Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.

Zbigniew Marcin Kowalewski: 1956 – Październikowi generałowie

220px-Gomulka_speech.jpg

Kiedy w październiku 1956 r. Polsce groziła radziecka interwencja wojskowa połączona z zamachem stanu, kilku generałów – ideowych komunistów – było gotowych stawić jej zbrojny opór. 
 
Po stłumieniu powstania robotniczego w Poznaniu kryzys reżimu stalinowskiego w Polsce gwałtownie się zaostrzył. Reżim i partia rządząca były rozdarte zaciekłą walką dwóch frakcji, między którymi balansował Władysław Gomułka, dopiero co rehabilitowany były więzień polityczny, teraz kreowany na męża opatrznościowego. Coraz śmielej aktywizowała się politycznie klasa robotnicza i młodzież akademicka. Tego właśnie – niezależnej działalności i samoorganizacji mas, ruchu rad robotniczych, dążeń do radykalnej destalinizacji, suwerenności i niepodległości, demokracji robotniczej i socjalizmu samorządowego – panicznie obawiano się na Kremlu.
 
Ferment udzielał się wojsku. Lechosław Goździk, wówczas młody robotnik i sekretarz komitetu zakładowego PZPR w FSO na Żeraniu – organizacji, która odmówiła potępienia robotników poznańskich i była ośrodkiem wrzenia w warszawskich zakładach pracy – wspominał: „Duże wiece w halach były już w sierpniu. Na jednym z nich właśnie było dwóch czy trzech oficerów i też przemawiali, bardzo bojowo: «Wojsko z narodem, jesteśmy za niepodległą Polską». Byłem zdziwiony ich postawą; przyszli i powiedzieli, że oni są z nami, możemy na pewno liczyć na Wojskową Akademię Techniczną; jakieś jednostki też się zgłaszały, przychodzili ich oficerowie. A co wasze dowództwo? A dowództwo czeka na rozkazy. A jak dostaną rozkazy, żeby strzelać do nas? To my nie posłuchamy, zmienimy takiego dowódcę. Okazało się, że w czasie rewolucji armia też się musi zmieniać.”
 
W Siłach Zbrojnych PRL w charakterze dowódców i doradców pełniło służbę około 120 wojskowych radzieckich. Wojska podległe MON znajdowały się pod ich niemal całkowitą kontrolą. To oni zajmowali kluczowe stanowiska ministra – marszałek Konstanty Rokossowski – i wiceministrów obrony narodowej, szefa sztabu generalnego i jego zastępców, dowódców okręgów wojskowych i rodzajów wojsk, szefów służb i zarządów instytucji centralnych itd. Wojskowi radzieccy stanowili ponad połowę generalicji WP (34 spośród 66 generałów). Czterej (Rokossowski, Popławski, Bordziłowski i Półturzycki) byli członkami KC PZPR, a jeden (Rokossowski) – członkiem Biura Politycznego. Natomiast pod wyłącznie polskim dowództwem znajdowały się Wojska Wewnętrzne podległe MSW. Stanowiły one jedną czwartą ogółu Sił Zbrojnych. Od końca sierpnia dowodził nimi gen. Wacław Komar, podległy wiceministrowi – i przyjacielowi – gen. Juliuszowi Hibnerowi, który przed Komarem dowodził Wojskami Wewnętrznymi. W ich skład wchodził Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego dowodzony od pięciu lat przez gen. Włodzimierza Musia.
 
Hibner i Komar byli dąbrowszczakami –w Brygadach Międzynarodowych brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii. Komar padł ofiarą stalinowskich represji – aresztowany w listopadzie 1952 r. przez Informację Wojskową, był więziony przez dwa lata i ciężko torturowany, m.in. pod zarzutem, że jest trockistą. W 1932 r. w Niemczech rzekomo miał współpracować z trockistami. Hibner uniknął represji, pewnie dlatego, że był jednym z trzech polskich wojskowych, których po bitwie pod Lenino pośmiertnie odznaczono Orderem Złotej Gwiazdy i Orderem Lenina oraz tytułem Bohatera Związku Radzieckiego… on jednak przeżył. Muś mówił później o Hibnerze: „Jako umysł ścisły i analityczny w połączeniu z doświadczeniem, które wyniósł z wojny w Hiszpanii, pierwszy spośród wojskowego grona dostrzegł postępujące wypaczenia w partii i państwie.” O Komarze zaś – że dla Wojsk Wewnętrznych był w owym czasie „takim symbolem jak Gomułka dla kraju. Otaczała go aureola bezprawnie zdegradowanego, przez kilka lat bezpodstawnie więzionego i dręczonego męczennika-komunisty. Był postacią znaną i cieszącą się dużym autorytetem.”
 
19 października miało zacząć się przełomowe VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR. Nikita Chruszczow wezwał do Moskwy całe polskie Biuro Polityczne, ale I sekretarz KC Edward Ochab odpowiedział mu, że wyjazd będzie możliwy dopiero po plenum. Niespodziewanie ambasador radziecki zawiadomił Ochaba, że przed plenum kierownictwo KPZR postanowiło wysłać do Warszawy delegację. Lepiej, żebyście przyjechali w drugim czy trzecim dniu plenum, odpowiedział Ochab. Zdaniem Gomułki, „to ich widocznie jeszcze bardziej zdenerwowało”, bo „może rzeczy wydawały im się podejrzane”.
 
Mnożyły się niepokojące wydarzenia. Na lotnisku wojskowym pod Kielcami wylądowała grupa wyższych oficerów radzieckich, a następnie zamieszkała w jednym z warszawskich hoteli wojskowych. Wyglądało na to, że Armia Radziecka instaluje w Polsce sztab, bo szykuje się do interwencji wojskowej. 18 października Ochab dowiedział się, że radziecki dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego gen. Franciszek Andrijewski prowadzi w Cytadeli odprawę, na której przygotowuje się plan przewrotu i aresztowań.
 
„Świadectw (lub przynajmniej oznak) wewnętrznych było więcej. Niektóre z nich to (kolejno): zerwanie łączności między kierownictwem MON i Sztabem Generalnym WP a dowództwem Wojsk Wewnętrznych, usunięcie KBW z obiektów podległych Rokossowskiemu, nagłe – na rozkaz dowódcy Okręgu Warszawskiego – zwołanie licznej grupy oficerów (pod bronią) w Cytadeli, obsadzenie budynków MON na ul. Klonowej, postawienie w stan alarmu Szkoły Łączności w Zegrzu itp.”, wspominał później Komar. Na podstawie tych i wielu innych faktów i symptomów kierownictwo MSW doszło do wniosku, że na wypadek niepomyślnego dla antyreformatorskiej frakcji „natolińskiej” przebiegu plenum KC, MON na czele z Rokossowskim, wspieranym przez wiceministra, szefa Głównego Zarządu Politycznego WP i czołowego „natolińczyka” gen. Kazimierza Witaszewskiego, przygotowuje zamach stanu.
 
Spodziewano się, że utworzona w Cytadeli grupa specjalnie wybranych oficerów będzie usiłowała wtargnąć na obrady plenum i dokonać aresztowań. Komar wspominał: „Należało liczyć się z próbą opanowania przez ludzi Rokossowskiego gmachów Komitetu Centralnego, Rady Państwa, Polskiego Radia, Poczty Polskiej i innych kluczowych obiektów. Należało też liczyć się z próbą wywołania prowokacji antyradzieckich (na przykład ataku na ambasadę ZSRR – na co czekał, sądząc z meldunków słanych do Moskwy, ambasador Ponomarenko). W związku z tym zostały podjęte stosowne kroki zapobiegawcze przy udziale Brygady Nadwiślańskiej, grupy oficerów MSW oraz Milicji Obywatelskiej. Do późnego popołudnia 18 października szło więc o wykonanie dwóch nie do końca zbieżnych zadań. Po pierwsze – należało upewnić kierownictwo KPZR i jego polskich delegatów oraz stronników, że mimo nacisków i gróźb plenum odbędzie się i podejmie suwerenne, demokratyczne decyzje. Po wtóre – upewnić kierownictwo KPZR, że kontynuacja demokratycznych przemian w Polsce nie ma charakteru antyradzieckiego i nie wywołuje demonstracji czy zamieszek skierowanych przeciw ZSRR.”
 
„Pod wieczór 18 października dowiadywałem się kolejno, że, po pierwsze, nazajutrz wczesnym rankiem przybędzie do Warszawy delegacja kierownictwa radzieckiego z Chruszczowem na czele (i marszałkami Żukowem i Koniewem), a perspektywa zbrojnego wystąpienia radzieckiego jest wysoce prawdopodobna, po wtóre, że wojska Północnej Grupy Armii Radzieckiej zostały postawione w stan gotowości bojowej i, po trzecie, że ruszyły w kierunku Warszawy (informacje przekazywał gen. Frey-Bielecki aż do chwili, gdy dowódca Wojsk Lotniczych gen. Iwan Turkiel zakazał mu lotów – grożąc aresztowaniem i osądzeniem; podjął zresztą próbę wprowadzenia tych gróźb w czyn).” Wieczorem tego dnia na spotkaniu z Komarem i Musiem minister spraw wewnętrznych Władysław Wicha potwierdził, że możliwa jest radziecka interwencja wojskowa i że być może dlatego przywódcy radzieccy niespodziewanie zapowiedzieli swój przylot do Warszawy.
 
Siły KBW w Warszawie były nieduże – I Brygada Nadwiślańska plus dwa bataliony. Wicha nie zgodził się na propozycję Komara, aby ściągnąć pułki KBW z Lublina i Kielc (Komar chyba nie wiedział, że dowódca tego ostatniego sprzyja „Natolinowi”), bo jego zdaniem, a także Ochaba, mogło to „skomplikować sytuację polityczną”.
 
19 października o 7 rano delegacja radziecka wylądowała na Okęciu – z Chruszczowem na czele, który „ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka, wygrażać nam pięścią” (Ochab). Towarzyszył mu m.in. marszałek Iwan Koniew, dowódca wojsk Układu Warszawskiego. Podobno premier Józef Cyrankiewicz powiedział im, iż niepotrzebnie się fatygowali, bo czasy ich ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski się skończyły. Wkrótce potwierdziło się, że dwie dywizje pancerne i zmechanizowane Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, które poprzedniego dnia wieczorem wyruszyły z baz w Legnicy i Bornem Sulinowie, maszerują w kierunku Warszawy. Inna kolumna wojsk radzieckich usiłowała wkroczyć z NRD w Słubicach, ale cofnęła się na widok okopanych żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza, które podobnie jak KBW wchodziły w skład Wojsk Wewnętrznych i również podlegały Komarowi i Hibnerowi.
 
O godzinie 11 Muś otrzymał kolejną, równie zaskakująca wiadomość: jednostki polskiej piechoty i wojsk pancernych kierują się z Legionowa, Modlina i Kazunia w kierunku Warszawy. W kilka minut później zadzwonił do niego Hibner i powiedział tylko: „W tej sytuacji musimy wywiązać się z naszego żołnierskiego obowiązku.” Muś nie miał wątpliwości, co to znaczy, choć znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. W razie natarcia jednostek Wojska Polskiego i Armii Radzieckiej na Warszawę podległe mu jednostki KBW miały wszcząć przeciwko nim działania bojowe, a więc wzniecić wojnę domową i walkę z zagraniczną interwencją wojskową. Jedno i drugie na podstawie eufemistycznie sformułowanego i przekazanego jedynie drogą telefoniczną rozkazu.
 
Muś przewidywał, że jeśli na terenie Warszawy rozgorzeje bój, w mieście niechybnie wybuchnie powstanie, które pociągnie za sobą zmasowaną interwencję wojsk radzieckich. Przerażało go to, ale bez wahania wydał odpowiednie rozkazy. Nie miał wątpliwości, że zostaną wykonane. Jednocześnie wydzwaniał do kogo tylko mógł po obu stronach barykady, gorączkowo starając się doprowadzić do zaniechania marszu jednostek WP na Warszawę i uniknięcia katastrofy. Oddziały KBW, ochraniające plenum KC i liczne obiekty stołeczne o strategicznym znaczeniu politycznym, obsadziły teraz przyczółki mostowe oraz wzmocniły rogatki i ochronę lotniska na Bielanach.
 
„19 października musieliśmy spełnić dwa zadania. Po pierwsze – upewnić kierownictwo państwa i partii, że dysponuje siłą, która stawi opór radzieckiemu naciskowi wojskowemu i która – jednocześnie – nie dopuści do jakiejkolwiek antyradzieckiej prowokacji. Po wtóre – upewnić kierownictwo radzieckie, że podjęta przez nie próba rozwiązania problemu politycznego środkami wojskowymi napotka stanowczy opór, jest więc nieopłacalna – we wszystkich aspektach”, wspominał Komar. „Z wojskowego punktu widzenia «siły Rokossowskiego» miały nad nami miażdżącą przewagę. Ale te same siły wiedziały, że swój sukces opłacą poważnymi stratami. Artyleria, czołgi i piechota KBW były w stanie zatrzymać te oddziały Armii Radzieckiej i Wojska Polskiego, które 19 października szły w kierunku Warszawy, i im porządnie dokuczyć.”
 
Plenum zaczęło się o 11 rano. Na plenum przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki mówił: „Towarzysze radzieccy podali jako motyw swojego nagłego przyjazdu do nas oraz w takim składzie, jaki towarzyszom jest znany, głębokie zaniepokojenie Prezydium KC KPZR rozwojem sytuacji w Polsce.” Zaraz po wyborze Gomułki i jego ludzi do KC obrady zawieszono do zakończenia rozmów z delegacją radziecką. Dyskusje z nią w Belwederze miały bardzo burzliwy przebieg. Chruszczow oskarżał Stefana Staszewskiego, I
 
sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR, że „mobilizuje robotników wszystkich warszawskich zakładów pracy do poparcia przyszłego składu Biura Politycznego”, a przecież „jak można pozwolić, aby o składzie Biura Politycznego decydowała ulica?” „Ten numer wam nie przejdzie, jesteśmy gotowi do czynnej ingerencji”, groził Chruszczow. Wtórował mu Łazar Kaganowicz: „Z punktu widzenia leninowskiej partyjności taka metoda jest niedopuszczalna.”
 
Do kwatery głównej KBW przybył Komar i przekazał pierwsze informacje, pochodzące od Cyrankiewicza, o przebiegu rozmów. Okazało się, że Chruszczow twierdzi, iż nic nie wie o ruchach wojsk radzieckich, Koniew twierdzi, że to od dawna zaplanowane manewry, a Rokossowski, że w okolicach Legionowa też nic nadzwyczajnego się nie dzieje – po prostu wojsko wraca z jesiennych wykopek. Cyrankiewicz miał powiedzieć Rokossowskiemu: jeśli idziecie na Warszawę po władzę, to bierzcie ją razem z Witaszewskim, ale na nas nie liczcie, co podobno zrobiło wrażenie na Chruszczowie.
 
Tymczasem Muś znalazł się pod presją radykałów. Szef sztabu KBW, płk Edward Koniński, poparty przez grupę oficerów politycznych, a co więcej przez samego Komara, postulował, aby KBW pomogło utworzyć i uzbroić milicje robotnicze i studenckie. Jak później wyjaśnił Komar, chodziło zwłaszcza o „nawiązanie mocnych kontaktów z Komitetem Warszawskim [PZPR] (Stefan Staszewski) oraz komitetami w największych zakładach przemysłowych stolicy (Żerań, „Kasprzak”, A-5 i inne) w celu organizacji oddziałów samoobrony robotniczej (wydzielono pewną ilość broni strzeleckiej). Sojusz wojska z klasą robotniczą był dla «radzieckich» sygnałem, który musieli potraktować poważnie, bo wiedzieli, co to znaczy.”
 
Zadzwoniła Michalina Tatarkówna-Majkowska, I sekretarz Komitetu Łódzkiego PZPR, alarmując i prosząc o radę, bo wojska radzieckie podeszły pod Łódź i mogą wkroczyć do miasta. Koniński poradził jej, aby pojechała do dowódców radzieckich i zagroziła, że jeśli wkroczą, w mieście wybuchnie powstanie robotnicze. Podobno nie chciała skorzystać z tej rady. Komar i Koniński wydali dowódcy pułku KBW w Łodzi rozkaz, że ma uniemożliwić jednostkom radzieckim wejście do miasta, a gdyby weszły, stawić im opór razem z robotnikami. „Te jednostki – w przypadku podjęcia próby wkroczenia do miasta – napotkałyby opór brygady KBW, o czym – nie bez naszego udziału – dowiedzieli się towarzysze z delegacji radzieckiej” (Komar). To poskutkowało i niebezpieczeństwo wybuchu wojny, które wisiało na włosku, chwilowo się oddaliło, gdyż Sowieci ruszyli spod Łodzi, omijając miasto, w kierunku Łowicza. Pod Warszawą ruchy jednostek WP były opieszałe – wyglądało na to, że czekają na wojska radzieckie.
 
Zgodnie z relacją Musia, Komar i Koniński stawiali sprawę bez ogródek: jeśli wojska radzieckie wkroczą do Warszawy, „naszym żołnierskim obowiązkiem będzie być tam, gdzie klasa robotnicza, a jeśli ona pójdzie na barykady, to też tam być” i „bronić niepodległości i honoru”, bo „lepiej umrzeć stojąc niż żyć na kolanach”. Muś poparł ich, ale zupełnie inne stanowisko zajął jego zastępca do spraw politycznych, płk Mieczysław Puteczny. Żądał, aby jednostki KBW nie stawiały oporu Armii Radzieckiej, lecz wróciły do koszar. Zaalarmował Ochaba, który podczas przerwy obiadowej w obradach polsko-radzieckich zgodził się przyjąć go oraz Komara i Musia u siebie w domu na dziesięciominutowej audiencji. Oświadczył im, że sytuacja była poważna, ponieważ towarzysze radzieccy obawiali się w Polsce kontrrewolucji, ale rozmowy trwają, sytuacja się wyjaśnia i na pewno całkowicie się wyjaśni. Nie będziemy bić się z Armią Radziecką ani z WP – stwierdził stanowczo.
 
Muś uwierzył Ochabowi. Komar nie uwierzył. W parę godzin po spotkaniu z Ochabem, na odprawie wyższych oficerów sztabu KBW, stwierdził, że „niektóre elementy próbują negować proces demokratyzacji przebiegający w kraju i znajdują w tym względzie posłuch i poparcie niektórych oficerów wojska” i że ci twierdzą, iż „Żydzi przejmują kontrolę w KC”. Była to aluzja do przywódców i zwolenników frakcji „natolińskiej” w wojsku, wśród których szerzyły się nastroje antysemickie. Komar dał też do zrozumienia, że istnieje niebezpieczeństwo, iż wspomniane elementy sprowokują rozruchy pod hasłami antyradzieckimi. Puteczny wystąpił na odprawie z nieco tylko zawoalowaną, a faktycznie ostrą polemiką z Komarem informując, że na spotkaniu z Ochabem ten zapewnił, iż „nie może być i nie będzie konfliktu między wojskami MON a Wojskami Wewnętrznymi”. Wywołało to zamieszanie wśród zgromadzonych oficerów.
 
W stan podwyższonej gotowości bojowej postawiono niektóre jednostki radzieckich okręgów wojskowych białoruskiego i kijowskiego, pion operacyjny radzieckiego sztabu generalnego oraz okręty radzieckiej marynarki wojennej w Świnoujściu i w Zatoce Gdańskiej. Na rozkaz kontradmirała Jana Wiśniewskiego, zaledwie od tygodnia pełniącego obowiązki dowódcy Marynarki Wojennej, radzieckim okrętom wojennym zablokowano dostęp do portu w Gdyni i przekazano sygnał ostrzegający przed wpłynięciem na polskie wody terytorialne.
 
Gen. Iwan Turkiel, radziecki dowódca polskich Wojsk Lotniczych, zakazał swoim wojskom lotów, natomiast lotnictwo radzieckie miało zapewnione wszelkie możliwości lotów nad Polską. Jego polski zastępca, od niedawna pełniący swoje obowiązki, gen. Jan Frey-Bielecki, przebywał w bazie lotniczej w Poznaniu pod ochroną żołnierzy KBW. Rozkazał bazie, aby była gotowa do ataku na radzieckie kolumny pancerne, gdyby chciały wkroczyć do Warszawy. Frey-Bielecki i Wiśniewski, podobnie jak Komar, Hibner, Muś, Koniński, byli świadomi, że za to, co robią, grozi kula w łeb. Mimo swojej stalinowskiej przeszłości, pozostali ideowymi komunistami i szczerze chcieli zerwać z gangreną stalinizmu, bo wiedzieli, że to warunek odrodzenia socjalizmu.
 
Gdy w Belwederze trwały pertraktacje z delegacją radziecką, w podziemiach działała tam jednostka łączności, która pozwalała kontaktować się na bieżąco z kwatera główną KBW. Co godzinę Ochab otrzymywał od Komara meldunek o ruchach radzieckich kolumn pancernych. Ochab domagał się od Chruszczowa wyjaśnień i zaprzestania marszu na Warszawę. Krzysztof Teodor Toeplitz wspominał: „Miałem szczęście być wówczas w miejscu, dokąd dochodziły telefoniczne raporty spod drzwi tamtej sali, z których wiadomo było tylko tyle: «Teraz krzyczy Chruszczow» albo «Teraz krzyczy Wiesław» [Gomułka], a od oceny tych krzyków zależały wskazówki, jakie ludzie, zgromadzeni w pokoju, mieli przekazać robotnikom Żerania i wojsku”, to znaczy jednostkom KBW.
 
Chruszczow groził: „Jesteśmy zdecydowani na brutalną interwencję w wasze sprawy i nie dopuścimy do realizacji waszych zamiarów.” „Wobec takiego dyktatu odpowiedziałem mu, że nie będziemy rozmawiać, jeśli nie zdejmie tego rewolweru ze stołu, tj. jeśli nie cofnie swoich gróźb”, wspominał później Gomułka. „Zapytałem go, czy przyjechali po to, aby nas aresztować.” Wreszcie około godziny 18, na polecenie Chruszczowa, Koniew nakazał wojskom radzieckim zatrzymać się i czekać. Stanęły 80-130 km od Warszawy. Kryzysu to nie zażegnało. Na rozkaz wiceministra obrony i szefa sztabu generalnego, gen. Jerzego Bordziłowskiego, w trybie alarmowym nadal ściągano z Legionowa, Modlina i Kazunia na obrzeża Żoliborza niektóre jednostki 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej i 2 Ciężkiej Brygady Saperów. Nawet częściowo wprowadzono je do miasta i rozlokowano w Cytadeli. Z Zambrowa do Legionowa przesunięto pułk czołgów.
 
Zgodnie z relacją Musia, Bordziłowski zadzwonił do niego i zaprosił go do siebie na rozmowę. Muś do niego nie pojechał, gdyż zawiadomiony o tym zaproszeniu minister Wicha, obawiając się o jego bezpieczeństwo, polecił mu posłać do Bordziłowskiego jednego ze swoich oficerów. Natomiast według Putecznego, to on nalegał, aby Muś i Koniński udali się do Bordziłowskiego i wyjaśnili z nim sprawę ruchów polskich jednostek wojskowych pod Warszawą, ale oni stanowczo odmówili. Z raportu oficera kontrwywiadu mjr Witolda Osińskiego wynika, że Puteczny skarżył się mu, iż „te skurwysyny [Komar, Muś i Koniński] przygotowują się do walki z wojskami MON” i apelował do niego, aby zrobił wszystko, co w jego mocy, by nie dopuścić do realizacji ich planów.

Tymczasem w Akademii Sztabu Generalnego, Wojskowej Akademii Technicznej, 5 pułku łączności, Oficerskiej Szkole Łączności w Zegrzu ludzie Rokossowskiego, Bordziłowskiego i Witaszewskiego szykowali „grupy uderzeniowe”. Na rozkaz Bordziłowskiego stan podwyższonej gotowości bojowej obowiązywał w dywizjach zmechanizowanych i pancernych w Opolu, Żaganiu, Elblągu, na poligonie drawskim… Oddziały nadciągające od strony Legionowa zatrzymały się pod Tarchominem i Żeraniem. „Powiedziałem sobie: jeśli czołgi przekroczą most Poniatowskiego, daję rozkaz: ruszamy”, wspominał Hibner. Twierdził, że były to jednostki Armii Radzieckiej. Później Gomułka i jego ludzie rozgłaszali w PZPR, że radzieckie czołgi idące na Żerań to był wymysł Hibnera. Prawda jest taka, że czołgi podeszły pod Żerań, ale polskie. Były to oddziały 1 pułku 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej.
 
W połączeniu z wieściami o ruchach wojsk radzieckich dolało to oliwy do ognia wzburzonych nastrojów klasy robotniczej i młodej inteligencji radykalnej. W fabrykach i na uczelniach obawiano się, że generalicja radziecka w Wojsku Polskim w porozumieniu z Moskwą i polskim „betonem” partyjnym szykuje się do przewrotu, zmiażdżenia przemocą masowego ruchu demokratycznego i rozprawy z przeciwnikami w PZPR. Przez duże warszawskie zakłady pracy i wyższe uczelnie zaczęła przewalać się fala burzliwych wieców i mobilizacji. Ogłoszono w nich stan pogotowia i wprowadzono nocne czuwania. Na swoim zjeździe niedawno prześladowani dąbrowszczacy postulowali, aby wydać im broń, bo chcą bronić Warszawy jak… Madrytu przed wojskami frankistowskimi. Kilkunastu z nich pojechało na Żerań pomóc robotnikom w przygotowaniach obronnych.
 
Późnym wieczorem na Żeraniu Goździk zwołał naradę, bo dojeżdżający na nocną zmianę robotnicy informowali, że pod Jabłonną stoi około 30 czołgów. Postanowiono przygotować ciężarówki z piaskiem, zatarasować nimi przejazd pod wiaduktem kolejowym, napełnić butelki benzyną, wziąć parę skrzyń odkuwek, ustawić się z dwoma sztandarami – czerwonym i biało-czerwonym – za barykadą, a kiedy nadjadą czołgi, śpiewać „Międzynarodówkę” i hymn narodowy.
 
O godzinie 23 Muś wydał jednostkom KBW w całym kraju rozkaz zapewnienia ochrony budynków PZPR, władz terenowych i innych instytucji. Ostre pogotowie obowiązywało również w całym kraju w Milicji Obywatelskiej. O pierwszej w nocy minister Wicha zwołał członków kierownictwa MSW oraz dowództw Wojsk Wewnętrznych i KBW na zebranie. Poinformował, że rozmowy polsko-radzieckie zakończyły się pomyślnie. Strona radziecka zaakceptowała punkt widzenia strony polskiej i zgodziła się, aby plenum KC PZPR wybrało według swojego uznania nowe kierownictwo – z Gomułką na czele, bez Rokossowskiego. Nad ranem delegacja radziecka odleciała do Moskwy. Hibner komentował to tak: „Chruszczow przekonał się, że za Ochabem i Gomułką stoi poważna część wojska. Wiedział, że Wojska Wewnętrzne są w pogotowiu. I po prostu się zląkł, że ten numer mu nie przejdzie. A zapewne nie chciał dopuścić do konfrontacji zbrojnej.”
 
O 6 rano, tuż po odlocie przywódców radzieckich, Hibner zawiadomił Musia przez telefon, że otrzymał od MO informację, iż na Woli pojawił się zmotoryzowany oddział wojsk radzieckich. Muś zarządził natychmiast odprawę dowódców jednostek KBW, na której zarządzono, że jednostki te mają przygotować się do zajęcia stanowisk bojowych. Dowódca Brygady Nadwiślańskiej KBW, ppłk Władysław Tryliński, udał się na Wolę. Okazało się, że to tylko zagubiony pododdział, który stracił łączność ze swoją jednostką. Zdumiony Tryliński usłyszał od oficera radzieckiego, że w Warszawie wybuchła kontrrewolucja i że zginęły dziesiątki żołnierzy radzieckich. „Sam tego nie wymyślił”, skomentował ten incydent Komar. „I na pewno nie w nocy z 19 na 20 października. Przygotowania propagandowo-psychologiczne (a także wojskowe) do rozprawy z Warszawą zostały podjęte wcześniej, na wysokich szczeblach w ZSRR”. Po uzyskaniu odpowiednich wyjaśnień pododdział zgodził się opuścić miasto.
 
Wieści o ruchach wojsk radzieckich i polskich podnosiły i tak już wysoką temperaturę obrad plenum KC. Artur Starewicz mówił na plenum: „W dniu wczorajszym, w czasie tych trudnych i nadzwyczaj poważnych rozmów z delegacją KPZR, odbywały się w naszym kraju ruchy wojsk w kierunku Warszawy. Nie znam szczegółów, ale z tego, co wiem od wielu towarzyszy czuwających nad porządkiem wewnętrznym w kraju, wynika, że było kilka kolumn czołgów, które szły w kierunku Warszawy, że były jakieś ruchy niektórych jednostek radzieckich na naszej granicy zachodniej i wewnątrz kraju w rejonie Wrocławia.” Rokossowski nadal uspokajał, że to jesienne manewry wojsk radzieckich i że na polecenie Biura Politycznego poprosił Koniewa, aby wróciły do swoich garnizonów.
 
W kuluarach plenum delegacja „lewicy październikowej” spotkała się z Gomułką, Ochabem, Cyrankiewiczem i Rokossowskim. Wspomina Lechosław Goździk: „Zadałem pytanie: Skąd te czołgi na Warszawę jadą i dlaczego? Na co Rokossowski, zaciągając z rosyjska: A to oni z wykopków wracają. Ja wtedy bezczelnie też z ruska zaciągnąłem: A to nie taniej byłoby, żeby oni na samochodach, a nie na tankach jechali, a? Tymczasem czołgi dojeżdżały już do Legionowa i zaraz ich można było czekać na podwórku. Tak, że sytuacja była dramatyczna. (…) Gen. Komar cały czas dostarczał meldunki, gdzie jakie jednostki się poruszają, jak daleko są. Jak [Rokossowski] powiedział o tych wykopkach, a ja tak zareagowałem, to z kolei zareagował Gomułka: «Czy to jest prawda? Towarzyszu marszałku, czy to prawda? Proszę wydać rozkaz tym jednostkom pancernym, że nie mają prawa wejść do miasta.» Wcześniej, czegośmy nie mówili, kolejarze zablokowali tory i te czołgi spod Legionowa musiały zawrócić, żeby przez Bielany objechać. Musiały się cofnąć do mostu na Wiśle, w każdym razie kawał drogi... I tow. Rokossowski wtedy powiedział: «Tak jest.» I tyle. I te polskie czołgi się zatrzymały.”
 
Staszewski twierdził, że wyglądało to inaczej – że wyjechała im na spotkanie milicja robotnicza, utworzona ad hoc na Żeraniu i uzbrojona przez KBW. „Otrzymała zadanie, by politycznie rozłożyć to wojsko”. W rezultacie „robotnicy weszli w szeregi, zaczęli agitować i wojsko rzeczywiście się zatrzymało. Tej decyzji z nikim nie konsultowałem, bo bałem się, że usłyszę sprzeciw ze strony Ochaba.”
 
Na podstawie notatek Władimira Malina z posiedzeń kierownictwa KPZR wiadomo, że Chruszczow i inni przywódcy radzieccy, wyjeżdżając z Warszawy, wcale nie przestali myśleć o interwencji. 20 października, zaraz po powrocie delegacji do Moskwy, na posiedzeniu Prezydium KC jasno postawiono sprawę: „Jest jedno wyjście – trzeba skończyć z tym, co się dzieje w Polsce”, a konkretnie „pod płaszczykiem manewrów poderwać wojska radzieckie”, „przygotować dokument” (apel o „bratnią pomoc”), „utworzyć komitet” (który firmowałby apel)…
 
21 października, w ostatnim dniu obrad plenum KC PZPR, w kraju napięcie doszło do zenitu. Ochab przyznawał na plenum: „Spotkałem się z oświadczeniami studentów i robotników, z rezolucjami i wypowiedziami wielu ludzi, na wielu zebraniach w Polsce, którzy chcą bronić Komitetu Centralnego przed wojskiem, rzekomo zagrażającym KC, czy przed Armią Radziecką…” Tego dnia w WAT odbył się pierwszy w wojsku wiec – z udziałem delegacji robotników z FSO i studentów z Politechniki Warszawskiej. Późnym wieczorem żołnierze garnizonu stołecznego razem z robotnikami i studentami kolportowali na ulicach dodatki nadzwyczajne do gazet z informacjami o wyborze Gomułki na I sekretarza, nowym składzie Biura Politycznego, już bez Rokossowskiego, i wynikach VIII Plenum. Zaraz w wielu jednostkach wojskowych w całym kraju ruszyła lawina wieców. Przemawiali na nich robotnicy i studenci. Delegacje żołnierzy brały udział w wiecach w fabrykach i na uczelniach. Kadm. Wiśniewski przybył z delegacją podchorążych i marynarzy na wielki wiec na Politechnice Gdańskiej.
 
24 października Chruszczow trzeźwo orzekł, że bardzo łatwo byłoby zacząć interwencję wojskową w Polsce, ale bardzo trudno byłoby ją skończyć. Tego dnia Budapeszt był już ogarnięty powstaniem. Wola oporu w Polsce, powstanie węgierskie i sprzeciw Chin Ludowych przesądziły o porzuceniu na Kremlu myśli o interwencji w Polsce. Dopiero teraz obie radzieckie kolumny pancerne zaczęły wracać do swoich baz w zachodniej Polsce.
 
Jeszcze tego samego dnia na kilkusettysięcznym wiecu zwycięstwa na stołecznym Placu Defilad sam Gomułka wziął się energicznie za wygaszanie polskiej rewolucji.
 
„Tego dnia, a może dzień później, Gomułka wezwał do siebie Hibnera”, wspominał Komar. „Przed udaniem się do I sekretarza Hibner przyszedł do mnie. Obaj sądziliśmy, że choć Rosjanie nie porzucili do końca myśli o interwencji w Polsce, to wydarzenia węgierskie niosą możliwość manewru politycznego, który w przyszłości uniemożliwiłby użycie Wojska Polskiego do działań przeciw społeczeństwu. Hibner wrócił wieczorem. Był wstrząśnięty. Gomułka zadał mu trzy pytania. Pierwsze – czy jest prawdą, że w Wojskach Wewnętrznych nie ma radzieckich oficerów. Tak! Drugie – czy Wojska Wewnętrzne wykonają każdy rozkaz? Każdy, oprócz jednego. Oprócz jakiego? – spytał Gomułka. – Nie użyją broni przeciw klasie robotniczej – odpowiedział Hibner – Ani ja, ani Komar takiego rozkazu nie wydamy.”
 
Hibner, Komar i Frey-Bielecki zaproponowali kilku innym wyższym oficerom wystąpienie do kierownictwa partii, a zwłaszcza do Gomułki, z wnioskiem, aby wojska radzieckie opuściły Polskę. Zgodnie z relacją Musia, który brał udział w tej inicjatywie, Hibner uzasadnił ją tak: wydarzenia z ostatnich dni świadczą, że wojska te pod każdym pretekstem można wykorzystać do ingerencji w sprawy wewnętrzne naszego kraju. Jeśli więc opuszczą Polskę, pozbędziemy się takiego zagrożenia i umocnimy suwerenność państwa. Na rzecznika grupy wybrano Frey-Bieleckiego. Inicjatywę konsultowano z kolejnymi osobistościami z kierownictwa PZPR. Gen. Marian Spychalski, w marcu tego roku zwolniony z więzienia i kilka dni wcześniej mianowany na stanowisko wiceministra obrony narodowej, oświadczył, że sytuacja międzynarodowa jest zbyt skomplikowana, aby można było wystąpić z taką propozycją i że w Moskwie nigdy na to się nie zgodzą. Podczas spotkania ze Spychalskim zadzwonił Gomułka i poprosił do telefonu Komara. Powiedział mu, że otrzymał informację, iż on i grupa generałów chcą zerwać Układ Warszawski – wyprowadzić z niego Polskę. Zakazał grupie prowadzenia wszelkich rozmów i dyskusji na temat stacjonowania wojsk radzieckich w Polsce. Muś uważał, że interwencja Gomułki była wynikiem intrygi gen. Mieczysława Moczara.
 
Rokossowskiego i generałów radzieckich wkrótce odesłano do ZSRR.
 
Generałowie Frey-Bielecki, Hibner i Komar oraz kontradmirał Wiśniewski znaleźli się na sporządzonej w Moskwie czarnej liście 17 polskich generałów. Stopniowo pozbawiano ich stanowisk i eliminowano z wojska – za zgodą Gomułki.
 
Wśród wielu innych dokumentów, relacji i wspomnień, wykorzystano pracę L.W. Głuchowskiego i E.J. Nalepy, The Soviet-Polish Confrontation of October 1956: The Situation in the Polish Internal Security Corps, Waszyngton, Woodrow Wilson International Center for Scholars 1997.
 
Artykuł ukazał się w „Le Monde diplomatique – Edycja polska”, październik 2011 

Społeczność

Lenin 666