Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 20 gości.

Andrzej Bińkowski: Kuba, Castro, Rewolucja (część trzecia)

images.jpg

Część pierwsza: http://1917.net.pl/?q=node/6633
Część druga: http://1917.net.pl/?q=node/6689

Andrzej Bińkowski, "Kuba, Castro, Rewolucja", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1980.

Część II
1952-1959

Jeszcze z soboty na niedzielę Kuba posiadała demokrację parlamentarną, a już z niedzieli na poniedziałek stała się krajem rządzonym przez dyktaturę. Jak zamierzał wytłumaczyć gwałt zadany demokracja człowiek, który był wprawdzie generałem — wiadomo: generałowie zazwyczaj nie miłują demokracji — niemniej w przeszłości zabiegał w pocie czoła o opinię demokraty?

Z komunikatu Batisty, ogłoszonego 10 marca około południa, wynikało, że jego pucz nie był puczem. Czym więc był? Rozumie się: był rewolucją. Batista zwierzył się w komunikacie, że dowiedziawszy się ze źródeł zasługujących na zaufanie, iż prezydent Prio Socarrás zamierza dokonać 15 kwietnia zamachu stanu w celu utrzymania przy władzy „autentyków", postanowił w poczuciu obywatelskiego obowiązku przeciwstawić się w porę temu planowi. Armia nie pogwałciła więc demokracji, lecz zapobiegła jej pogwałceniu. I nie podeptała woli większości Kubańczyków, lecz przeciwnie — nie dopuściła do jej podeptania. Czyż większość Kubańczyków nie życzyła sobie bowiem położenia kresu rządom Partii Autentycznej?

Zgodnie z zasadą prymitywnej indoktrynacji, komunikat mieszał małe prawdy z wielkimi kłamstwami i wyciągał z pewnych faktów wnioski, dla których fakty te nie były przesłankami. To, że „autentykom" groziła porażka wyborcza, a zatem: że byli oni gotowi wiele uczynić, aby jej zapobiec, było oczywiście prawdą. Płynąć stąd mógł wniosek, że „spisek Prio" — rzekomo wykryty przez Batistę — był możliwy, i że Batista, generał-demokrata, postanowił przez przejęcie władzy uniemożliwić Socarrásowi urzeczywistnienie jego niecnego zamachu na konstytucyjne prawa narodu. Wprawdzie przewrót wojskowy ma mało wspólnego z demokracją, ale czyż Batista, pragnący rzekomo bronić demokracji, nie działał poniekąd w stanie wyższej konieczności?

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że „spisek Prio" wylągł się wyłącznie w głowie Batisty, będziemy mogli spokojnie skreślić całą resztę karkołomnego wywodu generała. Batista usunął Prio Socarrása — mającego wkrótce i tak opuścić fotel prezydenta, na którym wyborcy najprawdopodobniej nie posadziliby już kolejnego przedstawiciela „autentyków" — oczywiście nie w celu umożliwienia legalnych wyborów prezydenckich w przewidzianym terminie, lecz w celu niedopuszczenia do wyborów, w których Partia Czynu Jednościowego miała mniej szans niż Partia Autentyczna.
Pucz Batisty nie spotkał się z żadnym zorganizowanym oporem w społeczeństwie. Związki zawodowe zamierzały zrazu ogłosić strajk powszechny, jednakże odstąpiły od tego planu. Opinie robotników na temat puczu były podzielone, niektórzy uznali go nawet za golpe libertador, wyzwoleńczy zamach stanu, który uwolnił kraj, jeszcze przed wyborami, od zgniłego reżimu Prio. W głównych partiach politycznych ujawniły się indolencja i zamieszanie. „Autentycy", którzy powinni byli szczególnie ostre wystąpić przeciw Batiście, a to już choćby dlatego, że usunął ich przedwcześnie od władzy, dosłownie nie kiwnęli palcem. Zachowali się tak zapewne m. in. dlatego, że występując w obronie praw konstytucyjnych — a więc atakując Batistę — broniliby przede wszystkim interesów „ortodoksów" jako faworytów w nadchodzących wyborach, nie mieli zaś ochoty wspierać rywali. Podobnie było z „ortodoksami": ci wprawdzie potępili pucz, i to nie tylko dlatego, że przewrót przekreślił perspektywę objęcia przez nich władzy, ale nie zamierzali kruszyć kopii w obronie „autentyków" usuniętych z Pałacu Prezydenckiego. Co się tyczy komunistów, ocenili oni surowo zamach stanu. Mimo że mogliby łatwo popełnić błąd z uwagi na ich dawny sojusz z Batistą i przystosować się do powszechnego, nacechowanego krótkowzrocznością nastroju ulgi po usunięciu Prio, komuniści udowodnili, że z doświadczeń przeszłości potrafią wyciągać właściwe wnioski. Związki studenckie także nie zamierzały zastanawiać się, czy Batista jest lepszy czy gorszy od Prio, i potępiły pucz jako zamach ma porządek konstytucyjny, jako przestępstwo polityczne najcięższego kalibru. I wreszcie: tego samego zdania byli również liczni młodzi aktywiści Partii Ortodoksyjnej, zaskoczeni i zgorszeni bezwładem przywódców. Jeden z nich, Fidel Castro, rozpoczynający działalność polityczną adwokat hawański, postanowił, bez względu na ryzyko osobiste, dać wyraz tym nastrojom.

W niedzielę 16 marca — od zamachu stanu mijał właśnie tydzień — Partia Ortodoksyjna zorganizowała uroczystość poświęconą pamięci Eduardo Chibása u jego grobu ma cmentarzu Colón w Hawanie. Wśród tłumu „ortodoksów" można było zauważyć liczne mundury policyjne.

Demonstracyjna obecność policji świadczyła o nieczystym sumieniu Batisty. Świeżo upieczony dyktator zdawał sobie najprawdopodobniej sprawę, że polityczna moralistyka Chibása zwracała się nie tylko przeciw Socarrásowi, lecz przeciw wszystkim gwałcicielom pryncypiów, a więc także przeciw niemu.

I oto kiedy uroczystość, pozbawioną, wbrew oczekiwaniom, wielu dramatycznych akcentów, dobiegała już końca, na płytę
grobowca wspiął się nieoczekiwanie młody człowiek, którego wystąpienie nie było w ogóle odnotowane w programie, i zaczął mówić:

Eduardo Chibásie, przyszliśmy ci powiedzieć, że twój lud nie opuści cię... Eduardo Chibásie, przyszliśmy ci powiedzieć, że nie odstąpimy od żadnego z twoich ideałów... Eduardo Chibásie, przyszliśmy ci powiedzieć, że będziemy godni twojej ofiary, że nie ustąpimy w wysiłkach, aby ojczyznę ujrzeć wolną.

Uczestnicy uroczystości, którzy zbierali się już do odejścia, zatrzymali się i słuchali tych słów ogarnięci nagłym wzruszeniem. Salas Caňizares, nowy szef policji, który postanowił osobiście obserwować przebieg uroczystości, nie odważył się interweniować, i młody człowiek mówił dalej. A kiedy skończył, poprzez oklaski, którymi go nagrodzono, przebił się czyjś okrzyk:

Viva Fidel Castro!

Mówcą był właśnie Fidel Castro, jeden z najmłodszych kandydatów Partii Ortodoksyjnej do senatu w wyborach czerwcowych (Castro urodził się 13.8.1926 r., miał więc wówczas niespełna 25 lat).

Oracja Castro nie była zwykłą latynoamerykańską retoryką. Jego słowa płynęły z najgłębszego przekonania i miały znaleźć potwierdzenie w czynach.

Tydzień później, 24 marca, Fidel Castro — nie bacząc na bezczynność przywódców Partii Ortodoksyjnej — wystąpił wprost przeciw Batiście. Zacytujmy jego własną relację na ten temat:

Wówczas pewien zwykły obywatel tego kraju, który pragnął wierzyć w prawa republiki i uczciwość jej sędziów, choć wielokrotnie miał okazję widzieć, jak znęcają się nad różnymi nieszczęśnikami, zajrzał do Kodeksu Obrony Społecznej, ażeby sprawdzić, jakie kary przewidywało społeczeństwo dla sprawcy tego rodzaju czynu, i znalazł tam, co następuje:

„Kto dopuści się w drodze przemocy jakiegokolwiek czynu zmierzającego bezpośrednio do całkowitej albo częściowej zmiany konstytucji państwa lub ustalonej formy rządu, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu do dziesięciu lat".

„Sprawcy czynu zmierzającego do wywołania buntu uzbrojonych ludzi przeciwko konstytucyjnym władzom państwa wymierzona zostanie kara pozbawienia wolności od trzech do dziesięciu lat. Jeśli wywołane będzie powstanie, otrzyma on karę pozbawienia wolności od pięciu do dwudziestu lat".

„Kto popełni czyn, którego celem będzie uniemożliwienie, choćby czasowe, wykonywania funkcji konstytucyjnych przez senat, izbę reprezentantów, prezydenta republiki lub sąd najwyższy, podlega karze pozbawienia wolności od czterech do ośmiu lat".

„Kto usiłuje uniemożliwić lub zakłócić przeprowadzenie wyborów powszechnych, podlega karze pozbawienia wolności od czterech do ośmiu lat".

„Kto publikuje, propaguje lub usiłuje na Kubie wprowadzić w życie decyzję, rozkaz czy dekret prowokujące do nieprzestrzegania obowiązujących praw, podlega karze pozbawienia wolności od dwóch do sześciu lat".
„Kto bez uprawnień do tego i bez rozkazu rządu obejmuje dowództwo nad wojskami, koszarami, fortecami, posterunkami wojskowymi, okrętami czy samolotami, podlega karze pozbawienia wolności od pięciu do dziesięciu lat. Tej samej karze podlega ten, kto uzurpuje sobie prawo wykonywania jakiejś funkcji, uznawanej przez konstytucję za przynależną jednej z władz państwowych".

Nie mówiąc nikomu ani słowa, z kodeksem w jednej ręce i papierami w drugiej, wspomniany obywatel stawił się w starym, budynku stołecznym, w którym mieścił się kompetentny organ sądowy, zobowiązany do przeprowadzenia rozprawy i ukarania osób odpowiedzialnych za wspomniane czyny. Tam obywatel ów przedłożył pismo wskazujące na dokonane przestępstwa oraz zażądał dla Fulgencio Batisty i jego 17 wspólników kary od roku do ośmiu lat więzienia, jaką nakazywał wymierzyć Kodeks Obrony Społecznej, oraz poprosił o uwzględnienie takich dodatkowych okoliczności obciążających, jak: recydywa i podstępne działanie pod osłoną nocy.

Minęły dni, minęły miesiące. Co za rozczarowanie! Nikt nie molestował oskarżonego, który jak udzielny władca przechadzał się po republice, nazywany czcigodnym panem i generałem.

Tak to właśnie wyglądało:
Castro wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z oskarżeniem Batisty o dokonanie przestępstwa zamachu stanu, a do Trybunału Doraźnego (Tribunal de Urgencia) — z żądaniem wydania nakazu aresztowania oskarżonego.
Jeśli w obliczu oczywistego przestępstwa zdrady i buntu — pisał Castro w konkluzji — trybunał ani nie oskarża, ani nie wymierza kary, to jakże będzie mógł on w przyszłości sądzić jakiegokolwiek obywatela, który powstanie przeciw temu zrodzonemu ze zdrady nielegalnemu reżimowi? Byłoby to absurdalne, potworne, niedopuszczalne w świetle najbardziej elementarnych zasad bezstronności i sprawiedliwości. Logika wskazuje, że jeśli trybunał istnieje, Batista musi zostać ukarany. A jeśli Batisty nie stawia się przed sądem, jeśli pozostaje on głową państwa, prezydentem, premierem, senatorem, szefem cywilnym i wojskowym, depozytariuszem władzy wykonawczej i ustawodawczej, panem życia i mienia obywateli, to oznacza to, że trybunał już nie istnieje, że został przez Batistę zniesiony. Czy taka jest straszna prawda? Jeśli jest właśnie taka, to powiedzcie to, panowie sędziowie, zdejmijcie togi, ustąpcie z urzędu. Byłoby gorzej zostawić tę prawdę w ciszy, ulegając rzeczywistości tragicznej, absurdalnej, bez logiki, zasad, rzeczywistości odartej z godności, chluby, sprawiedliwości.

Trybunał Konstytucyjny odrzucił skargę Fidela Castro, uzasadniając swą decyzję twierdzeniem, że rewolucja jest źródłem prawa. Natomiast Trybunał Doraźny pozostawił pismo bez odpowiedzi.

Wystąpienie Castro nie było — jak sądzą niektórzy — wyrazem młodzieńczej naiwności. Castro nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że obie szacowne instytucje nie uwzględnią jego oskarżeń. Sens przedsięwzięcia polegał na czymś innym. Zarówno cyniczna odpowiedź Trybunału Konstytucyjnego, pasująca gwałciciela elementarnych praw obywatelskich na „rewolucjonistę", jak i tchórzliwe milczenie urzędu prokuratorskiego miały dostarczyć młodym ludziom z Partii Ortodoksyjnej — pragnącym uzdrowić życie kraju, lecz nie wolnym od złudzeń — dowodów, jak oportunistyczne, zdemoralizowane, przegniłe są instytucje panującego systemu. I że nie wystarczy pewnego dnia zmusić samozwańczego dyktatora do ustąpienia, lecz że zgnieść trzeba istniejące instytucje, gotowe pogodzić się z każdym gwałtem zadanym prawu, i zastąpić je nowymi. Interpelacja Fidela Castro nie była więc naiwną próbą urzeczywistnienia wysuniętych w niej żądań przez proste odwołanie się do instytucji reprezentujących panujący porządek społeczny. I nie była również romantyczną demonstracją protestu przeciw pogwałceniu demokracji.

Była pierwszym krokiem w przygotowaniach do wielkiej batalii — batalii, której dokładny plan jeszcze nie istniał, lecz już wkrótce miał się narodzić.
Zamach stanu jest zazwyczaj specyficzną formą przezwyciężania kryzysu wewnętrznego. Specyficzną — ponieważ nie usuwa rzeczywistych źródeł kryzysu, a więc w istocie rzeczy nie przezwycięża go, lecz jedynie „zamraża", nie dopuszczając — w interesie panujących klas społecznych czy elit władzy — do usunięcia sprzeczności stosownie do obiektywnych wymogów rozwoju.
Czy wiosną 1952 r. panujące klasy społeczne znalazły się w obliczu poważnego zagrożenia swoich interesów, zagrożenia, które postanowiły usunąć za pomocą zamachu stanu? Na Kubie większość chłopstwa żyła wówczas w nędzy lub niedostatku, ubóstwo oświaty publicznej było powszechną plagą, a co czwarty mężczyzna zdolny do pracy nie miał stałego zatrudnienia. Były to jednak chroniczne choroby, na jakie Kuba cierpiała od dziesięcioleci. W 1952 r. stan gospodarki kraju nie pogorszył się, przeciwnie — poprawił, a nawet zabarwił rumieńcem prosperity. Łączyło się to z sytuacją na rynku cukru. Ceny cukru były ustabilizowane, a kubańska produkcja osiągnęła w 1952 r. swój rekord historyczny — siedem milionów ton. Nie trzeba tłumaczyć, jak ważne to było dla kraju, który około 80 proc. swoich wpływów uzyskiwał z eksportu cukru.

Ale przyczyniając się do złagodzenia jednych sprzeczności, poprawa sytuacji gospodarczej Kuby mogła ułatwić uzewnętrznienie się innych. Dzięki korzystnej koniunkturze „ortodoksi" po dojściu do władzy uzyskaliby znaczną swobodę manewru, a tym samym — szansę realizacji narodowego i antyimperialistycznego programu. Czy Partia Ortodoksyjna pozostałaby jednak wierna swoim ideałom? Nie było to pewne, niemniej było prawdopodobne. Dla imperializmu amerykańskiego i związanej z nim wielkiej burżuazji kubańskiej perspektywa dojścia do władzy „ortodoksów" była na tyle groźna, że uznano za konieczne działanie wszelkimi dostępnymi środkami. Tak więc pucz Batisty był wyprzedzającą reakcją na kryzys, którego się spodziewano, a nie odpowiedzią na kryzys aktualnie istniejący, którego nie było, o ile pominiemy trwałe schorzenia ekonomiczne i społeczne Kuby. Wyjaśnia to, dlaczego zamach stanu z 10 marca 1952 r. spadł na Kubańczyków jak grom z jasnego nieba.

Łatwość, z jaką Batista przeprowadził pucz, wynikała ze słabości porządku parlamentarnego na Kubie. Ale nawet tam, gdzie istniejące stosunki klasowe nie zdołały doprowadzić do okrzepnięcia demokratycznego porządku, nie brakuje nigdy prawdziwych patriotów, którzy walczą o umocnienie demokracji, ludzi świadomych, że społeczeństwo nie może żyć i rozwijać się bez demokracji, skazane w przeciwnym wypadku na egzystencję równoznaczną z wegetacją, ze stopniowym zanurzaniem się w duchowej dekadencji, marazmie i upadku. Patriotów takich nie brak było na Kubie także po zamachu stanu z 10 marca. Byli jednak rozproszeni; nie mieli partii, która mogłaby ich skupić; nie mieli nawet przywódcy, którego osobowość byłaby na tyle fascynująca, że potrafiłaby przejściowo zastąpić partię.

Wysyłając do Trybunału Konstytucyjnego i do prokuratury generalnej swe buntownicze listy, Fidel Castro stał się z dnia na dzień znany. Jego wystąpienie było aktem odwagi cywilnej, na jaki nie zdobył się żaden z polityków, którzy woleli wymyślać Batiście w gronie zaufanych przyjaciół niż rzucić mu wyzwanie do otwartej walki. Wystąpienie Castro było też policzkiem wymierzonym instytucjom mającym strzec prawa, które godząc się z podeptaniem przez uzurpatora fundamentalnych zasad porządku konstytucyjnego, a nawet to podeptanie usprawiedliwiając, ujawniły swoją nicość.
Castro wystąpił przeciw Batiście nie bacząc na ewentualne represje. Batista postanowił puścić mimo uszu oskarżenia młodego adwokata. Sądził zapewne, że okazując, iż szanuje prawo innych do wypowiadania własnych poglądów, straci mniej niż zyskałby reagując jak tuzinkowy satrapa, który
oczekuje i żąda wyłącznie afirmacji. Być może też, nie chciał, nazajutrz po zamachu stanu, dostarczyć dowodu, że dotychczasowa wolność słowa została skreślona z kodeksu praw obywatelskich, czy wreszcie — nie chciał po prostu zadzierać z kubańską high society (ojciec Fidela Castro był znanym właścicielem ziemskim z prowincji Oriente, a jego żona, Mirtha Diaz Baiart, pochodziła z jednej z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych rodzin w Hawanie). Tak czy inaczej, wystąpienie Castro przeciw Batiście uszło mu płazem. Castro wezwał do walki z dyktatorem, a jednocześnie pozostał na wolności, zdrów i cały.

Bardzo mało wiemy o tym, co Castro robił przez następnych kilka miesięcy. Niewiele ponad to, że czytał i rozmyślał. Czy było to mało? Czyż nie to właśnie miało przesądzić o jego przyszłości i wpłynąć — kto wie, czy nie w sposób rozstrzygający — na bieg wydarzeń na Kubie?

Castro nie rejestrował mechanicznie lektur. W lekturach szukał wskazówki działania, a jako że czas naglił, był czytelnikiem niecierpliwym. Zabrawszy się do studiowania I tomu Kapitału, Fidel zatrzymał się na stronie 370 i odłożył Marksa dla Lenina. Praca Państwo a rewolucja zafascynowała go, czytał ją wciąż od nowa. Zwłaszcza w komentarzu Lenina do listu Marksa przeznaczonego dla Kugelmanna znalazł myśli będące odpowiedzią na pytania, które go nurtowały. I zrozumiał wówczas to, od czego później nigdy nie odstąpił, i co potrafił w swoim kraju wprowadzić w życie: że warunkiem powodzenia rewolucji ludowej jest złamanie instytucji istniejącego państwa.
Castro pragnął walczyć. Nie mógł jednak walczyć samotnie. Kim mieli być jego współbojownicy? Czy miał ich szukać w szeregach partii politycznych obecnych wówczas na scenie kubańskiej?

Partia Autentyczna, przeżarta od wewnątrz przez korupcję przywódców, nie wchodziła w rachubę. Partia Ortodoksyjna, do której sam przecież należał, w okresie rządów Prio Socarrása walcząca o polityczną i moralną odnowę państwa, ujawniała teraz, po puczu Batisty, gorszącą bierność, mimo że wielu jej członków pragnęło walki. Związki studenckie? Owszem, w ich szeregach było wielu szczerych demokratów i patriotów, lecz przywódcy związków byli skorumpowani. Zgodnie z zakorzenionym od lat zwyczajem za usługi świadczone politykom pobierali oni pensje pochodzące z fikcyjnych posad w różnych ministerstwach, co Castro sam zresztą wykazał w artykule opublikowanym na łamach pisma „Alerta" sześć dni przed puczem Batisty. Byli jeszcze komuniści — Socjalistyczna Partia Ludowa. Ale Castro nie zamierzał wiązać się z partią komunistyczną. Wyjaśnijmy od razu: Castro nie był antykomunistą. Marksa, Engelsa, Lenina czytał nie po to, żeby zwalczać ich teorię, lecz po to, żeby z niej wnioskować, co należy zrobić na Kubie. Ale mimo to nie związał się z SPL. Później, w 1961 r., Castro powie:

Kiedy skończyliśmy uniwersytet — mówię tu w szczególności o sobie — znajdowałem się już pod znacznym, wpływem tej teorii. Nie będę twierdził, że byłem już marksistą-leninistą, nie, wcale nie... Możliwe, że miałem jeszcze dwa miliony drobnomieszczańskich uprzedzeń i jakieś tam idejki, od których, ku mojej radości, dziś się już uwolniłem, ale co najważniejsze — jest w pełni możliwe, że jeśli nie miałbym tych uprzedzeń, nie byłbym w stanie wnieść mego wkładu do rewolucji, której dokonaliśmy.

Inaczej mówiąc, jeśliby Castro znalazł się w szeregach partii komunistycznej, nie byłby w stanie wprowadzić w życie tej koncepcji walki, którą już wkrótce po puczu Batisty uznał za słuszną. W owym okresie SPL nie brała praktycznie pod uwagę możliwości walki zbrojnej, opowiadając się za politycznymi sposobami walki, choć teoretycznie, jak się wydaje, jej nie odrzucała, o czym może świadczyć artykuł Blasa Roca w ostatnim numerze ,,Noticias de Hoy" z 26 lipca 1953 roku.

Nie widząc możliwości związania się z żadną z istniejących zorganizowanych sił politycznych, Fidel Castro postanowił — formalnie pozostając wciąż jeszcze w szeregach Partii Ortodoksyjnej — utworzyć nową siłę. Siła ta, w zasadzie wolna od wszelkiej hierarchii, pozbawiona struktury organizacyjnej, nie posiadająca żadnych statutów, oparta natomiast na solidarnym uznaniu przez należących do niej ludzi wytyczonych celów, określiła się jako Movimiento, tj. Ruch, bez żadnych dodatkowych przymiotników.

Z początku Castro działał właściwie gam. Przyciągał ku sobie ludzi młodych, oburzonych na gwałt, jakiego dopuścił się Batista, rozczarowanych z powodu bierności oficjalnych partii politycznych i pragnących odnowy życia publicznego. Ci, którzy przyłączali się do grupy tworzonej przez Castro, sprowadzali później innych, i tak grupa osiągnęła wkrótce liczbę około tysiąca ludzi. Koncepcja Castro, przyjęta przez jego współtowarzyszy, opierała się na hipotezie, że odważna akcja zbrojna, przeciwstawiająca się biernej postawie wyczekiwania, ośmieli społeczeństwo, spowoduje spontaniczny zryw, podobny do reakcji łańcuchowej, i upadek reżimu uzurpatora. Społeczeństwo jest pogrążone — uważał Castro — jedynie w pozornej bierności, w istocie zaś czeka na sygnał do podjęcia walki.
Czy bezpośrednio po 10 marca 1952 roku, tj. po puczu Batisty, koncepcja Castro miała szansę powodzenia? Na to pytanie nie sposób jest dać odpowiedzi ani twierdzącej, ani przeczącej. Ale to, że „nie" nie byłoby również uzasadnione, dowodzi, że koncepcja Castro nie była koncepcją awanturniczą. Oczywiście tam, gdzie miała zostać zastosowana, tj. na Kubie.

Hasło walki zbrojnej nie było obce społeczeństwu. Co więcej — było ono kontynuacją tradycji narodowej i odbiciem specyficznych cech psychiki mieszkańców Kuby, w zasadzie takich samych, jak w niemal całej Ameryce Łacińskiej, wyrosłej z pnia tej samej kultury i z podobnego losu historycznego. Kubańczycy byli wrażliwi na gest, admirowali bohaterski czyn indywidualny, poddawali się fascynacji promieniującej od jednostki wybitnej, która ucieleśniała - choć często tylko pozornie — powszechne nadzieje i oczekiwania. Ulepieni z tej samej gliny, wyczuwali to lub świadomie się do tego odwoływali liczni populistyczni demagodzy latynoamerykańscy, wśród których prawdopodobnie największą perfekcję osiągnął Juan Peron. Co wszakże ważne — nie tylko oni. Czy Julio Antonio Mella, jeden ze współtwórców Komunistycznej Partii Kuby, nie zapisał się na zawsze w rewolucyjnej legendzie kubańskiej tym, że w sierpniu 1923 r., kiedy władze zabroniły radzieckiemu statkowi „Worowskij" wpłynąć do portu w Hawanie, po czym skierowały statek do Cárdenas, a i tam nie pozwoliły jego załodze zejść na ląd, pojechał on do Cárdenas i nie bacząc na odległość, której mógł nie sprostać, na policję, która mogła doń strzelać, na rekiny, które mogły go zaatakować w morzu, popłynął wpław, aby powitać radzieckich marynarzy?... Fakt, że ta wersja nie jest ścisła, mimo że znajdujemy ją nawet w pracach poważnych historyków (w rzeczywistości Mella dotarł do
radzieckiego statku łódką), w gruncie rzeczy nie odbiera wartości przytoczonemu przykładowi. Można by wręcz powiedzieć, że przeciwnie: to właśnie umiłowanie dla bohaterskiego czynu indywidualnego kazało Kubańczykom przedstawić śmiały czyn Melli jako jeszcze śmielszy, bohaterski.

Afirmacja spektakularnego indywidualnego czynu bohaterskiego wywodziła się w Ameryce Łacińskiej z iberyjskiej tradycji rycerskiej, a następnie z tradycji konkwistadorskiej. Później, w schyłkowym okresie monarchii feudalnej, znalazła nowe źródła inspiracji w długich, krwawych bojach toczonych przeciw kolonialnemu panowaniu Hiszpanii. W wiejskich społecznościach o niezbyt przejrzystym układzie i nieostro zarysowanych przedziałach klasowych, społecznościach pozbawionych silnej burżuazji i silnego proletariatu, a tym samym niedojrzałych do nowocześnie zorganizowanej walki wyzwoleńczej i antyfeudalnej, bohaterski czy po prostu śmiały czyn jednostki lub niewielkiej grupy zastępował rozprzestrzenianie idei, przezwyciężał brak organizacji. Jeśli natrafiał na oddźwięk, wówczas mobilizował masy, podrywające się na ów znak, na ów jak gdyby od dawna oczekiwany przez nie gest protestu.

Jacuąues Debray, francuski filozof marksistowski, trafnie zauważa, że dominująca rola wybitnych osobistości i czynów jako przykładów nie była w Ameryce Łacińskiej oznaką dojrzałości lub siły, wręcz przeciwnie. Czy zaś społeczeństwo kubańskie było dojrzałe i silne, czy też przeciwnie, niedojrzałe i słabe?

Ten po trosze rycerski, po trosze robin-hoodowski typ świadomości społecznej, niezwykle charakterystyczny dla dziewiętnastowiecznej Kuby, walczącej przeciw kolonialnemu władztwu Hiszpanii, został tylko pozornie przekształcony w okresie republikańskim, ponieważ system burżuazyjnej demokracji parlamentarnej był tu systemem słabym. Nie mógł być zresztą inny, ponieważ każda demokracja jest funkcją rozwoju ekonomicznego. Demokracja na Kubie nie mogła być zatem silna i głęboko zakorzeniona, skoro Kuba była krajem słabo rozwiniętym i półkolonialnym. Innymi słowy: ogólne warunki walki o cele narodowe i społeczne, w jakich zrodził się el grito de Demajagua, apel rzucony przez ziemianina Céspedesa (ojca znanego nam „małego Céspedesa"), który zapoczątkował pierwszą, trwającą 10 lat, wojnę Kubańczyków o niepodległość, w gruncie rzeczy nie zostały przezwyciężone aż po lata pięćdziesiąte bieżącego stulecia. Koncepcja grito, tj. proklamowanego przez niewielką grupę wezwania do walki, nie tylko nie przeżyła się, lecz przeciwnie, w warunkach kryzysu stworzonego przez zburzenie przez Batistę słabych instytucji przedstawicielskich winna była zostać ponownie użyta.

Jako miejsce dla akcji zbrojnej inicjującej batalię przeciw reżimowi Batisty Fidel Castro i jego towarzysze wybrali Santiago de Cuba, stolicę Oriente, prowincji tradycyjnie opozycyjnej wobec Hawany jako centralnego ośrodka kraju z powodu jej ekonomicznego i kulturalnego upośledzenia. Jako cel akcji wybrali przede wszystkim koszary Moncada, główny garnizon wojskowy Oriente, a jako czas akcji — 26 lipca (1953), niedzielę, święto Świętej Anny, dzień inaugurujący tydzień karnawałowego i szaleństwa w Santiago.

Do akcji spiskowcy przygotowywali się już od dawna, co najmniej od sześciu miesięcy, ćwicząc w różnych miejscach, w okolicach Hawany, obchodzenie się z bronią i strzelanie (na Kubie nie było obowiązkowej służby wojskowej). Broń zdobyli z własnych środków, kosztem wielu wyrzeczeń. I tak, na przykład, Jesús Montané, dyrektor personalny przedstawicielstwa General Motors na Kubie, zrezygnował ze swej dobrze płatnej posady jedynie po to, żeby uzyskać odprawę, a pieniądze dzięki temu zdobyte oddać para la causa — dla sprawy. Elpidio Sosa sprzedał swoją posadę za trzysta peso, które przekazał Fidelowi Castro. Pedro Marrero żył przez wiele miesięcy niemal o chlebie i wodzie, aby zaoszczędzone pieniądze oddać na zakup broni; zamierzał także — lecz na to mu już nie pozwolono — sprzedać wszystkie meble ze swego mieszkania. Fernando Chenard, fotograf, sprzedał sprzęt fotograficzny będący jego podstawowym narzędziem pracy, ponieważ uważał, że walka przeciw dyktaturze jest ważniejsza od jego osobistej przyszłości. Postawa tych młodych szlachetnych ludzi, gotowych dla sprawy zrezygnować z kariery zawodowej i materialnego dorobku, oddać nawet życie, była dowodem, że podeptanie wolności i demokracji nie ujdzie płazem uzurpatorowi, który liczył na skłócenie i tchórzliwość polityków oficjalnych partii oraz na bierność i apatię pozbawionych przywódców mas.

Blisko tysiąc ludzi oddało się do dyspozycji Fidela Castro. Fidel wybrał spośród nich około dwustu — dla większej liczby nie było broni. Przygotowaniem całości akcji zajął się sztab, do którego weszli Fidel Castro, jego zastępca — Abel Santamaria, oraz pięciu innych młodych ludzi (z tej pierwszej grupy przywódczej żyje dziś, poza Fidelem, tylko dwóch, pozostałych czterech zginęło w walce). Między nich rozdzielone zostały główne zadania. Oddział podzielono na drużyny, każda z drużyn przygotowywała się do akcji — ze względu na konieczność działania w najgłębszej konspiracji — osobno w grupach po siedmiu ludzi.

Karnawał w Santiago był atrakcją wabiącą mieszkańców bliższych i dalszych okolic, a także licznych turystów, stąd też przybycie do miasta około 170 ludzi należących do zbrojnego oddziału Castro nie mogło obudzić niczyich podejrzeń. Konspiratorzy rozlokowali się w różnych hotelach
i w zamówionych zawczasu kwaterach prywatnych. W sobotę, późnym wieczorem, przedostali się — rozsypawszy się zrazu wśród karnawałowego tłumu — do małej farmy Siboney, położonej niedaleko Santiago. Farma Siboney to cudowny zakątek, sad wokół domu wygląda jak rajski ogród, choć rosną w nim nie jabłonie, lecz drzewa grapefruitowe, a dom tchnie prostotą i elegancją, jest przestronny, chłodny mimo żaru spływającego z nieba, i każdego, kto do niego wchodzi, napełnia radością życia. Ten sielski zakątek i narada wojenna 170 młodych Kubańczyków, którzy już za parę godzin mieli ruszyć do walki o przywrócenie czci ojczyźnie, jakiż to był kontrast!

Cel koncentracji był znany tylko ośmiu ludziom. W zasadzie wszyscy pozostali sądzili, że zostali zgrupowani dla dalszych zajęć wojskowych, a jeden z przybyłych na farmę Siboney — mianowicie Juan Almeida, obecnie członek Biura Politycznego KC KPK — był wręcz przekonany, iż zostali wezwani do Santiago w nagrodę za dobre wyniki w dotychczasowych ćwiczeniach, aby wziąć udział w karnawale.
Fidel Castro wydał swym towarzyszom mundury: były to — dla ułatwienia akcji — mundury armii rządowej, około stu — kupionych od żołnierzy, pozostałe uszyte własnym sumptem. Rozdzielił też uzbrojenie — głównie strzelby myśliwskie i broń krótką, poza tym kilka karabinów wojskowych oraz jeden stary rkm.

W krótkim przemówieniu Castro przedstawił plan operacji, o której zebrani usłyszeli, z wyjątkiem członków sztabu, po raz pierwszy, i określił zadania poszczególnych drużyn. Mówił przede wszystkim o historycznym znaczeniu przedsięwzięcia. Słuchając go, wielu uświadomiło sobie, że nazajutrz przyjdzie im zginąć. Mario Muñoz, lekarz, wystąpił z krytyką Castro oświadczając, iż wciągnął on do przedsięwzięcia zbyt wielką liczbę ludzi, których życie ma się stać ceną zapłaconą za wezwanie społeczeństwa do walki przeciw dyktaturze. Ale dla Castro przedsięwzięcie miało być nie tylko demonstracją, lecz równocześnie czymś znacznie ważniejszym: początkiem zbrojnej batalii przeciw Batiście, do której nie można byłoby ruszyć — jak Castro sądził i wówczas, i jeszcze trzy lata później — mając do dyspozycji 20 czy 50 ludzi.

Nikomu z przybyłych na farmę Siboney Castro nie narzucał udziału w planowanym przedsięwzięciu. Kto wątpił w jego sens lub obawiał się ryzyka, ten mógł się wycofać, ale niemal wszyscy — z wyjątkiem dziewięciu ludzi — przyłączyli się do Castro.

Ilu ich było? Różne źródła podają różne dane. Raul Castro — brat Fidela, obecnie członek Biura Politycznego KC KPK — pisze w swych wspomnieniach opublikowanych w 1961 r. na łamach miesięcznika „Fundamentos", że było ich 168, jednakże analizując przemówienie Fidela Castro wygłoszone 16 października 1953 r. przed sądem doraźnym w Santiago można wywnioskować, że było ich nie więcej niż 150, prawdopodobnie 148 — tę ostatnią liczbę potwierdzają również rachunki przeprowadzone przez historyka Hugha Thomasa. Wśród nich były dwie kobiety: Melba Hernández i Haydée Santamaria (obecnie członek KC KPK), siostra Abla Santamarii, zastępcy Castro.

O świcie w niedzielę 26 lipca oddział Castro przystępuje do akcji. Jedna grupa — 27 ludzi — ma zaatakować niewielkie koszary w Bayamo, w pobliżu Santiago; druga grupa — 21 ludzi, wśród nich lekarz Mario Muñoz oraz Melba i Haydée — ma wziąć szpital cywilny; trzecia, pod dowództwem Raula Castro — 10 ludzi — ma opanować Pałac Sprawiedliwości, tj. gmach sądu; i wreszcie czwarta, reprezentująca główne siły i dowodzona przez Fidela Castro, 95 ludzi — ma zdobyć Moncadę, z załogą liczącą tysiąc ludzi, po Columbii drugie co do wielkości koszary na Kubie. Bezpośrednio po pomyślnym zakończeniu akcji powstańcy mają ogłosić przez radio odezwę do narodu oraz cztery pierwsze ustawy, które wprowadzi w życie rząd rewolucyjny — na razie jeszcze nie istniejący, w tym przede wszystkim ustawę o reformie rolnej. Wśród ludzi gotowych walczyć zbrojnie z reżimem Batisty, którzy na wieść o zdobyciu koszar Moncada ściągną z pewnością z Oriente i innych prowincji, powstańcy zamierzają rozdzielić broń, jaka dostanie się w ich ręce w Moncadzie.
Wolno przypuszczać, że doprowadziłoby to — o ile oczywiście akcja zbrojna w dniu 26 lipca 1953 r. zakończyłaby się sukcesem — do przekształcenia Santiago oraz znacznych obszarów prowincji Oriente w twierdzę rebelii zbrojnej, oddaloną niemal tysiąc kilometrów od stolicy. Czy masy ludowe poruszyłyby się wówczas, dźwignęły i zmiotły panujący reżim? Czy były do tego gotowe? Na żadne z tych pytań nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

A oto sprawozdanie z wydarzeń:

Mario Muñoz opanowuje bez trudu szpital, a Raul Castro — Pałac Sprawiedliwości. Atak na koszary w Bayamo po trwającej nie dłużej niż kwadrans próbie ich zdobycia kończy się niepowodzeniem, które nie miałoby wszakże większego znaczenia dla całości operacji, jeśli powstańcom udałoby się wziąć koszary Moncada.

Niestety, Moncady spiskowcy nie zdobywają. Dzieje się tak wskutek dwóch przypadkowych, wybitnie niekorzystnych okoliczności. Pierwszą okolicznością był — jak powie później Castro — fakt, który miał fatalne następstwa: połowa naszych głównych sił, i to najlepiej uzbrojona, wskutek godnej pożałowania pomyłki zabłądziła, gdy wkraczaliśmy do miasta, i zabrakło nam jej w decydującym momencie. Ale nawet rozporządzając połową głównego oddziału, tj. około pięćdziesięcioma ludźmi, Castro miałby szansę opanować koszary, gdyby nie doszło do incydentu, który zaalarmował żołnierzy.

W pierwszym samochodzie, który zatrzymał się przed bramą koszar, znajdowało się sześciu powstańców. Powstańcy —- w mundurach sierżantów — wysiedli, podeszli do wartowni, ich dowódca zwrócił się do będących na służbie (było ich trzech), aby ich „zaprowadzili do generała". Wartownicy sprezentowali broń, karabiny Springfield, które powstańcy im błyskawicznie odebrali. Następnie spiskowcy kazali zaprowadzić się do koszar. W koszarach wtargnęli do jednej ż sal, pełnej żołnierzy jeszcze w łóżkach, których wezwali do pozostania na miejscu. W ten sposób sześciu powstańców bez strzału sparaliżowało część załogi, a jednocześnie przez usunięcie wartowników umożliwiło wjazd na teren koszar pozostałych samochodów.

Drugi samochód z grupą powstańców, prowadzony był przez Castro. Jednakże w chwili, kiedy samochód znajdował się już przy bramie uwolnionej od wartowników, pojawili się dwaj uzbrojeni żołnierze i sierżant, którzy wyrośli niby spod ziemi — była to straż przeprowadzająca zwykły obchód. Nie widząc innego wyjścia, Castro postanowił najechać ma nich samochodem, aby ich unieszkodliwić bez użycia broni, ale sierżantowi udało się uskoczyć, zbiec do koszar i ogłosić alarm.

Wywiązała się strzelanina, do której włączyli się powstańcy nadjeżdżający następnymi samochodami. Ci, którzy trzymali w szachu żołnierzy w jednej z sal, postanowili się wycofać, i torując sobie drogę zastrzelili kilku sierżantów oraz porucznika, niejakiego Moralesa. Rozpatrując przyczyny porażki taktycznej, sądzę — powie później Castro — że oprócz godnej pożałowania pomyłki, o której była już mowa, popełniliśmy jesz-cze inny błąd, mianowicie: dzieląc jednostkę komandosów, których bardzo dokładnie przeszkoliliśmy. Spośród naszych najlepszych ludzi i najodważniejszych dowódców 27 znajdowało się w Bayamo, 21 w Szpitalu Cywilnym i 10 w Pałacu Sprawiedliwości. Gdybyśmy inaczej podzielili nasze siły, rezultat walki mógłby być odmienny. Starcie z patrolem — całkowicie przypadkowe, ponieważ dwadzieścia sekund wcześniej i dwadzieścia sekund później nie znajdowałby się on w tym miejscu — sprawiło, że był czas na przeprowadzenie mobilizacji w koszarach, które w innych okolicznościach wpadłyby w nasze ręce bez jednego wystrzału, jako że wartownia została już przez nas opanowana. Z drugiej strony, z wyjątkiem karabinów kaliber 22, dysponowaliśmy bardzo ubogim sprzętem. Gdybyśmy posiadali granaty ręczne, to koszary nie byłyby w stanie stawić oporu nawet przez piętnaście minut.
Kluczem do sukcesu powstańców miało być zarówno użycie mundurów armii rządowej, mające umożliwić grupie przedniej sforsowanie bez strzału wartowni i otwarcie głównemu oddziałowi, tak samo umundurowanemu, drogi do koszar, jak i wybranie dla akcji właściwego terminu. Należało się bowiem spodziewać, że po pierwszej nocy karnawału dyscyplina w koszarach będzie znacznie osłabiona, co też się potwierdziło: obaj dowódcy garnizonu, pułkownik Del Rio Chaviano i kapitan Perez Chau-mont, opuścili na noc koszary, a kiedy wrócili do nich na wieść o ataku, było już po wszystkim. Inaczej mówiąc, powstańcy zamierzali wziąć koszary głównie fortelem, a nie szturmem, ponieważ zdobycie ich szturmem było przy ich uzbrojeniu praktycznie nierealne.

Starcie trwało około godziny.

Jak się wydaje, w tym czasie grupa atakująca Moncadę utraciła trzech ludzi, podczas gdy przeciwnik — siedemnastu, w tym trzech oficerów. Gdy przekonałem się — mówi Castro — że wszelkie nasze próby zdobycia fortecy okazały się nieskuteczne, zacząłem wycofywać naszych ludzi w ośmio- i dziesięcioosobowych grupach. Odwrót osłaniało sześciu strzelców wyborowych, którzy pod wodzą Pedro Mireta (obecnie członek KC KPK) i Fidela Labradora po bohatersku zablokowali drogą wojsku. Nasze straty w walce były nieznaczne. (...) Grupa ze Szpitala Cywilnego miała najwyżej jednego zabitego. Poddała się ona, kiedy wojsko odcięło jedyne wyjście z budynku, przy czym złożyła broń dopiero wówczas, gdy nie pozostał jej ani jeden nabój. Znajdował się tam Abel Santamaria, najszlachetniejszy, najukochańszy i najbardziej nieustraszony z naszych młodych ludzi, który dzięki swemu niezłomnemu oporowi pozostanie nieśmiertelnym w historii Kuby.

Jak na wydarzenia w Santiago zareagowały rząd, armia i władze bezpieczeństwa?

W samym Santiago obaj komendanci Moncady oraz inni oficerowie, przerażeni na myśl, że może im grozić sąd polowy, przystąpili niezwłocznie, nie czekając na instrukcje z Hawany, do prawdziwej masakry schwytanych powstańców. Dowódcy znaleźli wśród sierżantów i żołnierzy dostatecznie wielu ludzi gotowych do „mokrej roboty". Tego samego zresztą dnia, tj. 26 lipca, Batista — którego wieści z Santiago dosięgły na plaży w Varadero — spowodował zniesienie przez rząd art. 26 regulaminu więziennego, nakładającego na funkcjonariuszy więzień odpowiedzialność za życie więźniów. Tym samym faktycznie upoważnił armię i policję w Oriente do mordowania zatrzymanych powstańców. Niemal wszyscy powstańcy, schwytani w ciągu pierwszych dwóch dni, tj. 26 i 27 lipca, zostali zamordowani, z wyjątkiem tych, których zdołali ocalić lekarze wojskowi oraz niektórzy oficerowie, zwłaszcza kapitan Tamayo, major Morales (brat porucznika Moralesa zabitego przez powstańców) oraz porucznik Sarriá, przeciwstawiający się zbrodniczym, hańbiącym mundur wyczynom swych kolegów i przełożonych. Wielu zginęło natychmiast po aresztowaniu — strzelano do nich w chwili ujęcia, wielu po kilku lub kilkunastu godzinach od aresztowania — zakatowano ich podczas przesłuchań... Zginęli oni, mimo że nie wysunięto przeciw nim żadnego formalnego oskarżenia i nie postawiono ich przed żadnym sądem, nawet doraźnym. Ablowi Santamarii, zastępcy Castro, oprawcy wyłupili oko, a następnie pokazali je jego siostrze, Haydée, aby zmusić ją do zeznań. Sierżant — relacjonuje ten wstrząsający epizod Fidel Castro — powiedział do Haydée: „To jest oko twojego brata. Jeśli nie powiesz tego, czego on nie chciał nam powiedzieć, wyłupimy mu drugie". Haydée, która kochała swego dzielnego brata ponad wszystko, odpowiedziała z godnością: „Jeśli mój brat nie powiedział nic, choć wyłupiliście mu oko, to ja tym bardziej będę milczała". Wyszli, ale po chwili wrócili, by z kolei ją torturować, przytykając jej do ramion zapalone papierosy, nie dość na tym, z nienawiścią rzekli: Nie masz już narzeczonego, bo jego także zabiliśmy (narzeczony Haydée Santamarii, Boris Santa Colona, należał również do grupy powstańczej).

Pierwszym jeńcem zamordowanym przez siepaczy Batisty w dniu 26 lipca był lekarz Mario Muñoz, który — jak przypomniał później Castro — nie miał przy sobie broni i nie nosił munduru, lecz fartuch lekarski. Po aresztowaniu, prowadząc go do koszar Moncada, strzelono mu w plecy i porzucono leżącego na brzuchu w kałuży krwi. Największa masakra jeńców nastąpiła 26 lipca po południu, kiedy to przybył do Santiago gen. Martin Diaz Tamayo, który przywiózł dokładne instrukcje, wydane na posiedzeniu z udziałem Batisty, dowódcy wojska, szefa SIM, samego Diaza Tamayo i innych (F. Castro). Siepacze — mówił później Castro — nie dali spokoju nawet rannym w walce, którzy znajdowali się w różnych szpitalach miasta. Zaczęli ich szukać jak sępy polujące na ofiarę. W Centro Gallego wdarli się na salę operacyjną w chwili, gdy dwóm ciężko rannym dokonywano transfuzji krwi. Ściągnęli rannych ze stołów, a ponieważ ci nie mogli utrzymać się na nogach, zawleczono ich po schodach na parter, dokąd trafili już martwi. Nie mogli tego samego uczynić w Colonia Española, gdzie leżeli towarzysze Gustavo Arcos i José Ponce, ponieważ odważnie przeciwstawił im się doktor Posada, mówiąc, że mogą przejść tylko po jego trupie. Pedro Miretowi, Abelardowi Cresco i Fidelowi Labradorowi wstrzyknęli powietrze i kamforę do żył, ażeby ich w ten sposób zabić. Zawdzięczają oni życie kapitanowi Tamayo, lekarzowi wojskowemu i prawdziwie honorowemu oficerowi, który grożąc pistoletem, wyrwał ich z rąk oprawców i przeniósł do innego szpitala. Tych pięciu młodych ludzi to jedyni ranni, którym udało się przeżyć.

Noc z 26 na 27 lipca była nocą tortur.

Z relacji Castro: "O świcie grupy ludzi zostały wyprowadzone z koszar i przewiezione do Siboney, La Maya, Songo i w inne miejsca, gdzie na odludziu, skutych i z zawiązanymi ustami, zdeformowanych już przez tortury, postanowiono zabić; mówiono potem, że zginęli w starciu z wojskiem!

Pasmo tortur i morderstw ciągnęło się także przez następne dni.

Wielu zmuszono do wykopania sobie grobów. (...) Na samej tylko strzelnicy wojskowej pogrzebano ciała pięciu ludzi. (...) Ostatnim zamordowanym w rejonie Santiago de Cuba był Marcos Marti. Schwytano go w jaskini w Siboney w czwartek 30 lipca rano wraz z towarzyszem Ciro Redondo. Gdy prowadzili ich szosą, z rękami podniesionymi do góry, pierwszemu z nich strzelili w plecy i leżącego już na ziemi dobili kilkoma dalszymi wystrzałami. (...) W dziesięć dni po 26 lipca jedna z gazet ukazujących się w tym mieście opublikowała wiadomość, że przy szosie prowadzącej z Manzanillo do Bayamo znaleziono powieszonych dwóch młodych ludzi. Później okazało się, że byli to towarzysze Hugo Camejo i Pedro Vélez. Tam, też rozegrała się inna okrutna historia. O drugiej nad ranem z koszar w Manzanillo wywieziono trzech jeńców. Na szosie kazano im wysiąść, a następnie po pobiciu do nieprzytomności uduszono powrozem. Kiedy porzucono ich jako martwych, jeden z nich, Andres Carcia, odzyskał jednak przytomność. Znalazł on schronienie w chacie pewnego chłopa. (...) Młodzieniec ten ocalał jako jedyny ze wszystkich jeńców, których wzięto w rejonie Bayamo.

Batista i jego ludzie zażądali od policji i armii w Santiago zbrodni — i zbrodnia została popełniona. Gorliwość, z jaką liczni policjanci, podoficerowie, oficerowie i żołnierze wypełnili rozkaz z Hawany, świadczyła, że w policji i armii nie brak było zwyrodnialców, czekających dotychczas jedynie na przyzwalający gest, aby zabrać się do krwawej roboty. Armie, które podczas wojny mordowały jeńców, zawsze otaczała pogarda i nienawiść ludzkości — powiedział trzy miesiące później Fidel Castro w swej mówią obrończej przed sądem. — Dla tego rodzaju podłości nie ma usprawiedliwienia nawet wtedy, gdy chodzi o wrogów ojczyzny. (...) Ci, którzy mordowali jeńców, nie postąpili jak godni towarzysze tych, co polegli. Widziałem wielu żołnierzy mężnie walczących, jak na przykład tych z patrolu, którzy ostrzeliwali nas jeszcze z karabinów maszynowych niemal w walce wręcz, czy jak ów sierżant, który z narażeniem życia przedarł się do urządzeń alarmowych, aby zmobilizować żołnierzy w koszarach. Jedni z nich żyją i cieszę się z tego. Inni polegli, wierząc, że wypełniali swoją powinność, i to czyni ich dla mnie godnymi podziwu i szacunku. (...) Jednakże honor, jakim okryli armię polegli żołnierze, splamili generałowie, którzy wydali rozkaz mordowania jeńców po walce.

Oczywiście korpus oficerski w Santiago de Cuba nie składał się wyłącznie z morderców. Tak jak podziwiam odwagę żołnierzy, którzy potrafili umierać za ojczyznę — mówił dalej Castro — tak też jestem pełen uznania dla tych licznych wojskowych, którzy postąpili z godnością i nie splamili sobie rąk podczas tej krwawej orgii. Niemało jeńców, którzy ocalili życie, zawdzięcza to honorowej postawie takich oficerów, jak: porucznik Sarriá, porucznik Campa, kapitan Tamayo i inni, którzy rycersko bronili aresztantów. Gdyby tacy jak oni nie ocalili po części honoru sił zbrojnych, większym zaszczytem byłoby dziś nosić fartuch kuchenny niż mundur."

Jaki był bilans masakry?

W ciągu kilkunastu godzin — głównie w nocy z 26 na 27 lipca — zamordowano 25 jeńców. Zamordowano ich przede wszystkim — ażeby ukryć zbrodnię przed oczyma postronnych — w piwnicach koszar Moncada (F. Castro: W ścianach utkwiły kule razem z kawałkami ludzkiej skóry, mózgu i włosów spalonych od strzałów w skroń). W ciągu następnych kilku dni zamordowano 43 jeńców. Jeśli policji i armii udałoby się wziąć do niewoli wszystkich powstańców pozostałych przy życiu — a jak wspominaliśmy, bezpośrednio w walce polegli jedynie nieliczni — wówczas liczba zamordowanych byłaby z pewnością znacznie wyższa. Na szczęście, wielu udało się uniknąć aresztowania, przynajmniej w pierwszych dniach zbrodniczej furii. Wśród tych, którzy zdołali zrazu ujść obławie, znaleźli się m. m. Fidel Castro i jego młodszy brat Raul. Fidel zebrał w Siboney trzecią część oddziału, jednakże wielu straciło już wiarę w sens dalszej walki. Dwudziestu zdecydowało się poddać, nie zdając sobie jeszcze wówczas sprawy, że oddają się w ręce morderców. Pozostali — było ich osiemnastu łącznie z braćmi Castro — ruszyli w góry, w okolice całkowicie im nie znane. Przez tydzień przebywaliśmy — opowiada Castro — w górnych partiach pasma górskiego Gran Piedra, wojsko zaś rozłożyło się u stóp gór. Ani my nie mogliśmy zejść, ani oni nie zdecydowali się na wspinaczkę. Nie karabiny więc, lecz głód i pragnienie złamały naszą wolę walki. Musiałem podzielić ludzi na niewielkie grupy; niektórym udało się przedrzeć przez linie otaczającego nas wojska, inni zostali poddani przez monsignore Péreza Serantesa. Gdy pozostali ze mną tylko dwaj towarzysze: José Suárez i Oscar Alcade, przy czym cała nasza trójka była zupełnie wycieńczona, w sobotę 1 sierpnia o świcie zostaliśmy zaskoczeni podczas snu przez oddział dowodzony przez porucznika Sarriá. (...) Oficer ten, człowiek honoru, przeszko¬dził zamordowaniu nas, w biały dzień i ze związanymi rękami, przez paru zbirów.

Tymczasem w prasie, której Batista jeszcze nie zdołał nałożyć knebla (dopiero 6 sierpnia został ogłoszony dekret mający na celu głównie zmuszenie prasy do milczenia), ukazały się zdjęcia pomordowanych jeńców z piętnującymi zbrodniarzy komentarzami. Arcybiskup Santiago de Cuba, Pérez Serantes, wystąpił energicznie w obronie tych więźniów, których siepacze nie zdążyli zamordować — lub też nie mogli zamordować, bo im w tym przeszkodzili oficerowie broniący czystości munduru. Miejscowi notable, którzy zebrali się w Santiago, aby ocenić sytuację zwrócili się do władz w Hawanie o położenie kresu masakrze. Batista zrozumiał, że przeholował i polecił swym ludziom powściągnąć gorliwość, z jaką dotychczas wypełniali jego rozkazy. O losie aresztowanych, którzy jeszcze żyli — było ich 32 — miał rozstrzygnąć sąd doraźny.
W Cuartel Moncada, dawnych koszarach w Santiago de Cuba, widziałem wstrząsające zdjęcia, które mogłyby wręcz pochodzić z kazamatów gestapo. Kiedy się je ogląda, skojarzenie z hitleryzmem narzuca się spontanicznie, z całą siłą. Ale jeśli zapanujemy nad emocjami, dojdziemy do wniosku, że oparty na tym skojarzeniu sąd uogólniający nie byłby trafny.

Po stokroć miał rację Fidel, kiedy mówił na swym procesie:
W każdej grupie znajdą się ludzie działający z niskich pobudek, zbrodniarze z urodzenia, bestie obciążone wszelkimi pradawnymi atawizmami i mające ludzką postać potwory trzymane na wodzy przez dyscyplinę i normy współżycia społecznego. Jeżeli jednak pozwoli im się kąpać w morzu krwi, to nie przestaną tego czynić, dopóki ono nie wyschnie. Ci ludzie potrzebowali właśnie takiego rozkazu.
Rozkaz został wydany i zbrodniarze, niby psy policyjne spuszczone z łańcucha, dokonali masakry na kilkudziesięciu młodych ludziach, którzy odważyli się wystąpić z bronią w ręku przeciw istniejącemu reżimowi.

Jednakże reżim Batisty nie był wolny od konfrontacji z opinią publiczną, ponieważ nie miał dość siły, aby ją unicestwić. Nie mógł więc sobie pozwolić na zignorowanie potępienia jego akcji przez społeczeństwo. Dyktatura stara się oczywiście stłumić protest, lecz nie jest w stanie zakneblować wszystkich ust, które pragną ów protest wyrazić. Z chwilą, kiedy siepacze Batisty zabrali się w Santiago de Cuba do swego zbrodniczego dzieła, rozległ się natychmiast głos publicznego oburzenia. I choć żądanie niezwłocznego położenia kresu masakrze nie od razu odniosło skutek, to jednak ocaliło życie wielu bojownikom, w tym także Fidelowi Castro.

Czego mogli spodziewać się ci, którzy uniknąwszy śmierci z ręki zbrodniarzy w mundurach mieli stanąć przed sądem?
Oczywiście niezawisłość sędziów w systemie dyktatorskim jest więcej niż wątpliwa, kiedy nie sądzą oni tuzinkowych złodziejaszków, lecz przeciwników panującej władzy. Jednakże sędziowie ci przynajmniej nie wyłupują oczu, choć z reguły ferują drakońskie wyroki. Ponadto proces nigdy nie
odbywa się bez świadków — w najgorszym wypadku są nimi adwokaci oskarżonych, nawet jeśli pod tym czy innym pretekstem publiczność nie zostaje dopuszczona na salę.
Proces przeciw aresztowanym członkom oddziału Castro rozpoczął się 21 września 1953 r. w Santiago de Cuba.
W sali sądowej, obstawionej gęsto przez żołnierzy z karabinami, na które nałożone były bagnety, na ławach oskarżonych zajęło miejsca około stu ludzi. Ich znakomita większość nie miała nic wspólnego z akcją zbrojną Castro. Wśród tej większości dominowali komuniści, których Batista usiłował uwikłać w sprawę, aby móc dzięki temu zainicjować falę represji przeciw Socjalistycznej Partii Ludowej, i tak już postawionej poza prawem. Bojownicy Moncady uznali, że ich pierwszym zadaniem jest wystąpienie w obronie tych ludzi. I choć mieli przeciw sobie sędziów, nie mówiąc już o prokuratorze, osiągnęli zwycięstwo: prokurator musiał się zgodzić na ich zwolnienie, mimo że określił je — wypadało mu się przecież bronić przed kompletną kompromitacją — jako warunkowe. Już po tej pierwszej przegranej potyczce prokurator zrozumiał, że mecenas Fidel Castro jest jego najgroźniejszym przeciwnikiem. Druga rozprawa, nazajutrz, utwierdziła go w tym przekonaniu. I z tą chwilą rozpoczęła się tragifarsa, do której dochodzi zawsze, kiedy reżim dyktatorski — nie mający skrupułów, aby działać bezprawnie, ale jednocześnie zbyt tchórzliwy, aby się otwarcie do tego przyznać — decyduje się na bezprawie, które niezdarnie próbuje przystroić pozorami poszanowania norm prawnych.

W celu ułatwienia sobie zadania pan prokurator postanowił wyłączyć Fidela Castro z rozprawy.

Ale jak?

Jak wyłączyć z rozprawy człowieka, który został postawiony w stan oskarżenia? Co więcej: człowieka, przeciw któremu toczy się już rozprawa?

Nim odpowiemy na to pytanie, przyjmijmy, że było to możliwe. Spieszno nam bowiem do postawienia innego, ważniejszego pytania, a mianowicie: jaką korzyść zamierzał wynieść prokurator z wyłączenia Fidela Castro z rozprawy, skoro i tak ów niewygodny oskarżony musiał zostać postawiony przed sądem? Czy może nie doszłoby już do następnej rozprawy z powodu, na przykład, targnięcia się przez oskarżonego na swe życie? Śmierci poniesionej przezeń podczas zuchwałej próby ucieczki, zorganizowanej przy współudziale któregoś z opłaconych strażników więziennych? Lub zgonu będącego następstwem niefortunnego upadku ze schodów w areszcie? Jeśli zaś nawet nie zdarzyłby się żaden z tych godnych ubolewania wypadków, to korzyść wyniesiona przez prokuratora z wyłączenia Castro z rozprawy polegałaby na tym, że kiedy główna rozprawa, skupiająca na sobie uwagę opinii publicznej, już by się zakończyła, można by osądzić głównego oskarżonego, Fidela Castro, ukradkiem, cichaczem, odebrawszy mu możliwość przekształcenia procesu wytoczonego bojownikom 26 lipca w proces wytoczony przez nich panującemu reżimowi.
O tym, w jaki sposób prokurator postanowił wyłączyć Castro z głównej rozprawy, opowie nam sam Castro:

"Nocą, w piątek 26 września, w przeddzień trzeciej rozprawy, zjawili się w mojej celi dwaj lekarze więzienni; byli wyraźnie zmartwieni. „Przyszliśmy cię zbadać" — powiedzieli. „Któż się tak bardzo troszczy o moje zdrowie?" — zapytałem. W istocie już od pierwszej chwili zrozumiałem, o co chodzi. Nie mogli być bardziej uczciwi, powiedzieli mi prawdą.

Tego wieczora przybył do więzienia pułkownik Chaviano i oświadczył im, że ja wyrządzam rządowi nieobliczalne szkody na rozprawie oraz iż mają podpisać świadectwo, że jestem chory i z tego powodu nie mogę uczestniczyć w posiedzeniach sądu. Lekarze ci powiedzieli mi ponadto, że ze swej strony gotowi są złożyć rezygnację z zajmowanych stanowisk, czym narażali się na prześladowania; decyzję w tej sprawie pozostawili mnie. Trudno mi było prosić tych ludzi, by narażali się w sposób tak oczywisty, choć zarazem nie mogłem się zgodzić pod żadnym pozorem, aby te zamiary wobec mnie zostały zrealizowane. Postanowiłem pozostawić to ich własnemu sumieniu. Toteż ograniczyłem
się do następującej odpowiedzi: „Sami wiecie, jaka jest wasza powinność; ja zaś wiem dobrze, jakie są moje obowiązki".

Opuścili celę, a następnie podpisali świadectwo. Wiem, że postąpili tak w dobrej wierze, sądzili bowiem, że jest to jedyny sposób ocalenia mi życia, które w ich przekonaniu znajdowało się w poważnym niebezpieczeństwie. Nie zobowiązałem się do zatajenia treści naszej rozmowy. Czuję się jedynie zobowiązany do odsłonięcia prawdy. Jeżeli ujawnienie jej w tym wypadku mogłoby zagrozić interesom materialnym tych uczciwych ludzi, to poza wszelką wątpliwością pozostawiam ich poczucie honoru, a ono ma większą wartość.

Tej samej nocy zredagowałem list do sądu informujący o uknutym spisku, domagając się wizyty dwóch lekarzy sądowych, ażeby potwierdzili znakomity stan mojego zdrowia. Napisałem, że jeśli dla ocalenia mego życia miałbym przystać na takie zabiegi, to wolałbym je stracić po tysiąckroć. Dając do zrozumienia, iż gotów jestem sam jeden walczyć z tą podłością, dodałem do mego listu następującą myśl Jose Martego: „Jedna słuszna zasada może więcej niż cała armia". List ten, jak sądowi wiadomo, został przedstawiony przez doktor Melbę Hernández na trzeciej rozprawie w dniu 26 września. Udało mi się go jej dostarczyć mimo bezwzględnego nadzoru, jaki roztoczono nade mną. Z powodu owego listu podjęto oczywiście natychmiast represje: doktor Hernández została izolowana, mnie zaś, jako że byłem już izolowany, osadzono w najbardziej zapadłym kącie więzienia. Od tego czasu wszyscy oskarżeni byli drobiazgowo rewidowani od stóp do głów przed każdorazowym udaniem się na salę sądową.
Lekarze odwiedzili mnie 27 września i zaświadczyli, że rzeczywiście mój stan zdrowia jest znakomity. Jednak mimo kilkakrotnie ponawianych poleceń sądu nie doprowadzono mnie już na żadną rozprawę. Należy do tego dodać, że każdego dnia niezidentyfikowani osobnicy rozpowszechniali plotki o odbiciu mnie z więzienia. Była to idiotyczna próba fizycznej likwidacji mojej osoby pod pretekstem ucieczki. Gdy plan ten upadł dzięki ujawnieniu go w odpowiednim momencie przez moich zaalarmowanych przyjaciół, i gdy okazało się, że zaświadczenie lekarskie było fałszywe, władze nie miały innej możliwości zapobieżenia mojemu udziałowi w rozprawie niż jawne i bezczelne niedopuszczenie mnie na salę sądową. (...) Jak straszliwe zbrodnie musiał popełnić ten reżim, że tak bardzo się boi głosu jednego oskarżonego!"

Fidel Castro, oddzielony od swoich współtowarzyszy, stanął przed sądem sam.

Nie sądzono go w gmachu sądu, miejscu do tego przeznaczonym, lecz w sali pielęgniarek szpitala Saturnino Lora w Santiago de Cuba. Nie wpuszczono tam publiczności, wyjątek uczyniono jedynie dla kilku dziennikarzy.

Jako prawnik, Castro zrezygnował z pomocy adwokata. Jako oskarżony i obrońca w jednej osobie zażądał od sądu zezwolenia na opuszczenie miejsca przeznaczonego dla oskarżonego i zajęcie miejsca dla obrońcy.

Jego długa mowa obrończa — a właściwie mowa oskarżycielska — którą wygłosił 16 października 1953 roku (z mowy tej pochodziły wszystkie przytaczane przez nas wyżej cytaty), może być uznana za jeden z najbardziej przejmujących i najpiękniejszych tekstów politycznych, jakie powstały w naszych czasach. Ta mowa, licząca w druku blisko sto stron, nie utraciła do dzisiaj nic ze swej świeżości, wrażliwości moralnej, odwagi cywilnej, rewolucyjnej pasji. W przedmowie do zbioru, w którym zamieszczony został po raz pierwszy jej pełny przekład na język polski, Ryszard Frelek napisał m. in.: Przeszła ona do dziejów rewolucyjnego ruchu kubańskiego jako najostrzejsze i najpełniejsze, najgłębiej umotywowane i najśmielej postawione oskarżenie systemu, jaki wówczas panował.
Wygłaszając tę mowę Fidel Castro — który niespełna sześć lat później miał zostać premierem kubańskiego rządu rewolucyjnego — miał 27 lat.

23 października Castro został skazany, przy drzwiach zamkniętych, na 15 lat więzienia.

Wysłano go do specjalnego zakładu karnego na Isla de Ponos, Wyspie Sosen, a więc w jednym z najbardziej oddalonych i najsłabiej zaludnionych zakątków kraju. Skierowano tam także niektórych innych bojowników 26 lipca, wśród nich Raula Castro, skazanego na 12 lat. Reżim sądził, że jego więźniowie sczezną tam w zapomnieniu. Było to oczywiście złudzenie, jakiemu często ulegają ci, którzy wierzą w magiczną siłę przemocy, ponieważ przemoc jest fundamentem ich panowania.

Niepowodzenie akcji w dniu 26 lipca 1953 r. nie było końcem przedsięwzięcia podjętego przez Fidela Castro.
Było jego początkiem.

Po 10 marca 1952 r. Batista zabiegał przez kilkanaście miesięcy o „pojednanie się" ze społeczeństwem. Jeśli chodzi o partie polityczne, które rządziły krajem przed 10 marca, to dopuścił do udziału we władzy skorumpowanych przywódców republikanów (ci poparli go już dwa dni po zamachu stanu), a następnie przywódców liberałów i demokratów, którzy pogodzili się z nim rok później, i jedynie „autentyków" trzymał na uwięzi. Jeśli zaś chodzi o społeczeństwo, starał się być rzecznikiem ładu opartego wprawdzie na pogwałceniu konstytucji i praw obywatelskich, niemniej odnoszącego się z tolerancją do krytyków i nieposługującego się brutalnymi represjami. Batista miał nadzieję, że w ten sposób społeczeństwo oswoi się z nim i zaakceptuje go. Jednakże akcja zbrojna Fidela Castro oraz wystąpienia wielu wybitnych osobistości w obronie powstańców przekonały go, że jego taktyka obliczona na pozyskanie społeczeństwa skazana jest na niepowodzenie. Po 26 lipca przystąpił do represji, wprowadził stan wyjątkowy, zarządził cenzurę prasy.

W Departamencie Stanu USA nie powitano tych posunięć z zadowoleniem. Mimo że Batista był w zasadzie self-made-dyktatorem, tj. nie wprowadził się do Pałacu Prezydenckiego z inicjatywy ambasadora USA w Hawanie — co było wręcz wyjątkowym wypadkiem w historii Kuby — został zaakceptowany przez rząd Stanów Zjednoczonych. Po pierwsze, rząd USA był zadowolony z niedopuszczenia przez Batistę do ryzykownych wyborów, a po drugie — znał go jako wypróbowanego przyjaciela Białego Domu. Czy jednak z tego powodu, że Batista nie potrafił ugruntować swojej pozycji, Stany Zjednoczone miały być narażone na kłopoty i miano im — jako nadzorcy ładu politycznego na Kubie — zarzucać, że wspierają rządy dyktatorskie? Batiście doradzono więc przeprowadzenie wyborów. I Batista — kilka miesięcy po procesie Castro i jego towarzyszy — zapowiedział wybory, które miały się odbyć jeszcze w 1954 r.

Któż mógł jednak uwierzyć, że dyktator gotów jest opuścić Pałac Prezydencki? I że dokonawszy puczu tuż przed wyborami w 1952 r., w których nie miał żadnych szans na zwycięstwo, zgodzi się na uczciwe wybory w 1954 r., w których jego szanse byłyby jeszcze mniejsze? Wybory mogły być tylko farsą, a celem tej farsy — zapewnienie reżimowi Batisty formalnie konstytucyjnego charakteru. Kto by je poparł, ten ułatwiłby jedynie urzeczywistnienie planów uzurpatora. Nic więc dziwnego, że Batistę nie urządzało poparcie trzech kolaborujących z nim partii, i że starał się pozyskać dla idei wyborów Grau San Martina, proponując mu — podobnie jak 16 lat wcześniej, w 1938 r.— wystąpienie w roli kandydata opozycji. Wybory muszą bowiem oznaczać możliwość wybrania jednego spośród dwóch choćby kandydatów, którzy różnią się nie tylko kolorem włosów lub wzrostem. Batista zdawał sobie sprawę, że farsa wyborcza, którą planował, nie będzie mogła spełnić swej funkcji, jeśli wyzuta zostanie nawet z pozorów autentycznego aktu wyborczego. W pierwszej chwili Grau gotów był stanąć do pojedynku, ponieważ łudził się, że wybory będą aktem demokratycznym, a jednocześnie był przekonany, iż wyborcy — mimo rozczarowania ośmioletnimi rządami „autentyków" — będą woleli jego niż Batistę. Jednakże na kilka tygodni przed wyznaczonym terminem zrozumiał, że Batista chce go wykorzystać wyłącznie w roli aktora, którego udział jest niezbędny do wystawienia farsy, i wycofał się. W tej sytuacji Batista musiał zrezygnować z farsy — bądź też zdecydować się mimo wszystko na farsę. Wybrał to drugie. Wybory odbyły się 1 listopada 1954 r. Batista przedzierzgnął się z prezydenta samozwańczego w prezydenta „konstytucyjnego", a ci „autentycy", którzy wzięli udział w wyborach, pozwolili mu osłonić się parawanem demokracji parlamentarnej. Formalnie biorąc, rząd Batisty był teraz kontrolowany przez parlament, tyle że był to parlament, w którym opozycja nie miała nic do powiedzenia (uczestniczącym w wyborach „autentykom" przypadło 16 z 114 mandatów w izbie niższej i 18 z 54 mandatów w senacie).

Izolacja Batisty potęgowała się, natomiast Castro stał się postacią przyciągającą ku sobie coraz liczniejszych przeciwników dyktatury. Dzięki temu mógł on za pośrednictwem licznych przyjaciół przystąpić do odbudowy swej organizacji.

O wpływie, jaki ów niezwykły więzień wywierał nawet na oficjalne życie publiczne, świadczy fakt, że za jego sprawą doszło do kryzysu w rządzie Batisty. Otóż kiedy jeden z ministrów — minister spraw wewnętrznych — odwiedził więzienie na Isla de Pinos w celu przeprowadzenia dyskretnej rozmowy z Castro, a następnie fakt ten został ujawniony przez jednego z urzędników ministerstwa, w Pałacu Prezydenckim wybuchł skandal, zakończony ustąpieniem ministra Hermidy. Dodajmy na marginesie, że Hermidę zadenuncjował w liście otwartym jego sekretarz osobisty, Diaz Balart, człowiek zaprzedany Batiście. Osobliwej pikanterii dodała całej tej historii okoliczność, że Diaz Balart był szwagrem — czy wówczas już raczej byłym szwagrem — Fidela Castro.

Fidel poślubił mianowicie siostrę Diaza jeszcze jako student w październiku 1948 r. Z tego małżeństwa przyszedł wkrótce na świat syn — Fidelito. Po osadzeniu Castro na Isla de Pinos jego żona wystąpiła do sądu z wnioskiem o rozwód, później zaś, po obaleniu reżimu Batisty, opuściła Kubę i wyjechała wraz z synem do USA. Wracając zaś do Diaza Balarta: autor donosu na ministra Hermidę nie otrzymał, jak zapewne spodziewał się, nagrody za swą gorliwość; przeciwnie — dostał kopniaka, ponieważ reżimy dyktatorskie nie tolerują nielojalnych podwładnych - nielojalnych nawet wobec tych, którzy są nielojalni wobec najwyższego szefa — i musiał opuścić swój urząd razem z ministrem, którego pozbawił urzędu za pomocą donosu.
Po blisko 22 miesiącach pobytu w areszcie i więzieniu, 15 maja 1955 r., Fidel Castro opuścił celę, w której miał spędzić 15 lat. Zawdzięczał to oczywiście nie wielkoduszności Batisty, lecz jego kłopotom z opinią publiczną, a także jego nadmiernej pewności siebie. Opinia publiczna, wyrażająca się przede wszystkim za pośrednictwem prasy, domagała się bowiem od Batisty amnestii dla więźniów politycznych, zaś Batista sądził, iż może sobie pozwolić na wypuszczenie na wolność swoich przeciwników, i co więcej: że uwalniając więźniów politycznych, a tym samym zaspokajając żądanie opinii publicznej, umocni własną pozycję.

U bramy więzienia na Isla de Pinos oczekiwali Fidela Castro, jego brata oraz ich 18 współtowarzyszy dziennikarze. Towarzyszyli oni uwolnionym na statku, a następnie w pociągu. Na dworcu hawańskim, który przypomina dworce z filmów o Dzikim Zachodzie, tłum ludzi zgotował Fidelowi Castro niezwykłą owację.

Batista pomylił się, jeśli sądził, że Castro wróci do Hawany skruszony i zaniecha dalszej walki po lekcji otrzymanej od reżimu. Castro nawet nie zamierzał ukrywać, że będzie dalej walczył. Mówił o tym głośno i otwarcie. Dwa miesiące po wyjściu z więzienia upuścił Kubę, oświadczając przed wyjazdem, że wkrótce powróci do kraju, aby uwolnić go od dyktatury. Jego oświadczenie wydało się wielu śmiesznie buńczuczne, lecz Castro nie rzucał słów na wiatr, choć potrzeba było nieco czasu, aby jego ziomkowie to zrozumieli.

Na początku lipca 1955 r. do miasta Meksyk, stolicy Meksyku, przybył 29-letni Kubańczyk, który obudził czujność miejscowej policji — Fidel Castro Ruz, zawód — adwokat, stan cywilny — rozwiedziony, dzieci — syn Fidelito Castro Diaz.

Castro zamieszkał w niewielkim apartamencie przy calle Emparán.

Dokładnie 10 dni po przyjeździe, 19 lipca, zwołał wiec, na którym proklamował utworzenie organizacji pod nazwą Movimiento Revolucionario del 26 de julio — Ruch Rewolucyjny 26 Lipca, określanej później skrótem M-26-7.

Zadaniem organizacji miało być obalenie — przy użyciu m. in. walki zbrojnej — dyktatury Batisty. Do organizacji mógł przyłączyć się każdy, kto był gotów wziąć udział w walce.

W tydzień później — w drugą rocznicę akcji powstańczej w Santiago de Cuba — Castro ogłosił odezwę do narodu kubańskiego. Oznajmił, że celem jego wałki jest, po pierwsze, obalenie reżimu Batisty, a po drugie — ustanowienie na Kubie demokratycznego porządku politycznego w oparciu o konstytucję z 1940 r., którą Batista najpierw podeptał, a następnie formalnie zawiesił.
Pierwszy z tych dwóch celów był całkowicie jednoznaczny. Natomiast drugi... Owszem, również drugi cel mógł się wydawać jednoznaczny, jednak nie był jednoznaczny.
Pisaliśmy już, że konstytucja kubańska z 1940 r. — pod względem obszerności nie mająca bodaj sobie równej w świecie — była w ramach burżuazyjnego porządku społecznego konstytucją postępową, zawierającą m. in. doniosłe postanowienie o likwidacji na Kubie latyfundialnej własności ziemskiej.

Społeczność

jednolity front