys z lat 2007-08, ale na jeszcze wyższym poziomie: ruina patrzy nam w twarz. Niektórzy wyobrażają sobie, lub marzą, że Chiny – ze swoim 9,5% wzrostem rocznym dla drugiego kwartału – przybędą kapitalizmowi na ratunek niczym Superman – lub przynajmniej jako „wyłącznik”. Raczej bańka mydlana.
 
 
 
Oczywiście, jeśli USA i strefa euro dalej będą pogrążać się w kryzysie – podwójnej recesji – wtedy plany uzdrowienia gospodarki George’a Osbourne’a, będące chorym żartem, pójdą na śmietnik. Oznacza to, że potrzebowałby planu B, ale oczywiście takiego nie ma – raczej plan A jeszcze raz; więcej zaciskania pasa, więcej cięć, więcej zwolnień, więcej ataków na klasę robotniczą. Tymczasem premie w City wyniosły w zeszłym roku 14 mld funtów i wzrosły podstawy wynagrodzenia dla najlepiej zarabiających w City – którzy mają się bardzo dobrze, wielkie dzięki.
 
 
 
Narastający kryzys po obu stronach Atlantyku pokazuje, że klasa polityczna żadnego prawdziwego pomysłu na naprawienie przewlekle zawodzącego systemu, któremu służy.


Przypisy:
[1] PIGS lub PIIGS [świnie] to nieschlebiający skrót używany głównie przez międzynarodowych analityków kredytowych, akademików i część prasy ekonomicznej na określenie gospodarek – i długów – Portugalii, Irlandii (początkowo Włoch [Italy]), Grecji i Hiszpanii [Spain] (http://tinyurl.com/ykbexpk).
 

[2] „The Daily Telegraph”, 13 lipca
 

iiihttp://www.msnbc.msn.com/id/27297028

Artykuł oryginalnie ukazał się 21 lipca 2011 w tygodniku „Weekly Worker”, miesięczniku Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii (CPGB) i jest dostępny pod linkiem : http://www.cpgb.org.uk/article.php?article_id=1004485
 

Społeczność

LENIN - rocznica