Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Bożena Krzywobłocka: Opowieść o Feliksie - część czwarta

220px-NKVD1936.jpg

Część trzecia: http://1917.net.pl/?q=node/6319

(na zdjęciu portret Feliksa Dzierżyńskiego podczas defilady na Placu Czerwonym w Moskwie w 1936 roku)

POJEDZIEMY ETAPEM...

Wychowany w warunkach ucisku narodowego i społecznego Dzierżyński zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później znajdzie się za kratą i na zesłaniu. Taki bowiem los przypadał wielu rodakom Feliksa i najświatlejszym Rosjanom.
Przed aresztowaniem, a zwłaszcza przed poznaniem carskich więzień etapowych, trudno było sobie nawet wyobrazić całą nędzę i upokorzenia, jakie przeżywali więźniowie. Przez trzy miesiące trwała wędrówka z Kowna do powiatowego miasta Nolińsk w guberni wiackiej. Po drodze, w Niżnim Nowogrodzie, Dzierżyńskiego wraz ze studentem N. Wieliczkinem i innymi więźniami politycznymi naczelnik więzienia celowo umieścił w jednej celi z 120 pospolitymi przestępcami. Przez całą drogę więźniom towarzyszyły brud i wszy, choroby i zaduch, nie mówiąc o złym traktowaniu. Nic dziwnego, że zesłańcy przybycie na miejsce osiedlenia traktowali jako wyjście na wolność. W liście do Aldony już z Nolińska pisał Feliks w tonie nie pozbawionym zgryźliwego nieco humoru:

„Drogę miałem nadzwyczaj przyjemną, jeżeli za takową można uważać pchły, pluskwy, baranki egipskie itp. Więcej siedziałem w turmach, niż byłem w drodze. Po Oce, Wołdze, Kamie i Wiatce jechałem parostatkiem. Nadzwyczaj to wygodna droga, zapakowali nas w tzw. «trium» (przestrzeń między pokładem a dnem statku) jak śledzie w beczkę, brak światła, powietrza i wentylacji powodowały taki zaduch, że mimo naszego adamowego negliżu czuliśmy się jak w najlepszej łaźni i tak było kilka razy po parę dni".
W Wiatce miał Dzierżyński dość niespodziewane spotkanie z samym gubernatorem Klingenbergiem, jednym z dwóch sprawców masakry w Krożach na Żmudzi. Gubernator miał nadzieję, że młody więzień będzie stanowił dla niego doskonały materiał do eksperymentu wychowawczego.
—Młody człowieku — odezwał się ojcowskim tonem — obejrzyj się w lustrze. Nie wyschło ci mleko pod nosem, a ty się bierzesz już za politykę...
—Winowat — przerwał mu Dzierżyński — ja tymczasem wezmę sobie krzesło i siądę... — I tu nie oczekując odpowiedzi chwycił krzesło i przysunąwszy je do biurka gubernatora najspokojniej sobie na nim usiadł.

Gubernator Klingenberg zaprzestał rozmowy w tonie ojcowskiej pobłażliwości. Dzierżyńskiego zabrano do miejscowego więzienia, gdzie dziewiętnaście dni poczekał na odprawienie go w dalszą drogę do Nolińska. Powiatowe miasto wiackiej guberni mogło się po takiej podróży wydać prawdziwym rajem, ale nie człowiekowi, który marzył o czynnym życiu. Tak więc oceniał swe najbliższe perspektywy w liście do Aldony:

„Jest kilku zesłanych z Moskwy i Pitra. Jest z kim więc pogadać, lecz bieda z tym, że dla mnie gadanie jest wstrętne, że pracować, pracować tak, bym czuł, że żyję nie na próżno — tu nie ma gdzie i nie ma nad kim. Będę się starał przynieść pośrednio jakąś korzyść, to jest uczę się teraz. Książek tu trochę jest. Jest biblioteka ziemska. Zaznajamiam się z działalnością ziemstw, których u nas dotychczas jeszcze nie ma. Chodzę już na spacery i zapominam o turmie, lecz niewoli nie zapominam, albowiem i teraz nie jestem wolny. Nastanie jednak czas, gdy będę wolny, a wówczas, wówczas zapłacę im za wszystko".

W Nolińsku była jedna fabryka tytoniowa. Feliks próbował w niej znaleźć sobie pracę. Skazany był bowiem na głodowanie — otrzymywał na wyżywienie 4 ruble 50 kopiejek na miesiąc i 1 rubel 50 kopiejek na mieszkanie. Praca w fabryce tytoniowej była jednak zbyt uciążliwa — chorował bowiem na oczy. Trudnił się również przepisywaniem. W Nolińsku przeżył Feliks nowe uczucie. Jego przedmiotem była Margarita Nikolewa, studentka III roku wyższych kursów dla kobiet w Petersburgu, starsza od Feliksa o cztery lata. Aresztowano ją w roku 1896 za wydawanie i rozpowszechnianie zakazanej literatury. Zesłano ją na trzy lata do Nolińska. Młodzi poznali się w drodze na zesłanie latem 1898 roku. Margarita odwiedzała Dzierżyńskiego w więzieniu w Wiatce. Ich kontakty trwały parę miesięcy w Nolińsku, kiedy to w gronie zesłańców politycznych dyskutowali na tematy społeczne i polityczne. Dyskusja w gronie przyjaciół — Rosjan pokazała młodemu zesłańcowi, jak wiele jeszcze powinien przeczytać, by mógł o sobie powiedzieć, że jest wykształconym marksistą. Napisze do Margarity z nowego zesłania: ,,W ogóle strasznie wiele przyjdzie mi popracować, żeby przyswoić sobie, jak należy, naukę marksowską i nie być tylko dogmatykiem".

Czytał więc dzieła ekonomiczne, studiował Sombarta, Milla, a także prace rosyjskich narodników. Fascynowała go filozofia. „Rozwój umysłu i wiedzy na zesłaniu bardzo są ważne, one dają siłę, czas przy nich mija twórczo, nie skarlejesz i możesz stanąć ponad wszystkimi przeciwnościami" — pisał do Nikolewej.

Nikolewa była osobą wykształconą, o wyraźnych zainteresowaniach historyczno-literackich. (W wiele lat później opublikuje monografię o Michale Lermontowie.)
Feliks nie chwalił się w listach do Aldony swoją Margeritą. Byłoby to zapewne wstrząsem dla całej rodziny, gdyby dowiedziała się, że przedmiotem uczuć Feliksa jest Rosjanka. Natomiast problem wzajemnych stosunków między kobietą i mężczyzną, problem stosunku do dzieci musiał nurtować zesłańca, poświęcał mu bowiem wiele miejsca w korespondencji z siostrą. Zwracał jej uwagę na tragiczny los dziecka robotniczego, powołując się na przykłady zaobserwowane w Nolińsku. Szczególnie ostro oceniał rodzinę burżuazyjną,twierdząc, iż:

"rodzina powstaje z przyczyn prawie wyłącznie komercyjnych, rzadko kiedy bezinteresownie. Po drugie kobieta-rozpustnica w rodzinie jest traktowana okrutnie, a mężczyzna-rozpustnik to fakt zwyczajny. Mężczyźnie u nas wszystko wolno, a kobiecie nie, czyż więc można zaliczyć do godnych chwały- taką rodzinę, w której z jednej strony istnieje kobieta-niewolnica, a z drugiej mężczyzna-despota, rodzinę, w której cele komercyjne grają najważniejszą rolę."

W tej dyskusji Feliksa z Aldoną dają się wyraźnie słyszeć echa poglądów „bestużewek", których przedstawicielką była właśnie Margarita. „Bestużewki" były to słuchaczki wyższych kursów naukowych dla kobiet, kierowanych przez prof. Bestużewa-Riumina, historyka Rosji.

Niebawem los zesłańca miał doprowadzić do rozstania Feliksa z Margaritą. Bo oto wysłano go zNolińska do Kajgorodskoje —o 500 wiorst dalej na północ — w lasy i błota. Do najbliższego miasta powiatowego odległość wynosiła 250 wiorst. Przyczyną tej decyzji gubernatora było doniesienie, że Dzierżyński ,,sieje wrogość do monarchii". Sam Dzierżyński przyzna po latach, że wyrzucił z pokoju carskiego policjanta, co zostało uznane za rzadko spotykaną krnąbrność zesłańca.

Nowe miejsce pobytu leżało nad Kamą, wieś liczyła sobie 700 mieszkańców. Ze wszystkich stron otaczały ją lasy, pełne niedźwiedzi, łosi, wilków i różnego ptactwa. Miliony komarów utrudniały życie mieszkańcom Kajgorodskoje. Mrozy zimą dochodziły do 40 stopni, a upały latem też do 40 stopni. Trudno było znaleźć mieszkanie, a za żywność i czynsz trzeba było płacić o wiele więcej niż w Nolińsku. W Kaju był szpital i miejscowy lekarz obiecywał, że w pół roku wyleczy chore oczy zesłańca. Dzierżyński starał się wieść uregulowany żywot tak, by wykorzystać czas na naukę i czytanie. Tak wyglądał jego rozkład dnia prezentowany Nikolewej:

„Od 8.00 do 10.00 godziny — herbata, sprzątanie, 10.00— 12.00 — język niemiecki, 12.00—2.00 — książki ekonomiczne, 2.00—5.00 — obiad, przechadzka, 5.00—7.00 — publicystyka i lekka lektura, 7.00—9.00 — herbata, 9.00—12.00 — pisanie i poważne książki. W niedzielę odpoczynek i wizyty."

Listy do Margarity zawierają rozważania Dzierżyńskiego na temat życia wieśniaków syberyjskich, wynurzenia na temat altruizmu i moralności.

„Kochać — to znaczy czegoś tam strasznie pragnąć. Czego — to zależy od całokształtu moralnego oblicza człowieka... to znaczy razem pracować, zawsze razem dążyć do lepszych dni i razem walczyć o nie, walczyć ze wszystkim tym złem, które przygniata i zniewala dusze i ciała nasze, i nie pozwala nam ani przez minutę być wesołymi i spokojnymi."

Prawie do końca kwietnia 1899 roku pisywał Dzierżyński listy do Margarity. Ich częstotliwość spadała w miarę, jak przedłużała się rozłąka: w styczniu napisał 13, w lutym — 7, w marcu i kwietniu — już tylko po jednym.

„Czyż kochać to znaczy tylko pragnąć być razem, patrzeć na siebie, odczuwać bliskość swych ciał? Nie! Kochać to znaczy (...) połączyć się duszą, przejąć wzajemnie od siebie wszystko, co najlepsze, obudzić się do życia".

Dzierżyński po paru tygodniach zwrócił się do władz z prośbą o przeniesienie do większego ośrodka ze względu na swą chorobę oczu. Może miał nadzieję na powrót do Nolińska? Zamiast zezwolenia na powrót otrzymał upomnienie za nielegalne zajmowanie się adwokaturą. Mieszkał w chacie wieśniaka i szybko pozyskał sobie zaufanie tubylców, którym pisał podania do władz. Miejscowe władze wyjaśniły gubernatorowi w Wiatce, że zesłaniec nie pobiera opłat za swe usługi oraz że nie chodzi do chłopów, a potrzebujący szukają go w jego stałej kwaterze. Urzędnicy w Kaju nie wiedzieli, że zesłaniec wykorzystuje każdą taką okazję, by uświadamiać swych petentów i uczyć ich tęsknoty do wolności.

Obcowanie ze wspaniałą syberyjską przyrodą stało się źródłem nowych emocji dla młodego człowieka, który tęsknił za Ojczyzną, jak o tym sam napisze z ogromną prostotą. Miał przy tym niezwykłe przygody, które na zawsze zachował w pamięci. Po latach opowiadał, że chłopi z Kaju podarowali mu małego niedźwiadka. Zwierzę było wesołe i figlarne. Feliks nauczył go służyć, tańczyć i łowić ryby. Miejscowe dzieci miały z niego wiele uciechy. Dzierżyński ze swym towarzyszem niedoli, narodnikiem Jakszynem, zabierali niedźwiadka na ryby. W odpowiednim momencie wołali do niego: „Misiu, łap rybkę!" Niedźwiadek rozumiał polecenie i z łódki skakał w wodę. Po chwili wracał ze szczupakiem lub sandaczem w pysku.

Ale kiedy niedźwiadek podrósł, odezwały się w łagodnym misiu instynkty dzikiego zwierzęcia. Dusił kury, rzucił się na krowę, którą pokaleczył. Trzeba było go wziąć na łańcuch, ale to nie pomagało: rzucał się na ludzi. Wreszcie zaatakował swego właściciela. Nie było wyjścia i niedźwiedź został zastrzelony. Ale Dzierżyńskiemu długo jeszcze żal było uroczego misia syberyjskiego.
Kiedyś popłynęli łódką polować na dzikie kaczki. Na jeziorze była wysepka, zarośnięta szuwarami, gdzie przebywały całe chmary dzikiego ptactwa. Nagle przeleciały nad głowami myśliwych dwa duże łabędzie. Dzierżyński strzelił i jeden z łabędzi spadł na wysepkę. Była to samica, samiec odleciał. Po chwili zaczął krążyć nad miejscem, gdzie leżała martwa łabędzica. Feliks strzelił do ptaka, ale chybił. Wówczas łabędź wzniósł się wysoko, zrobił nad wodą kilka okrążeń, wreszcie z całej siły rzucił się z wysokości do wody tak, że roztrzaskał sobie pierś o toń jeziora. Dowód wierności łabędziej wywarł silne wrażenie na niefortunnym myśliwym.

Ale nie pomagały emocje polowań — zesłaniec cierpiał na nostalgię. Nie leczyło tej choroby uganianie się po lasach i bagnach. Tęsknota przeszkadzała mu żyć, bo jak pisał:

„Myślałem, że oszaleję... Nie mogłem z nikim prawie rozmawiać z zimną krwią. W końcu doszło do tego, że nie mogłem słuchać dwóch słów do mnie przemówionych. Zacząłem myśleć o nirwanie. Z dniem każdym stawała mi się ona bardziej pożądana. Lecz — utracić przyszłość, nie wiedzieć, co dalej będzie, nie mieć w sobie już nigdy tętna życia — o, to okropne! Więc — co za tym idzie — zrobiłem ostatni wysiłek i uciekłem."

Po dziesięciu miesiącach pobytu w Kaju, a po przeszło dwóch latach, które upłynęły od uwięzienia na kowieńskim skwerze, Dzierżyński uciekł z zesłania w sierpniu 1899 roku. Od swej gospodyni wziął zapas jedzenia tylko na jeden dzień. Wiadomość o ucieczce zesłańca szybko otrzymał gubernator w Wiatce, natychmiast powiadomił Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz innych gubernatorów. Wszczęto poszukiwania, rozesłano listy gończe za zbiegiem.

Zarządzenie brzmiało: „Zrewidować, aresztować i przekazać do dyspozycji wiackiego generał-gubernatora, powiadamiając o tym departament policji".

Załączano także rysopis zbiega. Ale uciekinier nie miał ochoty na ponowne rozmowy z gubernatorem w Wiatce.

Przebył szczęśliwie dystans ponad 1500 km, jakie dzieliły go od Wilna. Pojawił się u swej siostry Aldony pod osłoną nocy, zarośnięty, zmęczony.

Marzył o powrocie do pracy rewolucyjnej, ale w Wilnie nie zastał już nikogo ze swych starych znajomych. Najbardziej wypróbowani w bojach działacze przebywali na zesłaniu. Trafił na moment, gdy Socjaldemokracja Litewska prowadziła pertraktacje z PPS o połączenie. Próbował temu przeciwdziałać z powodów ideowych, ale nie dopuszczono go do kontaktów z robotnikami.

Dzierżyński zdawał sobie sprawę, że nie może pozostać w Wilnie, gdzie był dobrze znany miejscowej policji, i że powinien przenieść się na taki teren, gdzie policja jeszcze go nie zna. Pojechał do Królestwa Polskiego i to w sposób legalny, ponieważ udało mu się kupić za dziesięć rubli fałszywy paszport.

We wrześniu 1899 roku Dzierżyński pojawił się w Warszawie. Przyjechał w dramatycznym momencie: rozbita aresztowaniami Socjaldemokracja Królestwa Polskiego faktycznie nie istniała. Trzeba więc było rozpocząć pracę od odbudowy partii. Brakowało literatury. Feliksowi udało się nawiązać kontakty ze Starym Rosołem, zwanym także Ojcem Rosołem, czyli Janem, i Antkiem — jego synem.

U Rosołów w niewielkim drewnianym domku na Ząbkowskiej w pobliżu Monopolu Spirytusowego zbierało się nieduże grono działaczy SDKP. Wpadał tam Dzierżyński, który serdecznie zaprzyjaźnił się z całą rodziną.

Ojciec Rosół nie lubił inteligentów, rzadko z którym przyjaźnił się tak, jak z Dzierżyńskim, który nosił w Warszawie pseudonim „Franek". Do innych mówił: "Ja was bardzo lubię, ale wam nie wierzę".

Dzierżyński odpłacał za to zaufanie również szczerą przyjaźnią. Sporo wolnego czasu spędzał w gościnnym domku Rosołów. Tylko że niewiele miał wolnych chwil, postanowił bowiem przyczynić się do odbudowania warszawskiej organizacji SDKP. Biegał więc po zebraniach, prowadził indywidualną agitację. Przystąpił także do zorganizowania prawdziwej drukarni, ponieważ hektograf nie wystarczał na potrzeby rozwijającej się na nowo organizacji. Taką minidrukarnię stworzono wykorzystując parę funtów czcionek ukradzionych w drukarni „Gazety Polskiej". Wprawdzie przy stanie posiadania niewielkiej tylko ilości czcionek trzeba było po odbiciu strony rozbierać skład, by móc złożyć następną, ale działacze i tak cieszyli się swoim skarbem. Jednym z poważniejszych, przedsięwzięć „Franka" było zorganizowanie warszawskich szewców. Było to środowisko trudne do opanowania, bo działające w znacznym rozproszeniu, i dlatego bardzo wyzyskiwane.

Ówcześni działacze ruchu robotniczego dzielili wszystkie warsztaty szewskie na następujące kategorie:

1) najwyższa — warsztaty pracujące przy sklepach na zamówienia stałej klienteli,
2) warsztaty pracujące dla kupców na eksport,
3) warsztaty działające na zasadzie spółdzielni szewskiej,
4) warsztaty „piesków", czyli drobnych majstrów,
5) chałupnicy pracujący u siebie w mieszkaniach.

Szewcy-chałupnicy nie mieli własnej gotówki, by wynająć sklep lub choćby kupić surowiec, uzależnieni więc byli od kupca-nakładcy.

Najgorszą kategorią majstrów były „pieski" — dorabiali się oni na uczniach-terminatorach i tzw. „cajto-wnikach-powsianach". Cajtownicy byli to ludzie, pochodzący z prowincji i tylko przez jakiś czas przebywający w wielkim mieście, gdzie pragnęli nabrać światowego szyku i podpatrzeć szewskie sekrety zawodowe. Wracali potem do siebie, najczęściej na wieś (stąd nazwa „powsiany"). „Pieski" stosowały bezwzględny wyzysk w stosunku do takich okresowych czeladników. Szewcy pracowali po wiele godzin dziennie, aby zarobić parę groszy. Ich tydzień pracy kończył się w niedzielę po południu —- wtedy mogli zdać robotę, otrzymać zapłatę i udać się na odpoczynek do szynku. Stąd obelżywa nazwa „szewskiego poniedziałku".
Publicyści prasy warszawskiej ubolewali nad obyczajnością i moralnością szewców, tylko nikt nie zadał sobie pytania, dlaczego tak właśnie wyglądał ich tydzień pracy. Odpowiedź byłaby prosta: ogromna większość szewców to byli nędzarze, pracowali na cudzym materiale, ażeby otrzymać zapłatę i nowy surowiec, musieli oddać gotowy produkt.

Przedsiębiorcą odbierającym zamówienie od „piesków", jak i pojedynczych chałupników, był generalnie biorąc Żyd. Sobota była jego świętem religijnym i w tym dniu nie przyjąłby wykonanych robót od nikogo. Przyjmował je natomiast w popołudnie niedzielne i wtedy też wypłacał należne pieniądze. Dopiero więc w niedzielę wieczorem ubodzy szewcy mieli za co pójść do szynku.

Wyzysk był jednak tak dojmujący, że późną jesienią 1898 roku szewcy zorganizowali strajk przeciwko swym ciemiężycielom. Strajk poprzedziły zebrania czeladników i terminatorów, w większości obsługiwał je „Franek". Jedno z takich zebrań odbyło się na IV piętrze w kamienicy „Pod Murzynkiem" na Rynku Starego Miasta.

Szewcy zorganizowali specjalne pikiety, które pilnowały „piesków", czy wbrew uchwale ogółu chałupników nie biorą nadal surowca do roboty i czy nie oddają gotowych butów. Gdy za pierwszym razem złapano „pieska" na działaniu łamistrajkowym — to majster dostawał po pysku albo bito go kijem. Znacznie poważniej wyglądała kara, gdy po raz drugi schwytano go na tym przestępstwie — wówczas rżnięto mu skórę, pochodzącą od kupca-nakładcy. „Piesek" musiał kupcowi zwrócić koszty zniszczonego surowca.

Spotkania i zebrania „Franka" z szewcami cieszyły się tak dobrą marką w środowisku warszawskim, że do SDKP zgłosiła swój akces 60-osobowa grupa białoskórników. Ludzie ci należeli do lepiej zarabiających, a ponadto zażywali sławy osób światłych i bywałych, jako że znaczna większość znała języki obce, przebywała na praktykach „lat wędrownych" w warsztatach zagranicznych. Na Zachodzie mieli więc okazję poznać legalne formy pracy ruchu robotniczego.

Białoskórnicy wyjaśniali, że doszła ich fama znakomicie prowadzonych zebrań u szewców przez jednego inteligenta, proszą więc o przysyłanie im „facetów". („Facetem" w ówczesnej gwarze nazywano inteligenta, zawodowego rewolucjonistę, który przemawiał na zebraniach, a niekiedy także uczył matematyki, geografii lub fizyki powierzonych sobie robotników.) Wkrótce jedną trzecią organizacji warszawskiej SDKP stanowili szewcy.

Dzierżyński nawiązywał kontakty nie tylko ze środowiskiem robotniczym, ale bywał także w domach inteligenckich. O ciekawym spotkaniu Abramowskiego i Dzierżyńskiego napisał w swych wspomnieniach Ludwik Krzywicki, wielki uczony, a równocześnie niestrudzony propagator oświaty robotniczej. Spotkanie to miało miejsce u niego w domu i było przypadkowe. Abramowski nigdy nie słyszał o Dzierżyńskim, natomiast jego rozmówca zdawał sobie doskonale sprawę z załamań ideowych, jakim ulegał ten wybitny działacz i teoretyk polskiego socjalizmu. Abramowski poczuł się głęboko poruszony wyznaniem, jakie mu uczynił młody człowiek o pięknych oczach:

„Jestem jak atom wody, nurt mnie dokądś niesie. Kierunek nie ode mnie zależy ani szybkość, z jaką prąd mnie unosi, a gdybym jako atom miał przymioty duchowości ludzkiej, a więc, gdybym myślał, chciał, to snułbym tę samą filozofię, jaką snuje pan, panie Abramowski, dowodziłbym, że ja, atom, wpływam na kierunek biegu, iż ode mnie zależy prędkość pędu rzecznego. Idę, dokąd mnie pchają moje przekonania, są mi one narzucone przez cały mój układ duchowy, przez otoczenie, w którym wychowałem się, w którym żyję; dążę ku socjalizmowi, bo każdy uczciwy, inteligentny człowiek, o ile usłyszał o dzisiejszych teoriach społecznych i przyjrzał się krzywdom ludzkim, musi być socjalistą. Jeśli pan chce, jestem jak człowiek opętany, moją ideą opętańczą jest wyzwolenie klasy pracującej".

Dyskusja ciągnęła się przez parę godzin. Abramowski, podenerwowany, aż podskakiwał na krześle, usiłował omotywać swego interlokutora poetyckimi obrazami wielkich mężów, którzy przeistaczali historię. Dzierżyński dopiekał do żywego Abramowskiemu, twierdząc, że z niego także jest atom rzeczny, który zapomniał, że jest atomem i ruchy prądu przypisuje swojej woli. W tej szermierce słownej — jak zauważył Krzywicki — można było wyczuć, że Abramowski jest w stanie olśnić gromadkę kobiet, może swą zręczną argumentacją pozyskać młodzież, swymi pismami wpływać na grupy inteligenckie, ale gdyby mu przyszło wzruszyć wielkie rzesze ludowe — tam nic nie zdziała, gdy Dzierżyński pozyska tysiące. Rozmowa obu miała dość nieoczekiwany epilog. Kilka dni później Krzywicki spotkał Abramowskiego, który mu oświadczył:

„Wyobraźcie sobie, idę ulicą Warecką i nagle spotkałem młodego mularczyka wracającego w towarzystwie innych z roboty. Był on niezmiernie podobny do waszego młodzieńca, a nawet zrobił do mnie oko".

Krzywicki nie wyjaśnił wówczas Abramowskiemu, że Dzierżyński utrzymywał się pracując fizycznie, żył razem z robotnikami, poznając ich coraz bliżej.

Kontakty osobiste Feliksa z Krzywickim nie były jedynymi, jakie utrzymywał z inteligencją w Warszawie. Jego koledzy wprowadzili go do salonu pisarki i działaczki ruchu o wyzwolenie kobiety, Walerii Marrené-Morżkowskiej. Pani Waleria była córką napoleońskiego generała Malletskiego i prowadziła nie tylko salon literacki, ale także rozległą działalność społeczną. Pani Marrené współpracowała z czasopismami warszawskimi, wykładała literaturę na pensjach żeńskich.

Miała także we własnym domu kilka kompletów uczennic, przeważnie Żydówek, którym wykładała literaturę polską. Przyjaźniła się z Elizą Orzeszkową — korespondowała stale z pisarką, jeździła do niej do Grodna.

Do Pani Walerii przychodziło się na IV piętro do kamienicy położonej na rogu ulic Wierzbowej i Kotze-buego (dziś Fredry). Pani domu częstowała herbatą z drobnymi ciasteczkami, schodzono się tam jednak nie na herbatę, ale żeby spotkać się i porozmawiać ze znakomitościami warszawskiego życia kulturalnego i naukowego.

W różnych latach gościli u Pani Walerii różni ludzie, a choć śmierć zabierała niektórych spośród jej stałych bywalców — na ich miejscu pojawiali się nowi. Panią Walerię odwiedzali między innymi: znakomity historyk, Tadeusz Korzon, wytrawny znawca literatury greckiej, Kazimierz Kaszewski, polonista, Roman Olenkiewicz, historyk, Aleksander Jabłonowski. Korzon i Kaszewski byli uczestnikami powstania 1863 roku, podobnie jak adwokat z zawodu, a historyk z zamiłowania, Aleksander Kraushar. Przychodził także Felicjan Faleński z żoną Marią. Maria Faleńska była córką generała — Polaka, zabitego w pamiętną noc listopadową 1831 roku, i towarzyszką podróży po Europie pięknej „białej czarodziejki" — Marii Calergis. W poniedziałki zasiadali w salonie pisarki profesor Jan Karłowicz ze swą małżonką, profesor Dickstein — matematyk, rodzony brat Szymona, autora słynnej broszury socjalistycznej Kto z czego żyje! Bywali także malarze i rzeźbiarze. Stałym gościem był Michał Andriolli, ilustrator Pana Tadeusza i powieści historycznych J. I. Kraszewskiego; rzeźbiarze Pius Weloński i Konstanty Laszczka. Nawet skłóceni między sobą artyści przychodzili na jour-fixe'y do sędziwej pisarki. Salon był na tyle obszerny, że antagoniści nie musieli nawet ze sobą rozmawiać.

Nie brakowało także dziennikarzy. Prof. Piotr Chmielowski, naczelny „Ateneum", zwykł rozmawiać z panią Ostoją, czyli Józefą Sawicką. Ignacy Matuszewski z „Tygodnika Ilustrowanego" prowadził dyskusje z Władysławem Jabłonowskim, Bolesławem Koskowskim lub Zygmuntem Wasilewskim.

Rzadkimi gośćmi na jour-fixe'ach byli Eliza Orzeszkowa, Deotyma i Bolesław Prus. Orzeszkowa dlatego, że stale mieszkała w Grodnie, a dwójka pozostałych z powodu lęku przestrzeni. Klatka schodowa w domu Pani Walerii była obszerna z pustym kwadratem w środku, gdzie miano zainstalować windę. Tak więc dwójka pisarska wchodziła na IV piętro z zamkniętymi oczami, prowadzona przez lokaja lub znajomych.

Szczególną radość sędziwej gospodyni sprawiała obecność w jej salonie studentów, których wszędzie traktowano jako „kwiat narodu", „przyszłość i nadzieję ojczyzny". Wprawdzie ojcowie rodzin z przerażeniem patrzyli na studentów emablujących ich córki na wydaniu, bo przewracali oni w głowach panienkom swymi rewolucyjnymi poglądami lub wzbudzali gorące afekty. Nie wiadomo tylko, co było gorsze; wywrotowe poglądy czy afekt. Pani Morżkowska nie miała takich obaw, jej córka Antonina uważana była już powszechnie za starą pannę i to po studiach przyrodniczych w Genewie — nie mogła zatem spodziewać się konkurenta.

Dzierżyński pojawił się w salonie Pani Walerii w towarzystwie swych rówieśników: Józefa Dąbrowskiego (przyszłego szwagra Marii Dąbrowskiej i znakomitego historyka), Wacława Chrzanowskiego (egiptologa), Jana Iwańskiego i Tadeusza Kramsztalera. Feliks zwracał uwagę pańską postawą i rysami oraz rozmarzonymi oczami. Ceniony był za dowcip i ironię w dyskusji i za prześliczną grę na fortepianie.

Dzierżyński przeżywał wówczas wielkie fascynacje Wyspiańskim. Zdobył egzemplarz Rapsodu o Bolesławie Śmiałym i radził swym kolegom:

„Przeczytaj, a zobaczysz, jakie to różne od całej naszej współczesnej paplaniny. Wyspiański — to jest naprawdę niepospolity talent".

Krytycznie oceniał inne znakomitości literackie, o których rozprawiano u Pani Walerii. Warto tu opowiedzieć dość znamienny epizod. Dzierżyński nie lubił pisarstwa Stanisława Brzozowskiego, nie przepadał także za nim osobiście, mimo że młody utalentowany pisarz był bożyszczem całej postępowej Warszawy, zwłaszcza młodzieży akademickiej.

Dzierżyński mawiał: „Pan Brzozowski to, zdaje się, zwyczajny żulik!"

Ale gdy Brzozowski zdefraudował pieniądze z uniwersyteckiej kasy koleżeńskiej w związku z ciężką chorobą ojca, Dzierżyński dołożył się ze swej chudej kieski, by jak najszybciej zlikwidować ten przykry incydent.

U Pani Walerii mogli bywać tylko patrioci. Ludzie podejrzani o bliskie kontakty z zaborcą, nie mówiąc już o Rosjanach, nie mieli w ogóle wstępu do jej salonu. Pani Morżkowska uważała za swój osobisty sukces, gdy przyczyniła się do wydania decyzji, że Opera warszawska nie będzie grać dzieł kompozytorów rosyjskich.
Ze szczególnym pietyzmem odnoszono się w domu obu pań Morżkowskich do zesłańców, powracających z Syberii. I tak prawdziwą sensacją dla postępowych kół inteligencji warszawskiej stał się po powrocie z kraju Jakutów Wacław Sieroszewski, zesłany za udział w pierwszych kółkach socjalistycznych, organizowanych przez Ludwika Waryńskiego. Równie serdecznie przyjmowano po powrocie z zesłania siostrzeńca Adama Pługa, Kazimierza Pietkiewicza. O ile jednak Sieroszewski był już uznanym pisarzem, o tyle
mało kto znał autora popularnych pieśni proletariatu polskiego, czyli „Fakira", jako pisarza. Wszyscy mieli natomiast sentyment do niego jako do więźnia caratu i zesłańca syberyjskiego.

Często młodzież zbierała się wokół fortepianu, by przy akompaniamencie zaśpiewać bardzo popularną wówczas pieśń:

Po co tęsknić za chatą,
Kiedy dobrze za kratą. Jest.
Mamy wszelką wygodę
Chleb. Kapustę i wodę — Też
Mamy pokój książęcy
Łóżko, miotłę — nic więcej. Nic.
Do Tobolska etapem
Pojedziemy z kacapem. — Hen!

Był to Śpiew więźniów z Cytadeli Warszawskiej z roku 1863, popularny wśród młodzieży rewolucyjnej, której stale groziło więzienie.

Niekiedy w salonie pań Morżkowskich zasiadał do fortepianu Dzierżyński i grywał swe ulubione Szope-nowskie mazurki.
Codzienna praca z robotnikami Warszawy nie była jedynym celem, do jakiego dążył wówczas Dzierżyński. Marzyło mu się zjednoczenie ruchu litewskiego i SDKP. Zdawał sobie sprawę, że musi podejmować polemiki z PPS w kwestiach programowych, a zwłaszcza w tak generalnej sprawie, jaką był problem niepodległości Polski.

Brakowało wówczas popularnych broszur SDKP na ten temat i sam „Franek" musiał się wziąć do napisania odpowiedniego referatu. Krytykował w nim przywódców PPS za to, że na plan pierwszy wysuwają kwestię niepodległości Polski, a nie wyjaśniają w swym programie, z jakich spraw będzie korzystać proletariat w owej przyszłej niepodległej ojczyźnie. Wyjaśniał także, że tylko wówczas klasa robotnicza miałaby obowiązek walczyć o niepodległość, gdyby chodziło o niepodległe państwo socjalistyczne. Ponadto Dzierżyński obawiał się, iż hasło niepodległej Polski w obecnych warunkach może się źle odbić na rozwoju ruchu robotniczego w Polsce i na Litwie, brali bowiem w nim udział nie tylko Polacy i Litwini, ale także Niemcy, Żydzi, Łotysze i ruscy starowiercy.

Poza stałą pracą w Warszawie jeździł do Wilna, gdzie zorganizował w końcu grudnia 1899 roku naradę z miejscowymi socjaldemokratami. Wyjaśnił im szczegóły planu utworzenia zjednoczonej partii. Środowisko warszawskie miało przygotować i wydać projekt programu, a w lutym 1900 roku miał się odbyć zjazd zjednoczeniowy.

Warszawa jeszcze w roku 1899 żyła pod wrażeniem uroczystości odsłonięcia pomnika Adama Mickiewicza. Władze carskie lękały się tak dalece możliwości jakiejś manifestacji, że w dniu odsłonięcia pomnika, 24 grudnia 1898 roku, w setną rocznicę narodzin Wieszcza, otoczono kordonem policji dostęp na placyk przy Krakowskim Przedmieściu. Z okien mieszkania pań Morżkowskich widać było ukrytą na podium teatralnym rotę kozaków, gotowych do ataku. Dopuszczano na miejsce uroczystości tylko osoby, posiadające karty wstępu. Grudniowa rocznica urodzin poety była okazją do demonstracji patriotycznych i socjalistycznych pod pomnikiem na Krakowskim Przedmieściu. Cena przeprowadzenia takiej demonstracji mogła się okazać wysoka.

Jeszcze w Nowy Rok, gdy składano kwiaty pod pomnikiem, policja żądała, by składający podawali swe nazwiska i adresy. Dzierżyński był wielkim miłośnikiem Mickiewicza, ale równocześnie przeciwnikiem narażania robotników na represje za cenę manifestacji, jaką planowała PPS.

W tygodniach, które poprzedzały jego aresztowanie, Dzierżyński dwoił się i troił. Organizował kółka agitatorów, co było tym trudniejsze, że brakowało literatury. Posiadano w całym majątku jedną broszurę Róży Luksemburg i dwa komplety pisma „Sprawa Robotnicza". W niedziele i dni świąteczne Feliks obsługiwał pięć do sześciu zebrań. Jeden ze starych działaczy SDKP tak oceniał jego działalność: „Franek-Astronomek, inteligent, który urządził dużo zebrań z pepesowcami i siłą przekonania przeciągnął ich całą kupę na naszą stronę".
Na jednym z takich niedzielnych zebrań przy ul. Kalikstra wpadł „Franek" w łapy policji. Było to 10 stycznia 1900 roku, tuż przed zjazdem zjednoczeniowym, na którym powstała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. Aresztowano go w chwili, gdy razem z Antkiem Rosołem dokonywali żmudnej pracy przepisywania na hektografie obiecanego programu. Osadzono go wówczas w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, skąd następnie przewieziono do więzienia w Siedlcach.

„Żyłem niedługo, ale żyłem" — napisze do siostry Aldony w jednym ze swych więziennych listów. Śledztwo przeciągało się, bo w jego mieszkaniu przy rewizji znaleziono książkę Engelsa Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa, a ponadto hektografowaną odezwę do szewców z fabryki Brochisa, wzywającą ich do strajku, wreszcie zeszyty z referatami Feliksa na temat programu SDKP.
Najbardziej zainteresowała żandarmów treść owych referatów, nawiązywały one do przemówień, wygłaszanych przez Dzierżyńskiego, o konieczności połączenia wspólnych wysiłków polskich i rosyjskich socjaldemokratów w walce z caratem.

W śledztwie Dzierżyński oświadczył, że jest wrogiem rządu, mieszka nielegalnie w Warszawie i zajmuje się wyłącznie propagandą wśród robotników. Z Siedlec pisał do braci, że wyrok będzie prawdopodobnie opiewał na 6—8 lat Wschodniej Syberii.

Z więzienia siedleckiego miał Feliks pisywać długie, piękne listy do swej siostry. W lipcu 1901 roku tłumaczył Aldonie, że nie musi się nad nim litować:

„ciało nasze zakute — lecz duszę mamy wolną — a u tamtych dusza jest niewolnicza. I nie sądź, iż to tylko czczy krasomówczy frazes — bynajmniej — widzisz, iż po pierwszej niewoli nie uciekłem od swego obowiązku, jak ja go rozumiałem i rozumiem, a że tacy jak ja muszą się wyrzec wszystkiego, aby dopiąć, co zamierzyli, bo czyż Chrystus nie wyrzekł się bogactw, sławy, rodzinnych więzów i miłosnych?"

Feliks kochał swą najstarszą siostrę i choć wyrzucał jej żartobliwie, że interesuje się ona wyłącznie wyrobem znakomitych wędlin litewskich, to jednak starał się operować światem pojęć i symboli jej dostępnych. Aldona, gorliwa katoliczka, namawiała brata, by korzystał z pociechy, jaką daje religia. On przypominał jej natomiast, że Chrystus był biedakiem i nie miał nic wspólnego ze zdzierstwem, jakiego w jego imieniu dopuszcza się Kościół. Wielokrotnie będą się pojawiać w jego korespondencji próby przedstawienia Aldonie idei chrystianizmujako idei ewangelicznego ubóstwa. W ten sposób młodszy brat pragnął, by siostra otrząsnęła się ze schematów katolickiej doktryny religijnej na rzecz czci dla Chrystusa-człowieka, głosiciela idei równości między ludźmi. Takie widzenie osoby Jezusa było powszechne w kręgach postępowej inteligencji i rewolucjonistów. Zaczytywano się książką Ernesta Renana o Chrystusie i jej polskim odpowiednikiem — Legendami A. Niemojewskiego. Książki tego typu były zakazywane przez kościół, a nawet uroczyście wyklinane.

Feliksa oburzało także i to, że siostra nazywała go biedakiem. Odpierał te jej biadania w sposób dla siebie właściwy:

„Nie ja jestem nim (biedakiem — B. K.), ale wy wszyscy, lecz o tym, sza, dość już tego. Chcesz wiedzieć, jak ja wyglądam, postaram ci się dać dokładny obraz. Zmężniałem przez te kilka lat o tyle, że niektórzy sądzili, iż mam lat 26 — chociaż zarostu nie mam; wyraz twarzy mej zwykle teraz dość ponury i tylko się rozjaśnia, gdy rozprawiam, lecz gdy się uniosę i za gorąco zacznę rozprawiać, to robi się straszny, osobliwie wyraz oczu — tak że niektórzy na mnie wówczas patrzeć nie mogą; rysy twarzy mej zgrubiały tak, że obecnie wyglądam prędzej na robociarza niż na dawnego sztubaka. W ogóle zbrzydłem, na czole mam już 3 bruzdy od zmarszczek, chodzę jak i dawniej schylony, usta mam zaciśnięte i do tego jestem ogromnie zdenerwowany. W ogóle sądzę, że obraz starej panny i mój dość pasowałyby ku sobie".

Dalej Feliks prosił o fotografie matki i ojca oraz o fotografie Aldony i jej męża — Gedymina. Podpisał zaś list „Wasz Niepoprawny".

W więzieniu siedleckim siedziała wówczas spora grupa więźniów-robociarzy z Zagłębia, oskarżonych o zamordowanie sztygara Mazura z kopalni „Fanny", oraz grupa działaczy socjalistów z Warszawy, aresztowanych podczas demonstracji 1-majowej w roku 1901 za to, że podczas rozpędzania manifestantów przez policję stawili opór, bijąc kijami rewirowego i jednego z agentów policyjnych. W Siedlcach więziono też sporą grupę działaczy rewolucyjnych, a wśród nich poza Dzierżyńskim Juliana Gęborka i Wincentego Matuszewskiego. Wśród robotników aresztowanych za udział w demonstracji 1-majowej był wówczas mój dziadek, 21-letni metalowiec warszawski, Józef Retke, „Szczerbaty". Zapamiętał gorące dysputy polityczne między Dzierżyńskim, przedstawicielem SDKPiL a Paradowskim i Gęborkiem, członkami PPS. Dysputy te odbywały się najczęściej drogą korespondencyjną, czyli za pomocą grypsów lub na spacerach więziennych.

Kontakty więzienne z Dzierżyńskim wywarły głębokie wrażenie na „Szczerbatym"; po 30 latach pamiętał opowiadania „Franka" o jego dzieciństwie i wczesnej młodości. Zapisał mu się w pamięci strajk robotników folwarcznych, który w babcinej Jodzie poprowadził Dzierżyński. „Szczerbaty" otrzymywał od Feiksa listy, w których zawarty był wykład socjalizmu. Ale najbardziej wzruszały więźniów siedleckich czułość i serdeczność Dzierżyńskiego wobec Antka Rosoła. Ciężko chory Antoni nie mógł chodzić i Feliks znosił go dwa razy dziennie na spacery z celi II piętra; wyjednał mu u władz przywilej dłuższego przebywania na świeżym powietrzu. Na dziedzińcu więziennym sadzał go — jak dziecko — pod drzewem, karmił mlekiem i białym pieczywem, kupionymi za własne pieniądze, gdyż Antek był bez pieniędzy. Pieniądze, którymi dysponował Feliks w więzieniu, pochodziły z działów rodzinnych. Od czasu wystąpienia z gimnazjum Dzierżyński otrzymał 1500 rubli.

Więzienie siedleckie znane było ze złych warunków. Więźniowie polityczni wszczęli bunt z powodu złego odżywiania — za karę kilka osób osadzono w karcerze. Wezwano wreszcie władze miejscowe, prokuratora i gubernatora siedleckiego. Rozpatrzyli oni sprawę i uwzględnili żądania więźniów. Jedzenie zaczęto podawać w naczyniach emaliowanych zamiast — jak dotychczas — w drewnianych szaflikach i szkopkach. W wyniku buntu więźniowie otrzymali lepsze porcje żywności oraz materiały piśmienne. Dzierżyński wspominał o tym, że odwiedzała go w Siedlcach „znajoma z Wilna", czyli Julia Goldmanówna. Julia symbolizowała dawne szczęśliwe lata wczesnej młodości w Wilnie, spotkania w nielegalnych kółkach, gimnazjalne przyjaźnie, czasy, które minęły bezpowrotnie. Dziewczynę oczarował urodziwy młody człowiek, a i on uległ wdzięcznej czarnookiej pannie. Wspomnienie ukochanej dodawało siły w trudnych chwilach, ale każde widzenie w więzieniu stawało się udręką, zwłaszcza dla dumnego i niecierpliwego Feliksa. Widział on, jak służba więzienna pogardliwie traktuje rodziny i przyjaciół, przybywających w dni widzeń. Nikt z więzionych nie byl w stanie osłonić swych bliskich przed chamstwem żandarmów. A choć wielu więźniów listownie zakazywało przyjazdu na widzenie swym najbliższym, to jednak w głębi serca marzyło o zobaczeniu drogich twarzy.

Potrzeba serdeczności i miłości uwidaczniała się w korespondencji Feliksa z Aldoną. Pisał:

„Wierzaj mi, że siedzieć w więzieniu i mieć złote góry, lecz nie mieć ludzi kochających, jest stokroć gorsze niż siedzieć bez grosza, a wiedzieć, że tam o tobie myślą, jak raz może teraz. Dlatego to właśnie wdzięczny Ci bardzo jestem za Twe listy, za Twe dobre serce i pamięć".

Wiele miejsca poświęcał Dzierżyński problemom dzieci. Pisał o swej ogromnej miłości do wszystkich dzieci, zwracał się także z wielką tkliwością ku swym siostrzeńcom, dzieciom Aldony. Prosił, by dzieci nie karać rózgą, ponieważ przemoc fizyczna — to gwałt silniejszego nad słabszym, nie może więc dawać żadnych rezultatów pedagogicznych. Pisał o sobie, że jego upór szalony w dzieciństwie można było przełamać jedynie łagodnością i dobrym słowem, nie karami fizycznymi. Przypominał siostrze, że zbliża się termin zsyłki w daleki zimny kraj, „lecz i mrozy jakuckie nie są tak straszne, jak chłód dusz egoistycznych, a więc wolę Syberię niż niewolę ducha".

Prosił, by Aldona nie przyjeżdżała na widzenie do Siedlec. Pocieszał w zmartwieniu, bo mąż jej ciężko chorował:

„wspomnij o tych, co się męczą stokroć gorzej od ciebie, a tych są miliony".

W styczniu 1902 roku — przed wyjazdem z Siedlec — wracał w swych wspomnieniach do rodzinnych świąt z sianem pod obrusem. Komunikował Aldonie, że udało się doprowadzić do uwolnienia z więzienia ciężko chorego Antka Rosoła i że na wolności uda się go uratować. Znalazła się także wzmianka o tym, jak ciężkim przeżyciem były wizyty Julii w Siedlcach. Półtora miesiąca, jaki upłynął od ostatniego widzenia z „osobą mi bardzo drogą", było okresem wstrząsającej rozłąki nie do opisania, zwłaszcza że i tak wszystkie widzenia odbywały się wobec co najmniej 15 osób we wspólnej izbie. Julia była ciężko chora na gruźlicę. Konieczna była dłuższa kuracja, wybierała się za granicę do sanatorium. Jej rodzina chętnie wyprawiała ją daleko — niezbyt przychylnie bowiem patrzyła na jej sentymenty do polskiego rewolucjonisty. Brat dziewczyny, kolega Feliksa z gimnazjum, był jednym z kierowniczych działaczy Bundu, a więc ideowym przeciwnikiem Dzierżyńskiego. Wyprawiając pannę do Szwajcarii Goldmanowie mieli nadzieję, że zerwą się jej kontakty z Feliksem, w myśl zasady „co z oczu, to i z myśli". Miłość okazała się jednak silniejsza od rachub rodzinnych, a także od restrykcji władz carskich wobec niebezpiecznego więźnia.

Biurokraci rosyjscy zwiększyli wymiar kary, którą proponował minister sprawiedliwości, z czterech do pięciu lat pobytu w mieście Wilujsku w Syberii Wschodniej. Pierwszym etapem długiej wędrówki była Moskwa — więzienie centralne. Tam Feliks wziął udział w manifestacji więźniów politycznych i za udział w tej akcji pozbawiony został widzeń i korespondencji z rodziną przez cały miesiąc. Spotkał go wówczas w Butyrkach inny więzień, członek Komitetu Warszawskiego Bundu, „Rachmiel"-Wejnsztejn, który „Franka" znał z Warszawy. Rzuciło mu się w oczy, że przybyły był wyraźnie chory, blady i chudy. Dzierżyński wiedział, że ma gruźlicę. Wyjeżdżając z Butyrek prosił „Rachmiela" o przesyłanie mu listów od Julii do kolejnych więzień etapowych, Bundowiec spełnił jego prośbę.
Na kolejnym etapie więziennej podróży stacją było więzienie Aleksandrowskie pod Irkuckiem. W marcu 1902 roku Feliks pisał stamtąd do Aldony, że jest oddalony o 6 tysięcy wiorst od kraju. Dokucza mu więzienna samotność, a jedyną rozrywką są listy z kraju. Przy okazji prosił Aldonę:

„Bądź tak dobra i poślij kogokolwiek do Goldmanów zawiadomić młodą Olę Goldman (nie rodziców) i podaj mój adres. Oni mieszkają na Białym Zaułku, lecz zapomniałem, w jakim domu. Zrób to dla mnie. Niech mi przyśle koniecznie adres swej siostry, która bawi za granicą, i swój własny do Wilna".

Treść listu pozwala wnioskować, że Feliks wiedział o tym, iż rodzice dziewczyny byli przeciwni jej sympatiom dla katorżnika. W tym czasie Julia już przebywała na leczeniu w Szwajcarii; najmłodsza z sióstr Goldmanówien, Ola, sprzyjała uczuciu obojga.

Aleksandrowskie więzienie miało być dosyć niezwykłym etapem w życiu Dzierżyńskiego. Na wiosnę 1902 roku wybucha w nim bunt więźniów politycznych. Bunt ten miał miejsce w związku z tym, że więźniów pozbawiono nagle wielu ulg: przestano im ujawniać miejsca zesłań, zamykano cele na dzień, nie pozwalano na zakup żywności za własne pieniądze. Dzierżyński przejął dowodzenie nad więźniami. Wyrzucono straż poza bramę, więźniowie zabarykadowali się wewnątrz więzienia, wywieszono czerwony sztandar z napisem "Wolność". Irkucki generał-gubernator musiał się liczyć z taką widoczną z miasta demonstracją. Naczelnikiem więzienia wówczas był Polak, były powstaniec z 1863 roku, Latośkiewicz, który wdał się z więźniami w układy. Pertraktacje z władzą prowadzono przez dziurę w więziennym parkanie. Wśród uwięzionych, panowała pełna demokracja — szczegóły pertraktacji przedstawiano ogółowi więźniów. Decyzje podejmowano wspólnie. Policjantom nie udało się ujawnić podżegaczy i po trzech dniach „wolnej republiki" więziennej przywrócono zesłańcom dane ulgi.

W końcu maja 1902 roku Dzierżyńskiego razem z grupą zesłańców przeprawiono przez rzekę Lenę w kierunku północnym. Pisał do rodziny z Wiercholeńska: „Syberia działa na płuca dość dodatnio". Docelowym miejscem jego zesłania miał być Wilujsk, ale nie dojechał do końca zesłańczej wyprawy. Razem z towarzyszem niedoli M. Sładkopiewcowem uciekł w czerwcu 1902 roku z Wiercholeńska. (Swą ucieczkę opisał później barwnie i szczegółowo w piśmie SDKPiL „Czerwony Sztandar".) Uciekali łódką, nocą, i omal nie utonęli w wielkiej groźnej rzece Lenie.

Departament policji rozesłał do wszystkich gubernatorów, oberpolicmajstrów, naczelników żandarmerii, a także punktów granicznych specjalny list gończy za niebezpiecznym przestępcą. Ale ucieczka udała się — szczęśliwie przejechali przez stepy buriackie, udając kupców. Ich wędrówka trwała siedemnaście dni, a na zesłanie wieziono uciekinierów aż cztery miesiące.

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie", Warszawa 1979, str. 46-70.

Społeczność

jednolity front