Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 14 gości.

Praca - moja miłość..

Dzerzhinsky_1902.jpg

Bożena Krzywobłocka: Opowieść o Feliksie - część piąta

PRACA – MOJA MIŁOŚĆ…

Część czwarta: http://1917.net.pl/?q=node/6488

Uciekinier pojawił się najpierw w Warszawie, gdzie czekała go smutna wiadomość o śmierci Antka Rosoła, który zmarł w czerwcu 1902 roku — niebawem w prasie SDKPiL ukaże się piękne wspomnienie o zmarłym pióra „Astronomka”.
Z Warszawy poprowadziły Dzierżyńskiego nielegalne drogi do Berlina. Miał tam wówczas okazję spotkać przywódców SDKPiL, o których wyłącznie słyszał i których znał z korespondencji. Spotkał się z Różą Luksemburg i Janem Tyszką-Jogichesem, Julianem Marchlewskim i Adolfem Warskim. Zaczęły się od razu ostre dyskusje z Dzierżyńskim, który zarzucał towarzyszom zajmowanie się pracą publicystyczną i oddalenie od rewolucyjnej walki mas w kraju.

Na wniosek Dzierżyńskiego zwołano konferencję partyjną w sierpniu 1902 roku — miała się ona odbyć pod Berlinem. Dzierżyński osobiście napisał zaproszenie do Cezaryny Wojnarowskiej, przebywającej w Paryżu. Cezaryna Wanda Wojnarowska stanowiła dla działaczy SDKPiL żywy symbol tradycji rewolucyjnej. Zaczęła bowiem swą działalność w kółkach socjalistycznych, potem była członkinią Proletariatu, więźniem caratu i władz austriackich. Z ramienia SDKPiL zasiadała od 1900 roku w Międzynarodowym Biurze Socjalistycznym.

Miała bardzo ożywione kontakty z działaczami rosyjskiego i francuskiego ruchu robotniczego, współpracowała z prasą socjalistyczną całej Europy.

Feliks przedstawił się Wojnarowskiej prawdziwym imieniem i nazwiskiem oraz złożył króciutką informację o swych działaniach w SDKPiL:

„Przyjeżdżam więc z Syberii. I pragnę położyć już resztki swych sił za wspólną naszą sprawę. Dlatego to wziąłem się za to. Ja po załatwieniu wszystkiego tutaj wyjadę znowu do kraju. Muszę dodać wam, że mam lat 25 (piszę to, albowiem wobec powyższego mogłybyście się zdziwić, jak mnie zobaczycie tak młodym).

W kraju obecnie sprawa, zdaje się (z ostatnich wiadomości), zaczyna się na nowo podźwigać — tym bardziej trzeba do tego się nam przyczynić”.

Wprawdzie Cezaryna nie przyjechała do Berlina, ale konferencja się odbyła. Toczono dyskusje na temat działalności wydawniczej, więzi partii z krajem oraz pracy zagranicznej organizacji SDKPiL.

Dzierżyński już pod nowym pseudonimem „Józef” ostro krytykował kierownictwo partii za bierność i oderwanie od mas. Żądał także ścisłej współpracy z ruchem rosyjskim. Na jego wniosek zapadła decyzja o wydawaniu masowej gazety „Czerwony Sztandar”, postanowiono także zwiększyć częstotliwość ukazywania się i objętość innych pism partyjnych. Konferencja wybrała „Józefa” na sekretarza Komitetu Zagranicznego SDKPiL.

Przysłuchując się ostrej krytyce władz partii ze strony młodego człowieka, Róża Luksemburg i Marchlewski zaczęli go żartobliwie nazywać „chorążym orszańskim”. Marchlewski, który był autorem poważnej pracy naukowej o fizjokratach w dawnej Polsce, przekomarzał się z Dzierżyńskim na temat jego XVIII-wiecznych przodków. W starych herbarzach figurowali Dzierżyńscy w roli strukczaszych orszańskich bądź regentów grodzkich orszańskich, natomiast inni XVIII-wieczni panowie Dzierżyńscy pełnili funkcje związane raczej z powiatem grodzieńskim. Ale Feliks nie lubił żartów ze swych ukochanych stron rodzinnych. Przekonywał Marchlewskiego, że człowiek pochodzący z równin — jak on z Kujaw — nie może mieć nawet pojęcia o rzekach płynących zakolami w zieleni puszcz litewskich. Marchlewski chwalił swe strony rodzinne: — Ziemie pszenno-buraczane moich Kujaw — to przecież nie nieużytki i piaski, choćby i najbardziej urodziwe.

Ale Dzierżyński nie podejmował żartobliwej zaczepki. Był chory i smutny. Wysłano go do Szwajcarii, by ratował zdrowie. Pozwolił sobie nawet na tygodniowy pobyt w sanatorium. Następnie przeniósł się do tańszego pensjonatu.
Przyjazd do Szwajcarii pozwolił mu spotkać swą ukochaną. Julia nadal przebywała w sanatorium, a jej stan zdrowia budził poważne obawy.

Feliks miał dość przymusowej bezczynności w więzieniu, teraz wyrywał się do pracy partyjnej, do kraju. Trapiła go własna choroba, gnębił stan zdrowia Julii. Pobyt w Berlinie dał mu wiele do myślenia. Rozbieżności dotyczące strategii i taktyki w SDKPiL były już wówczas dość znaczne, co znajdowało wyraz w korespondencji Feliksa w sprawach partyjnych. Spotykał się stale z przebywającymi w Szwajcarii towarzyszami.

Nie znosił bezczynności — włóczył się po górach i dolinach w okolicach Jeziora Genewskiego. Wędrówki piesze też mu jednak nie wystarczały — wziął się do pracy, poszedł na praktykę do drukarni. Uważał, że pracuje niewiele, bo zaledwie 6—8 godzin dziennie.

W listach do Aldony z Genewy znalazły się rozważania na temat miłości:

„Jeden mówi kocham — i jest to słowem dla niego tylko, bo tylko mówi, a nie czuje — kto dziś nie mówi, że „kocha" bliźnich — to faryzeuszostwo nikczemne, to jad ten, który od dziecka już nas truje. Inny zaś mówi „kocham” i znajduje oddźwięk w duszach ludzkich, bo za tym słowem występuje człowiek z uczuciem, z miłością. A więc by się porozumieć, mówmy o tym, co rzeczywiście wspólnie kochamy”.
Wspólna miłość — to dzieci. Feliks z prawdziwym uczuciem pisał o swych małych siostrzeńcach: Toniu, Maniusiu, Rudolfku i Heluni.

„Nie wiem, dlaczego tak kocham dzieci — jak nikogo, gdy się z nimi stykam, jakoś ulatnia się zwykły mój zły humor, zakłopotanie się pewne, które czuję stykając się z ludźmi już dorosłymi (...)”

I tu pozwala sobie unieść się własnym nierealnym marzeniom:

„...własnych dzieci nie mógłbym kochać więcej niż nie własnych. Z żoną ja bym [się] zaraz pokłócił, czułbym się skrępowany, to [by] mi ciężyło i pożycie nasze byłoby piekielne. A z dziećmi to co innego. Gdy mi zbyt ciężko na duszy, marzę o tym, że dostałem dziecko jakiekolwiek, podrzutka jakiego — i noszę się z nim, i nam jest dobrze. Ja żyję dla niego, czuję go koło siebie, a on mnie kocha tą dziecięcą miłością, w której nie ma obłudy, ja czuję ciepło tej miłości i chce mi się strasznie mieć go przy sobie. Lecz to tylko marzenie. Życie moje nie może mi na to pozwolić, muszę wciąż wędrować, a z dzieckiem nie mógłbym, bo cóż z nim by się stało. Często, często wydaje mi się, że matka nawet nie kocha tak gorąco jak ja”.

Ale sprawy obowiązku partyjnego zmusiły Feliksa do wyjazdu ze Szwajcarii, mimo że nadal w sanatoriach tamtejszych leżała chora Julia. Po powrocie do kraju pojechał nielegalnie do Królestwa. Choroba jednak dała się mu tak dalece we znaki, że uległ namowom swego przyjaciela, doktora Bronisława Koszutskiego, i pozwolił, by ten oddał go na leczenie do sanatorium Bratniej Pomocy w Zakopanem. Dzierżyński występował wtedy jako Józef Domański. Pisywał z Zakopanego listy pełne tęsknoty za kimś bliskim, przypominał Aldonie, jak go w dzieciństwie niesprawiedliwie stawiała do kąta, ale stale wracał myślą do wspólnych rodzinnych wigilii w Jodzie i do zabaw z echem w Dzierżynowie. Pozwalał sobie na jedyny luksus: marzenia.

Pisał w grudniu 1902 roku z Zakopanego:

„Biało, bialusieńko na dworze, na ulicach zaspy śniegu, lecz ciepło, rozmarza to jakoś dziwnie, tchnie tęsknotą za czymś i za kimś. Chce się mieć koło siebie druha ukochanego, czuć tętno serca jego, patrzeć mu w oczy i się pieścić, pieścić bez końca. Tu w górach, daleko od świata, marzę często, chcę często poczuć ciało ciepłe obok siebie, rączki malutkie na szyi, szczebiotanie miłe i oddech świeży dziecka Maniusi. Tak, ta twoja dzieweczka oczarowała mnie i sama o tym nie wiedząc jest może najdroższą dla mnie istotą na świecie. Niedawno znowu widziałem ją we śnie, jak objąwszy mnie za szyję szczebiotała „nie puszczę, wujaszku”. Życie w górach rozmarza, a ja marzyć nie mogę. Wyjeżdżam z Zakopanego, 2 miesiące kuracji ulżyło mi znacznie, przybyło mi wagi, mniej kaszlam. Wypocząłem, ciągnie mnie do miasta”.

Dzierżyński jechał do Krakowa, ale źle się czuł w mieście pełnym lojalistów. Zamieszkał w sąsiedztwie Koszutskiego i gdy ten zachorował na tyfus — to właśnie niedawny pacjent i protegowany zajął się swym lekarzem, pielęgnując samotnika w ciężkiej chorobie. Doktor Koszutski mógł się przekonać, że dobro czynione bliźnim zwraca się dobroczyńcy.

Gdy Koszutski już zdrowy przybiegł do przyjaciela z radosną nowiną, że akurat się zaręczył, Feliks odpowiedział: „To świetnie, przewieziesz transport literatury nielegalnej przez kordon graniczny”. Koszutski pomagał w korekcie „Czerwonego Sztandaru”. Do pisma tego i jego kolportażu przywiązywał Feliks dużą wagę.

Mógł odczuć sporą satysfakcję — oto w listopadzie 1902 roku ukazał się wreszcie pierwszy numer pisma SDKPiL, przeznaczony do celów masowej agitacji. Pismo na wniosek Feliksa otrzymało nazwę „Czerwony Sztandar”, a jego winieta w secesyjnym stylu nawiązywała zarówno do walki masowej robotników, jak i do tytułu wiersza Bolesława Czerwieńskiego, który stał się hymnem bojowników socjalizmu. Dzierżyński był pod wielkim urokiem potężnej pieśni polskiego proletariatu i tekst jej znalazł się na pierwszej kolumnie nowego pisma. Pierwszy numer „Czerwonego Sztandaru” zredagował w Krakowie sam Dzierżyński, a wydrukowano go w Zurychu w nakładzie 2000 egzemplarzy.

Pismo z zaboru austriackiego przemycano przez kordony graniczne do Królestwa, gdzie spotykało się z entuzjastycznym wręcz przyjęciem adresatów. Gdy „Czerwony Sztandar” zaczął się ukazywać, nikt z jego twórców nie przewidywał, że przetrwa on aż do sierpnia 1918 roku, towarzysząc walkom klasowym polskiego proletariatu.
Od nowego roku 1903 Dzierżyński pogodził się z losem i osiadł w Krakowie, choć życie się w nim wlokło, a ludzie spędzali zbyt wiele czasu — jego zdaniem — w knajpach i na plotkach. Feliks postanowił zapisać się na filozofię na Uniwersytet Jagielloński. Próbował też zarabiać, pracując na Uniwersytecie Ludowym, którego zadaniem było szerzenie wiedzy w najszerszych masach. „...z biedą żyję” — pisał do Wojnarowskiej do Paryża. Ponadto pracował przy wydawaniu „Czerwonego Sztandaru” i próbował wraz z towarzyszami zalegalizować SDKPiL w c.k. państwie austriackim. Skupił wokół siebie członków partii, przebywających na terenie Krakowa i stworzył z nich sekcję partyjną. Członkowie tej sekcji wykonywali wiele prac, a zwłaszcza kolportowali z powodzeniem literaturę propagandową. Feliks sporo jeździł w sprawach partyjnych do Berlina, Monachium, Szwajcarii, gdzie nadal drukowano „Czerwony Sztandar”, a także nielegalnie do Królestwa Polskiego. Wypady do Królestwa przynosiły mu najwięcej radości, choć zdawał sobie sprawę z grożącego mu tam niebezpieczeństwa.

Ten wyczerpujący tryb życia nie był jednak bez znaczenia dla zdrowia „Józefa”. Poza stałymi obowiązkami spadały na niego różne dodatkowe obciążenia. Róża Luksemburg prosiła, by informował szczegółowo o pracach partyjnych Wojnarowską, która uskarżała się na brak informacji z kraju.

„...Ja sama, jak wiecie, nie przyjmuję udziału w praktycznych detalach, więc jej nie mogę o niczym informować. Adolf Warski ma i tak masę korespondencji. Pisujcież Wy do tej zacnej duszy od czasu do czasu o tym, co się u nas dzieje wszak wiecie, jak dalece ona jest sprawie oddana”.

Dzierżyński był w tym czasie pod wielkim wrażeniem pracy Lenina „Co robić?”. Na łamach „Czerwonego Sztandaru” opublikował artykuł pt. „Kilka uwag o demonstracjach”, napisany pod wpływem tej lektury. Artykuł uczył rozpoznawania swych sił przed urządzeniem demonstracji, a także zastanowienia się nad sposobem zorganizowania przebiegu owego masowego wystąpienia. „Józef” zdawał sobie sprawę, że na obecnym etapie rozwoju ruchu robotniczego szanse powodzenia mają wyłącznie solidarne wystąpienia wielkich zbiorowisk proletariatu: „Pierwszym więc warunkiem przy urządzaniu demonstracji — pisał — powinna być pewność, że nie będzie ona czynem garstki bohaterów, lecz aktem zbiorowego protestu całego ludu robotniczego danego miasta, aktem walki masowej”. Logiki tych wywodów nie rozumieli do końca jego bliscy towarzysze z kierownictwa SDKPiL, jak Jogiches, którzy pamiętali ze swych własnych doświadczeń wyłącznie ruch kółkowy oraz niewielkie zorganizowane grupy terrorystów.
Dzierżyński przeczuwał bliskie już nadejście czasów rewolucyjnych, w których potrzebna będzie działaczom umiejętność realnych ocen szans i podejmowania szybkiej, odpowiedzialnej decyzji. Pragnął, by prasa robotnicza, a także szkoły agitatorów uczyły tych trudnych umiejętności.
W lutym 1903 roku zapowiadał Aldonie: „Projektuję za miesiąc pojechać do Szwajcarii do swej narzeczonej, chorej, leżącej w sanatorium. Nie wiem, czy się uda, tyle projektów mam co dzień, że boję się wprost myśleć o nich...”

W maju był już w Szwajcarii, pisał, że wdycha górskie powietrze i znakomicie się odżywia. „Nieznośna to rzecz nosić w sobie wroga, który cię nie odstępuje”. Pisał siostrze, że stykał się z lekarzami, widać znowu gorzej się czuł. W liście do Cezaryny usprawiedliwiał się:
„zawiniłem i wobec Was, i wobec partii — kilka miesięcy bawiłem w Szwajcarii i na ten czas straciłem wątek z towarzyszami, siedziałem w górach, do nikogo prawie nie pisałem, a wciąż tylko nosiłem się z zamiarem napisania do wszystkich. Teraz od kilku dni z łona przyrody wróciłem na łono partii i najsolenniej Wam obiecuję, że będę pisywał do Was”.

Dzierżyński był gorącym zwolennikiem szybkiego zjednoczenia Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy z Socjaldemokratyczną Partią Robotników Rosji. W tym czasie Lenin na łamach gazety bolszewickiej „Iskra” prowadził kampanie, na rzecz zwołania II Zjazdu partii. Komitet organizacyjny Zjazdu zaprosił do udziału w nim przedstawicieli SDKPiL. W związku z tym „Józef” i Adolf Warski zaproponowali zwołanie do Berlina kolejnego zjazdu SDKPiL — na obradach miano przedyskutować problemy, wiążące się ze współpracą z SDPRR. W lipcu odbył się IV Zjazd SDKPiL, a w jego uchwale znalazło się zdanie: „Koniecznością jest utworzenie jednej socjaldemokratycznej organizacji dla całego państwa rosyjskiego”.

Jako delegaci SDKPiL uczestniczyli w II Zjeździe SDPRR Adolf Warski i Jakub Hanecki. Ów zjazd miał wielkie znaczenie dla rosyjskiego ruchu robotniczego, a także dla ruchu międzynarodowego. Powstała bowiem wówczas rewolucyjna partia nowego typu - partia bolszewików.
Nie doszło jednak wtedy do jej zjednoczenia z SDKPiL. Polscy delegaci zajęli bowiem odmienną postawę w kwestii narodowej. Wystąpili przeciw leninowskiemu hasłu o prawie narodów do samookreślenia; proponowali zdjęcie tego punktu programu z porządku dziennego. Zjazd nie zgodził się i polscy delegaci na polecenie Róży Luksemburg opuścili obrady. Dzierżyński podzielał poglądy kierownictwa SDKPiL w tej kwestii, toteż gdy Wojnarowska zaczęła pisywać ostre listy z uwagami krytycznymi o postawie delegatów, ich przyjazna dotąd korespondencja straciła wiele na swej serdeczności. Wojnarowska atakowała, a Dzierżyński odpowiadał równie polemicznie.

Dyskusja w gronie kierownictwa SDKPiL trwała, pisał o niej Dzierżyński do Wojnarowskiej ze wsi pod Berlinem, gdzie znaleźli się w jednym domu Warski, Turscy, Czarnecki i Dzierżyński. Przez parę miesięcy przebywał zresztą „Józef" w Berlinie, robiąc stamtąd dorywcze tylko wypady do kraju. Skarżył się niekiedy na wyjątkowo niekorzystny berliński wilgotny klimat i przykre wiatry.

Sprawa postawy delegatów polskich na II Zjeździe SDPRR nie zakończyła się zresztą bynajmniej na wymianie ostrej korespondencji między kierowniczymi działaczami SDKPiL a Zagraniczną Grupą SDKPiL w Paryżu, której najbardziej szanowanym przedstawicielem była Wojnarowska. W rezultacie tych polemik Wojnarowska na znak protestu złożyła swój mandat przedstawiciela SDKPiL w Międzynarodowym Biurze Socjalistycznym. Była to poważna strata dla partii, ponieważ Cezarynę wysoko ceniono w kręgach międzynarodowego ruchu robotniczego, w szczególności zaś więzy serdecznej przyjaźni łączyły ją z przywódcami francuskiej socjaldemokracji oraz z Jerzym Plechanowem.
Dla Dzierżyńskiego sprawa ta miała o tyle denerwujący przebieg, że osobiście nie ponosił winy za incydent zjazdowy; delegatem na II Zjazd wprawdzie wybrano i jego, ale towarzysze rosyjscy prosili, by przyjechało tylko dwóch przedstawicieli SDKPiL, nie brał więc udziału w obradach. Instrukcje delegatom posyłała Róża Luksemburg, która uważała się za autorytet teoretyczny zwłaszcza w kwestii sprawy narodowej.

Dzierżyński był zwolennikiem wspólnej walki i solidarności proletariatu od samego początku swego działania w ruchu robotniczym. Ale równocześnie był fanatykiem dyscypliny partyjnej, która powinna być tym ostrzejsza — z im bardziej doświadczonym i wypróbowanym towarzyszem mamy do czynienia. Stąd też czuł się zobowiązany do ostrych słów pod adresem Cezaryny i jej przyjaciół. Trudno było jednak zdobyć uznanie wśród działaczy krajowych, którzy z kolei atakowali sam pomysł zwołania IV Zjazdu poza granicami kraju i to bez faktycznych przedstawicieli organizacji krajowej. Przedstawiciele krajowej organizacji byli gotowi uznać uchwały odbytego już zjazdu partii, ale pod warunkiem, że Zarząd Główny będzie odtąd znajdował się w kraju oraz że zostaną wyjaśnione okoliczności, w jakich doszło do pospiesznego zwołania zjazdu i pozbawienia możliwości wysłania delegatów przez ośrodki robotnicze w kraju.

Feliks odczuwał całą niezręczność tej sytuacji, zwłaszcza że uważał organizację krajową za najważniejszą część partii. Sam jeździł ciągle do kraju, traktując swe przymusowe wygnanie jako tymczasowe zło konieczne. Był jednak działaczem lojalnie przestrzegającym nie tylko dyscypliny, ale i hierarchii w obrębie władz. Nie wpływało to korzystnie na stan jego nerwów, tym bardziej że przeżywał także dramat osobisty.

Swą aktywnością w pracy partyjnej starał się zagłuszyć niepokój o życie Julii, która dogorywała na gruźlicę. Pisał do Aldony w grudniu 1903 roku z Berlina:
„Moja narzeczona im dalej, tym bardziej chora. Obecnie mieszka we Włoszech i beznadziejnie jest chora i zupełnie samotna. Pędziłem precz od siebie wszelkie marzenia szczęścia, chciałem wyrwać zupełnie z siebie wszelkie przywiązanie, nie mieć życia osobistego, a żyć myślą, abstrakcją w tej walce z biedą, w tej rozterce wewnętrznej — przeszło pół roku”.

Zdawał sobie sprawę z beznadziejności stanu swej ukochanej. Tymczasem wypadki historyczne odrywały go od jego osobistych spraw. W roku 1904 rozpoczyna się wojna rosyjsko-japońska. Przed jej wybuchem powołano do armii carskiej tysiące rekrutów z Królestwa. Zarząd Główny SDKPiL wydał w listopadzie 1903 roku specjalną odezwę, w której wzywał polskich rekrutów do solidarności z ludem rosyjskim, apelował, aby żołnierze nie dali się użyć przeciwko strajkującym chłopom czy robotnikom. Zalecał także wstępowanie do nielegalnej Wojskowej Rewolucyjnej Organizacji. Przewidywano, że rekruci mogą zostać wysłani, „abyście na kraj świata szli wyrzynać jakichś Chińczyków albo Japończyków, którzy wam nigdy złego nie czynili”. Po wybuchu wojny nacjonaliści rosyjscy zapowiadali błyskawiczne zwycięstwo. Nie doceniano przeciwnika ani splotu skomplikowanych interesów kapitalistów zachodnich, popierających militarnie Japonię. W Petersburgu zlekceważono japońskie ultimatum.

Mimo groźnej i nieprzejednanej postawy rządu rosyjskiego, mimo propagandy lekceważącej przeciwnika pod hasłem: „Czapkami zarzucimy” okazało się, że Rosja zupełnie nie była przygotowana do wojny. Przez pierwsze trzy miesiące niemal nie podjęto walk na lądzie — obie strony gromadziły bowiem siły. Rosja miała jako jedyną arterię komunikacyjną jednotorową kolej syberyjską. Floty we Władywostoku i Port Arturze były sparaliżowane przez pola minowe Japończyków. Zaczęli oni niebawem odnosić sukcesy, odcinając linię kolejową biegnącą do Portu Artura, rozpoczęli także oblężenie tej twierdzy, którą zdobyli po siedmiu miesiącach walk. W Mandżurii trwała wojna w okopach — dla Rosjan była ona okresem bezczynności, Japończycy natomiast zamknęli okrążenie Portu Artura.

W Rosji narastały nastroje niezadowolenia i buntu. Klęski ponoszone w wojnie z Japonią powodowały przyspieszenie radykalizacji nastrojów mas. Wojskowa Rewolucyjna Organizacja prowadziła także agitację w szeregach żołnierzy, nawołując, by nie dawali się wysyłać na front do Mandżurii, aby ginąć tam w interesie garstki kombinatorów.

Dla bystrzejszych obserwatorów życia społecznego było jasne, że nastroje mas dojrzewają do rewolucji.
Julia Goldman zmarła na rękach Feliksa w sanatorium. Bardzo ciężko przeżył tę śmierć. Pisał do Aldony w lipcu 1904 roku, już po powrocie do Krakowa:

„Najgorsze, że jestem teraz apatyczny do wszystkiego i nie chce mi się nic robić ani myśleć, ani czuć, ani żyć. Jedyne, o czym marzę, to wyjechać gdzieś na wieś. Są to jednak marzenia — nie mogę stąd wyjechać i jak automat muszę swój tryb życia dalej prowadzić. Mus to nie zewnętrzny, lecz wewnętrzny. W walce urwało się w mej duszy i życiu prawie wszystko po kolei, com wyniósł z domu, z rodziny, z czasów szkolnych i — pozostała we mnie jedna sprężyna, która z nieubłaganą siłą pcha mnie ku końcowi. Być może, im prędzej to nastąpi — tym lepiej dla mnie. Nie przerażaj się, Aldono moja, jest to być może chwilowy nastrój i być może przejdzie wkrótce (...)
Z jakąż rozkoszą objąłbym te lasy nasze i łąki — dom nasz, sosny na podwórzu i ogrodzie i całe ustronie nasze. One są obojętne na mnie. I gdybym wrócił i one by inne były, i ja tak się zmieniłem. Tyle lat, tyle życia i cierpień, i radości, i smutków upłynęło”.

Ten ciężko chory i zapracowany człowiek, załamany po śmierci ukochanej kobiety znajdował dość siły na to, by pocieszać Aldonę po śmierci jej córeczki. W liście tym możemy znaleźć swoistą filozofię cierpienia, której uległ Dzierżyński.

„Moja Aldonuś Kochana! List Twój smutny i mnie smutkiem przejął. Nie będę cię pocieszał — trzeba przeboleć, a cierpienie to udział ludzki, a wierzaj, szczęśliwi ci, co zasnęli na wieki. Żyć trzeba; temu, kto żyje — trzeba płakać, trzeba się męczyć, trzeba żyć dla innych, aż śmierć przyjdzie, jak złodziej w nocy i nas wyzwoli i błogosławić jej powinniśmy. A stokroć szczęśliwsi ci, którzy nie zaznali tego życia i zasnęli. A Ty musisz się męczyć, nie możesz nie płakać — powinnaś żyć, przeboleć to, znów się męczyć i wreszcie sama zaśniesz. Ja tęsknię za tym wyzwoleniem i często zdaje mi się — już, już tak blisko ono — złudzenia to jednak i dalej żyć muszę. Jestem zmęczony życiem. Ten sam los, który mię zamęczył, chwieje się, lecz dość ma życia, by zatruć mi życie. Pytasz, jak żyję? A więc się męczę i to moje szczęście. Kończę, Aldonuś moja — żal Twój jest moim żalem i łzy Twe są mymi łzami — het tam gdzieś jest słonko, są różne dla nas te słonka, lecz patrzmy w nie, a ból nasz się ukoi, a ciepło wstąpi do serc naszych, bo zrozumiemy sens naszych cierpień, ich posłannictwo”.

Wytężona praca na wielu polach działalności rewolucyjnej pomagała Dzierżyńskiemu przezwyciężyć jego rozpacz po śmierci Julii.

Jesień 1904 roku w Królestwie zwiastowała zbliżający się potężny przełom w dotychczasowym życiu społeczeństwa. Gimnaziści odbywali coraz częściej nielegalne zebrania. Po raz pierwszy padły strzały do policjantów i żandarmów — to PPS zorganizowała zbrojną demonstrację przeciwko mobilizacji na wojnę japońską. Andrzej Niemojewski organizował wiece i zebrania, na których proponował, by zebrani pisali petycje do cara o ustanowienie autonomii Królestwa i nadanie konstytucji a wraz z nią przyznanie podstawowych swobód demokratycznych.

Na jedno z takich zebrań przyszła niewielka osóbka o ciemnych oczach — Zofia Muszkat. Panna miała wówczas 22 lata, ukończone żeńskie gimnazjum państwowe ze złotym medalem, chodziła do konserwatorium oraz na wykłady tajnego „uniwersytetu latającego”. Była członkinią nielegalnego stowarzyszenia nauczycielskiego, gdzie istotną rolę odgrywała Stefania Sempołowska. Zofia miała w szkole przyjaciółkę — swą imienniczkę — Smosarską. Druga Zofia była szwagierką znanego działacza ruchu socjalistycznego, Ludwika Kulczyckiego. Od niej pierwszej 16-latka usłyszała słowo „socjalizm” i chociaż obie dziewczyny nie bardzo rozumiały treść owego pojęcia, wiedziały jedno, że socjaliści — to ludzie walczący o wolność i lepsze jutro, o sprawiedliwy ustrój społeczny, za co są prześladowani przez carat.

Na jesieni 1904 roku Zofia Muszkat zetknęła się z socjalistami. Zaproszono ją w stowarzyszeniu nauczycielskim na jedno ze zgromadzeń, na których zamierzano pisać petycję do cara o swobody demokratyczne dla Królestwa. I wówczas wystąpił z ostrą krytyką referenta i pomysłu zwracania się z petycjami do cara młody, bardzo elegancki człowiek. Wydrwił w ogóle sam pomysł petycji, wzywając do walki o obalenie absolutyzmu carskiego i stworzenie z Rosji demokratycznej republiki.
Przemówienie oponenta zrobiło wielkie wrażenie na Zofii — niebawem miała się dowiedzieć, że mówcą był „Marcin” — jeden z wybitnych działaczy SDKPiL. Prawdziwe nazwisko mówcy brzmiało Wincenty Matuszewski, z zawodu był krojczym w domu Hersego, gdzie doskonale zarabiał. Ale „Marcin” ze swych zarobków sporo oddawał na cele partyjne, a ponadto utrzymywał zwykle nielegalną drukarnię wraz z drukarzem.
Starszą koleżanką Zofii Muszkat, jeszcze z pensji J. Sikorskiej, była Wanda Kral, aktywna członkini SDKPiL od roku 1902. Wanda, będąc ciężko chorą osobą i nie mogąc aktywnie służyć partii, oddała do jej dyspozycji swój domek przy ul. Prostej 36. Zofia stopniowo wciągała się do pracy partyjnej — najpierw dała swój adres dla korespondencji partyjnej z zagranicy. Następnie zaczęła bywać w domu Wandy, a wreszcie stała się członkinią SDKPiL.
U Wandy znajdowała się niewielka nielegalna drukarnia, zorganizowana przez „Marcina”, który sam drukował odezwy. Wanda Kral przeprowadzała na miejscu korektę druków.
Bywanie Zofii w domu Wandy zaczęło się od zaprosin gospodyni, by Zofia przyszła i zechciała pograć trochę na fortepianie jej gościom, ponieważ, jako nielegalnicy, nie mieli żadnych rozrywek. Nie mogli uczęszczać ani do teatru, ani na koncerty. Na pierwsze spotkanie Zofia szła bardzo skrępowana, ale atmosfera była tak cudowna, że bardzo szybko poczuła się wśród swoich. Później prawie każdego wieczoru bywała u Wandy i grała Chopina, Griega, Schumanna, Czajkowskiego. Od swych słuchaczy nauczyła się śpiewać polskie i rosyjskie pieśni rewolucyjne. Zapamiętała, że nie było wówczas polskich słów Międzynarodówki.

Tak narodziła się „Czarna” — taki bowiem pseudonim nadali Zofii jej towarzysze.

Niebawem właśnie u Wandy Kral miało nastąpić pierwsze spotkanie Zofii z jej przyszłym mężem, czyli Feliksem Dzierżyńskim. „Czarna" osobiście poznała „Józefa” na początku 1905 roku, ale wiedziała o nim sporo z opowiadań towarzyszy. Mówili o nim jako o niezwykłym działaczu, najbardziej oddanym partii, o jego rewolucyjnym zapale i ucieczkach z zesłania.

W pamiętny dla siebie słoneczny i mroźny dzień zimowy Zofia przyszła do Wandy ze świeżo otrzymaną korespondencją partyjną i zastała u niej nieznanego, wysokiego, szczupłego mężczyznę. Był to — jak wspomina Zofia — jasny szatyn z krótko ostrzyżonymi włosami, bladą twarzą, z ognistym, przenikliwym spojrzeniem pięknych szarozielonych oczu. Powitali się mocnym uściskiem dłoni i Zofię uderzyło to, że nowo poznany towarzysz wie o niej sporo, chociaż była tylko szeregowym członkiem partii i jej funkcja nie należała do najbardziej istotnych. Jego prawdziwe nazwisko miała poznać dopiero kilka lat później, gdy gazety napisały obszernie o sprawie Feliksa Dzierżyńskiego, skazaniu go na wieczne osiedlenie na Syberii oraz o pozbawieniu wszelkich praw.

Zaczynał się rok 1905 i wszyscy działacze ruchu robotniczego oczekiwali wybuchu rewolucji.

Bożena Krzywobłocka, „Opowieść o Feliksie”, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, str. 71-86.

Społeczność

BLOOD