Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 16 gości.

Andrzej Bińkowski: Kuba, Castro, Rewolucja (część pierwsza)

200px-Gerardo_Machado.jpg

Andrzej Bińkowski, "Kuba, Castro, Rewolucja", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1981, str. 4-56.

(na zdjęciu: Gerardo Machado y Morales (1871-1939), dyktator Kuby w okresie międzywojennym)

CZĘŚĆ I

1933-1952

Iskrą, która roznieciła rewolucję, był pucz. Jest w tym coś z paradoksu.

Pucz z 10 marca 1952 r., o którym tu mowa, zmierzał do zniesienia demokracji burżuazyjnej i umocnienia panowania klas posiadających. Inaczej jednak niż inne reakcyjne pucze, pucz z 10 marca nie tylko tego celu nie osiągnął — bo osiągnął go jedynie na krótko i w gruncie rzeczy pozornie — lecz przeciwnie, dzięki pojawieniu się na Kubie pewnych nieobecnych tu uprzednio czynników, wpłynął na rozwinięcie walki rewolucyjnej, która doprowadziła do podważenia władzy klas posiadających, a następnie do całkowitego usunięcia ich ze sceny. Związek między puczem z 10 marca 1952 r., który konstytucyjną formę państwa burżuazyjnego zastąpił faktyczną dyktaturą, a zwróconą przeciw tej dyktaturze rewolucją, która 1 stycznia 1959 r. zastąpiła państwo burżuazyjne państwem ludowym, aby następnie rozwinąć je w państwo socjalistyczne, jest jedną z najbardziej fascynujących ilustracji dialektyki historii naszego stulecia.

Opowiedzmy więc najpierw o puczu. I nie tylko o nim, także o jego scenie.

Pucz Batisty — autorem zamachu stanu z 10 marca był generał o tym nazwisku — uderzył w Kubę niby piorun. Stosownie do kalendarza karnawałowego, który każdemu większemu miastu na wyspie wyznacza osobną datę, dzień wcześniej, w niedzielę, Hawana inaugurowała swój doroczny el carnaval. Dla mieszkańców stolicy, od wielu tygodni przygotowujących się do karnawału, niedziela ta była dniem szalonego, kolorowego festynu. Hawana zapomniała o swoich codziennych troskach i wirowała zaplątana w konfetti. Biali i ciemnoskórzy habaneros śpiewali i tańczyli tak, jak to oni tylko potrafią. Mężczyźni — w ciemnych spodniach i białych plisowanych koszulach, kobiety — w barwnych, obcisłych sukienkach, pod którymi można było domyśleć się gorsetów nadających biodrom kształt mandoliny, instrumentu służącego akompaniowaniu piosenkom o miłości. Ci, którzy wyciskali pieniądze z trzciny cukrowej, weselili się w klimatyzowanych salonach hotelu „Hilton", w „Capri" i „Nacionalu", w „Tropicanie" i w willach przy Quinta Avenida, natomiast lud wypełniał tamie bary i ulice. Ale na ulicach i w barach habaneros nie tylko śpiewali, tańczyli i pili rum z coca-colą lub liściem mięty. Przysłuchiwali się również mówcom politycznym, którzy korzystając z karnawału reklamowali swoje partie. Już bowiem za 12 tygodni, 1 czerwca, miały się odbyć wybory prezydenckie, oczekiwane przez większość Kubańczyków z nadzieją, że położą one kres rządom kamaryli prezydenta Prio Socarrasa, że Partia Ortodoksyjna pokona Partię Autentyczną, a więc że tych, którzy byli przeżarci przez korupcję, zastąpią politycy o czystych rękach.
Aż wreszcie zapadła noc i zmęczeni karnawałową zabawą hawańczycy wracali do swoich domów. Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, że dzień, który właśnie minął, był ostatnim dniem wolności obywatelskich z trudem przywróconych Kubie w 1940 roku. Któż mógł bowiem wiedzieć, domyślać się, przeczuwać, że w ciemnościach i ciszy tej nocy, zachęcającej, zdawałoby się, jedynie do wzięcia iw ręce mandoliny i zanucenia piosenki o miłości grupa spiskowców, mających poparcie rządu USA gotuje się do sięgnięcia po władzę?...

Krótko po północy — był więc to już 10 marca — do koszar Columbia w Hawanie przybył w towarzystwie kilku cywilów i wojskowych Fulgencio Batista.

Ten krępy metys, Kubańczykom znany aż nadto dobrze, był w owym czasie senatorem, a więc na pozór człowiekiem niewiele znaczącym w życiu publicznym kraju. Odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mógł on 10 marca 1952 r. dokonać wojskowego zamachu stanu, można, znając jego przeszłość.

W 1933 r. na Kubie wybuchła rewolucja skierowana przeciw dyktaturze generała Machado. Gerardo Machado y Morales był wypróbowanym przyjacielem USA. Jego rządy, brutalne i krwawe, wyróżniały się nawet na tle innych reżimów dyktatorskich owych czasów.

Rewolucja miała w swej pierwszej fazie wszystkie właściwości rebelii przeciw władzy państwowej w społeczeństwie sterroryzowanym. Rozpoczęła się od wydarzeń mało znaczących; eksplodowała nagle, niemal z dnia na dzień; podobna do lawiny poruszonej obsunięciem się jednego kamienia, rozwinęła się w masowy ruch protestu. Zajrzyjmy do jej kroniki:

2 sierpnia 1933 r.: Ten dzień jest pierwszym dniem rewolucji. Ściślej — stanie się nim, bo wówczas nikt jeszcze nie wie, że zaczęła się rewolucja. W jednej z hawańskich zajezdni autobusowych przystępują do strajku kierowcy, którzy od dawna domagali się podwyżki płac. Czy kilkudziesięciu szoferów może jednak zagrozić rządowi chronionemu m.in. przez policję i armię?

3 sierpnia 1933 r.: Rozpoczyna się strajk kolejarzy, drukarzy, zwijaczy cygar. Oni też chcą wyższych płac. Prezydent Gerardo Machado przerwał łowienie ryb — donosi 4 sierpnia z Hawany korespondent „The New York Herald Tribune" — i spiesznie powrócił do domu, aby zapanować nad sytuacją i nie dopuścić do sparaliżowania życia gospodarczego całej wyspy.

4 sierpnia 1933 r.: Rozpoczyna się strajk powszechny, życie gospodarcze całej wyspy zostaje sparaliżowane. Strajk przyjmuje od razu — napisze o nim po latach historyk Lew J. Sljozkin — charakter polityczny, a żądanie: „Precz z Machado!" staje się głównym żądaniem strajkujących. Ambasador USA iw Hawanie, Sumner Welles, spotyka się z Machado i prosi go, aby ustąpił z urzędu pod (pretekstem chwilowego urlopu zdrowotnego. Machado ignoruje tę prośbę, osiem lat władzy już całkiem odebrało mu rozum.

5 sierpnia 1933 r.: Machado próbuje ratować się przez wystąpienie w nowej roli — obrońcy honoru narodowego. Oskarża ambasadora Wellesa o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Kuby i zgłasza wniosek o uznanie go za persona non grata. Strajk powszechny oczywiście trwa nadal.

7 sierpnia 1933 r.: W Hawanie rozchodzi się pogłoska — będąca pomysłem samego Machado, a puszczona w obieg przez jego słynną armię kobiecych szpiegów — o zrezygnowaniu przez Machado z urzędu prezydenta. Pan prezydent życzy sobie zobaczyć, kto się będzie z tego cieszył. I kiedy wiwatujące tłumy ruszają, jak to było do przewidzenia, pod Pałac Prezydencki, każe strzelać — rannych i zabitych jest około stu pięćdziesięciu. Ludzie na Kubie powinni wiedzieć, że on trwa, jak od lat, krzepko na posterunku.
Nazajutrz Machado ukazuje niespodziewanie inną twarz. Czy chciał więc najpierw być okrutny, a potem łaskawy?

Czy raczej: pojął, że przeholował i usiłuje ratować się przez ustępstwa? Dość, że 8 sierpnia zwraca się do tych, których dotychczas najbezlitośniej prześladował, tj. do komunistów. Ażeby być całkiem ścisłym: zwraca się do centrali związkowej CNOC i jej komitetu strajkowego, ale przecież dobrze wie, jak silna jest pozycja komunistów we władzach CNOC i jak znaczne są ich wpływy w komitecie strajkowym.

Jak mają się odnieść do propozycji Machado komuniści?
Przypomnijmy, że komuniści od pierwszych dni rządów Machado — partia komunistyczna powstała zresztą w tym samym czasie, kiedy doszedł on do władzy, czyli w 1925 r. — walczyli niestrudzenie o poprawę niezwykle ciężkich warunków życia proletariatu. Gdyby nie wysiłki komunistów, także w sierpniu 1933 r. nie doszłoby zapewne ani do strajków kierowców i kolejarzy, ani do strajku powszechnego, którego oficjalnym celem było udzielenie poparcia żądaniom pracowników transportu publicznego. Zarówno komuniści, jak i niekomuniści z CNOC uważali, że oferta Machado daje szansę zaspokojenia ekonomicznych żądań strajkujących. Dlaczego więc miano by z niej nie skorzystać?

Otóż, w owej chwili należało ofertę jednak odrzucić i uznać, że pertraktacje z prezydentem Machado nie wchodzą w rachubę. To, że komuniści nie wykorzystali swych pozycji w CNOC i komitecie strajkowymi i nie wpłynęli na odrzucenie oferty Machado, miało się okazać ich błędem — poddanym zresztą przez nich później, w grudniu 1933 r., surowej samokrytycznej ocenie. Należy zwrócić uwagę, że do tego błędu doszło w szczególnej sytuacji: Machado był wprawdzie przyciśnięty do muru, zaś Sumner Welles zdawał się go już nie osłaniać, niemniej 30 okrętów US Navy czekało u wybrzeży Kuby na wynik kontaktów Machado ze związkowcami i na dalszy rozwój wydarzeń. Historia jest jednak bezlitosna: premiuje tylko tych, którzy potrafią należycie mierzyć jej puls, natomiast tym, którym się to nie udaje, udziela nagany w zasadzie bez wnikania w okoliczności łagodzące. Mimo że strajkujący nie zgłaszali żadnych nowych żądań, które mogłyby być dla CNOC i komitetu strajkowego ostrzegawczym sygnałem, ich wzburzenie od kiedy polała się krew przed Pałacem Prezydenckim było tak wielkie, że można było domyśleć się, iż nie chodzi już o wymuszenie podwyżek płac dla pracowników transportu publicznego, lecz o coś zupełnie innego, co najzwięźlej wyrażały pojawiające się na murach napisy: „Precz z Machado". Kto w owej chwili podejmował negocjacje z Machado w sprawie płac, ten dawał poznać, że nie sądzi, iż dyktator już jutro spadnie ze swego stołka, i że powinien, że musi spaść, i chcąc nie chcąc pozwalał się wciągnąć w jego grę.

Machado oczywiście łatwo przystał na podwyżki. Odnotujmy:
9 sierpnia 1933 r. — koncesje Machado.

Nazajutrz César Vilar, jeden z czołowych działaczy partii komunistycznej, podpisuje w imieniu CNOC i komitetu strajkowego wezwanie do przerwania strajku powszechnego. Termin powrotu do pracy: 11 sierpnia, godz. 12.00.
Jednakże w południe 11 sierpnia nie ruszają maszyny, koleje, autobusy, dźwigi portowe. Nie działa poczta, nie wychodzą gazety. Ta cisza jest wspaniała, podniosła. Cisza, która już jest rewolucją.

Machado nagle pojmuje, że sytuacja jest poważniejsza niż wydawało się to nie tylko jemu, lecz również samym przywódcom strajkowym, co więcej: tak poważna, że nawet CNOC utraciła nad nią kontrolę, skoro jej wezwanie do przerwania strajku zostało przez strajkujących zignorowane, i zdaje sobie sprawę, że dotarł nieoczekiwanie do Rubikonu.

Strategia każdej dyktatury jest prymitywna, sprowadza się w gruncie rzeczy do niewielkiej liczby znanych manewrów, tak więc następny ruch Machado to albo poddać się, albo zgnieść rewolucję przez zmasowane użycie fizycznej siły. Generał wybiera to drugie i zwraca się o pomoc do armii. Armia nie zamierza jednak dłużej go wspierać. W Pałacu Prezydenckim zjawiają się wyżsi oficerowie z koszar Columbia w Hawanie — wśród nich płk Sanguily, który
wcześniej spotkał się z Wellesem — i proszą Machado, aby ustąpił. Nie wiadomo na co jeszcze licząc, Machado próbuje się wyśliznąć jak piskorz, zabiega przynajmniej o dwudniową zwłokę. Ale wojskowi są uparci: jeśli pan prezydent nie złoży dymisji, w kraju wybuchnie rewolucja, a następstwa rewolucji mogą być nieobliczalne, i domagają się ustąpienia Machado, nie później niż do godziny dwunastej 12 sierpnia.

Teraz już akcja toczy się według dobrze znanego w Ameryce Łacińskiej scenariusza:

Machado przekazuje urząd prezydenta ministrowi obrony;
Machado pakuje w pośpiechu walizki;
Machado opuszcza Pałac Prezydencki, aby następnie opuścić chyłkiem kraj;

Gwoli ścisłości: Usunięty dyktator nie udaje się, jak to się zazwyczaj dzieje w takim wypadku, do którejś z ambasad bądź wprost na lotnisko, lecz do swej rezydencji w Rancho Boyeros — położonej w każdym razie w pobliżu lotniska, z którego odleci 12 sierpnia po południu. Jest to jednak stosunkowo nieznaczna niezgodność ze scenariuszem.
Reżim prezydenta Gerardo Machado y Moralesa, który dławił Kubę przez z górą 8 lat, pada pod ciosami strajku powszechnego, który trwał 8 dni. Dodajmy: strajk nie obaliłby Machado, jeśli Machado korzystałby w tym czasie z poparcia USA i armii, ale też gdyby nie strajk, Machado nie zostałby obalony w sierpniu 1933 r., a może nawet nie doszłoby do rewolucji 1933 roku. Tak więc siłę uderzeniową strajku określiło także to, że wybuchł on we właściwym czasie, ale gdyby strajk nie wybuchł, natarcie na Machado byłoby nie tylko nieporównanie słabsze, lecz rozwinęłoby się również w innym kierunku.

Co teraz?...

To pytanie — jako pytanie: „Co po Machado?" — ambasador Sumner Welles rozważał oczy wiście już wcześniej. Dziwna rzecz, wydawałoby się, że po odejściu Machado Stanom Zjednoczonym potrzebny był na Kubie całkiem nowy człowiek, którym nie mógł być żaden z ministrów dyktatora, ale Wellesowi odpowiadało właśnie rozwiązanie, do którego doszło, tj. przejęcie urzędu prezydenta przez gen. Alberto Herrerę, dotychczasowego sekretarza wojny i marynarki w rządzie Machado. Kilkanaście godzin wcześniej, nim Machado podpisał odpowiedni dekret, Welles sugerował w depeszy do Waszyngtonu, że Herrera — jedyny minister, z którym w ostatnich czasach mógł znaleźć wspólny język, i żeby nie było wątpliwości: uległy wobec sugestii odzwierciedlających interesy rządu USA — byłby właściwym człowiekiem na fotelu prezydenckim. Dowiedziawszy się rankiem 12 sierpnia, że Herrery nie chcą ani politycy oficjalnej opozycji, ani wyżsi oficerowie, Welles wpadł w złość. Co się tyczy samego Herrery, rozumiał on niezręczność sytuacji i nie zamierzał trzymać się kurczowo powierzonego mu przez Machado mandatu. Chętnie zgodził się być prezydentem jedynie przez parę godzin, chciał dowiedzieć się tylko jednego: komu ma przekazać zaszczytny urząd prezydenta republiki? Welles to już wkrótce wiedział: Céspedesowi. Około południa ambasador USA spotkał się w rezydencji gen. Herrery z Cosme de la Torriente, politykiem Unii Nacjonalistycznej, który od 1 lipca 1933 r. przewodniczył tzw. rozmowom mediacyjnym mającym doprowadzić pod auspicjami USA do pokojowego usunięcia Machado, oraz z Céspedesem, który był 'wysuwany przez uczestniczące w mediacjach konserwatywne siły opozycji jako kandydat na prezydenta. I właśnie podczas tego spotkania Welles podjął decyzję: skoro jego kubańscy partnerzy mieli określone zastrzeżenia do Herrery, tym samym nie powinni byli mieć ich do Cespedesa, a poza tym ewentualny zarzut, że prezydent Carlos Manuel de Céspedes y Quesada został wydobyty z teczki ambasadora USA, rząd amerykański mógł względnie łatwo odeprzeć przez przypomnienie decyzji spotkań mediacyjnych. I tak oto Welles postanowił, nie tracąc więcej czasu, zastąpić Herrerę Cespedesem.

Kubańczycy poszli spać w piątek, 11 sierpnia, jeszcze pod rządami Machado. W sobotę, 12 sierpnia, obudzili się nie wiedząc, że w Pałacu Prezydenckim nie ma już Machado. Zaś kiedy się o tym dowiedzieli, pałeczka prezydencka zdążyła już przejść od Herrery do Céspedesa, zaś ambasador Welles po salwie oddanej z armat fortecy La Cabana na cześć nowego prezydenta już ściskał i całował go. Zdjęcie przedstawiające tę wzruszającą scenę, które pojawiło się zaraz w gazetach, zdawało się mówić Kubańczykom: Patrzcie, co zdziałał wspaniały przyjaciel Kuby! Z dnia na dzień, nie zważając ani na porę nocną, ani na rozpoczynający się weekend, pomógł usunąć tyrana, a i zadbał też, żeby nowym prezydentem został cywilny polityk, krytyk Machado, szczery demokrata!...

Dlaczego Welles zdecydował się w ostatniej chwili na wybranie Céspedesa, zaś Roosevelt, od marca 1933 r. prezydent USA, wybór ten przyjął z zadowoleniem? Céspedes spełniał bowiem trzy warunki: był wypróbowanym przyjacielem Stanów Zjednoczonych; należał do liberalizującej, godnej zaufania prawicy; dał się poznać jako umiarkowany krytyk dyktatorskich rządów Machado. No i Roosevelt, i Welles liczyli również na to, że Cespedes pozyska sympatię zrewoltowanych ziomków dzięki swemu historycznemu nazwisku — jako syn „wielkiego Céspedesa", bohatera pierwszej wojny o niepodległość Kuby w latach 1868—1878. Miało mu to ułatwić poskromienie rozgorączkowanych umysłów obietnicami, o których będzie można spokojnie zapomnieć, kiedy już opadnie fala burzowa. Nazwisko Céspedesa miało sugerować, że na Kubie następuje zwrot ku odnowie demokratycznej, w istocie zaś osłonić fundamenty dotychczasowego ładu społecznego.
Powściągnięcie rewolucji za pomocą tej prymitywnej manipulacji okazuje się jednak trudniejsze niż przekazanie „małemu Céspedesowi" Pałacu Prezydenckiego. Nikt się nie cieszy z Céspedesa, jego władza pozostaje od początku nominalna. W Hawanie mnożą się samosądy, policja chowa się po kątach, armia milczy. Directorio Estudiantil Universitario, Studencki Dyrektoriat Uniwersytecki, który działając nie tylko wśród studentów występował od lat przeciw dyktaturze, domaga się usunięcia wszystkich gubernatorów, burmistrzów i sędziów mianowanych przez Machado i postawienia przed sądem ludzi skompromitowanych współpracą z obalonym reżimem. Céspedes jest głuchy na te żądania. Odnosi się wprawdzie z niechęcią, może nawet ze wstrętem, do pasibrzuchów, łapówkarzy, pałkarzy, morderców, którzy dotychczas rządzili Kubą, ale nie chce ich karać. Bo jakże — tej samej sprawie służyli, której on służy, tyle że, niewątpliwie, zbłądzili w metodzie. Ogranicza się więc do zaprowadzenia porządków w loterii państwowej. Dyrektoriat wzywa Céspedesa do odejścia. Wzywa — ale nie może go zmusić, bo nie ma na to środków. Welles, zaniepokojony, pisze do Roosevelta: Kuba pogrąża się w kompletnym chaosie.

Dlaczego armia nie wspiera nowego prezydenta? Jej zachowanie jest dziwne, można by rzec: zagadkowe, wymaga więc wyjaśnienia.

Wbrew pozorom, nie udzielenie przez armię poparcia Céspedesowi nie było jednak ani dziwne, ani zagadkowe. Nie można bowiem wyobrazić sobie kryzysu państwa, który nie byłby związany z kryzysem armii, ani też kryzysu armii, który nie byłby odbiciem kryzysu państwa. Armia wraz z jej hierarchią, w ogólnym zarysie odpowiadającą klasowej stratyfikacji społeczeństwa, pozostaje zawsze częścią „cywilnego społeczeństwa", nawet jako organizacja w znacznym stopniu z niego wyobcowana. Tak więc odpowiednikiem występującego w „cywilnym społeczeństwie" konfliktu między rządzonymi a rządzącymi jest w armii konflikt między masą żołnierską oraz podoficerami i oficerami niższych stopni a wyższym korpusem oficerskim, zaś odpowiednikiem sprzeczności wewnątrz klas panujących są w armii tarcia wewnątrz korpusu oficerskiego. W 1933 r. główny konflikt w armii kubańskiej wyraził się w konfrontacji „sierżantów", tj. podoficerów i oficerów niższych stopni, z wyższym korpusem oficerskim. Znalazł on zrazu ujście w żądaniach czysto ekonomicznych, niemniej szybko objął żądania ogólniejsze, mimo że formalnie nie wykraczające poza sprawy żołnierskiej egzystencji.
4 września, późnym wieczorem, w koszarach Columbia w Hawanie doszło do doniosłych wydarzeń, nazwanych później „rewolucją sierżantów". Grupa sierżantów w asyście uzbrojonych po zęby żołnierzy wtargnęła do pokojów oficerów — wielu zaskoczywszy w łóżkach jak ich Pan Bóg stworzył, bo noc była gorąca — i zaleciła im grzeczne zachowanie; aresztowano i uwięziono tylko niektórych; innym polecono nie opuszczać koszar; ale nie brak było i takich, którzy mogli spokojnie udać się do domów. Jeszcze przed świtem do rebeliantów przyłączyła się załoga stojącego w porcie hawańskim okrętu „Patria". Podobnie jak w Columbii, nie padł tu nawet jeden strzał — bosman załatwił wszystko, przy jego rozmowie z oficerami nie było nawet marynarzy. Hawana znalazła się w rękach powstańców.
Jak mogło do tego dojść? Gdzie był prezydent? A zwłaszcza: gdzie był szef sztabu? Otóż szef sztabu, płk Sanguily, był w szpitalu, bo musiał się poddać zabiegowi chirurgicznemu. Natomiast zastępujący go gen. Montes, jak również prezydent Céspedes wrócili właśnie dopiero co z wizytacji prowincji Las Villas i Matanzas, które 1 września spustoszył cyklon, i zupełnie nie spodziewali się czegoś tak dziwacznego, jak rebelia sierżantów. Nim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, przywódcy rebelii — Rodriguez, Pedraza, López i Batista, czterej niemal nikomu nie znani sierżanci — przedsięwzięli już wszystko, aby stać się panami sytuacji.

Na wiadomość o rebelii, w koszarach Columbia jeszcze w nocy zjawiają się liczni członkowie Dyrektoriatu. Ściągają, też z miasta przyjaciół politycznych, m.in. dra Graua, profesora fizjologii, który już w 1927 r. miał odwagę wystąpić publicznie przeciw Machado, a w kwietniu 1933 r. wszedł do utworzonej w Miami, na Florydzie, antymachadowskiej Junty Rewolucyjnej. Studenci i sierżanci bez trudu porozumiewają się ze sobą. Sierżanci bratają się z członkami Dyrektoriatu, wraz z nimi uchwalają odezwę do ludności, która mówi, że oto żołnierze i cywile utworzyli Rewolucyjne Zjednoczenie Kubańskie, że celem Zjednoczenia jest wypełnienie najpilniejszych zadań narodowych, i że Rewolucyjne Zjednoczenie Kubańskie przejmuje ster władzy w charakterze Rządu Rewolucyjnego. Wśród osób, które składają pod tą odezwą podpisy, są przyszli prezydenci i jest też przyszły dyktator, który przedstawia się tu następująco: Sierżant, Rewolucyjny Szef wszystkich Sil Zbrojnych Republiki.

Autorzy odezwy tworzą tzw. pentarchię, tj. pięcioosobową juntę rewolucyjną, pierwszy na Kubie rząd, który powstał bez udziału ambasadora USA w Hawanie i który był dziełem studentów. Jego pięciu członków, w otoczeniu studentów, zjawia się wkrótce w Pałacu Prezydenckim, aby powiadomić Céspedesa, że przejmują władzę. Céspedes nie może niemal tego pojąć. Studenci, sierżanci, profesor fizjologii? Nawet nie składa formalnej rezygnacji, opuszcza Pałac Prezydencki i żeby uniknąć, jak się wydaje, jajek na bekonie, którymi groziłby mu azyl u Sumnera Wellesa, zaszywa się w ambasadzie francuskiej.

Człowiekiem, który zdobył przywództwo w „rewolucji sierżantów", był 32-letni radiotelegrafista i stenograf sztabowy, sierżant Fulgencio Batista y Zaldivar (urodził się 16 stycznia 1901 r. w Benes w prowincji Oriente). Człowiekiem, który stanął na czele pentarchii — a następnie 10 września zosstał prezydentem — był znany ze swych śmiałych wystąpień przeciw dyktaturze Machado lekarz, profesor fizjologii na uniwersytecie hawańskim, 51-letni Ramón Grau San Martin (urodził się 13 września 1882 r. w La Palma w prowincji Pinar del Rio). Ci dwaj ludzie mieli stać się w ciągu następnych 20 lat — aż do pojawienia się na scenie politycznej Fidela Castro — centralnymi figurami historii Kuby.

Dyrektoriat zaproponował Batiście wejście do rządu, ale Batista wolał się nie rozstawać z mundurem. W ten sposób sierżant Batista, na wniosek Sergio Carbó, ministra spraw wewnętrznych, wojny i marynarki w Rządzie Pięciu, podniesiony niemal z dnia na dzień do rangi pułkownika za niezbyt jasne zasługi wojenne, a także wybitne usługi oddane ojczyźnie, został szefem sztabu, a tym samym uzyskał faktycznie nieograniczoną kontrolę nad armią.
W oficjalnym życiu politycznym Kuby ujawniły się w tym czasie dwie zasadnicze tendencje. Pierwsza wyrażała dążenie do radykalizacji rewolucji. Druga — do jej powstrzymania. Rzecznikiem pierwszej był Antonio Guiteras Holmes, zrazu minister spraw wewnętrznych, a następnie także minister wojny i marynarki w rządzie sformowanym przez Graua po objęciu urzędu prezydenta, najmłodszy członek tego gabinetu. Rzecznikiem drugiej — płk Carlos Mendieta y Montefur, jeden z głównych przywódców konserwatywnej opozycji antymachadowskiej, który w osobie Batisty miał znaleźć już wkrótce wpływowego protektora.
Rząd Graua reprezentował różne siły społeczne i polityczne, zespolone wspólną walką przeciw dyktaturze. Z jednej strony: dysydencką frakcję narodowej burżuazji, która odmówiła w ostatnich latach dyktatury poparcia rządowi i opowiadała się za ustanowieniem autentycznej demokracji parlamentarnej, będąc jednocześnie przeciwna jakimkolwiek strukturalnym przeobrażeniom społecznym. Z drugiej: żywioły rewolucyjnego drobnomieszczaństwa — będące awangardą rewolucji, które pragnęły postępowych reform społecznych w duchu nowoczesnego, oświeconego kapitalizmu oraz uwolnienia kraju od dławiącej go zależności od Stanów Zjednoczonych. Grau San Martin usiłował jako szef rządu występować w roli pośrednika między tymi dwiema siłami.

Poza rządem znajdowała się specyficzna „trzecia siła" — armia. Postawa armii ułatwiła rozwój rewolucji po załamaniu się dyktatury Machado. Tej postawy nie określały jednak żadne ideologiczne czy moralne pryncypia. Dla oficerów nowej elity armijnej — wywodzących się z represyjnej siły dyktatury, a zatem obciążonych politycznie i moralnie swym rodowodem — rewolucja sprowadzała się do usunięcia skompromitowanej ekipy rządzącej wraz z wiernymi jej do końca ludźmi we wszystkich ogniwach państwa i do wydźwignięcia ku władzy z dnia na dzień tych, którzy się do tego przyczynili, tj. właśnie ich, dotychczasowych „sierżantów". Ograniczoność ideowej motywacji działania „sierżantów", a stąd: dążenie do zdobycia władzy, przywilejów, korzyści materialnych jako główna, samoistna motywacja — sprawiły, że nowa elita armii nie opowiadała się, przynajmniej jawnie, ani za tendencją zachowawczą, ani przeciw tendencji rewolucyjnej. Czekała, sama jeszcze nie dość mocna, aż obie tendencje nawzajem się osłabią w nieuniknionych starciach. Zamierzała — kiedy okrzepnie, a konkurenci nie będą się już mogli jej przeciwstawić, wystąpić samodzielnie na scenie, aby stać się główną osią państwa.

„Czwartą siłą" rewolucji 1933 roku, jednocześnie — jej najważniejszą siłą, mógł stać się ruch robotniczy. Mógł, o ile by uznał wspólnotę interesów warstw średnich i proletariatu w rewolucji burżuazyjno-demokratycznej i włączył się do wysiłków rządu rewolucyjnego, radykalizując go i modelując kształt państwa.

Stosownie jednak do utrzymujących się jeszcze wówczas w ruchu komunistycznym objętym przez III Międzynarodówkę tendencji uważano, że interesy klasy robotniczej są przeciwne w każdej sytuacji interesom burżuazji, a wewnątrz burżuazji nie dostrzegano zróżnicowania sił i interesów bądź je ignorowano.

Komunistyczna Partia Kuby cieszyła się znacznymi wpływami w kubańskim ruchu robotniczym objętym przez związki zawodowe. Tak więc strategia komunistów miała w decydującym stopniu określić stosunek proletariatu kubańskiego do rewolucji 1933 roku.

Na posiedzeniu KC KPK w dniu 26 sierpnia, a więc dokładnie dwa tygodnie po ucieczce Machado, przywódcy partii przyznali, że w dniach kryzysu sierpniowego nie docenili siły ludowej rebelii, i postanowili wyciągnąć wnioski z popełnionego błędu. Stwierdzili, że doświadczenie sierpniowe wykazało, iż hasła partii powinny wyprzedzać rozwój wydarzeń, i że w aktualnej sytuacji, kiedy reakcyjny rząd Céspedesa pozbawiony jest właściwie realnej władzy, partia powinna wezwać masy do tworzenia rad robotniczych i chłopskich, które byłyby — jak to formułuje opracowana przez zarząd polityczny armii kubańskiej i wydana w Hawanie w 1967 r. Historia de Cuba — organami władzy mającymi stać się narzędziem generalnego przejęcia władzy.

Apel o tworzenie rad robotniczych i chłopskich, skierowany przeciw rządowi Céspedesa, zwracał się po „rewolucji sierżantów"', która ów rząd obaliła, przeciw rządowi Graua. Mimo że oba były rządami burżuazyjnymi, powstały jednak po dwóch stronach barykady: rząd Céspedesa miał powstrzymać rewolucję (rewolucję burżuazyjno-demokratyczną), a rząd Graua — podjąć ją i rozwinąć. Czy komuniści powinni byli zatem po 4 września 1933 r. wycofać się z linii powstańczej, czy też pozostać przy niej?
Z tego co już wcześniej powiedzieliśmy wynika, że zastąpienie jednego rządu burżuazyjnego przez inny nie mogło wpłynąć na zmianę strategii partii komunistycznej. Kontynuowanie przez KPK akcji na rzecz tworzenia rad, nawiązującej do doświadczeń rewolucji rosyjskiej — w tym czasie nie tylko świeżych, lecz także jedynych, było na pozór trafne. Jeśli bowiem Grau San Martin był „Kiereńskim", linia komunistów, tj. „bolszewików", winna była zmierzać do przyspieszenia rozwoju rewolucji przez odmówienie rządowi Graua poparcia, tworzenie rad robotniczych i chłopskich i wreszcie — obalenie rządu, zniesienie państwa burżuazyjnego i zastąpienie go państwem robotniczo-chłopskim.

Rzeczywistość społeczna Kuby nie mieściła się jednak w tym schemacie. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że imperializm amerykański podporządkował sobie Kubę już w czasach, kiedy w kraju tym jeszcze nie dokonała się rewolucja burżuazyjno-demokratyczna, i że Stany Zjednoczone właśnie dzięki temu mogły przekształcić Kubę w swą półkolonię, dojdziemy do wniosku, że rewolucja, od której zależał ekonomiczny i społeczny rozwój kraju, musiała równocześnie wyzwolić Kubę spod zależności od Stanów Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że zmiany dokonujące się od pojawienia się na scenie rządu Graua wywołały sprzeciw imperializmu amerykańskiego, a także tej burżuazji kubańskiej, którą imperializm amerykański wciągnął w orbitę swej polityki. Rewolucja burżuazyjno-demokratyczna na Kubie była rewolucją burżuazji narodowej, tj. tej części burżuazji, której interesy identyfikowały się z dążeniem do osiągnięcia niezależności narodowej a także rewolucją radykalnie i patriotycznie nastrojonych żywiołów drobnomieszczańskich, które szczególnie dotkliwie odczuwały zarówno bezpośrednie, jak i pośrednie skutki zależności Kuby od Stanów Zjednoczonych. A więc: Grau nie był „Kiereńskim". A więc: komuniści nie znajdowali się — i to niezależnie od politycznego nieprzygotowania proletariatu kubańskiego do podjęcia walki o rewolucję proletariacką — w sytuacji bolszewików po rewolucji lutowej. Dla kubańskiej burżuazji narodowej cele rewolucji burżuazyjno-demokratycznej były jej celami historycznymi, dla kubańskiego proletariatu — celami doraźnymi. Wobec faktu, że każda z tych klas była zbyt słaba, aby móc sama urzeczywistnić swoje cele historyczne, przyłączenie się proletariatu do burżuazji narodowej oznaczałoby stworzenie szansy osiągnięcia przez burżuazję jej celów historycznych, a przez proletariat — jego celów doraźnych, zaś jego nieprzyłączenie się — zaprzepaszczenie tej szansy. Taka właśnie była, w najzwięźlejszym ujęciu dialektyka 1933 roku. W groźbie, że nie zostanie ona odczytana przez głównych aktorów, drzemał dramat rewolucji.
Rewolucja rozwijała się zrazu w dwóch płaszczyzn ach. Jedna — to płaszczyzna polityki rządu Graua, druga — to płaszczyzna akcji tworzenia rad.

Co się tyczy polityki rządu:

Rząd Grau San Martina — czytamy w wydanej w Moskwie w 1975 r. pracy Emilii A. Griniewiczowej Kuba: put'k pobiedie rewolucii — dokonał wielu ważnych posunięć prawodawczych w życiu politycznym i gospodarczym. Rozwiązał partie, które popierały dyktaturą, skonfiskował majątki ziemskie i przedsiębiorstwa należące do urzędników Machado. Przyjął liczne ustawy zmierzające do poprawy położenia pracujących, m. in. ustawy o ośmiogodzinnym dniu pracy, o minimum płacy roboczej, o ubezpieczeniach socjalnych itd. Ustanowił kontrolę nad wielkimi towarzystwami zagranicznymi Cubana de Electricidad, Cuban--American Sugar Company, centralami cukrowniczymi Chaparra, Delicias itd., a także podjął wiele innych przedsięwzięć.

Co się zaś tyczy akcji tworzenia rad: Akcja ta nie dała żadnych wyników w Hawanie i innych większych miastach, przyniosła natomiast sformowanie się pewnej liczby rad na plantacjach trzciny cukrowej i w cukrowniach w prowincjach Oriente, Camagüey i Las Villas. Tu i ówdzie rady zdołały nawet zdobyć silną pozycję, jak choćby w Mabey, gdzie doszło do powstania miniaturowego państwa proletariackiego, które administrowało skonfiskowanymi gruntami, organizowało produkcję i posiadało własną milicję. Niemniej te izolowane sukcesy apelu „Cała władza w ręce rad!", ponowionego 10 listopada 1933 r., nie były w stanie doprowadzić do zwrotu ku rewolucji robotniczo-chłopskiej.

Ściślej — nie były to dwie płaszczyzny jednej i tej samej rewolucji, lecz poniekąd dwie rewolucje zainicjowane sierpniowym strajkiem powszechnym, rewolucje rozwijające się w tym samym czasie, lecz zdążające do różnych celów.
W tych okolicznościach położenie rządu Graua stawało się coraz trudniejsze. Burżuazja agrarna, amerykańskie towarzystwa cukrowe oraz rząd USA atakowały go z prawa. Część proletariatu kubańskiego — ta, która była skupiona w regionach pozamiejskich i związana z najważniejszym sektorem gospodarki na Kubie — wytwarzaniem cukru — politycznie go zwalczała. Warstwy średnie były coraz bardziej zaniepokojone rządowym programem reform socjalnych, mimo że program ten wyrażał ich obiektywne interesy historyczne, i coraz bardziej znużone brakiem stabilizacji gospodarczej i politycznej sytuacji kraju.
Tymczasem zbliżała się zafra, żniwa trzciny cukrowej, które na Kubie rozpoczynają się z początkiem roku, nie później niż w połowie stycznia. Jakikolwiek rząd kubański — postępowy czy reakcyjny, który dopuściłby do załamania się zafry, wydałby na siebie wyrok śmierci. Dlatego też rząd Graua musiał zadbać o stworzenie niezbędnych warunków dla kampanii cukrowniczej. Guiteras próbował nawiązać rozmowy z Cesarem Vilarem, przywódcą centrali związkowej CNOC, jednakże Vilar odmówił kontaktów z człowiekiem nazywanym w ulotkach KPK „konkurentem Zubizaretty" (wyjaśnijmy, że Zubizaretta był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Machado). Dla komunistycznych przywódców związkowych rząd Graua — który rzekomo dążył, jak to formułowała jedna z odezw Młodzieżowej Ligi Komunistycznej, do pokazania się swoim panom, bankierom z Wall Street, jako rzeczywisty strażnik ich interesów — był śmiertelnym wrogiem mas, wskutek czego i rząd zaczął się do ruchu rad i do komunistów odnosić wrogo. Skoro dialog nie wchodził w rachubę, nieunikniona stała się konfrontacja. Antonio Guiteras, rewolucyjny demokrata i jeden z przywódców rewolucyjnej młodzieży studenckiej, jak go przedstawia cytowana wyżej Emilia Griniewiczowa, autentyczny wódz duchowy radykalnego skrzydła rewolucji i autor jej najbardziej postępowych przedsięwzięć, który mógłby być sojusznikiem komunistów, inicjuje więc jako minister spraw wewnętrznych oraz minister wojny i marynarki akcje represyjne przeciw radom robotniczym i chłopskim oraz strajkom organizowanym przez komunistów, którzy mogliby być jego sojusznikami.

Batista — niezwykle chętny, jak się okazuje, do realizacji takich przedsięwzięć — przystępuje do rozpędzania rad. W tym samym czasie uderza też w starą, machadowską prawicę w armii: 2 października inscenizuje „bitwę o hotel Nacional", krwawą masakrę, w której zostają zlikwidowani oficerowie związani z reżimem Machado, a 9 listopada — masakrę w opanowanym przez grupę zbuntowanych oficerów forcie Atarés. Jak przypomni w 1953 r. Fidel Castro, w dniu bitwy o hotel Nacional niektórzy oficerowie zostali zamordowani po złożeniu broni, zaś po kapitulacji fortu Atarés karabiny maszynowe napastników wystrzelały cały rząd jeńców. Udając, że występuje w obronie rewolucji, Batista ćwiczył w ten sposób armię w bestialstwie, aby uczynić z niej siłę ślepo mu posłuszną i wolną od skrupułów moralnych, a oficerów związanych ze starym reżimem mordował przede wszystkim jako ludzi, którzy mogliby zagrozić jego karierze oraz skrycie przezeń formowanemu nowemu reżimowi.

W ciągu niespełna dwóch miesięcy Batista przebył drogę od niebytu do występów w teatrze historii. Jeszcze wczoraj sierżant, a już dziś pułkownik i szef sztabu, wchodził w rolę jednego z owych populistycznych bohaterów chwili, wywodzących się niemal zawsze z szeregów armii, w jakich obfitują dzieje Ameryki Łacińskiej. Prawdę mówiąc, spełniał związane z tą rolą wymogi. Czy nie wypłynął na powierzchnię życia publicznego na fali rewolucyjnej? I czy nie stał się tym, kim się stał, dzięki udziałowi w przewrocie wolnościowym? Wszystko to zapewniało moi uznanie, poparcie i sympatię wśród żołnierzy i „sierżantów", jak i w (masach przenikniętych odwieczną tęsknotą za plebejskimi przywódcami. Ale jako wychowanek armii stworzonej przez system społeczny będący fundamentem reżimu Machado, Batista był sam produktem tego systemu. Oczywiście byłoby nonsensem twierdzić, że w 1933 r. przesądzona już była rola, jaką później odegrał, i że odegranie przezeń innej roli nie było możliwe. Odczytywanie wydarzeń wspak nie ma nic wspólnego z materialistycznym pojmowaniem historii. Jeśli rewolucja zdołałaby podważyć stare państwo i podciąć jego społeczne korzenie, Batista i inni „sierżanci" — pod których rozkazami znalazła się armia jako najważniejsza część składowa dotychczasowego państwa — znaleźliby się w innej sytuacji i prawdopodobnie by się jej poddali już choćby dlatego, że woleliby płynąć z prądem niż przeciw prądowi. Jednakże taka perspektywa nie pojawiła się.

Rządowi Graua, wziętemu w dwa ognie i rozdzieranemu przez wewnętrzne sprzeczności, było coraz trudniej funkcjonować. Stany Zjednoczone go nie uznawały, zaś ambasador Welles, pozostający nadal w Hawanie, próbował go obalić za pomocą spisków, których organizowanie stało się jego głównym zajęciem. Rząd jednak nie poddawał się. Zmusił Wellesa do opuszczenia Kuby. Zażądał od działającej na Kubie amerykańskiej spółki Cubana de Electricidad zmiany zasad jej działania, a kiedy ta odpowiedziała odcięciem prądu i wody, wziął jej mienie pod zarząd państwowy. Przekreślił narzucone Kubie przez USA ograniczenia eksportowe i nakazał wszystkim cukrowniom podjęcie pracy. I wreszcie: 12 stycznia 1934 r. unieważnił długi zaciągnięte przez Machado w północnoamerykańskim Chase National Bank.
Stany Zjednoczone — nie mogąc zgnieść rządu Graua za pomocą spisków i szantażów, a nie chcąc jeszcze sięgać do interwencji zbrojnej, która postawiłaby pod znakiem zapytania proklamowaną przez Roosevelta politykę „dobrego sąsiedztwa" — sięgnęły do wypróbowanych metod mafijnych. Jafferson Caffery, wysoki urzędnik Departamentu Stanu USA, który zmieniając Wellesa przybył na Kubę 18 grudnia jako „osobisty przedstawiciel prezydenta USA" (nie mógł bowiem występować w charakterze ambasadora przy rządzie, którego Stany Zjednoczone nie uznawały), nawiązał niezwłocznie z Batistą bliską znajomość, podtrzymywaną częstymi spotkaniami nie tylko dlatego, że obaj lubili konie i długie spacery w siodle. Caffery w lot pojął, że jedyną realną podporą rządu Graua jest armia, ponieważ sympatia i popularność, jakimi cieszył się rząd w społeczeństwie, są rozproszone, nie ujęte w żadną zorganizowaną siłę polityczną, i że wystarczyłoby zatem tę podporę wytrącić, aby rząd obalić. I pojął też, że nie będzie to trudne przedsięwzięcie, jeśli nowa elita armijna otrzyma odpowiednie gwarancje amerykańskie, bo cóż ją w istocie łączy z rządem Graua poza nieco przypadkowym mariażem ze Studenckim Dyrektoriatem Uniwersyteckim po obaleniu Machado?

Czas przy tym naglił. Z jednej bowiem strony rząd Graua wyraźnie się radykalizował: 20 grudnia przejął dwie cukrownie należące do Cuban-American Sugar Company, a były to Chaparra i Delicias, jedne z największych w kraju, i jednocześnie nakazał właścicielom wszystkich innych cukrowni przystąpienie do zafry nie później niż 15 stycznia. Z drugiej zaś strony szykowała się do szturmu centrala związkowa CNOC. Kongres Jedności Związkowej, który odbył się w Hawanie na początku stycznia z udziałem ponad 3 tys. delegatów, zapowiedział podjęcie w okresie zafry nowej wielkiej batalii przeciw kapitalistom i rządowi.

Rozmowy Caffery'ego z Batistą osiągnęły najwidoczniej pożądany skutek, bo oto w sobotę 13 stycznia Batista odwiedził pułkownika Carlosa Mendietę, przywódcę partii nacjonalistycznej, i nakłonił go do objęcia urzędu prezydenta. Jako że urząd ten jeszcze sprawował Grau, tego samego dnia po południu Batista i Mendieta spotkali się z Grauem w jednym z majątków pod Hawaną. Batista nie owijał sprawy w bawełnę: wezwał Graua do złożenia dymisji, a jako człowieka, któremu Grau winien przekazać urząd prezydenta, wskazał Mendietę. Batista rozumiał, że Grau może nie zaakceptować Mendiety, dlatego też powtórzył to, co niedawno usłyszał od Caffery'ego: że rząd kierowany przez Mendietę zostanie uznany — na czym Kubie nie może nie zależeć — przez Stany Zjednoczone. Jako patriota, Grau powinien to wziąć pod uwagę.

Grau pojmuje, że Batista — mający od czterech miesięcy w ręku armię, którą w ostatnich tygodniach powiększono i nowocześnie uzbrojono, jest panem sytuacji. I z goryczą mówi — według świadectwa sekretarza stanu w jego rządzie, Manuela Marqueza Sterlinga — na zakończenie rozmowy z Batistą i Mendietą: Kiedyś w Hiszpanii pragnąc kogoś pochwalić powiadano, że to człowiek uczciwy i nie odznaczony Krzyżem Izabeli Katolickiej. O mnie można powiedzieć, że mój rząd był uczciwy, służył sprawie narodu i nie był uznany przez Stany Zjednoczone.

Grau jeszcze jest prezydentem, a już mówi o swym rządzie w czasie przeszłym? Tak — Grau kapituluje, zgadza się na ustąpienie, pragnąłby jedynie swój urząd złożyć wobec tych, od których go otrzymał, chce, aby oni wskazali następcę. Batiście to nie tylko nie przeszkadza, lecz poniekąd nawet dogadza: złamanie rewolucji przy zachowaniu pozorów, że się ją kontynuuje, może mu być tylko na rękę.
Nazajutrz, w niedzielę, Guiteras i jego przyjaciele usiłują przekonać Graua, aby nie ustępował, a Batistę usunął, póki mają jeszcze w ręku siły policyjne i popierani są przez marynarkę. Na próżno. Późnym wieczorem w koszarach Columbia spotykają się, jak tego sobie życzył Grau, sygnatariusze odezwy Rewolucyjnego Zjednoczenia Kubańskiego, którą napisano tu, w nocy z 4 na 5 września 1933 r., kiedy powstał sojusz żołnierzy i studentów. Wtedy było to spotkanie patetyczne, teraz -— żałosne. Już nie rewolucja jest jego tematem. Batista chce przyspieszyć obroty machiny reakcyjnej inwolucji, którą wprawił właśnie w ruch, i domaga się przekazania urzędu prezydenta Mendiecie. Inni mają wciąż nadzieję, że uda im się jeszcze w jakiś sposób ocalić rewolucję, i żądają przekazania urzędu prezydenta inżynierowi Carlosowi Hevii, dotychczasowemu ministrowi rolnictwa, o którym można przynajmniej powiedzieć, że nie jest, jak Mendieta, człowiekiem Batisty. Świtało już, kiedy wreszcie Batista
przystał na Hevię. Guiteras nie wszedł do gabinetu Hevii, mimo że mu to zaproponowano, Batista natomiast wszedł, bo pozostał nadal szefem sztabu.

Jako prezydent, Carlos Hevia nie mógł zadowolić and Balasty, and Guiterasa. Guiteras mógł sięgnąć obecnie już tylko do zbrojnego oporu, jednakże Batista okazał się szybszy: ledwie wyraził zgodę na Hevię, kazał zabrać broń i amunicję z magazynów marynarki, która mogłaby wesprzeć Guiterasa, i obsadził wojskiem główne punkty strategiczne stolicy. Uwolniwszy się od Graua i Guiterasa, miał do czynienia z Hevią, prezydentem pozbawionym realnej władzy, od którego bez trudu mógł zażądać przekazania urzędu Mendiecie. Mógł więc wprowadzić Mendietę do Pałacu Prezydenckiego z zachowaniem formalnych wymogów konstytucyjnych, jak tego chciał od początku. I tak właśnie, nie zwlekając, zrobił. Hevia został zaprzysiężony 16 stycznia; w nocy z 17 na 18 stycznia ustąpił pod naciskiem Batiaty, Mendiety i Caffery'ego; 18 stycznia nowym prezydentem Kuby był już Carlos Mendieta y Montefur, mający wówczas 60 lat, jeden z nielicznych żyjących polityków kubańskich, którzy brali udział w drugiej wojnie z Hiszpanią o niepodległość Kuby. Rząd Mendiety określił się jako „rząd koncentracji narodowej". Stany Zjednoczone uznały go w ciągu kilku dni, podczas gdy rządu Graua nie uznawały przez ponad cztery miesiące. W ciągu kilkunastu
dni ofiarowały też rządowi Mendiety 10 min dolarów kredytu ma zakupienie w USA pilnie potrzebnej Kubie żywności.
Wraz z usunięciem rządu Graua rewolucja cofnęła się jak gdyby do 12 sierpnia 1933 r., a niemal całkowitym panem sytuacji stał się pułkownik Fulgencio Batista, który władał armią. W oczach większości Kubańczyków uchodził on nadal za bojownika rewolucji antymachadowskiej, zaś dzięki wystąpieniu przeciw Grauowi i Guiterasowi pozyskał sobie zaufanie kubańskich i półnoanoamerykańskich klas posiadających.

Wspiąwszy się na szczyty władzy, Batista nie sięgnął po żaden z najwyższych urzędów państwowych, i wyjaśnijmy od razu: nie sięgnął, bo nie chciał, a nie dlatego, że nie mógł. To, że nie chciał, było ściśle skalkulowane. Batista po prostu uznał, że zadanie zdławienia sił rewolucji należy pozostawić innym — zwłaszcza prezydentowi tymczasowemu, któremu musiała przypaść w udziale najbrudniejsza robota — podczas gdy on miał sprawować faktyczne rządy za plecami figurantów.

Była to formuła rządzenia dotychczas nie praktykowana na Kubie, a więc nowatorska i oryginalna. Wprawdzie łatwiej było wymyśleć ją niż stosować, niemniej Batista okazał się mistrzem w posługiwaniu się swoim wynalazkiem..
Jeśli wziąć pod uwagę, że kubańskim i północnoamerykańskim klasom posiadającym potrzebny był wówczas na Kubie niekwestionowany rzecznik ich interesów, który wszakże nie nosiłby na sobie piętna reżimu Machado, a zarazem byłby „mocnym człowiekiem", to Batista od stycznia 1934 r. spełniał już bez wątpienia wszystkie te wymogi, a użyta przez niego formuła rządzenia odpowiadała optymalnie także jego osobistym celom. Stworzywszy sytuację, w której najwyżsi urzędnicy państwa, przez Batistę do urzędów wysunięci, byli marionetkami tylko przez niego poruszanymi, osiągnął on swój cel najważniejszy: władzę dyktatorską. Jednocześnie zaś, zważywszy, że jego marionetki żyły na pozór własnym życiem, tj. nie wydawały się być marionetkami, Baitista mógł sprawiać wrażenie, że ani nie określa decyzji Pałacu Prezydenckiego, ani nawet nie wywiera na nie presji, więcej: że jest jedynie żołnierzem republiki, którego elementarna powinność to posłuszeństwo wobec prezydenta i rządu.

Być dyktatorem, ale udawać, że się nim nie jest, to marzenie dyktatorów. Leżąca u podstaw tego marzenia sprzeczność jest oczywiście nie do przezwyciężenia, niemniej próba czasowego ukrycia prawdy nie musi być skazana z góry na niepowodzenie. Batista nie był pierwszym, ani ostatnim dyktatorem, który taką próbę podjął, choć był jednym z niewielu, którym się ona w zasadzie udała. W ten sposób Batista, sprawując od stycznia 1934 r. faktyczne rządy, uwalniał się od formalnej, osobistej odpowiedzialności za nie, która spadała na ludzi rządzących nominalnie, a ponadto zapewniał sobie możliwość występowania wręcz w roli „neutralnego pośrednika", rozjemcy, czasem nawet krytyka rządu. I tak, podczas gdy osadzony przez Batistę w Pałacu Prezydenckim Carlos Mendieta trudził się brudną, nierzadko mokrą robotą, likwidując zdobycze rewolucji 1933 roku, Batista zwierzał się ziomkom, jak bardzo jest zatroskany z powodu ekonomicznej i kulturalnej degradacji mas ludowych. Występując publicznie z postulatem „zrównoważenia praw robotników z prawami przedsiębiorców" (tak!), poufnie nakazywał rządowi energiczną ochronę interesów kapitału. W ciszy ministerialnych gabinetów jego ludzie wzmacniali łańcuchy, jakimi Kuba była przykuta do Stanów Zjednoczonych, on zaś wyżywał się w patriotycznych tyradach, które miały wzruszać prostych ludzi i zaszczepiać w ich umysłach przekonanie, że ojczyzna zmierza, mimo wszystko, ku rozkwitowi i pomyślności.
Wielu Kubańczyków początkowo nie zdawało sobie sprawy, że okres rewolucji został zamknięty, rozpoczął się zaś okres kontrrewolucji. Sprawiało to nazwisko Batisty łączące oba okresy. Mimo że Batista w istocie rzeczy nigdy nie zamierzał służyć celom rewolucji 1933 roku, które wykraczały przecież poza złamanie reżimu Machado, w oczach większości Kubańczyków uchodził za jednego z jej głównych przywódców. Zrazu nie pojmując, że 18 stycznia 1934 r. ustanowiona została dyktatura, a tym bardziej — że jest to wojskowa dyktatura Batisty, jednocześnie zaś widząc Batistę nadal na czele armii, ludzie ci sądzili, że rewolucja wkroczyła jedynie w nową fazę. Zwłaszcza dla ludzi należących do warstw średnich — tj. warstw udzielających poparcia rewolucji 1933 roku, choć zaniepokojonych „chaosem rewolucyjnym" — Baitista pozostawał spadkobiercą rewolucji, który będzie ją kontynuował w rzekomo korzystniejszych warunkach: po przezwyciężeniu zamętu, rozruchów i zaprowadzeniu porządku oraz po narzuceniu ekipie rządowej dyscypliny. Inaczej mówiąc, warstwy średnie widniały w Batiście łączącym ich dwie nadzieje: na reformy i na porządek, wręcz męża opatrznościowego trwającej jakoby dalej rewolucji, a nie dyktatora stającego na czele kontrrewolucji.
Poczynając od 18 stycznia 1934 r. Battista stał się najwyższym uosobieniem instytucji państwa. Jego dyktatura, mimo że jawnie reakcyjna, nie była jednak klasyczną dyktaturą faszystowską, nawet jeśli przejściowo ujawniła pewne zbliżające ją do niej właściwości. Próbując odnieść dyktaturę Batisty do doświadczeń europejskich, można by powiedzieć, że zbliżała się ona raczej do bonapartystowskiego modelu państwa militarnego, które wobec faktu, że klasy panujące, wewnętrznie rozbite
i skłócone, okazują się niezdolne do sprawowania rządów, staje ponad nimi, aby bez ich formalnego pełnomocnictwa rządzić w ich imieniu.

Dyktatura Batisty miała się zetrzeć z siłami, do których należały relikty obalonego reżimu Machado, [radykalne skrzydło burżuazyjno-demokratycznego frontu rewolucji 1933 roku, partia komunistyczna oraz związkowy ruch robotniczy, który za rządów Graua znacznie poszerzył zdolność i zasięg swego działania.

Jeśli chodzi o siły związane z obalonym reżimem Machado, Batista nie zamierzał się z nimi pojednać i kontynuował represje w stosunku do oficerów armii Machado i działaczy jego aparatu państwowego, co w społeczeństwie kubańskimi rodziło iluzoryczne wyobrażenia o Batiście, w istocie zaś odzwierciedlało specyficzny bonapartyzm nowej dyktatury. Co się zaś tyczy burżuazyjno-demokratycznych sił rewolucji 1933 roku, Baitista był gotów do współpracy ze wszystkimi należącymi do tego frontu ludźmi, którzy byliby skłonni uznać jego reżim, natomiast postanowił zwalczać tych, którzy by przeciw niemu występowali, zaś za pomocą wszystkich dostępnych środków, nie wyłączając egzekucji bez sądu i skrytobójczych mordów, usunąć ze sceny tych, którzy wypowiedzieliby mu otwartą walkę.

Grau i Guiteras, główni przywódcy demokratycznej rewolucji 1933 roku, nie zamierzali pogodzić się z dyktaturą Batisty.

Obaj — choć każdy na własny rachunek — opowiedzieli się za niezwłocznym podjęciem walki przeciw Batiście i Mendiecie, w tym również walki zbrojnej. Guiteras już w końcu stycznia 1934 r. utworzył w tym celu organizację Joven Cuba (Młoda Kuba), która ma początku 1935 r. osiągnęła, jak się ocenia, liczbę 15 tys. członków. Grau już w lutym 1934 r., wkrótce po swym wyjeździe do Meksyku, zorganizował Partido Revolucionario Cubano (Autentico), tj. Kubańską Partię Rewolucyjną (Autentyczną), która nawiązywała swą nazwą do partii stworzonej przez José Martiego {1853—95), duchowego wodza walk Kuby o niepodległość. Ale ani Młoda Kuba, ani KPR(A) nie okazały się zdolne zagrodzić dyktaturze Batisty. Grupy wojskowe Guiterasa, mimo że były złożone z odważnych, gotowych do poświęceń młodych ludzi, i mimo że akcje ich przez wiele miesięcy trzymały reżim w stanie alarmu, nie zdobyły sobie oparcia w masach, które w Batiście nie widziały nowego Machado. Natomiast „Autentycy" w zasadzie w ogóle po broń nie sięgnęli ograniczając się do publikowania pamfletów, choć ze swej bazy na Florydzie raz po raz zapowiadali zbrojne ekspedycje na Kubę.
Trzecią siłą zwróconą przeciw dyktaturze byli komuniści, którzy rozporządzali partią jak na owe czasy dość silną, liczącą 6 tys. członków, i mającą punkty oparcia w całym kraju. Jak wiemy, KPK zwalczała rząd Graua, organizując i przeciwstawiając mu rady robotnicze i chłopskie, a czyniła tak dlatego, że stosownie do głoszonej w tym czasie kominternowskiej tezy „klasa przeciw klasie" komuniści winni byli walczyć o rewolucję socjalistyczną, która, jak w to wierzyli, miała wkrótce nastąpić na całym świecie. W związku z tym nie mieli potrzeby zastanawiać się nad zróżnicowaniem politycznym burżuazji, by szukać sojuszników w demokratycznych ruchach niekomunistycznych, wręcz przeciwnie: powinni byli takie ruchy zwalczać ze szczególną energią jako socjalfaszystowskie, oszukańcze, odciągające proletariat od jego prawdziwych i jedynych sztandarów. Zastąpienie rządu Graua przez reżim Batisty i Mendiety nie powinno więc było zmienić— i nie zmieniło — zasadniczej linii KPK. Pozwoliło tej linii raczej zyskać większą klarowność, bowiem u władzy byli już nie ci, którzy za pomocą reform chcieli rzekomo rozbroić politycznie masy pracujące i sprowadzić je z jedynej słusznej drogi, lecz ci, którzy jako jawni śmiertelni wrogowie mas pracujących — byli nimi w istocie! — działali z odsłoniętą przyłbicą.

W upadku rządu Graua KPK widziała pierwsze wielkie zwycięstwo w batalii, którą należało kontynuować, i to z siłą zdwojoną. Ogłoszony 18 marca 1934 r., kiedy kontrrewolucja pacyfikowała kraj, manifest KC KPK stwierdzał, że perspektywy rewolucyjne są konkretne i bezpośrednie.

Należało kontynuować natarcie przeciw burżuazji, obszarnikom i imperializmowi. Kontynuując je, KPK występowała — podobnie jak Młoda Kuba i KPR (A) — przeciw reżimowi Batisty i Mendiety. Ale występowała przeciw niemu nie w jednym szeregu z ludźmi Guiterasa i Graua, na odwrót: atakując ich, i to atakując ostrzej niż Batistę i Mendietę, mimo że działające w podziemiu organizacje Guiterasa i Graua zwalczały kontrrewolucyjną ekipę znajdującą się u władzy. Że ekipa Batisty i Mendiety jest śmiertelnym wrogiem rewolucji, było to całkowicie ewidentne; ale że takim samym wrogiem są, jak wydawało się KPK, również Młoda Kuba i „autentycy", i że ze wszystkich grup i partii istniejących na Kubie największe niebezpieczeństwo dla rewolucji stanowią owe partie „lewicowe" (z rezolucji II Zjazdu KPK), nie było już równie oczywiste.

Mobilizacji KPK da dalszej walki miał służyć jej II Zjazd zwołamy w kwietniu 1934 r.

Zjazd uznał dotychczasową linię partii w ogólności za słuszną.

Skoro jednak linia powstańcza z jej hasłem „cała władza w ręce rad" nie przyniosła oczekiwanych sukcesów, a od października 1933 r. jawnie opadła fala walk klasowych kierowanych przez komunistów, zjazd postanowił wyjaśnić przyczyny niepowodzeń, a także opracować sposoby ich przezwyciężenia.

Przyczyną zewnętrzną, leżącą poza partią, była najpierw działalność rządu Graua, który sięgał — jak to stwierdzała ulotka KPK z 5 stycznia 1934 r. — po wszystkie środki, poczynając od demagogii i najbardziej bezwstydnego „lewicowego" słowolejstwa, a kończąc na najdzikszym terrorze, by zahamować i utopić we krwi walkę proletariatu, by oddzielić proletariat od jego przywódcy — partii komunistycznej. Zaś później, kiedy już rząd Graua upadł, była nią działalność wyrosłych z jego dziedzictwa ideowego ruchów politycznych, tj. Młodej Kuby i KPR (A), jak również działalność nowej ekipy sterowanej przez Batistę i Mendietę.

Przyczynami wewnętrznymi, wskazanymi przez zjazd były przede wszystkim: niedostateczna praca partii na wsi, słabość więzi z organizacjami masowymi i specyficzny instrumentalizm w odniesieniu do związków zawodowych, który wyrażał się w dążeniu do udziału komunistów we władzach związkowych, przy zaniedbaniu oddziaływania na masy związkowców służącego przekonaniu ich o słuszności linii działania komunistów.

Jak to się często zdarza w sytuacjach, kiedy za prawdziwy obraz rzeczywistości przyjmowane jest jej zmistyfikowane odbicie, niepowodzenie linii powstańczej partii było spowodowane nie przez te przyczyny, które zostały wskazane wyżej, lecz przez inne, znacznie poważniejsze. Biorąc te ostatnie pod uwagę, można by powiedzieć, że walki klasowe, które partii komunistycznej udało się mimo wszystko rozwinąć, świadczyły nie o jej słabości, lecz o jej ogromnej sile, która zdolna byłaby wiele zdziałać, gdyby została właściwie użyta. Partia, która nie mogła odkryć właściwych przyczyn niepowodzenia jej linii powstańczej póki uważała tę linię za słuszną, szukała ich wszakże także wśród realnie występujących niedostatków swej pracy, w związku z czym postulaty ich przezwyciężenia —rozwinięcie pracy na wsi i w organizacjach masowych, a także pogłębianie działalności w obrębie związków zawodowych — były cenne i ważne niezależnie od kontekstu, w jakim zostały wysunięte.

Na II Zjeździe KPK uczyniła też dość ważny krok, który przybliżał ją ku przezwyciężeniu jej dotychczasowej linii. Mimo że jeszcze nie uwolniła się — jak pisze radziecki historyk Lew. J. Sljozkin — od sekciarstwa i „choroby lewicowości", postanowiła skupić swe wszystkie siły dla „urzeczywistnienia zadania rewolucji antyimperialistycznej i anty feudalnej", zaś rewolucję socjalistyczną — wysuwaną do tego czasu jako bezpośrednie zadanie — określiła jako „dalsze zadanie strategiczne".

Na zjeździe doszli też do głosu nowi ludzie.

II Zjazd KPK zastąpił dotychczasowe kierownictwo partii, złożone w większości z intelektualistów wywodzących się z drobnomieszczaństwa, a przy tymi od stycznia 1934 r. pozbawione wspaniałego, płoimienmego przywódcy, jakim był poeta i prawnik Ruben Martinez Villena, od lat chory na gruźlicę, kierownictwem nowym, złożonym głównie z działaczy wywodzących się z proletariatu. Funkcję sekretarza generalnego KC objął, prowadzący sprawy partii po śmierci Martineza, Blas Roca Calderio — znany głównie pod pseudonfonatni konspiracyjnymi Francisco Calderio i Marcos Diaz, jeden z młodszych działaczy partii (urodził się 24.7.1908 r., na II Zjeździe KPK miał więc niespełna 26 lat). Podobnie jak wielu jego rówieśników, młodych proletariuszy kubańskich, Blas Roca Calderio „z niejednego pieca chleb jadł", był i murarzem, i marynarzem, wreszcie szewcem. Wyprzedzając bieg jego życia i dziejów Kuby dodajmy: funkcję sekretarza generalnego partii pełnił on później nieprzerwanie aż do utworzenia w 1962 r., już po zwycięstwie rewolucji kierowanej przez Fidela Castro, Zjednoczonych Organizacji Rewolucyjnych, tj. przez z górą 27 lat.

W sytuacji, kiedy Młoda Kuba okazała się niezdolna do rozwinięcia skutecznej walki zbrojnej, „autentycy" walki zbrojnej w zasadzie w ogóle nie podjęli, zaś komuniści zostali zmuszeni do faktycznego odstąpienia od linii powstańczej, walka z dyktaturą Batisty siłą rzeczy przesunęła się głównie na płaszczyznę polityczną. W walce politycznej główną rolę miał więc teraz szansę odegrać związkowy ruch robotniczy, który rozporządzał względnie zwartymi i silnymi szeregami członkowskimi i dość sprawną organizacją, a ponadto mógł działać legalnie.
Jak wiadomo, walka związkowa nie jest identyczna z walką polityczną (gdyby była identyczna nie byłaby różnicy między związkami zawodowymi a partiami politycznymi). Związki zawodowe mogą się jednak stać osłoną umożliwiającą zespolenie demokratycznych sił społecznych, których organizacja polityczna została przez reżim zniszczona, zaś prowadzona przez związki zawodowe walka ekonomiczna staje się wówczas pośrednim sposobem prowadzenia walki politycznej.

Baitista nie odważył się zlikwidować związków zawodowych (nawet Machado się do tego nie posunął), ponieważ zdawał sobie sprawę, że byłoby to najprawdopodobniej przedsięwzięcie samobójcze. Skoro jednak zdecydował się znieść ustawodawstwo socjalne z okresu rządów Graua, a jednocześnie było do przewidzenia, że związki zawodowe użyją wszystkich środków, aby do tego nie dopuścić, Batista postanowił zawczasu obezwładnić ruch związkowy przez całkowite podporządkowanie go kontroli państwa. Po ogłoszeniu „ustawy konstytucyjnej" (3.2.1934 r.), która zniósłszy konstytucję z 1901 roku przyznała rządowi kompetencje ustawodawcze, rząd Mendiety wydał 6 lutego 1934 r. słynny Dekret Nr 3, który faktycznie odbierał związkom zawodowym prawo do strajku, tj. pozbawiał je najważniejszego narzędzia walki. Centrala związkowa CNOC odpowiedziała na dekret strajkiem powszechnym, przez dekret całkowicie zakazanym, który 5 marca 1934 r. objął ponad 200 tys. ludzi. Strajk zachwiał rządem Mendiety, ale nie zdołał go obalić. Nie powtórzyła się sytuacja z sierpnia 1933 r. — i zresztą nie mogła się powtórzyć. Tym razem dyktatura, inna zresztą niż poprzednia, była silniejsza: miała za sobą armię oraz poparcie USA, a opozycja była słabsza: do strajku nie przyłączyły się — o ich udział zresztą nie zabiegali przywódcy strajkowi — ani warstwy średnie, uwikłane w złudzenia co do Batisty i pragnące wreszcie spokoju, ani też chwilowo zdezorientowani studenci. Rząd Mendiety, wsparty przez armię, zdołał opanować sytuację proklamując 6 marca dekret o stanie wyjątkowym, jednocześnie zaś rozwiązując za złamanie przepisu Dekretu Nr 3 o zakazie organizowania strajków bez zgody władz te związki zawodowe, które uczestniczyły w strajku (tym samym zdelegalizował je). Oczywiście Mendieta nie miał nic, uchowaj Boże, przeciw związkom zawodowym jako takim — na miejsce związków zlikwidowanych mogły się sformować nowe, tyle że pod nadzorem rządu, a i pod warunkiem usunięcia dotychczasowych funkcjonariuszy.

Związkowy ruch robotniczy wyszedł ze starcia w marcu 1934 r. osłabiony, lecz nie złamany. Mimo podporządkowania go po części nowym związkom, których główną cnotą miał być konformizm, rok później doszło do drugiego wielkiego starcia z dyktaturą. Inaczej niż w 1934 r., tym razem do walki ruszyli najpierw uczniowie, studenci i nauczyciele. Podejmowane przez nich, już wcześniej, strajki jęły się nasilać od połowy lutego i z początkiem marca ogarnęły cały resort oświaty. Wraz z przyłączeniem się 7 marca do strajkujących personelu wielu ministerstw, a następnie po części poczty (i po części także prasy, co potęgowało wrażenie), administracja państwowa została praktycznie biorąc sparaliżowana. Związki zawodowe, w których komuniści mieli nadal znaczne wpływy, zdecydowały się przyłączyć do strajku od 10 marca — najpierw ruszyli kolejarze, później robotnicy portowi, a wreszcie i inne związki. Z tą chwilą strajk przekształcił się w zasadzie w strajk powszechny, liczba strajkujących osiągnęła 12 marca około 700 tys., tj. była ponad trzy razy wyższa niż w marcu 1934 r. Batista i Mendieta postanowili bronić dyktatury przez sięgnięcie do zmasowanej przemocy. Według wzorów wypróbowanych już w przeszłości, ofiarowali żołnierzom podwyżkę żołdu i inne przywileje, i rzucili ich przeciw strajkującym. Mendieta znów ogłosił stan wyjątkowy, armia nie musiała się więc krępować.

Sądy powszechne zostały zastąpione przez sądy doraźne, które pracują, jak wiadomo, szybko, ponieważ obywają się bez obrońców, a oskarżonych wysyłają najchętniej pod ścianę. Robotnicy byli odprowadzani z domów do fabryk pod eskortą żołnierzy, fabryki zostały podporządkowane wojskowym nadzorcom. Mendieta ponownie rozwiązał uczestniczące w strajku związki zawodowe, wśród nich także te, które powstały już pod kontrolą rządu. W tej sytuacji „autentycy" i inni opozycjoniści mieszczańscy postanowili wycofać się z frontu strajkowego, na którym do końca wytrwali tylko osaczeni i samotni komuniści.
Strajk z marca 1935 r. był ostatnim uderzeniem fali rewolucyjnej. Próbując odeprzeć kontrrewolucję, rewolucja mogła się zdobyć na ten jeden jeszcze zryw — i po nim została ukrzyżowana.

Życie kraju osiągało teraz normalizację właściwą dla rządów dyktatury. I choć wprawdzie agenci Batisty polowali dalej na działaczy opozycji (8 maja zamordowali Antonio Guiterasa), a w więzieniach przebywało ponad 3 tys. przeciwników reżimu, zaś uniwersytet był zamknięty, to jednak przemysł, handel, transport, administracja państwowa znów po dawnemu pracowały.

Zwycięstwo dyktatury nie było wszakże całkowite. Wielkie strajki z marca 1934 r. i marca 1935 r. co prawda wykazały, że klasa robotnicza nie miała dość siły, aby określić kształt rządów, jednocześnie jednak udowodniły, że bez liczenia się z nią nikt już na Kubie rządzić nie może. Konfrontacja ruchu robotniczego z rządem przeszkodziła także rozwinięciu się kontrrewolucji, a nawet więcej: przyczyniła się do jej częściowego cofnięcia się, tj. do określonej demokratyzacji reżimu Batisty.
Stany Zjednoczone, wychodzące właśnie z kryzysu gospodarczego i dążące do ożywienia koniunktury, były w połowie łat trzydziestych zainteresowane zwiększeniem eksportu towarów i kapitału do krajów latynoamerykańskich, w tym oczywiście także na leżącą w bezpośredniej bliskości Kubę. Warunkiem tej intensyfikacji było jednak przejście od dotychczasowych form uzależnienia krajów latynoamerykańskich od Stanów Zjednoczonych do form nowych, wyrażających się w zacieśnieniu więzów gospodarczych, tj. przejście od protekcji udzielanej oligarchiom feudalnym tych krajów do wspierania ich burżuazji, jako że rozwój kapitalizmu w tych krajach był, w pewnych granicach, nieodzowny dla amerykańskiej ekspansji gospodarczej.

Spełnieniu tych fundamentalnych wymogów służyła właśnie głoszona przez F. D. Roosevelta polityka tzw. dobrego sąsiedztwa. W wypadku Kuby polityka „dobrego sąsiedztwa" musiała się przystosować do wydarzeń i procesów, które zachodziły w tym kraju, a jednocześnie wyraźnie wymykały się spod kontroli Stanów Zjednoczonych. Tak więc zgodnie z logiką polityki „dobrego sąsiedztwa", w sierpniu 1933 r. Stany Zjednoczone faktycznie wycofały się ze swego dotychczasowego poparcia dla dyktatury Machado (dyktatura Machado opierała się głównie na tradycyjnej oligarchii obszarniczej, której panowanie nie sprzyjało rozwojowi kapitalizmu), następnie zaś, po przegranej próbie z Céspedesem, usiłowały wszystkimi środkami — choć do interwencji zbrojnej nie sięgnęły — podkopać pozycję rządu Graua (rząd Graua, mimo że mieścił się w ramach istniejącego ustroju, realizował sprzeczny z wymogami polityki amerykańskiej kurs antyimperialistyczny i reformatorski), a wreszcie doprowadziły do powstania odpowiadającej USA wojskowej dyktatury Batisty i udzieliły jej pełnego poparcia.

Szczególnie dobitnym przejawem polityki „dobrego sąsiedztwa", a jednocześnie oznaką poparcia dla Batisty, była zgoda wyrażona przez USA w 1934 r. na zniesienie „poprawki Platta", tj. wprowadzonego do konstytucji Kuby z 1901 r. przepisu zezwalającego Stanom Zjednoczonym na interwencję na Kubie w każdej sytuacji, którą uznałyby za groźną dla swych interesów.

Zniesienie „poprawki Platta" było w gruncie rzeczy zwycięstwem rewolucji 1933 roku, która nieprzejednanie występowała również przeciw temu przepisowi ograniczającemu suwerenność Kuby i poniżającemu godność narodową Kubańczyków.

Jednakże, jak długo u władzy znajdował się Grau, Stany Zjednoczone nie zamierzały — miano proklamowanej przez nie polityki „dobrego sąsiedztwa" — przez skreślenie poprawki wzmacniać jego rządu. Teraz natomiast zgodziły się na to skreślenie, ponieważ miały do czynienia z rządem, który był przeciwieństwem rządu Graua. Jednocześnie politycy amerykańscy zdawali sobie sprawę, że „poprawka Platta" wywołuje na Kubie nieprzerwanie nastroje antyimperialistyczne, a poza tym — wręcz nie jest nowej polityce USA potrzebna, skoro dotychczasowe półpolicyjne podporządkowanie Kuby ma zostać zastąpione wielostronnym podporządkowaniem ekonomicznym.

Dzięki zniesieniu „poprawki Platta", a także otwarciu przed burżuazją kubańską nowych możliwości rozwoju ekonomicznego, polityka „dobrego sąsiedztwa" pozwoliła dyktaturze Batisty wystąpić w roli rzecznika interesów burżuazji kubańskiej oraz interesów narodowych. Ale podobnie jak interesy organizujących się na nawo pod osłoną dyktatury kubańskich klas rządzących, tak również interesy USA na Kubie nie były identyczne z interesami dyktatury Batisty, mimo że były wspólne.

W dyktaturze, która opierała się przede wszystkim na armii — Stany Zjednoczone widziały organizację przemocy, która odcinając się od dyktatury Machado zdławi radykalne siły burżuazyjno-demokratyczne. Z tego właśnie powodu Stany Zjednoczone udzieliły dyktaturze Batisty pełnego poparcia, po wypełnieniu już jednak w zasadzie jej misji były zainteresowane w nadaniu stabilizującej się sytuacji na Kubie cech konstytucyjnej legalności; dalsze utrzymywanie się dyktatury w jej dotychczasowej postaci nie tylko nie mogłoby przynieść pełnej stabilizacji — pożądanej, a nawet niezbędnej dla nowych celów ekonomicznych imperializmu północnoamerykańskiego, lecz przeciwnie: stałoby się powodem pogłębiania się destabilizacji.

Koncepcja ta oznaczała jednak określane ryzyko dla dyktatury Batisty. Równoznaczny z przejściem od w zasadzie bonapartystowskiego do w zasadzie klasycznego modelu państwa burżuazyjnego powrót do ładu konstytucyjnego pozbawiłby armię jej dotychczasowej roli. Dyktatura wojskowa, mimo że formalnie nie sprawująca rządów, musiałaby w nowej sytuacji wycofać się ze sceny bądź zostać siłą przezwyciężona, albo: przeciwna dobrowolnemu wycofaniu się ze sceny, a zbyt silna, aby można ją było siłą przezwyciężyć, podjęłaby próbę podporządkowania sobie instytucji państwa pochodzących z wyboru. Splecenie się w zasadzie bonapartystowskiego modelu z w zasadzie klasycznym modelem państwa burżuazyjnego sprawiłoby, że żaden z nich nie mógłby wystąpić w czystej postaci. Z punktu widzenia interesów dyktatury wojskowej oznaczało to, że nawet przy pomyślnym rozwoju sytuacji nie tylko rozmaici funkcjonariusze utracą swe dotychczasowe miejsce w elicie władzy, lecz ulegną również uszczupleniu dotychczasowe pełnomocnictwa dyktatury. Jak więc w tej sytuacji zamierzał zachować się Batista, który był główną figurą dyktatury?

Otóż Batista przystał na sugestie amerykańskie, bo rozumiał, że opieranie się im nie byłoby rozsądne. Batista ryzykował mniej niż inni, ponieważ w okresie kontrrewolucji starał się działać ukryty, jak pamiętamy, za fasadą rządu Mendiety, a poza tym miał nadal w ręku armię. Tracąc jedne atuty swej pozycji, mógł też zyskać inne: w zmienionej sytuacji pozostawał wciąż użyteczny dla Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie występował wobec społeczeństwa kubańskiego w roli niemal demokraty w mundurze, który opowiada się za dotrzymaniem obietnicy przywrócenia ładu konstytucyjnego z chwilą przywrócenia w kraju tzw. porządku. Z faktu, że miały się odbyć wybory, dla Batisty wynikało, rozumie się, trochę mitręgi: musiał się zatroszczyć o właściwy przebieg kampanii wyborczej, a następnie o utrzymanie za kulisami nowego rządu, w zasadzie tej samej pozycji, jaką posiadał dotychczas, tj. pozycji dyktatora.

Od kwietnia 1935 r. mogły działać legalnie na Kubie stare partie burżuazyjne — te, które istniały do rewolucji 1933 roku, jednakże teraz już oczyszczone od jawnych sympatyków Machado, a w czerwcu 1935 r. ogłoszono konstytucję, która była wariantem konstytucji z 1901 roku.

Z sił politycznych stających do wyborów zostali wyłączeni zarówno komuniści, jak i „autentycy". W roli głównego kandydata do urzędu prezydenta wystąpił Miguel Mariano Gómez, szef republikanów, z którymi nacjonaliści i liberałowie utworzyli blok wyborczy. Zaś w roli jego konkurentów — Menocal, znany ze swych wystąpień przeciw Machado, jeden z najstarszych konserwatywnych polityków kubańskich, oraz Céspedes, którego już znamy: zajmował on — przypomnijmy — od 11 sierpnia do 4 września 1933 r., tj. przez 24 dni, fotel prezydenta republiki opuszczony w pośpiechu przez generała Machado.

Wynik wyborów można było przewidzieć z góry, jako że Menocal i Céspedes nie byli w stanie pokonać Gómeza, zaś Batiście odpowiadał właśnie Gómez. W celu zapewnienia wyborom właściwej atmosfery, w grudniu 1935 r. poproszono tymczasowego prezydenta Mendietę, aby opuścił Pałac Prezydencki, i zastąpiono go komisarycznym prezydentem Barnetem. Wybory odbyły się 10 stycznia 1936 r. Gómez objął 20 maja1936 r. urząd prezydenta. Jako wiceprezydent znalazł się u jego boku pułkownik Federico Laredo Bru, doświadczony wiarus, o którym wspominamy tu nie tylko — jak to dalej zobaczymy — z kronikarskiej pedanterii.

Społeczność

1917 rev