Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Andrzej Bińkowski: Kuba, Castro, Rewolucja (część druga)

images.jpg

Część pierwsza: http://1917.net.pl/?q=node/6633

Andrzej Bińkowski, "Kuba, Castro, Rewolucja", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1981, str. 56-99.

(na zdjęciu Fulgencio Batista)

Gómez wymieniany jest zazwyczaj jednym tchem razem z Mendietą i Laredo Bru, co nie jest jednak słuszne. Wprawdzie fakt, że Batista rekomendował Gómeza, oznacza, iż Gómez miał się stać marionetką Batisty, niemniej nie oznacza, że musiał się nią stać, a tym bardziej, że stał się nią w istocie W odróżnieniu bowiem od marionetek w dosłownym znaczeniu, ludzie występujący lub mający wystąpić w roli marionetek są istotami żywymi, wobec czego nie można wykluczyć, że w pewnych okolicznościach okażą się nie całkiem posłuszni lub zgoła nieposłuszni pociągającym za sznurki. A tak się właśnie zdarzyło z prezydentem Miguelem Mariano Gómezem.

Z chwilą, kiedy Gómez objął powierzony mu przez wyborców najwyższy urząd republiki, okazało się, że zapatruje się on na rolę armii w życiu kraju inaczej niż szef armii — Batista. Batista wyobrażał sobie, że sytuacja po wyborach będzie w gruncie rzeczy specyficznym przedłużeniem sytuacji sprzed wyborów, tj. że dotychczasowa faktyczna dyktatura wojskowa zostanie zachowana, tyle że teraz osłaniana nie przez niekonstytucyjny rząd Mendiety, lecz przez konstytucyjny rząd Gómeza. Sądził, iż pochodzące z wyborów organy państwa z własnej woli uznają pozycję i rolę armii i same się armii podporządkują. Natomiast Gómez wyobrażał sobie, że dotychczasowa faktyczna dyktatura wojskowa musi zostać przezwyciężona jako pozbawiona racji bytu, gdyż zadaniem rządu konstytucyjnego jest ostateczna normalizacja sytuacji politycznej w kraju, a więc między innymi — i to w pierwszej kolejności — podporządkowanie armii organom państwa pochodzącym z wyboru. Inaczej mówiąc: Batista wyobrażał sobie, że Gómez stanie się jego marionetką, a Gómez — że Batista stanie się jego urzędnikiem. W tej sytuacji albo Gómez musiał skapitulować przed Batistą, albo Batista musiał ustąpić wobec porządku konstytucyjnego, w przeciwnym wypadku frontalne starcie między nimi było nie do uniknięcia. Po paru miesiącach utarczek z Gómezem Batista postanowił pójść na całego: zagroził parlamentowi, że go rozwiąże i powoła do życia juntę wojskową, o ile ten nie uzna, iż Gómez nadużywa swych kompetencji, i nie złoży prezydenta z urzędu. Kalkulacja Batisty była następująca: parlament zdecyduje się poświęcić Gómeza, aby ocalić demokrację parlamentarną, choćby i skompromitowaną poddaniem się dyktatowi szefa armii, ponieważ nie odważy się na konfrontację, która grozić by mogła ustanowieniem jawnej dyktatury wojskowej. Kalkulacja była trafna. Wystąpiwszy z żądaniem usunięcia Gómeza w wigilię świąt Bożego Narodzenia 1936 roku, Batista podarował tym sposobem Kubańczykom na gwiazdkę nowego prezydenta — został nim dotychczasowy wiceprezydent, pułkownik Federico Laredo Bru, który później nie zaniedbał niczego aby udowodnić, że jest marionetką Batisty. Stany Zjednoczone nie miały powodów, aby uskarżać się na Gómeza, tak więc wysadzenie Gómeza z siodła nie mogło Batiście zapewnić przychylności prezydenta Roosevelta. Batista był dostatecznie sprytny, aby to z góry przewidzieć, niemniej spodziewana negatywna reakcja Stanów Zjednoczonych nie była go w stanie powstrzymać przed usunięciem Gómeza. Ale ledwie tylko Batista uwolnił się od Gómeza, postanowił niezwłocznie przekonać Roosevelta, że wigilijna roszada w parlamencie nie była odwrotem od procesu demokratycznej normalizacji na Kubie, i oddał się duszą i ciałem chwaleniu demokracji, porządku konstytucyjnego i innych zasad lansowanego przez Roosevelta „nowego ładu". Nie mogąc oczywiście ograniczyć się do słów, Batista jął słowa popierać także czynami i objął patronat nad rozmowami między obozem rządowym a opozycją, które tyczyły wszystkich zasadniczych aspektów procesu normalizacyjnego.

W ten sposób Batista stawał się na pozór niejako ofiarą własnej taktyki: jego celem było przecież zachowanie pozycji faktycznego dyktatora, jednakże środki doraźnie sprzyjające temu celowi, tworzyły równocześnie warunki, które ów cel najprawdopodobniej miały zniszczyć. Czy bowiem wspierając, choćby i bez entuzjazmu, proces odnowy na Kubie klasycznej demokracji burżuazyjnej, która wcześniej czy później zakwestionowałaby Batistę jako faktycznego dyktatora, nie podcinał Batista gałęzi, na której siedział? Otóż i tak, i nie. Batista posiadał dość rzadką wśród dyktatorów umiejętność przystosowywania żądzy władzy — i także żądzy pieniędzy, bo dzięki władzy miał się stać jednym z najbogatszych ludzi na Kubie — do zmiennych warunków życia publicznego. Udowodnił to we wrześniu 1933 r., kiedy związał się z nowymi siłami burżuazji podejmującymi rewolucję demokratyczną, i w styczniu 1934 r., kiedy w roli faktycznego dyktatora ruszył do kontrrewolucji, i również w kwietniu 1935 r., kiedy zapoczątkował proces normalizacji życia politycznego. Broniąc stale tych samych interesów klasowych (i jednocześnie forsując i chroniąc własne interesy), Batista posługiwał się jednak wciąż nowymi środkami odpowiadającymi nowym sytuacjom. Rozczarowywał tym jednych, a zaskakiwał drugich, niemniej to właśnie było motorem jego sukcesów i przyczyną odporności jego dyktatury na wydarzenia. Czy więc w 1937 r. Batista podcinał gałąź, na której siedział? Owszem, podcinał, ale była to już stara, próchniejąca gałąź. Sam ją podcinając, skoro jej ścięcia nie można było uniknąć, Batista zabiegał o możliwość przeniesienia się na inną, zdrową i mocną. Dlaczego nie miałby, jako protektor procesu normalizacji, nie zostać, na przykład, prezydentem republiki? Batista jednak obawiał się, że normalizacja może, mimo wszystko, zagrozić jego pozycji, i dlatego rozglądał się pilnie za nową misją historyczną, która uczyniłaby go znów mężem opatrznościowym kubańskich i amerykańskich klas posiadających, a może nawet ulubieńcom mas. I tak oto wpadł na pomysł, żeby zostać wojującym antyfaszystą. Z chwilą, kiedy w Europie — we Włoszech, Niemczech, Hiszpanii — jął potężnieć ruch faszystowski, który poważnie niepokoił Stany Zjednoczone, m. in. z powodu podejmowanych przez Hitlera prób penetracji w Ameryce Łacińskiej, Batista postanowił włożyć na swój kostium bonapartyzmu, już pozbawiony na Kubie historycznej aktualności, drugi kostium — antyfaszyzmu. Nie to, żeby w pierwszym źle się czuł, bo czul się w nim doskonale, przeciwnie, to raczej drugi mógłby go uwierać, niemniej pierwszy wielu ludziom na Kubie nigdy się nie podobał, a innych teraz już coraz mniej interesował, podczas gdy drugi był i na czasie, i spodobać się mógł niemal wszystkim. Mimo że właściwie jedynym potencjalnym źródłem zagrożenia faszystowskiego na Kubie była utrzymująca się wciąż dyktatura wojskowa, Batista wystąpiwszy w niemal absurdalnej dlań roli — roli antyfaszysty, kreował sytuację korzystną zarówno dla siebie, jak i dla Stanów Zjednoczonych: kto był przeciw faszyzmowi, ten powinien być teraz z nim, Batistą; i kto był przeciw faszyzmowi, ten powinien być także z rządem USA. Maskarady Batisty zrazu nikt nie wziął na serio. Wszyscy przecież wiedzieli, kim był dotychczas Batista. Jeszcze niedawno, jesienią 1935 r. — a więc już po VII Kongresie III Międzynarodówki, który uznał faszyzm za główne niebezpieczeństwo i opowiedział się za tworzeniem przez komunistów sojuszów antyfaszystowskich ze wszystkimi występującymi przeciw faszyzmowi siłami społecznymi i politycznymi — Blas Roca na VII Plenum KC KPK określił Batistę, niewątpliwie trafnie, jako zdrajcę narodu i lokaja imperializmu, a mówiąc o sojusznikach, z którymi komuniści mogliby utworzyć front antyfaszystowski, wymienił partię ABC, „autentyków" i walczącą nadal z dyktaturą — choć osłabioną śmiercią Guiterasa — Młodą Kubę. Jeśli wziąć pod uwagę, że były to siły demokratycznej opozycji przeciw Batiście, można łatwo zauważyć, że proponowany przez komunistów front antyfaszystowski był niemal identyczny z frontem antybatistowskim. I że nie tylko komuniści, lecz również ludzie z ABC, KPR(A) i Młodej Kuby nie mieli w tym czasie złudzeń co do Batisty. Wkrótce jednak miało się okazać, że kto widział w przystrojeniu się dyktatora w kostium antyfaszyzmu tylko maskaradę, ten mylił się.

Mimo że moralne i polityczne kwalifikacje Batisty ujawnione przezeń do tego czasu w praktycznym działaniu pasowały go na faszystę, wystąpienie przez Batistę w roli antyfaszysty niosło ze sobą — niezależnie od jego osobistych kalkulacji — nowe impulsy dla procesu normalizacji życia politycznego na Kubie, a co jeszcze ważniejsze: tworzyło dla tego procesu, lub przynajmniej mogło stworzyć, korzystne warunki. Wystąpiwszy w roli antyfaszysty, Batista musiał się jednoznacznie uwolnić od ciągot ku rządom sprawowanym za pomocą represji i terroru nie tylko dlatego, że rozsądek nakazywał mu trzymać się popieranego przez Stany Zjednoczone kursu normalizacyjnego, lecz również z tego powodu, że nie mógł sięgać po metody rządzenia właściwe dla reżimów faszystowskich. Co więcej, przeszłość polityczna Batisty narzucała mu obowiązek wykazania wiarygodności jego antyfaszyzmu, w związku z czym musiał on nie tylko przywrócić elementarne prawa demokratyczne, uprzednio podeptane i zlikwidowane przez wprawioną przezeń w ruch kontrrewolucję, lecz pójść nawet dalej: rozszerzyć je.

Na X Plenum KC KPK w lipcu 1938 r. Blas Roca mógł już powiedzieć, że życie na Kubie toczy się w warunkach prawie demokracji, że Batista, który zgodził się na zwołanie konstytuanty — czego lewica mieszczańska domagała się od 1933 r. — przestał być głównym eksponentem reakcji, i że partia komunistyczna nie wyklucza możliwości — uzależnionej jednak od posunięć Batisty w fundamentalnych kwestiach demokracji, konstytuanty, poprawy warunków życia mas ludowych i niezawisłości Kuby — nawiązania współpracy z Batistą. W odpowiedzi Batista, który przystał już wcześniej na zalegalizowanie większości partii opozycyjnych, wpłynął na legalizację partii komunistycznej, objętej zakazem działalności od 13 lat, tj. od chwili powstania w 1925 r. Cztery miesiące później, w styczniu 1939 r., w Santa Clara odbył się III Zjazd Komunistycznej Partii Kuby, po raz pierwszy nie w konspiracji. Oceniwszy aktualną sytuację polityczną kraju, zjazd określił m. in. w ogólnych zarysach linię partii w zbliżających się wyborach do konstytuanty, która łączyła się oczywiście ściśle ze stosunkiem komunistów kubańskich do Batisty.

Pojawiło się — pisze Lew J. Sljozkin — pytanie: Czy uznać jego pozycję za jeszcze jeden manewr polityczny, z którym związanie się byłoby niebezpieczne i szkodliwe? Czy też licząc się z tą pozycją, otwierającą szersze możliwości dla walki o demokrację, postarać się te możliwości wykorzystać dla wywarcia nacisku na Batistę i osiągnąć realny postęp w dziele odnowy kraju? Wkrótce po zjeździe przywódcy partii opowiedzieli się za tą drugą ewentualnością. Przygotowując się do wyborów, KPK połączyła się w sierpniu 1939 r. w sojusznicze ugrupowanie wyborcze z Unią Rewolucyjną (utworzoną z inicjatywy KPK w połowie 1936 r., kiedy pojawił się pewien margines swobód politycznych i kierowaną m. in. przez Juana Marinello, Carłosa Rafaela Rodrigueza i innych wybitnych działaczy komunistycznych), a następnie przystąpiła do wyborczego bloku rządowego — Demokratycznej Koalicji Socjalistycznej (Coalición Democrática Socialista). Był to wehikuł o czterech kołach (demokraci, liberałowie, nacjonaliści, komuniści), z Batistą za kierownicą. Po przeciwnej stronie znalazł się Front Opozycyjny (Frente Oposicionista), złożony m. im. z partii, z którymi komuniści jeszcze niedawno zamierzali utworzyć wymierzony głównie przeciw Batiście front antyfaszystowski: ABC, „autentyków", republikanów. Wybory do konstytuanty odbyły się w listopadzie 1939 r. Mimo poważnego wzrostu wpływów partii komunistycznej, która od września 1938 r. do lutego 1939 r. zwiększyła liczbę członków z 5 tys. do 23 tys., a także mimo wydania przez nią Batiście swego rodzaju świadectwa dobrego prowadzenia się przez przystąpienie do rządowego bloku wyborczego, wybory wygrała opozycja. Fakt, że większość głosujących opowiedziała się przeciw Batiście, bo przeciw DKS, a za Frontem Opozycyjnym, zaś 43,1 proc. elektoratu w ogóle zignorowało wybory, nie stanowił, zdaniem kierownictwa partii komunistycznej, dowodu, że partia znalazła się — jak twierdzili niektórzy — w niewłaściwym towarzystwie, a tym bardziej, że jej sojusz wyborczy był pomyłką.

Należało bowiem wziąć pod uwagę (mówił o tym już 18 lipca 1938 r. na X Plenum KC KPK Blas Roca), że Batista był — i bez wątpienia miał pozostać jeszcze dłuższy czas — głównym dysponentem władzy na Kubie; że z chwilą, kiedy wskutek rozwoju wydarzeń na Kubie, w Ameryce i w Europie przyszło mu zrezygnować z rządzenia za pomocą pałki, w związku z czym postanowił przedzierzgnąć się w prawie-demokratę, odkrył on w nowej technice działania swej dyktatury lukę, jaką była jego niepopularność wywodząca się z okresu kontrrewolucji; że aby ją usunąć, co było dlań obecnie po prostu konieczne, pilnie poszukiwał oparcia społecznego; że od udzielonego mu kredytu zaufania, który by temu poparciu musiał towarzyszyć, byłby gotów — i musiałby — zapłacić godziwe odsetki, a jako główny dysponent władzy, rozporządzający fizyczną siłą armii, był klientem wypłacalnym. Krótko mówiąc, za poparcie udzielone Batiście partia komunistyczna oczekiwała od Batisty niezależnie od wyników wyborów do konstytuanty ustępstw na rzecz interesów mas ludowych i ogólnych interesów kraju. Decyzja kierownictwa KPK nie była więc sama w sobie błędna, choć, jak każda ważna decyzja w grze politycznej, nie była wolna od ryzyka. Nie ma powodu ukrywać, że decyzja KPK co do sojuszu z Batistą była i politycznie, i moralnie niezwykle trudna. Wiemy przecież, kim był Batista, zwłaszcza od stycznia 1934 do kwietnia 1935 r. I wiemy też, że zgodnie z fundamentalną zasadą moralną, iż zbrodni nie wolno pobłażać, represje, gwałty i zbrodnie, jakich dopuścił się Batista, nigdy nie powinny były mu zostać darowane, a tym bardziej — wykreślone z pamięci. Zatem z Batistą nie tylko nie wolno było się sprzymierzać, lecz przeciwnie: należało prowadzić przeciw niemu walkę do końca. Ale ten prosty, moralnie jednoznaczny nakaz bezkompromisowości zderzał sio z innym nakazem — walki o demokrację, poprawę warunków życia mas, ochronę gospodarki narodowej. I jak w antycznej tragedii, istniejąca sytuacja czyniła niemożliwym podporządkowanie się równolegle obu nakazom. W rachubę wchodziło wybranie tylko jednego. A wybranie jednego oznaczało wykluczenie drugiego. Opowiadając się za kontynuowaniem walki przeciw Batiście, osłabiona przez dyktaturę KPK nie byłaby w stanie osiągnąć poprawy warunków życia mas i rozwoju gospodarki narodowej tego, co mogła osiągnąć w sytuacji przeciwnej, tj. odstępując od nakazu bezkompromisowego rozrachunku z Batistą i nawiązując z nim współpracę. Wyniki wyborów do konstytuanty potwierdziły, że społeczeństwo kubańskie było tak bardzo zrażone do Batisty, że niezależnie od nowego wcielenia dyktatora — demokraty w mundurze i antyfaszysty, a nawet niezależnie od poparcia udzielonego ma przez komunistów, którzy przecież w przeszłości cierpieli bardziej niż inni, większość wypowiedziała się przeciw Batiście. Tym samym również taktyka komunistów została przez większość wyborców odrzucona. Czy stało się tak dlatego, że ludność Kuby uważała, że najwyższym nakazem pozostaje wciąż moralne potępienie Batisty? Czy też dlatego, że większość nie liczyła się z tym, że pogodzenie się z Batistą może przyspieszyć odrodzenie się demokracji, przynieść doniosłe korzyści masom pracującym, umocnić Kubę jako suwerenne państwo? Postawę wyborców określiły najprawdopodobniej obie te motywacje. Fakt, że większość wypowiedziała się przeciw Batiście, co postawiło komunistów i ich taktykę niejako na cenzurowanym, nie znaczył wszakże — raz jeszcze to podkreślmy — iż taktyka ta była błędna.

Komuniści — czyli KPK i Unia Rewolucyjna, które już w 1940 r. miały się połączyć w Komunistyczny Związek Rewolucyjny — wstępowali teraz w okres, który miał wykazać, czy ich odważna i kosztowna operacja polityczna była rozumna i opłacalna. Wkraczali w ten okres jako partia, która jeszcze nigdy dotychczas nie skupiała w swych szeregach tak wielkiej liczby ludzi, i jako partia, która w robotniczym ruchu związkowym — sterowanym przez nową centralę związkową CTC z wybitnym działaczem komunistycznym, Lázaro Peña, na czele — odgrywała znów kluczową rolę. A więc — jako partia, która z chwilą, kiedy wolno było jej mówić, mogła mieć wiele do powiedzenia. Jak się przedstawiał układ sił w konstytuancie? Otóż Front Opozycyjny wprowadził do konstytuanty 45 ludzi, a prorządowa Demokratyczna Koalicja Socjalistyczna — 36, w tym 6 komunistów. Wkrótce jednak dość nieoczekiwane przejście republikanów z Frontu do Koalicji — związane zresztą nie tyle z pracą konstytuanty, ile raczej z przyszłymi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi — odwróciło ten stosunek sił: Koalicja miała teraz 51 ludzi, a Front — 30. Obradom konstytuanty — które zostały uroczyście otwarte 9 lutego 1940 r. — przewodniczył zrazu Grau, szef "autentyków", a później przedstawiciel nowej większości. Ale to, ilu ludzi miały w konstytuancie Koalicja i Front, bądź kto przewodniczył obradom, nie miało w gruncie rzeczy rozstrzygającego znaczenia. Polityczna batalia o nową konstytucję toczyła się bowiem jak gdyby poza tym podziałem, często nawet poza podziałami partyjnymi, natomiast wielkie znaczenie miał osobisty wkład poszczególnych posłów wnoszony do pracy zespołów, do konsultacji na szczeblu szefów partii, a wreszcie — do dyskusji na posiedzeniach plenarnych. I właśnie głębokiej ideowości, inicjatywie, wytrwałości i osobistemu prestiżowi posłów komunistycznych — wśród nich zwłaszcza Juana Marinello, należy w znacznej mierze przypisać, że stanowiąca dzieło konstytuanty ustawa zasadnicza — 1 lipca 1940 r. podpisana przez posłów, a 4 lipca 1940 r. ogłoszona oficjalnie — była najbardziej postępowym aktem prawnym w dotychczasowej historii republiki kubańskiej. Na szczególną uwagę w nowej konstytucji zasługuje rozdział VI — Praca i własność. Praca została tu uznana za nieodłączne prawo człowieka, zaś obowiązek tworzenia warunków realizacji tego prawa — złożony na państwo.

Konstytucja określiła dzień roboczy na 8 godzin, tydzień roboczy — na 44 godziny, urlop (płatny) — na 1 miesiąc. W odniesieniu do wszystkich pracujących wprowadziła obowiązek ubezpieczeń państwowych, finansowanych przez pracodawców, w odniesieniu do kobiet ciężarnych oraz ludzi starszych — obowiązek zmiany warunków ich pracy na lżejsze, w odniesieniu do dzieci do 14 lat — zakaz ich zatrudniania. Potwierdziła prawo pracujących do organizowania się w związkach zawodowych i do strajku, uznała konieczność określenia minimum płacy roboczej, proklamowała zasadę układów zbiorowych. Konstytucja przyznała państwu prawo własności bogactw wnętrza ziemi, prawo konfiskaty własności nie przynoszącej korzyści społecznych, prawo obłożenia specjalnym podatkiem własności ziemskiej o wartości powyżej 2 tys. peso. Artykuł 90 nakazywał likwidację majątków obszarniczych, którymi nie mogła władać pojedyncza osoba lub spółka. Ponadto konstytucja przewidywała ograniczenie prawa cudzoziemców do nabywania ziemi i władania ziemią na Kubie, ograniczenie działalności cudzoziemców w innych gałęziach gospodarki kubańskiej, wprowadzenie ustawodawstwa antymonopolistycznego. Jak widać, była to naprawdę dobra konstytucja. Liczne jej postanowienia — zwłaszcza te, które nie wymagały przepisów wykonawczych albo też miały szansę uzyskać je stosunkowo łatwo, co w newralgicznym rozdziale VI odnosiło się przede wszystkim do pracowniczych praw socjalnych — zostały później wcielone w życie. Ale niektóre inne jej postanowienia, w tym zwłaszcza niezwykle doniosłe postanowienie o likwidacji własności obszarniczej zawarte w artykule 90, pozostały na papierze. Jednakże dobra konstytucja pozostaje pożyteczna także wówczas, kiedy społeczne warunki kraju uniemożliwiają respektowanie niektórych jej postanowień. Bowiem, choćby i była ignorowana, stawia ona pod pręgierzem opinii ignorujących ją; pogwałcana, staje się miarą gwałtu; zawieszona, trwa w świadomości mas jako punkt odniesienia. I mimo że konstytucja kubańska z 1940 r. miała się okazać w wypadku jej antyobszarniczych i antyimperialistycznych postanowień deklaracją pozbawioną następstw, o co już zadbały kubańskie i amerykańskie klasy rządzące, to przecież pewnego dnia, kiedy reakcyjni zamachowcy ośmielili się znieść tę konstytucję jako całość, sięgnął po nią Fidel Castro i w gruncie rzeczy tylko z nią w ręku poprowadził Kubańczyków do walki o nową Kubę. W jaki sposób zamierzał przystosować się do nowej konstytucji faktyczny dyktator Kuby, pułkownik Fulgencio Batista? Z poszukiwaniem odpowiedzi na to pytanie Batista oczywiście nie myślał zwlekać aż do ogłoszenia konstytucji, lecz postanowił działać już w okresie konsultacji miedzy rządem Laredo Bru a opozycją, odnoszących się do treści i form, a także kalendarza procesu normalizacji. W związku z tym, że Grau, który był centralną figurą opozycji, obstawał za wprowadzeniem do przyszłej konstytucji zasady bezpośrednich wyborów prezydenckich, w których niemal na pewno zwyciężyłby kandydat opozycji, natomiast Batista upierał się przy zachowaniu zasady pośrednich wyborów prezydenckich, w których najprawdopodobniej zwyciężyłby kandydat obozu rządowego, obie strony zgodziły się wreszcie na rozwiązanie kompromisowe. Przyszła konstytucja miała wprowadzić zasadę bezpośrednich wyborów prezydenckich, a jednocześnie zabronić kandydowania wojskowym w służbie czynnej do urzędu prezydenta oraz reelekcji dotychczasowego prezydenta wcześniej niż przed upływem 8 lat od wygaśnięcia jego kadencji. Jednakże najbliższe wybory prezydenckie miały zostać przeprowadzone według zasady wyborów pośrednich, tj. wprawdzie już po przyjęciu przez konstytuantę nowej konstytucji i po jej oficjalnym ogłoszeniu, lecz jeszcze przed wejściem w życie. Zapewniwszy w ten sposób niemal pewne zwycięstwo w pośrednich wyborach prezydenckich kandydatowi rządowemu, Batista musiał zastanowić się, czy powierzyć misję kandydowania na prezydenta któremuś z zaufanych przyjaciół, czy też podjąć się jej samemu. Powierzenie misji, na przykład, pułkownikowi Laredo Bru, dotychczasowemu prezydentowi, jak początkowo zamierzał postąpić Batista, miałoby tę dobrą stronę — oczywiście o ile by przeniesiony wcześniej do cywila Laredo Bru zwyciężył — że Batista jako szef sztabu armii mógłby pozostać nadal faktycznym dyktatorem, a o urząd prezydenta ubiegać się ewentualnie dopiero przy okazji następnych wyborów. A jeśli by się okazało, że Laredo Bru jako marionetka Batisty stał się postacią do tego stopnia groteskową nawet dla konserwatywnych notabli kolegium wyborczego, że niektórzy z nich, opowiadający się za położeniem kresu faktycznej dyktaturze wojskowej, woleliby już nawet Graua, kandydata opozycji, niż Laredo Bru? Mimo że stanąć samemu do wyborów prezydenckich było dla Batisty także nie całkiem wygodne, ponieważ musiałby w tym wypadku rozstać się z armią, doszedł on ostatecznie do wniosku, że nie pozostaje mu nic innego, jak zostać prezydentem. Batista postarał się o publiczną manifestację życzliwości i uznania ze strony rządu USA dla jego wkładu w walkę przeciw faszyzmowi i o demokrację (latem 1940 r. został zaproszony do Stanów Zjednoczonych, formalnie przez szefa sztabu armii amerykańskiej, a faktycznie przez prezydenta Roosevelta), następnie przekazał sztab armii człowiekowi zaufanemu — tym wybrańcem okazał się pułkownik J. E. Pedraza, i jako bezpartyjny cywil stanął do wyborów przeciw szefowi „autentyków", w nadziei, że wybory pośrednie — zwiększające jego szanse, a osłabiające szanse Graua — przyniosą mu zwycięstwo.

Jak pamiętamy, nowa konstytucja została oficjalnie ogłoszona 4 lipca 1940 r.. jednakże miała wejść w życie dopiero po trzech miesiącach — 10 października, w rocznicą wybuchu wojny dziesięcioletniej (1868— 1878), która była pierwszą z dwóch wojen o niepodległość Kuby, choć dziś możemy powiedzieć: pierwszą z trzech, jako że trzecią stała się rewolucja kierowana przez Castro. Wybory prezydenckie musiały się zatem odbyć przed 10 października. W ustalonym już wcześniej kalendarzu politycznym wyznaczono je na drugą niedzielę lipca. Rozstawszy się formalnie z armią — i jeszcze tylko na odchodnym poleciwszy się mianować generałem — Batista stanął spokojnie do wyborów i wygrał je. W ten sposób 10 października 1940 r. pojawił się wraz z nową konstytucją także nowy prezydent — Fulgencio Batista y Zaldivar, który niespełna 12 lat później miał tę konstytucję zawiesić po puczu w marcu 1952 r. Duch czasów wojny z faszyzmem sprawiał, że mundur demokraty był jedynym, jakiego mógł używać w tych latach Batista. Dobroczynne skutki odwilży politycznej odczuli przede wszystkim komuniści. Partia komunistyczna, której własne inicjatywy nabrały szczególnego znaczenia od opuszczenia przez nią w 1938 r. III Międzynarodówki za zgodą jej władz, mogła obecnie dość swobodnie rozwijać działalność. Komuniści rozpowszechniali swój program za pomocą środków masowego przekazu, do których należały nie tylko liczne wydawnictwa prasowe — zaczynając od dziennika „Noticias de Hoy", a kończąc na różnych pismach branżowych i drukowanym na supernowoczesnych maszynach amerykańskich miesięczniku teoretycznym — lecz od 1943 r. również własna rozgłośnia radiowa Emisora Popular Mil Diez, tj. Rozgłośnia Ludowa Tysiąc Dziesięć. Komuniści odbudowali też, a następnie poważnie rozszerzyli swe wpływy w związkach zawodowych, z których rząd nie próbował ich wypierać. Odzwierciedleniem umacniającej się pozycji partii komunistycznej, już po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny (1941), a w ślad za nimi także Kuby, oraz po nawiązaniu przez Kubę stosunków dyplomatycznych z ZSRR (1942), było ofiarowanie im przez Batistę jednej posady ministerialnej, co, jak świat światem, jeszcze nigdy się w Ameryce Łacińskiej nie zdarzyło. Posadę tę objął, jako minister bez teki, Juan Marinello, przewodniczący Komunistycznego Związku Rewolucyjnego (po zwycięstwie rewolucji kierowanej przez Fidela Castro wchodził, aż do śmierci w 1977 r., w skład KC utworzonej w 1965 r. Komunistycznej Partii Kuby), którego zastąpił później, po wybraniu Marinello do senatu, Carlos Rafael Rodriguez (obecnie członek Biura Politycznego KC KPK, jeden z trzech w tym trzynastoosobowym gronie weteranów starej gwardii). Ale mimo to Batista nie zdobył sobie w społeczeństwie prawdziwej popularności, ani nawet nie odzyskał dawnej, z jesieni 1933 roku, kiedy to stanął na czele „rewolucji sierżantów". Mógł zmylić niektórych, jednakże większość zdawała sobie sprawę z fałszu Baitisty. Jego program, proklamujący niejako powszechne braterstwo w obliczu wojny z faszyzmem, zmierzał w istocie rzeczy do osiągnięcia na Kubie spokoju wewnętrznego i uśpienia wyzyskiwanych. O jakim bowiem można było mówić braterstwie między żyjącym w nędzy chłopstwem i wyciskającą z niego ostatni pot burżuazją agrarną? Między zatrudnianymi zaledwie przez sto dni w roku ścinaczami trzciny cukrowej i właścicielami plantacji trzcinowych? Między proletariatem fabrycznym i fabrykantami? I co może najważniejsze: między Kubą, która potrzebowała prawdziwej suwerenności, i Stanami Zjednoczonymi, które uważały ją nadal za swoją półkolonię? Nie było oczywiście niczego osobliwego w tym, że Batista — obojętne: działający z premedytacją czy wiedziony instynktem — usiłował skorzystać z okazji i stłumić w cieniu wojny światowej napięcia klasowe w społeczeństwie kubańskim. Ale nie był sam — wśród wspierających go w tym okresie sił politycznych znaleźli się również komuniści, których przecież nikt nie mógł podejrzewać o podobne intencje. Czyżby więc stworzenie frontu antyfaszystowskiego narzucało po prostu konieczność doraźnego zaprzestania walki o cele socjalne i narodowe? Faszyzm zagrażał, jak wiadomo, wszystkim; nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że zagrażał całej ludzkości — nie tylko narodom, które już podbił, lecz także narodom nie okupowanych krajów kapitalistycznych na obu półkulach.

Faszyzm zagrażał zarówno ich klasom nie posiadającym, jak i ich burżuazji, a także ludom podporządkowanym europejskim metropoliom kolonialnym. W tej sytuacji nieodzowne było powszechne współdziałanie i podporządkowanie określonym rygorom wzajemnych stosunków owych całkowicie różnych partnerów sojuszu antyfaszystowskiego. Jednakże w związku z tym ani Stalin nie musiał przywracać kapitalizmu w Rosji, ani też Roosevelt nie był zobowiązany wzywać współobywateli do budowy socjalizmu w USA. W krajach kapitalistycznych i koloniach burżuazja nie mogła oczywiście ulec politycznej erozji, ponieważ zachowując w ręku środki produkcji pozostawała nadal burżuazją, niezależnie od wojennych sojuszów. Jak zaś owe sojusze wpłynęły na stronę przeciwną? Zachodnioeuropejskim partiom komunistycznym koalicje antyfaszystowskie nie przeszkodziły w pełni zachować ideologicznej i politycznej tożsamości, dzięki czemu partie te wyszły z wojny zwarte i silniejsze niż przed wojną. Podobnie było z azjatyckimi ruchami narodowowyzwoleńczymi: poparcie udzielane przez nie metropoliom nie oznaczało złożenia broni w walce o własną sprawę, nawet jeśli i broń, i sposób posługiwania się nią zostały przystosowane do okoliczności. Inaczej przedstawiała się sytuacja na półkuli zachodniej. Partie komunistyczne Ameryki Łacińskiej w praktyce osłabiły walkę z głównym przeciwnikiem klasowym, tj. imperializmem amerykańskim, w przekonaniu, że wymagają tego interesy światowej walki z faszyzmem. Blas Roca, na przykład, mówił już w styczniu 1939 r.:

Niektórzy ekstremiści twierdzą (...) że powinniśmy walczyć z imperializmem jankesowskim (...) ale właśnie tego pragnąłby imperializm nazistowski. Tak więc łatwo możemy sobie wyobrazić, jak owa postawa polityczna, identyfikująca walkę z faszyzmem z wycofaniem się z walki z imperializmem amerykańskim, ugruntowała się po wybuchu wojny i w trudnych, wymagających napięcia wszystkich sił, latach wojennych. Imperializm amerykański został poniekąd usunięty w cień jako przeciwnik nie tylko ze względów politycznych, lecz także ekonomicznych. Punkty ciężkości jego ekspansji uległy w związku z wojną przesunięciu, co pozwoliło wielu krajom Ameryki Łacińskiej ożywić gospodarkę, rozluźnić więzi z USA, i zacieśnić wzajemne więzi regionalne. Niemniej można było przewidzieć, że kiedy wojna się skończy, Stany Zjednoczone bez wątpienia uczynią wszystko, aby odbudować i rozszerzyć swe wpływy w Ameryce Łacińskiej, a więc faktyczna rezygnacja z walki z imperializmem amerykańskim oznaczała niewykorzystanie szansy, była po prostu zasypianiem gruszek w popiele.

Do umocnienia się tej tendencji w latynoamerykańskim ruchu przyczynił się w znacznej mierze tzw. browderyzm. Earl Browder, od 1938 r. sekretarz generalny Komunistycznej Partii USA, podniósł zasady, które dla komunistów Ameryki Łacińskiej były, mimo wszystko, jedynie zasadami taktyki, do rangi programowej. W nowych czasach harmonijna współpraca klas miała, według Browdera, zająć miejsce dotychczasowej walki klasowej. KP USA ze zrozumiałych powodów cieszyła się zawsze uznaniem i szacunkiem komunistów latynoamerykańskich. Nic więc dziwnego, że rewizjonistyczne, likwidatorskie poglądy Browdera dotknęły również - jak pisze radziecki historyk Borys S. Nikiforow — poszczególne oddziały ruchu komunistycznego Ameryki Łacińskiej, gdzie większość partii komunistycznych posiadała niewielkie doświadczenie walki politycznej.

Browder osiągnął, zwłaszcza w Kolumbii i na Kubie, sławę twórczego interpretatora marksizmu, której w istocie nie usprawiedliwiała ani jego osobowość, ani jego dzieło. I nawet, kiedy jego dewiacja ideologiczna osiągnęła po konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie w 1943 r. już niemal karykaturalną postać, przez wielu ludzi była przyjmowana jako olśniewająca erupcja myśli marksistowskiej. W wypadku Kuby służyła ona przekształceniu tego, co komuniści kubańscy uważali dotychczas za doraźną taktykę — i to taktykę od początku niepokojącą niektórych weteranów walk robotniczych, m. in. Césara Vilara, działacza związków zawodowych — w Zwróconą Ku Przyszłości Nowoczesną Strategię Postępu. Browder był już wprawdzie wówczas ostro krytykowany przez Williama Fostera, późniejszego sekretarza generalnego KP USA, a w 1946 r. miał zostać usunięty z partii jako renegat, niemniej jednak w ostatnich latach wojny był wciąż jeszcze w stanie występować bezkarnie jako mesjasz fałszywej ideologii w USA, Kanadzie i Ameryce Łacińskiej, wskutek czego również kubańska partia komunistyczna doświadczyła na sobie wpływu browderyzmu, jak to zwięźle ujmuje cytowany przez nas wyżej Borys S. Nikiforow. Ale Batiście niewiele mógł pomóc browderyzm, podobnie jak poprzednio niewiele mu pomogły bonapartyzm i antyfaszyzm.

Nie to, żeby browderyzm i pozostałe „yzmy" nie ułatwiły mu utrzymywania się przy władzy, nie pomogły mu w innym znaczeniu: nie usunęły niechęci do niego utrzymującej się u większości Kubańczyków. Kiedy 1 czerwca 1944 r. obywateli Kuby zapytano, czy życzą sobie, ażeby do Pałacu Prezydenckiego wprowadził się na najbliższe cztery lata Carlos Saladrigas, jeden z przywódców partii ABC, człowiek Batisty, a nawet więcej, jego druh serdeczny, większość odpowiedziała, że nie, i wybrała nowym prezydentem Grau San Martina. Dlaczego Batista nie ubiegał się ponownie o urząd prezydenta? Po prostu dlatego, że konstytucja z 1940 roku zabraniała — przypomnijmy — reelekcji dotychczasowego prezydenta. I właśnie z tego powodu forsował on Saladrigasa. Miał nadzieję utrzymać się przy władzy, ukryty w alkowie gabinetu nowego prezydenta, który wypełniałby jego polecenia. Kiedy plan ten upadł, postanowił uszanować wolę większości wyborców, aby z glorii generała-demokraty, w jakiej miał odejść, uczynić kapitał polityczny dający się spożytkować w przyszłości. Porażka Saladrigasa była w istocie przede wszystkim porażką Batisty. Ale porażka Batisty nie była bynajmniej równoznaczna z porażką czterech partii jego bloku wyborczego: ABC, demokratów, liberałów i komunistów, a zwłaszcza — nie była porażką komunistów, którzy od stycznia 1944 r. działali jako Socjalistyczna Partia Ludowa. Rządowy blok wyborczy, występujący ponownie pod nazwą Demokratycznej Koalicji Socjalistycznej, przegrał wprawdzie wyścig do fotela prezydenckiego, jednakże zwyciężył zarówno w wyborach kongresowych, jak i komunalnych, a w wyborach do senatu zdobył połowę punktów. Komuniści utrzymali swój stan posiadania w kongresie — 11 mandatów, do senatu wprowadzili po raz pierwszy trzech ludzi. Ich autorytet polityczny miało także podkreślić objęcie przez przedstawicieli Socjalistycznej Partii Ludowej wiceprzewodnictwa obu izb parlamentu. Natomiast zwycięstwo Graua, będące zwycięstwem sojuszu „autentyków" i republikanów, było przede wszystkim zwycięstwem w walce o mający kluczowe znaczenie w systemie rządów na Kubie urząd prezydenta republiki. Wiemy — choćby i najogólniej — dlaczego większość Kubańczyków nie chciała Saladrigasa. Dlaczego zaś głosowali na Graua? Czy tylko dlatego, że nie chcieli Batisty, a nie mieli trzeciej możliwości? Otóż nie: głosowali na Graua, ponieważ chcieli właśnie Graua, a chcieli go dlatego, że pozostawał on wciąż żywym symbolem rewolucji 1933 roku. Wprawdzie od rewolucji minęło już ponad 10 lat, ale pamięć o niej nie zgasła. Pokolenie, które uczestniczyło w zrywie 1933 roku, wciąż jeszcze było obecne i pamiętało o tych czterech wspaniałych miesiącach, jakże odmiennych od wszystkiego, co na Kubie wydarzyło się wcześniej, a także później. Wzbierał też w tym pokoleniu wstręt do ludzi, którzy uśmiercili rewolucję, a dziś znakomicie prosperowali, ludzi nie mających nic wspólnego z interesami kraju, narodu, z interesami tych, co mówili o sobie z dumą yo soy cubano, jadali raz dziennie czarną fasolę, rodzili się i umierali w bidon-villach. Czy mogło więc to pokolenie dowierzać ludziom, którzy zmienili kostiumy polityczne widząc, że w starych już nie sposób sprawować rządów? Do kogo jednak mieli się zwrócić owi tęskniący, rozczarowani, zgniewani? „Autentycy" przez dziesięć lat występowali przeciw Batiście. W tej jednej kwestii: ewentualnej ugody z Batistą, byli bezkompromisowi. W kampanii wyborczej w 1944 r. mówili: W 1933 roku Grau zdziałał więcej przez cztery miesiące niż wszyscy prezydenci przez trzydzieści lat istnienia republiki. Od chwili ustanowienia przez Batistę dyktatury wojskowej, choćby i maskowanej przez formalnie cywilne rządy, domagali się przywrócenia wolności obywatelskich i powrotu do rzeczywistej — a nie pozornej — demokracji parlamentarnej. „Autentycy" występowali również przeciw imperializmowi amerykańskiemu, choć swój program w tym punkcie zamknęła w haśle „Kuba dla Kubańczyków!". Nie angażowała się po stronie Stanów Zjednoczonych nawet w latach wojny, w związku z czym komuniści zarzucali im, że nie walczą z faszyzmem. „Autentycy" nie włączyli się do batalii antyfaszystowskiej, ponieważ nie chcieli przykładać ręki do manipulacji służących wykorzystaniu zagrożenia stworzonego przez faszyzm dla umocnienia reżimu Batisty, a także — pozycji USA na Kubie. Wielu Kubańczyków okazywało czujność wobec Stanów Zjednoczonych — pisze Lew J. Sljozkin. Wyrażali oni uzasadnioną obawę, że sojusz wojenny ze Stanami Zjednoczonymi może doprowadzić do całkowitego podporządkowania Kuby dyktatowi Waszyngtonu. „Autentycy" nie zaangażowali się w kampanię antyfaszystowską, ponieważ akcję tego rodzaju uważali nie tylko za zbędną, lecz wobec jej nieuchronnych „skutków ubocznych" wręcz za szkodliwą, a o to, że ktoś ich posądzi o sprzyjanie faszyzmowi, martwić się nie musieli, bo takie posądzenie byłoby czystym absurdem.

Tą właśnie postawą „autentycy", występujący jako depozytariusze zerwanych przez Batistę sztandarów rewolucji 1933 roku, zdobyli sobie serca i umysły Kubańczyków. Ale walka, którą prowadzili, w zasadzie nie wykraczała poza słowa. Słów nie wspierał czyn, nie towarzyszyło im działanie. Grau sterował swą partią z USA, z Miami, podobnie jak El Apostól — José Marti, bo obaj musieli zrazu działać z daleka od nieprzyjaciół rządzących na wyspie. Wziąwszy wszakże dla swojej partii imię od partii Apostoła, aby w ten sposób powiedzieć: oto partia, która będzie kontynuowała Jego dzieło, Grau nie uczynił z niej — inaczej niż to zrobił Marti — narzędzia prawdziwej walki. Nie wylądował na wyspie z uzbrojonym oddziałem, jak tego oczekiwali ludzie z dawnego Studenckiego Dyrektoriatu Uniwersyteckiego, nie podjął, bez oglądania się na własne życie, jak to zrobił Marti, pojedynku o wolność i niezawisłość; nie zjawił się nawet w kraju. Ostrzeliwał jedynie długo Batistę ostrymi słowami spod palm na Florydzie, a kiedy wreszcie przybył w 1938 r. na Kubę, dotarł tam na pokładzie liniowego samolotu pasażerskiego, i to jedynie po to, ażeby spotkać się z Batistą i omówić niektóre kwestie związane z procesem normalizacyjnym, zwołaniem konstytuanty, przyszłą konstytucją, a także swoim udziałem w wyborach prezydenckich. Od czasu, kiedy Kubańska Partia Rewolucyjna (Autentyczna) włączyła się w 1940 r. w system parlamentarny, jakobinizm zaczął uchodzić z niej powolutku niby powietrze z nakłutej opony, a jej hasła, powtarzane z uporem, ale jak gdyby w oderwaniu od zamysłu wprowadzenia ich w życie — zamieniać się poczęły w narzędzie służące, praktycznie biorąc, jednemu tylko celowi: werbunkowi głosów mających przynieść partii zwycięstwo wyborcze, tj. wyniesienie jej przywódców i aktywistów do władzy. Władza zaś oznaczała na Kubie — jeśli nie liczyć owych czterech niezwykłych miesięcy: od września 1933 do stycznia 1934 roku — zawsze i wciąż to samo: przywileje i pieniądze. „Autentyków" oświetlał jeszcze w latach czterdziestych blask rewolucji, ale w nich już nie było jej ognia. I Grau nie był już taki jak kiedyś, był już tylko swoim cieniem. Stanom Zjednoczonym zależało w tym czasie szczególnie na spokoju na Kubie, a więc i na ugruntowaniu tam systemu demokracji parlamentarnej, oczywiście — pod warunkiem, że rządy wyłonione przez ten system nie będą im przysparzały poważniejszych kłopotów. Jak więc miały się odnieść do wyboru Graua na prezydenta? Otóż Stany Zjednoczone najwidoczniej uznały, że winny się z tym faktem pogodzić (choć Saladrigas zapewne bardziej by im odpowiadał), ponieważ nie uczyniły nic, aby przeszkodzić Grauowi w objęciu urzędu. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w 1933 r. prezydent Roosevelt nie tylko nie uznał rządu Graua, lecz po czterech miesiącach usunął go, za pomocą Batisty, siłą ze sceny, będzie oczywiste, że także w 1944 r. nic by go nie powstrzymało, aby wysadzić Graua z siodła, o ile by uważał, że ten zagraża interesom amerykańskim. Reakcja rządu USA na wynik wyborów prezydenckich na Kubie świadczyła, że ewolucja ideologiczna i polityczna „autentyków", jaka się dokonała w ciągu dziesięciu lat istnienia partii, została uznana przez rząd amerykański za w pełni zadowalającą z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych. Grau wkrótce udowodnił, że Roosevelt nie omylił się okazując mu zaufanie. Grau objął urząd prezydenta w chwili, kiedy w związku z korzystną koniunkturą wojenną Kuba przeżywała boom gospodarczy, a w życiu politycznym, dzięki powstałemu sojuszowi antyfaszystowskiemu, panował swego (rodzaju złoty wiek demokratycznej gry sił politycznych. Rząd Graua usiłował być zrazu rządem populistycznym i po rozpadnięciu się po wyborach Demokratycznej Koalicji Socjalistycznej zaproponował nawet współpracę komunistom, którzy tę propozycję przyjęli. Poczynając od połowy 1947 roku, sytuacja na Kubie uległa zasadniczym zmianom. Wraz z zimnowojennym zwrotem w stosunkach między Zachodem a Wschodem, antykomunistyczną kampanią w Stanach Zjednoczonych oraz odpływem fali koniunktury gospodarczej, w życie publiczne wtargnął antykomunizm i antydemokratyzm. Jak to zwykle się dzieje w takich okolicznościach, powstały sprzyjające warunki działania dla najbardziej nikczemnych osobników. W ciągu niemal kilku miesięcy w kierownictwie „autentyków" wzięli górę oszuści, łapownicy, pałkarze, dorobkiewicze, którzy przekształcili Kubę — jak pisze chilijski historyk Fernando Mires — dosłownie w burdel. Nie przyswoiwszy sobie uprzednio pozytywnych właściwości populizmu, rząd Graua przyswajał sobie obecnie jego właściwości najgorsze. Zdążając do zniszczenia klasowych związków zawodowych, odmówił uznania faktycznie istniejącej od stycznia 1939 r. zjednoczonej centrali związkowej CTC — Konfederacji Pracujących Kuby (Confederación de Trabajadores de Cuba), a tym samym stworzył możliwość pojawienia się na scenie rozłamowej centrali związkowej o tej samej nazwie, określanej jednakże później na Kubie potocznie nie skrótem CTC, lecz skrótem CTK, w którym „K" nawiązywało do specjalnego „konta K" ministerstwa pracy, skąd pochodziły „zasiłki" wypłacane bonzom prorządowej centrali, i tylko tę centralę — kierowaną przez niejakiego Eusebio Mujala — był następnie gotów uznawać za jedynego reprezentanta mas związkowych. Z chwilą kiedy Stany Zjednoczone dały pierwszy sygnał do krucjaty antyradzieckiej, rząd Graua jął się szybko wycofywać ze współpracy z komunistami, która jesienią 1947 roku została całkowicie zerwana, a następnie podjął zaciekłą kampanię antykomunistyczną: w ruch poszły nie tylko słowa, także pałki, bomby i colty. Dawny program „autentyków" — „Kuba dla Kubańczyków", rozkwit swobód obywatelskich, postęp społeczny — rząd Graua po upływie połowy swej kadencji wyrzucił właściwie na śmietnik. Gdyby nie było to prawdziwe, mogłaby się wydawać nieprawdopodobne: rząd „autentyków" robił niemal dokładnie to, co „autentycy" uprzednio zwalczali, i zniszczył wszystkie instytucje państwowe — ustawodawcze, wykonawcze, sądownicze, jak nie zniszczył ich przedtem nikt, z wyjątkiem może Machado. Malwersacje, korupcja i łapówkarstwo osiągnęły rozmiary dotychczas nie znane na Kubie. Powiedzieć, że kradli wszyscy, którzy mogliby kraść, byłoby z pewnością przesadą, jednakże kradło wielu: przywódcy partii i jej aktywiści, ministrowie i ich podwładni, niemal wszyscy, którzy mieli dostęp do państwowych pieniędzy. Prawdziwym królem malwersantów stał się niejaki Jose Manuel Alemán, minister oświaty, prawa ręka Graua. Jego kartel złodziejski, zorganizowany w stylu gangsterów z Chicago, a działający na najwyższym szczeblu rządowym, zagrabił — jak wykazały dochodzenia jednego z senatorów opozycji — ponad 174 mln peso. Alemánowi przypadło z tego 65 mln peso; pan minister inkasował — stosownie do podziału ról w kartelu i kompetencji w rządzie — pobory przeznaczone dla trzynastu tysięcy pracowników swego resortu, którzy istnieli tylko na listach płac. Ministrowi oświaty starał się dorównać minister handlu, a i inni członkowie gabinetu robili co mogli, żeby „wyjść na swoje". Doszło nawet do tego, że pewnego dnia zniknął wielki diament, uważany za relikwię narodową, który w jakiś czas później został szczęśliwie odnaleziony, kiedy ktoś wpadł wreszcie na pomysł sprawdzenia, czy nie zawieruszył się on przypadkiem w gabinecie prezydenta Graua. Za pieniądze i synekury wodzowie „autentyków" kupowali sobie ludzi i poglądy, w czym wyćwiczył się zwłaszcza minister pracy, Carlos Prio Socarrás, ongiś jeden z sygnatariuszy odezwy do ludu kubańskiego ogłoszonej w pamiętną noc z 4 na 5 września 1933 roku, który obecnie — w walce z klasowymi związkami zawodowymi notorycznie posługiwał się opłacanymi z kasy rządowej prowokatorami, agentami i gangsterami. Rozkradane fundusze państwowe nie były jednak nieograniczone, a że każdy chciał ukraść jak najwięcej, zaś działać w pojedynkę było trudno, tworzyły się koterie, które następnie ostro ścierały się ze sobą. Wskutek częstych przetasowań tylko najbardziej wtajemniczeni wiedzieli, kto z kim aktualnie trzyma, kto z kim walczy i kto do kogo strzela. Odpryski tych rozgrywek oglądali czasem przechodnie na ulicach Hawany: 13 maja 1947 r., w biały dzień, w samym centrum, został zastrzelony przez „nieznanych osobników" szef tajnej służby bezpieczeństwa w Pałacu Prezydenckim, a miesiąc później — znów w samym środku miasta — „nieznani osobnicy" ostrzelali z samochodu, który był samochodem służbowym ministra zdrowia, byłego szefa policji kubańskiej. „Noticias de Hoy" — organ SPL, i „Bohemia" — radykalny tygodnik, pisały o wszystkim, o czym tu opowiadamy, i bezlitośnie chłostały polityków -„autentyków", a ci kompletnie się tym nie przejmowali i dalej robili to samo.

Wprawdzie w każdej partii, która dochodzi do władzy twierdząc, że pragnie służyć krajowi, a następnie ulega demoralizacji, kryją się zawsze zdrowe siły, które, odsunięte przez lata od wpływu na wydarzenia, stają się w chwilach kryzysów deską ratunku, jednakże w Kubańskiej Partii Rewolucyjnej (Autentycznej) wkrótce owych zdrowych sił już nie było, jako że te postanowiły opuścić jej szeregi. Ci z członków Partii Autentycznej, których przeraziła zdrada ekilpy przywódczej, podjęli ostrą walkę z Grauem i jego kolegami. Na ich czele stanął Eduardo Chibás Rivas, szlachetny uczeń Apostoła, znakomity mówca. W maju 1947 r. Chibás i jego zwolennicy opuścili Partię Autentyczną, we wrześniu 1947 r. zarejestrowali się oficjalnie jako Partia Ludu Kubańskiego, która później stała się znana jako Partia Ortodoksyjna (Partido Ortodoxo). To, że „ortodoksi" mogli, jeszcze jako „autentycy", wrosnąć w skorumpowany reżim, a jednocześnie nie ulegli tej pokusie, stało się probierzem ich uczciwości. Kolejne wybory miały się odbyć w 1948 roku. Grau nie mógł ponownie kandydować do urzędu prezydenta, bo nie zezwalała mu na to konstytucja. „Autentycy" musieli się więc rozejrzeć za kandydatem w miarę znanym, a uczciwym, co nie było łatwe, ponieważ ci, którzy byli znani, nie byli uczciwi, a ci, co byli uczciwi, przeszli do Chibasa. Fakt, że zdecydowali się na Prio Socarrása, dowodził, jak trudno im było znaleźć odpowiedniego człowieka. Zaletą Prio było tylko to, że — mimo wszystko — miał mniej grzechów na sumieniu niż inni, natomiast wadą — że należał do paczki zdemoralizowanych przywódców partyjnych o już zużytych nazwiskach. Ale tym, którzy zamienili Partię Autentyczną w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, nie pozostało nic innego niż spróbować, czy nie uda im się przedłużyć rejsu na pokładzie rozkosznej fregaty władzy z Prio jako sternikiem. Atutem „autentyków" było to, że Kubańczycy oczywiście woleli ich od dawnych kolegów Batisty. Cokolwiek złego można by o „autentykach" powiedzieć, nie posługiwali się oni przynajmniej terrorem jako metodą rządzenia. Wielu łudzi krytycznie odnoszących się do „autentyków", nie widziało poza nimi nikogo, kogo można by im przeciwstawić. Komuniści? Komuniści nie mieli szansy na zdobycie większości.

„Ortodoksi"? Ci też nie mieli tej szansy — już choćby dlatego, że nawet jeśli ich wpływy rosły z wręcz zadziwiającą szybkością, na scenie politycznej pojawili się jako odrębna siła niedawno, niemal na fali kampanii wyborczej. Ale Prio Socarrásowi nie pomogłoby to wszystko, i nie pomogłoby mu też kupienie liberałów za ofiarowaną im posadę wiceprezydenta, jeśli opozycja wystawiłaby jednego kandydata, a nie dwóch. Obaj bowiem — i Juan Marinello jako kandydat komunistów i Eduardo Chibás jako kandydat „ortodoksów" — otrzymali bowiem w wyborach łącznie więcej głosów niż Prio. I właśnie dzięki temu Prio, który miał przeciw sobie większość wyborców — został prezydentem. Jak wiadomo, historia się nie powtarza. Rządy Prio Socarrása nie były kopią rządów Grau San Martina, mimo że rządziła ta sama partia. Zgnilizna ostatniego okresu rządów Graua nie tylko spotęgowała się za rządów Prio, lecz otrzymała nową postać. W stosunku do Stanów Zjednoczonych rząd Prio zamienił pozycję uniżoną, jaką zajmował rząd Graua, na pozycję służalczą — po prostu od pierwszego dnia leżał plackiem przed Amerykanami. Pozorował to wspólnotą interesów tzw. wolnego świata, który wypełniał w Korei zaszczytną misję walki z międzynarodowym bolszewizmem. Korupcja za rządów Prio rozrosła się jeszcze bardziej, ale przy tym się zmieniła: nie była to już ta dawna, uprawiana z fantazją przez spryciarzy w rodzaju ministra José Manuela Alemána, lecz systematyczna, niby rąbanie drewna na opał, prozaiczna w swej powszedniości. Sięgnięto do terroru, którego ofiarami stali się m. in. Jesús Menéndez Larrondo, od 1932 r. przewodniczący zarządu związku zawodowego pracowników przemysłu cukrowniczego, oraz Aracelio Iglesias Diaz, przywódca robotników portowych — obaj deputowani do kongresu. Nie rezygnując ze stosowania znanej już za Graua metody zapewniania sobie milczenia prasy przez drogie ogłoszenia, Prio postanowił uciszać dziennikarzy za pomocą kagańcowego dekretu prasowego. Już w 1948 r. odebrał komunistom ich rozgłośnię, którą posiadali od 1943 r., i zamykał „niegrzeczne", nie tylko zresztą komunistyczne, wydawnictwa. Zamykał je czasem na parę niedziel, czasem na parę miesięcy, ale niekiedy na dłużej, jak na przykład w wypadku komunistycznego dziennika „Noticias de Hoy", którego drukarnia zastała zwrócona, na podstawie decyzji sądu, jej właścicielowi, tj. Socjalistycznej Partii Ludowej, dopiero po roku. W parlamencie nie można już było jak przedtem gromić rządu, a przedstawicieli SPL w kongresie i senacie próbowano nawet pozbawić immunitetu, tj. usunąć ich z parlamentu i aresztować. Żeby zaś reprezentanci narodu nie skarżyli się, że im źle, Prio wydzielił z budżetu 8,2 min peso rocznie na kongres, czyli dwa razy więcej niż Machado, który posłów wyceniał wysoko. Chibas płonął w gniewie. Wołał: Skończmy z korupcją, skończmy z niesprawiedliwością!

Jego słowa: Vergüenza contra dinero!, przeciwstawiające pieniądzom honor, godność, sumienie, te słowa, którymi kończył zawsze swe cotygodniowe wystąpienia radiowe, stały się hasłem „ortodoksów". Jego partia, która za symbol przyjęła miotłę, bo i miała być miotłą wymiatającą śmieci z życia kraju, była magnesem przyciągającym patriotów kubańskich, zwłaszcza ludzi młodych. Wkrótce stała się największą partią polityczną na Kubie jako jedyna autentycznie radykalna partia mieszczańska. Nie ulega wątpliwości, że była w tym wielka zasługa Chibása, którego nazywano żartobliwie „teczką" — la maleta, bo na mównicę wchodził zawsze z teczką, z której wydobywał jeden po drugim dokumenty kompromitujące „autentyków". Wprawdzie Chibas i inni „ortodoksi" nie mieli zadniego sprecyzowanego programu, ale ich namiętny antyimperializm, ich żarliwy patriotyzm, ich pragnienie sprawiedliwości społecznej, ich tęsknota za rządami wreszcie uczciwymi — sprawiały, że doszedłszy do władzy, zdołaliby zrobić z pewnością wystarczająco dużo, aby wstrząsnąć istniejącym porządkiem. Chibás był gotów poświęcić dla Kuby wolnej i sprawiedliwej wszystko, nawet życie. I poświęcił je: kiedy 5 sierpnia 1951 roku — od wyborów prezydenckich dzieliło Kubę wówczas już tylko 11 miesięcy — znalazł się w studiu radiowym, aby wygłosić, jak to robił co tydzień, przemówienie, powiedział tylko:

Naprzód, towarzysze Ortodoksji! O wolność polityczną i ekonomiczną! Wyrzućcie złodziejów z rządu! Ludu Kuby, powstań! Pukam do twoich drzwi po raz ostatni!, po czym oddał do siebie samobójczy strzał.

Śmierć Chibása, który ranił się w brzuch i zmarł 16 sierpnia w szpitalu, wstrząsnęła całym krajem. Jego samobójczy strzał, który był protestem przeciw machinacjom mającym go postawić w trudnej sytuacji w wytoczonym mu procesie o zniesławienie, stał się protestem przeciw wszystkim brudom reżimu Prio. Ten strzał był bez wątpienia czynem desperackim, jak niektórzy uważają — dowodem osobistej słabości Chibása jako polityka, jednakże nie okazał się czynem bezsensownym. Wstrząsnął sumieniami, przysporzył Partii Ortodoksyjnej niezliczonych zwolenników, dla młodych ludzi stał się przykładem, że w walce o nową Kubę powinni być gotowi do poświęceń. Tymczasem zbliżały się wybory wyznaczone na 1 czerwca 1952 r.

„Autentycy" już z początkiem 1951 r. zawarli z liberałami układ wyborczy, który tygodnik „Bohemia" określił jako pakt renegatów. Ich kandydatem był Carlos Hevia — ten sam, który w styczniu 1934 r., kiedy prezydent Grau ustąpił z urzędu zmuszony do tego przez Batistę, był przez półtorej doby prezydentem republiki. Grau rozstał się z „autentykami" i utworzył odrębną partię — Cubanidad. „Ortodoksi", pozbawieni Chibása, zgłosili jako kandydata na prezydenta Roberto Agramonte, profesora uniwersytetu hawańskiego, którego poparli także komuniści. Znów pojawił się na scenie Batista: Generał-demokrata, który opuścił Kubę w 1944 r. z obawy przed procesem o nadużycia, mógł teraz, kiedy atmosfera na Kubie gruntownie się odmieniła, powrócić spokojnie z USA do kraju. Powrócił oczywiście, aby włączyć się w życie polityczne. Utworzył własną partię — Partię Czynu Jednościowego (Partido de Acción Unitaria), i z jej pomocą miał nadzieję trafić ponownie do Pałacu Prezydenckiego. Wydawało się niemal pewne, że wybory wygrają „ortodoksi". „Autentycy" byli dość gruntownie skompromitowani, a partia Batisty nie zdołała zapuścić korzeni w społeczeństwie i na listach zwolenników poszczególnych stronnictw, sporządzanych na Kubie zawsze w okresie przedwyborczym, znalazła się na szarym końcu. Możliwość zwycięstwa „ortodoksów" zaniepokoiła rząd USA. Już jesienią 1951 r. w tym kraju rozpoczęła się kampania prasowa, animowana dość wyraźnie przez Departament Stanu, która zmierzała do wytworzenia wrażenia, jakoby życie publiczne na Kubie ogarniał chaos, w związku z czym ster rządów powinien znaleźć się w rękach mocnego człowieka — Batisty. Jak jednak mógł Batista zapobiec dojściu „ortodoksów" do władzy, jeśli według wszelkiego prawdopodobieństwa jego Partia Czynu Jednościowego miała przegrać wybory, zaś Partia Ortodoksyjna — wygrać je? Ale skoro wpływowi ludzie w Stanach Zjednoczonych nie życzyli sobie na Kubie rządów „ortodoksów" i nie skrywali, że w roli męża opatrznościowego mógł, a nawet powinien, wystąpić Batista, generał dostrzegł w ciemnościach osłaniających przyszłość jasny punkt. Trzeba było wziąć władzę siłą, jeszcze przed wyborami.

Jak wykazały badania polskiego historyka, Piotra Sommerfelda, nad dokumentami kontrwywiadu kubańskiego z tego okresu, Batista przystąpił do przygotowań do zamachu stanu stosunkowo późno, mianowicie w styczniu 1952 roku. Już jednak po kilku tygodniach szef Partii Czynu Jednościowego był gotów do akcji.

W nocy z 9 na 10 marca 1952 roku, z niedzieli na poniedziałek, Fulgencio Batista pojawił się, przez nikogo nie zapowiedziany, w koszarach Columbia w Hawanie. Pojawił się jako cywil — bez krawata, w gabardynowej marynarce w kolorze tabaczkowym i popielatych spodniach — ale dla oficerów i żołnierzy garnizonu był generałem. Więcej: był byłym szefem sztabu, byłym dyktatorem, byłym prezydentem. Ku władzy nad krajem, którą sprawował przez dziesięć lat, nie wyniosły go rozgrywki politykierów; szefem armii uczyniła go rewolucja 1933 roku; dyktatorem i prezydentem — armia i wielkie Stany Zjednoczone. Koszary Columbia poddały mu się bez oporu. Zwołani na zbiórkę żołnierze przyjęli entuzjastycznie jego orację. Oficerów, którzy mogliby stawić opór, aresztowano. Spiskowcy — Batista i 17 oficerów służby czynnej — porozumieli się z innymi garnizonami i uzyskali ich poparcie. Łatwość, z jaką rozwinęli akcję w armii, była zaskakująca. Po części można ją objaśnić tym, że w zawodowej armii kubańskiej tylko nieliczni oficerowie czuli się zobowiązani do lojalności i posłuszeństwa wobec legalnej władzy konstytucyjnej, podczas gdy niemal wszyscy zabiegali o awanse i związane z nimi pieniądze. Co zaś mogło im zapewnić je łatwiej i szybciej niż posłuszeństwo okazane pretendentowi do władzy? O ryzyku w tym wypadku nie mogło być mowy, skoro do rzeczy wziął się Fulgencio Batista, wypróbowany przyjaciel Stanów Zjednoczonych. Ale jeśli tymi względami kierowali się oficerowie, którzy poparli spisek, jakimi kierowali się żołnierze? Otóż wydarzenia 10 marca — powie półtora roku później Castro — nastąpiły w momencie, gdy prestiż rządu cywilnego zmalał do minimum, i okoliczność tę wykorzystał Batista i jego klika. Dlaczego nie uczynili tego po 1 czerwca? Po prostu dlatego, że gdyby poczekali, aż większość narodu wyrazi swoją wolą za pośrednictwem wyborów, to żaden spisek nie znalazłby poparcia w armii. Jeśli reżim Prio — rozumowali żołnierze — jest przegniły, to czy nie postąpią właściwie, jeśli pomogą go usunąć? Około trzeciej nad ranem, kiedy po szalonym, pierwszym dniu karnawału Hawana zasnęła na dobre, żołnierze obsadzili główne punkty strategiczne stolicy. Opanowali też właściwie bez walki — bo w krótkim starciu zginęło jedynie dwóch wartowników — Pałac Prezydencki. Pucz stał się faktem.

Pucz, który na przekór swojemu celowi skrzesił iskrę drugiej — i tym razem już zwycięskiej — Rewolucji na Kubie.

Społeczność

Lenin 666