Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 13 gości.
warning: DOMDocument::loadHTML() [domdocument.loadhtml]: Unexpected end tag : strong in Entity, line: 1 in /home/virt104114/domains/1917.net.pl/public_html/modules/linkintel/linkintel.module on line 363.

Andrzej Bińkowski: Kuba, Castro, Rewolucja (część czwarta)

Fidel Castro

Część trzecia: http://1917.net.pl/?q=node/6754

Andrzej Bińkowski, "Kuba, Castro, Rewolucja", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1980.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym postanowieniu. I wyjaśnijmy, dlaczego było to postanowienie śmiałe i doniosłe.

Zjawiskiem określającym stosunki agrarne, tj. główną postać panujących na Kubie stosunków ekonomicznych, było występowanie gospodarki obszarniczej. Latyfundia, w których przede wszystkim uprawiano trzcinę cukrową, były głównym narzędziem gospodarczego uzależnienia Kuby od Stanów Zjednoczonych (jest to niezbita prawda, z której udowodnienia rezygnujemy jedynie dla oszczędności czasu i miejsca), a to uzależnienie — główną przyczyną półkolonialnego oblicza i niedorozwoju gospodarki kubańskiej wraz ze wszystkimi towarzyszącymi temu plagami społecznymi.

Skoro właśnie tak miała się rzecz z latyfundiami na Kubie, dość oczywiste jest, że antyobszarnicze postanowienie konstytucji z 1940 r., przyjęte w szczególnej sytuacji, która nie była jednak sytuacją rewolucyjną, pozostało na papierze. Od wejścia w życie konstytucji z 1940 r. żadnemu z rządów sprawujących na Kubie władzę nie przeszło nawet przez myśl, ażeby zrobić choćby najmniejszy krok w kierunku likwidacji latyfundiów, byłoby to bowiem równoznaczne z narażeniem się zarówno lokalnej wielkiej burżuazji agrarnej, jak i potężnym grupom interesów w USA. Dodajmy, że z panowaniem gospodarki obszarniczej na Kubie związane były nie tylko interesy kapitałów amerykańskich zaangażowanych bezpośrednio w rolnictwie i przemyśle cukrowym, lecz i tych kapitałów, które korzystając z niedorozwoju ekonomicznego Kuby uczyniły z wyspy za pomocą systemu preferencji faktycznie monopolistyczny rynek zbytu dla wyrobów przemysłu Stanów Zjednoczonych.

Zawarte w konstytucji z 1940 r. postanowienie o likwidacji latyfundiów nie było wprowadzane w życie, niemniej sama konstytucja pozostawała w mocy. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni wypadek na świecie, kiedy to rzeczywistość społeczna kraju i konstytucja nie mają ze sobą nic wspólnego w ważnych punktach. Inaczej niż rządy, które tolerują konstytucje będące antyrządowymi manifestami, Batista postanowił być konsekwentny i zawiesił konstytucję. Uczynił tak mając na uwadze nie wymierzony przeciw latyfundiom art. 90, który przecież do tego czasu okazał się całkowicie nieszkodliwy, lecz inne artykuły, dotychczas formalnie przestrzegane, a dotyczące obywatelskich praw politycznych oraz sposobu powoływania do życia i funkcjonowania organów władzy państwowej.
Właśnie w związku z obowiązującym na Kubie ustawodawstwem nasuwa się pytanie dotyczące intencji apelu Castro o przywrócenie konstytucji. Czy mówiąc o odbudowie na Kubie demokratycznego porządku politycznego w oparciu o konstytucję z 1940 r., Castro miał na myśli reaktywowanie de facto jedynie tych norm konstytucji, które przed puczem znajdowały lepsze lub gorsze odzwierciedlenie w życiu publicznym kraju? To znaczy: czy miał na myśli to, co miała na myśli cała, praktycznie biorąc, ówczesna opozycja antybatistowska? Czy też — reaktywowanie również tych norm konstytucji, ) które uprzednio były ignorowane, jak właśnie antyobszamiczy — i w istocie antyimperialistyczny — art. 90?

Kto znał wygłoszoną przed sądem doraźnym w Santiago de Cuba 16 października 1953 r. mowę obrończą Castro i chciał dojrzeć w niej przemyślany program, a nie romantyczno-młodzieńczy popis oratorski, ten nie mógł nie dojść do wniosku, że Castro miał na uwadze konstytucję z 1940 r. jako całość.

Oto co powiedział Castro o jednej z pięciu ustaw, które bojownicy 26 lipca zamierzali ogłosić przez radio po opanowaniu koszar Moncada:

„Druga ustawa rewolucyjna przyznaje powszechnie prawo własności ziemi plantatorom trzciny cukrowej, dzierżawcom i połownikom uprawniającym do 5 caballerias gruntu (caballeria — 13,4 ha — stosowana na Kubie miara powierzchni). Zdecydowano także, iż państwo musiałoby wypłacić poprzednim właścicielom odszkodowanie na podstawie przeciętnego dochodu, jaki uzyskaliby z tej ziemi w ciągu 10 lat.”

I — dalej — o przedsięwzięciach, jakie rząd utworzony po obaleniu Batisty miał podjąć już po wprowadzeniu w życie przedstawionej wyżej ustawy:

„Po nadaniu na własność 100 tysiącom drobnych rolników ziemi, którą obecnie dzierżawią, rząd rewolucyjny przystąpiłby natychmiast do definitywnego rozwiązania kwestii rolnej. Przede wszystkim zająłby się ustaleniem, zgodnie z konstytucją, maksymalnego obszaru ziemi dla każdego typu gospodarstwa rolnego, wywłaszczeniem pozostałej części ziemi, odebraniem gruntów ukradzionych państwu, osuszeniem bagien i terenów podmokłych, założeniem wielkich szkółek nasiennych i zarezerwowaniem obszarów pod zalesienie. Następnie dokonałby podziału ziemi pomiędzy rodziny chłopskie, przede wszystkim wielodzietne, utworzyłby spółdzielnie rolne, aby mogły one wspólnie korzystać z drogiego sprzętu technicznego oraz z pomocy fachowców w zakresie uprawy roli i hodowli bydła. Na koniec zapewniłby chłopom kredyty, sprzęt gospodarczy, opiekę i fachową pomoc.”

Nim skomentujemy przedstawiony tu przez Castro program rolny, poświęćmy kilka słów sytuacji, do której się on odnosił.

Rolnictwo na Kubie charakteryzowało się niezwykle niskim poziomem wydajności pracy, niemniej stopień rozwoju kapitalizmu na wsi był bardzo wysoki. Odkładając na później wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności, przedstawmy w zarysie portret wsi.

Większość chłopstwa kubańskiego była pozbawiona własności ziemi. Drobną i średniorolną gospodarkę chłopską zepchnięto do obszaru stanowiącego niespełna czwartą część użytków rolnych. W sytuacji, kiedy 2 caballerias przeciętnie żyznej ziemi było uważane za podstawę elementarnej egzystencji rodziny chłopskiej złożonej z 5 osób, 102 tys. gospodarstw — na ogólną liczbę 160 tys. — znajdowało się poniżej tej granicy, w tym zaś ponad połowa rozporządzała mniej niż jedną caballeria. Drobne, karłowate gospodarstwa były najbardziej typowe dla gospodarki chłopskiej, natomiast udział gospodarstw średnich w ogólnej liczbie gospodarstw wynosił zaledwie 10 proc.

Przygniatająca większość drobnego i średniego chłopstwa nie posiadała w ogóle własnej ziemi. Na każdą rodzinę drobnochłopską, która miała własną ziemię, przypadały dwie rodziny pozbawione jej, a więc zmuszone dzierżawić ziemię i płacić właścicielom — rentierskiej burżuazji agrarnej — czynsze odpowiadające czwartej czy nawet trzeciej części wartości plonów. Zjawisko bezrolności występowało w stopniu niewiele mniejszymi w średniorolnej gospodarce chłopskiej, gdzie ponad połowa gospodarstw oparta była na dzierżawie ziemi.

57 proc. gruntów rolnych należało — jak to wykazał spis rolny z 1946 r., z którego pochodzą wszystkie przytoczone tu przez nas dane — do gospodarstw obszarniczych. Poza Peru taka koncentracja własności ziemskiej nie występowała nigdzie indziej w Ameryce Łacińskiej, choć jest to kontynent znany z panowania gospodarki obszarniczej. Wśród 22 największych latyfundiów — w tym 13 będących własnością obywateli USA — znajdowały się kolosy o obszarze 250 tys. i 150 tys. hektarów. Jeśli do gruntów należących do latyfundiów dodamy grunty puszczane chłopom w dzierżawę, stwierdzimy, że co najmniej 80 proc. wszystkich użytków rolnych na Kubie stanowiło kapitalistyczną własność ziemską.

Niewątpliwie nawet ci, których nie interesuje ekonomia polityczna, muszą dostrzec coś niezwykłego w aż takim upowszechnieniu się kapitalizmu w rolnictwie kraju, który legitymował się skrajnym niedorozwojem przemysłu. Było to, niezwykłe, ponieważ wiadomo, że rozwój kapitalizmu na wsi jest zawsze wtórny w stosunku do rozwoju kapitalizmu w mieście. To przecież rozwój kapitalistycznego przemysłu tworzy przesłanki niezbędne dla kapitalistycznych przeobrażeń w rolnictwie i jednocześnie od pomyślnej realizacji tych przeobrażeń sam się uzależnia. Na Kubie było w istocie rzeczy tak samo, z tym, że kapitalistyczne stosunki na wsi rozwinęły się tu pod wpływem nie kubańskiego, lecz amerykańskiego „kapitalizmu w mieście”, który włączył rolnictwo kubańskie — po przekształceniu go w swoistą fabrykę cukru pracującą głównie dla USA — do światowego systemu kapitalistycznego. Podczas kiedy jednak rozwój kapitalistycznego przemysłu prowadzi nieuchronnie do rozwoju kapitalizmu na wsi, szansa na odwrotny przebieg tego procesu na Kubie, tj. od kapitalizmu na wsi do kapitalizmu w mieście była znikoma. Było tak choćby z tego powodu, że światowy, a przede wszystkim amerykański kapitalizm przejmował wszystkie funkcje, jakie by spełniał — gdyby istniał — lokalny, narodowy, kubański „kapitalizm w mieście” i tym samym przekreślał możliwość sformowania się na Kubie rozwiniętej, wewnętrznie zrównoważonej, narodowej ekonomiki kapitalistycznej.

„Eksportujemy — mówił o tym w 1953 r. w swej mowie obrończej Castro — cukier, aby importować cukierki, eksportujemy skóry, aby importować obuwie, eksportujemy rudę żelaza, aby importować pługi.”

Jakie było wyjście z tej sytuacji?

Było ono następujące:

Po pierwsze, drobnym i średnim chłopom bezrolnym nadać na własność ziemię przez nich uprawianą, a więc uwolnić ich od ciężaru czynszów dzierżawnych i od strachu przed rugami, przywrócić im ekonomiczny status chłopstwa, niekapitalistycznej klasy drobnych producentów rolnych. Tym samym — wywłaszczyć z tej ziemi jej dotychczasowych kapitalistycznych właścicieli. I to właśnie było celem jednej z pięciu ustaw, które bojownicy 26 lipca zamierzali ogłosić po opanowaniu Santiago de Cuba.

Po drugie, zlikwidować latyfundia, co Castro uważał za jedno z podstawowych zadań rządu rewolucyjnego utworzonego po obaleniu reżimu Batisty. Likwidacja latyfundiów byłaby tożsama z likwidacją głównego obszaru prywatnokapitalistycznej własności ziemskiej. Po uwłaszczeniu drobnego i średniego chłopstwa bezrolnego oraz po likwidacji latyfundiów, prywatnokapitalistyczna własność ziemska stanowiłaby niemal relikt panujących do niedawna stosunków własnościowych na wsi.

Jaka miała być przyszłość gruntów poobszarniczych? Czy należało je wykorzystać dla upełnorolnienia gospodarstw chłopskich? Ale jeśli by tak właśnie postąpiono, co należałoby zrobić z resztą, wyrażającą się wciąż w milionach hektarów? Wykorzystać ją pod szkółki nasienne i pod zalesienie, demontując tym samym istniejący dotychczas warsztat produkcji rolnej na wielką skalę? W każdym razie co do jednego Castro miał już w 1953 r. całkowitą jasność, a mianowicie: ziemia poobszarnicza — poza tą jej częścią, którą by przekazano chłopom — powinna zostać przejęta przez państwo.

Charakter własności państwowej jest określony przez charakter państwa. Jeśli państwo przejmujące ziemie obszarnicze byłoby państwem kapitalistycznym, ziemie te byłyby własnością państwowo-kapitalistyczną. Lecz jeśli to państwo... Właśnie: czyżby Castro już w 1953 r. brał pod uwagę możliwość ustanowienia na Kubie państwa socjalistycznego jako specyficznego „produktu ubocznego” batalii prowadzonej przeciw reżimowi Batisty i zmierzał do urzeczywistnienia tej możliwości?

Szukając odpowiedzi na to pytanie, spróbujmy przede wszystkim zastanowić się czy państwo kapitalistyczne było zdolne drastycznie ograniczyć, a właściwie zlikwidować prywatno-kapitalistyczną własność ziemską. Teoretycznie nie było to niemożliwe, skoro postanowienie o likwidacji własności obszarniczej znalazło się w bądź co bądź burżuazyjnej konstytucji z 1940 roku. Praktycznie, postanowienie to było jednak nie do urzeczywistnienia na Kubie w ramiach państwa kapitalistycznego, o czyim świadczy fakt, że antyobszarniczy art. 90 przez 12 lat pozostał tylko na papierze. Uwłaszczenie bezrolnego chłopstwa i likwidacja latyfundiów odpowiadały wprawdzie ogólnym potrzebom rozwoju kapitalizmu na Kubie, a więc także historycznym interesom burżuazji, niemniej nie były postulatami burżuazji kubańskiej realnie występującej na ówczesnej scenie historycznej jako sprzeczne z jej interesami doraźnymi, że pominiemy już interesy panującego ekonomicznie nad Kubą imperializmu amerykańskiego. Inaczej mówiąc, postulaty te mogło urzeczywistnić jedynie państwo, które reprezentowałoby nie burżuazję agrarną na Kubie, a tym bardziej — Stany Zjednoczone, lecz masy ludowe, i które byłoby zdolne nie ugiąć się wobec nieuniknionego szantażu USA.

Art. 90 konstytucji z 1940 r. miał się okazać swego rodzaju bombą zegarową. Domagając się przywrócenia konstytucji z 1940 r. jako aktu, którego nie wolno dzielić na artykuły respektowane i ignorowane, Castro musiał zdawać sobie sprawę, że osiągnięcie tego celu wymaga nie tylko obalenia reżimu Batisty, tj. istniejącej formy państwa burżuazyjnego na Kubie, lecz usunięcia tego państwa jako takiego i zastąpienia go przez nowe państwo — państwo ludowe. Walka o ustanowienie demokratycznego porządku politycznego w oparciu o konstytucję z 1940 r. miała więc stać się — i do tego właśnie zmierzał Castro — walką o państwo ludowe, przy czym przez powołanie się na konstytucję Castro mógł uniknąć określania tego celu jego właściwym imieniem, unikając tym samym przedwczesnego starcia — grożącego prawdopodobnie klęską — z obszarnikami i imperializmem amerykańskim.

W 1973 r., w XX rocznicę akcji powstańczej w Santiago de Cuba, Castro powiedział: Niektórzy z nas jeszcze przed 10 marca 1952 roku doszli do głębokiego przekonania, że rozwiązanie problemów Kuby mogło nastąpić tylko w drodze rewolucji, że w odpowiednim momencie należało w oparciu o masy zbrojnie zdobyć władzę, a celem tej walki musiał być socjalizm.

Co zatem proponował Fidel Castro w swej odezwie do narodu kubańskiego ogłoszonej w mieście Meksyk 26 lipca 1955 roku? Jeśli powiemy, że zaproponował socjalizm, będzie to prawda, choć wówczas prawda ta była znana bodajże tylko jemu. Komu mogła nawet przemknąć przez głowę myśl, że ten młody adwokat, pochodzący z rodziny obszarniczej i trzymający się z dala od partii komunistycznej, zmierza do wprowadzenia socjalizmu na Kubie, wyspie oddalonej zaledwie 90 mil od lądu Stanów Zjednoczonych?

Głównym celem Castro podczas jego pobytu w Meksyku było przygotowanie wojskowej ekspedycji, która wyprawiłaby się na Kubę, żeby podjąć tam walkę zbrojną przeciw reżimowi Batisty. Ale myliłby się ten, kto by sądził, że Castro planował obalenie dyktatury przez niewielki oddział zbrojny. „Bez ruchu masowego nie można dokonać rewolucji” — pisał on jeszcze 19 czerwca 1954 r. z więzienia na Isla de Pinos do Haydée Santamarii i Melby Hernandez, udzielając im szczegółowych wskazówek co do sposobów organizowania ruchu opozycyjnego przeciw reżimowi. I dalej, w tym samym liście: „Potrzeba nam stu tysięcy aktywistów wśród młodzieży, stu tysięcy wśród, robotników, stu tysięcy wśród kobiet”.

Oczywiście, towarzysze Castro przebywający na wolności na Kubie nie byli w stanie stworzyć w krótkim czasie ruchu liczącego trzysta tysięcy aktywistów, niemniej to, co osiągnęli, zasługiwało na uwagę. Pozyskali nie tylko wielu młodych, zbuntowanych członków Partii Ortodoksyjnej, lecz również Movimiento Nacional Revolucionario, organizację kierowaną przez Faustino Pereza i Armando Harta, oraz Acción Nacional Revolucionaria, niezwykle aktywną i bojową grupę z Santiago de Cuba, której przywódcami byli Frank Pais, jeden z późniejszych legendarnych bojowników M-26-7, i Pepito Tey. Tak więc wojenna ekspedycja Castro na Kubę nie miała być czymś w rodzaju deus ex machina — miała znaleźć oparcie w ruchu, który już istniał, i stać się ostrogą dla tych, którzy w chwili, kiedy walka się rozpocznie, zechcą przyłączyć się do ruchu.
W 1955 r. Castro odbył wiele podróży do USA, ażeby wśród emigracji kubańskiej zdobyć środki materialne niezbędne dla sfinansowania wyprawy, jak również znaleźć ochotników. Wielu ludzi pozyskanych przez zaufanych towarzyszy Castro zjawiało się w jego mieszkaniu w mieście Meksyk. Tam też Castro spotkał się po raz pierwszy z Argentyńczykiem Ernesto Guevarą, który w Gwatemali próbował z karabinem w ręku bronić rządu prezydenta Jacobo Arbenza, a kiedy ten został obalony przez bandytów uzbrojonych przez United Fruit i CIA, przeniósł się do Meksyku. Poznałem go — pisał później Guevara o swym pierwszym spotkaniu z Castro — podczas jednej z owych zimnych nocy meksykańskich i pamiętam, że nasza pierwsza dyskusja dotyczyła polityki międzynarodowej. Po paru godzinach, tej samej nocy, świtało już — stałem się jednym z przyszłych uczestników ekspedycji.

Zdobywając środki materialne i ludzi, Castro stale przypominał, że dąży do obalenia Batisty i przywrócenia konstytucji. Były to cele jednoczące wszystkich przeciwników dyktatury na Kubie. Castro nie wdawał się w rozważania sięgające w daleką przyszłość i odkładał na razie na bok nawet to, o czym mówił w swej mowie obrończej w 1953 roku. Ludziom gotowym okazać mu pomoc nie wypominał ich grzechów politycznych, ani też nie żądał, ażeby najpierw przyłączyli się do Ruchu 26 Lipca; nie dezawuował ich osobistych kalkulacji, jakie towarzyszyły udzielanemu mu poparciu i tylko w jednym punkcie był nieprzejednany — nie zgadzał się na żadne wiążące go warunki współpracy. Przyjmował więc wsparcie od obalonego przez Batistę prezydenta Prio Socarrása, odpowiedzialnego, jak pamiętamy, za rządy korupcji (które Castro jako aktywista Partii Ortodoksyjnej namiętnie zwalczał), jak również od Romulo Betancourta, późniejszego prezydenta Wenezueli, choć wiedział, że pierwszy z nich ma nadzieję dotrzeć znów, tym razem po karkach bojowników 26 Lipca, do Pałacu Prezydenckiego w Hawanie, a drugi, będący zdeklarowanym antykomunistą — pozyskać wystąpieniami przeciw dyktaturze Batisty zwolenników wśród lewicy wenezuelskiej. Kogoś, kto współpracował z takimi ludźmi, nikt nie mógł podejrzewać o intencję dokonania na Kubie nie tylko demokratycznej rewolucji politycznej, lecz również antykapitalistycznej rewolucji społecznej. Castro już w Meksyku nauczył się stosować taktykę, której trzymał się później z żelazną konsekwencją. Jej zasadą było: mieć na każdym etapie walki jak najwięcej przyjaciół i jak najmniej wrogów oraz prowadzić walkę zawsze o te cele, dla których można pozyskać większość. Oznaczało to: nie wysuwać przedwcześnie programów, których większość jeszcze nie podziela, i czekać — oczywiście nie z założonymi rękami — póki większość nie dojrzeje do celów śmielszych, dalej idących i nie uzna ich za własne. Taktykę taką łatwo jest określić, jednakże piekielnie trudno zastosować w praktyce. Castro okazał się — podobnie jak ongiś Lenin — jej wirtuozem.

Ale powróćmy do przygotowań do ekspedycji zbrojnej na Kubę. Otóż mając już pieniądze i ludzi, Castro przystąpił do zajęć wojskowych. Instruktorami byli dwaj Kubańczycy, José Smith i Miguel Sánchez, oraz Alberto Bayo, Hiszpan z ojca, a Kubańczyk z matki. Nie ulega wątpliwości, że największym doświadczeniem wojskowym rozporządzał Bayo. Był on zawodowym oficerem hiszpańskim, początkowo w piechocie, później w lotnictwie; należał do współtwórców pierwszej szkoły, lotniczej w Hiszpanii; w okresie wojny domowej bronił republiki, latem 1936 r. wziął udział w słynnej wyprawie na Majorkę, następnie zaś organizował oddziały partyzanckie w Kastylii; po upadku republiki znalazł się w Meksyku, gdzie został dowódcą wojskowej szkoły lotniczej; był autorem wielu prac na tematy wojskowe, pisał również powieści i wiersze. Jako człowiek głęboko oddany sprawie demokracji, Alberto Bayo zgodził się szkolić oddział Castro. Wyprzedzając bieg wydarzeń dodajmy, że po zwycięstwie rewolucji Bayo przeniósł się na Kubę, aby wykładać w akademii wojskowej teorię wojny partyzanckiej (zmarł na Kubie w 1965 r.).

Jesienią 1955 r. ludzie Castro rozpoczęli ćwiczenia na strzelnicy Las Guamitas w Santa Fe, na peryferiach stolicy Meksyku. Wolno przypuszczać, że byli śledzeni przez agentów Batisty oraz współpracującą z nimi policję meksykańską: ci pierwsi podjęli próbę zamordowania Castro, a policja meksykańska wykryła schowek z bronią należącą do grupy Castro i aresztowała kilku jego ludzi pod zarzutem nielegalnego posiadania broni palnej. W tej sytuacji Fidel postanowił przenieść zajęcia w inne miejsce, na farmę Santa Rosa. Farma ta była bezpieczną kryjówką, mimo że znajdowała się w odległości zaledwie 3 km od miasta Meksyk. Castro podporządkował swoich ludzi surowym rygorom konspiracyjnym: odebrał im paszporty, zakazał kontaktów z osobami postronnymi, ograniczył do minimum wyjazdy do miasta oraz korespondencję prywatną.

Latem 1956 r. Fidel Castro, Bayo, Guevara oraz 21 innych członków grupy spiskowej zostało aresztowanych przez policję meksykańską pod zarzutem przygotowywania napaści na inny kraj. Na szczęście nakazano im tylko w krótkim czasie opuścić Meksyk i wypuszczano na wolność, Castro zmienił miejsce ćwiczeń, przeniósł też broń do nowej kryjówki. W sierpniu, przepłynąwszy wpław Rio Grande, spotkał się na terytorium USA z Prio Socarrásem, który zaopatrzył go w pieniądze nie tylko na zakup broni, lecz również na łapówki dla policji.

Jesienią 1956 r. ekspedycja nie była jeszcze należycie przygotowana, jednak czas naglił. Fidelowi zależało na wylądowaniu na Kubie przed inną grupą zbrojną, sformowaną w Dominikanie i finansowaną przez Prio (grupa ta była w tym czasie już w zasadzie gotowa do akcji). A poza tym — Castro nie mógł już dłużej pozostawać w Meksyku: 21 listopada miejscowe władze nakazały mu opuścić kraj w ciągu 72 godzin. W następstwie tego nakazu Castro wraz z większością swoich ludzi udał się do Vera-cruz. Tylko on i jego najbliżsi współpracownicy wiedzieli, jaki jest cel tej podróży — rejs na Kubę.
http://1917.net.pl/?q=node/add/publikacja

Na pokładzie niewielkiego jachtu „Granma", mającego 20 metrów długości i obliczonego na 15 pasażerów, który Castro kupił za 15 tys. dolarów, 25 listopada 1956 r. o drugiej w nocy Fidel oraz 81 jego towarzyszy wypłynęło z portu Tuxpan mimo huraganowego wiatru.

Ten rejs w burzy, która nie chciała ustać, był prawdziwym koszmarem. Opisał go Guevara w „Pasajes de la guerra revolucionaria”.

Stłoczeni w łupinie jachtu, którym miotały fale, Castro i jego ludzie cierpieli z powodu choroby morskiej. O zjedzeniu czegokolwiek w ogóle nie było mowy. Co ważniejsze, wskutek złej pogody jacht, i tak już obciążony o kilka ton powyżej normy, posuwał się naprzód w żółwim tempie, co przekreślało szansę dotarcia do południowych wybrzeży prowincji Oriente w przewidzianym terminie.
Data lądowania ekspedycji na Kubie nie była obojętna. „Granma” miała dotrzeć w pobliże miasta Niquero 30 listopada. Zgodnie z planem operacji, Castro i jego towarzysze mieli tam załadować się na przygotowane dla nich samochody ciężarowe i dotrzeć nimi do Niquero. Po opanowaniu miasta, co prawdopodobnie nie byłoby trudne, ruszyliby dalej, do Manzanillo. Akcja ta miała być skoordynowana z akcją zbrojną w Santiago, stolicy prowincji, przygotowaną przez Franka Paisa. W Manzanillo Castro zamierzał ogłosić apel wzywający kraj do strajku generalnego (apel zostałby poparty przez aktywistów Ruchu 26 Lipca, szczególnie licznych w Hawanie), a z prowincji Oriente uczynić tymczasem bazę „wojny partyzanckiej”. Nie jest całkowicie jasne, czy miała to być „wojna partyzancka” prowadzona wyłącznie bądź głównie na terenie miejskim, choć można przyjąć za pewne, że koncepcja sierry — czyli koncepcja skoncentrowania działań partyzanckich w izolowanym, trudno dostępnym regionie wiejskim (w górach) — pojawiła się w następstwie nieprzewidzianych okoliczności, które narzuciły ten wybór Fidelowi Castro i jego najbliższym towarzyszom.

W dniu 30 listopada „Granma” znajdowała się jeszcze na pełnym morzu. Frank Pais oczywiście nie wiedział o tym, bo ludzie z „Granmy” nie mieli łączności radiowej z towarzyszami na wyspie, i działając stosownie do wcześniej przyjętego planu uderzył wraz z 300 ludźmi na główną kwaterę policji i koszary na lotnisku w Santiago de Cuba. Zdobył oba punkty i całkowicie opanował — wobec wycofania się wojska z miasta — Santiago. Jednakże 2 grudnia powstańcy Paisa zostali złamani przez armię wzmocnioną posiłkami. Tego też dnia — z opóźnieniem wynoszącym ponad dwie doby — „Granma” znalazła się u wybrzeży prowincji Griente, gdzie wypatrzył ją i otworzył do niej ogień samolot patrolujący pas wód przybrzeżnych. Wykrycie „Granmy” nie było przypadkiem, jako że władze batistowskie zostały mimo woli uprzedzone przez M-26-7 o zamierzonym desancie. Otóż przebywające w Meksyku dwie siostry Castro, które nie wiedziały nic o przeciągnięciu się rejsu, udzieliły miejscowej prasie, stosownie do polecenia brata, wywiadu o wylądowaniu oddziału Castro na Kubie w chwili, kiedy „Granma” znajdowała się na pełnym morzu. W tej sytuacji nie było mowy o dotarciu do Niquero, należało po prostu lądować w najbliżej położonym punkcie wybrzeża.
Lądowanie nastąpiło w miejscu zwanym Playa de las Coloradas. Piszący te słowa miał okazję oglądać ową „plażę” i odniósł wrażenie, że prawdopodobnie na całej Kubie nie ma miejsca, które by się mniej nadawało do wyjścia na ląd kilkudziesięcioosobowej grupy ludzi obciążonych bronią i innym ekwipunkiem niż ten bagnisty i porośnięty splątanymi chaszczami odcinek wybrzeża. Nic więc dziwnego, że podczas lądowania powstańcy utracili w zasadzie całe wyekwipowanie, z wyjątkiem broni i niewielkiej ilości amunicji.

Po wydostaniu się na ląd Fidelowi Castro i jego towarzyszom, skrajnie wyczerpanym rejsem, nie pozostawało nic innego, jak tylko oddalić się jak najszybciej od wybrzeża w celu znalezienia kryjówki, w której mogliby przede wszystkim wrócić do sił.

Trzy dni później oddział Castro został zaskoczony w pobliżu osady Alegria del Pio przez silny patrol armii rządowej i uległ niemal całkowitemu zniszczeniu. Tylko nieliczni zdołali ujść śmierci lub niewoli. Ich dokładna liczba nie jest znana (wypowiedzi Castro, Guevary i innych z „Granmy” nie są zgodne), choć wolno przypuszczać, że było ich — jak to wynika z obliczeń K. S. Karola — dwudziestu dwóch, z tym że jeden z nich, ciężko ranny, został następnie aresztowany, a jeden sam się oddał w ręce władz. Jeśli chodzi o liczbę 12, którą podaje wielu autorów, to jej źródłem są nie fakty, lecz jedynie dość naiwna intencja wywołania skojarzenia z 12 apostołami. Oczywiście, tych 22 — czy 20 — odnalazło się dopiero w pewien czas po starciu. Grupa, z którą uszedł Fidel Castro, liczyła w pierwszej chwili (wraz z nim) 8 ludzi. Fidel — nie bacząc na beznadziejność położenia, w jakim się znaleźli on i jego ocalali towarzysze, miał podobno powiedzieć, kiedy zatrzymali się na chwilę, aby odetchnąć: Dni tyranii są policzone!, na co pozostałych siedmiu— nie znających porzekadła, że naprawdę śmieje się ten, kto się śmieje ostatni — odpowiedziało śmiechem.
Co należało teraz uczynić?

Castro nie miał wątpliwości. Należało po prostu zaszyć się w komyszach gór Sierra Maestra i zorganizować niezbędne dla oddziału zaplecze.

Sierra — czyli partyzantka w górach — musiała zdobyć oparcie w llano (równina), tj. w miastach.
Jeszcze w grudniu Castro wysłał do Hawany jednego z ocalałych z „Granmy”, Faustina Pereza, z poleceniem utworzenia „na równinie" sieci konspiracyjnej Ruchu 26 Lipca.

Castro nie zamierzał jednak czekać zbyt długo na wyniki misji Pereza. Przyszłe llano musiało bowiem wiedzieć, że sierra istnieje. W połowie stycznia 1957 r. zdecydował się więc na pierwszą zbrojną akcję. Jego oddział liczący mniej niż dwudziestu ludzi, wśród których byli m. in. Raul Castro, brat Fidela, i Ernesto Guevara, dokonał pod osłoną nocy ataku na niewielki posterunek wojskowy La Plata i zdobył go, polepszając dzięki temu zwycięstwu zarówno uzbrojenie, jak i samopoczucie partyzantów.
Ale gdyby nawet następna, i jeszcze trzecia, i czwarta, i piąta akcja tego rodzaju przyniosła sukces, to czy miało to jakiś sens? Czy siłami liczącymi 20, 50, a choćby i 1000 ludzi można było obalić reżim Batisty, który rozporządzał dobrze rozwiniętym aparatem ucisku — policją i kilkudziesięciotysięczną zawodową armią?
Kto chciałby rozpatrywać przedsięwzięcie Castro, na pozór militarne, w kategoriach sztuki wojennej, ten musiałby uznać je za czysty absurd, za pomysł skazany z góry na niepowodzenie, a autora pomysłu — za człowieka szalonego, niezależnie od szlachetności jego porywu i intencji. A nawet mógłby dojść do wniosku, że przedsięwzięcie Castro niesie więcej szkody niż pożytku.

Przywódcy kubańskiej partii komunistycznej odnieśli się krytycznie do zbrojnej imprezy Castro jako przedsięwzięcia mającego doprowadzić do likwidacji dyktatury batistowskiej. Juan Marinello, przewodniczący Socjalistycznej Partii Ludowej, pisał 14 grudnia 1956 r. na łamach nielegalnego organu partyjnego „Respuestas”:

„Socjalistyczna Partia Ludowa będzie chroniła Fidela Castro i jego partyzantów przed terrorem Batisty, choć partia stoi na innym stanowisku niż fideliści”. I tydzień później, 21 grudnia, w tonie ostrzejszym: „Zdaniem partii, izolowane powstanie zbrojne przeciwko Batiście służy podtrzymaniu istniejącego reżimu”. Komentując te wypowiedzi Juana Marinello, Lew J. Sljozkin napisał, że „kubańska partia komunistyczna nadmiernie podkreślała swe rozbieżności taktyczne z Ruchem 26 Lipca” i że w początkowym okresie, myląc się w swej ocenie, „utożsamiała (...) ekspedycję Castro z pozbawionym oparcia puczyzmem, wskutek czego także walka zbrojna w Sierra Maestra, identyfikowana z puczyzmem, wydawała się błędna”.

Dodajmy, że Castro spotkał się z krytyką także wśród swoich zwolenników, choć ich motywacje były oczywiście inne niż w wypadku SPL. Podczas kiedy bowiem przywódcy SPL nie doceniali politycznego znaczenia walki zbrojnej, którą Castro zamierzał rozwinąć w Sierra Maestra, to niektórzy aktywiści Ruchu 26 Lipca przeceniali jej znaczenie militarne, w gruncie rzeczy drugorzędne, zwłaszcza w pierwszej fazie batalii przeciw reżimowi Batisty. Czy można było — rozumowali ci ostatni — pobudzić kraj do powstania przeciw Batiście imprezą, która już u swych narodzin została napiętnowana niepowodzeniem, a nie opromieniona zwycięstwem pierwszego uderzenia? Co można było osiągnąć nie zamieniwszy prowincji Oriente w materialną bazę zbrojnej rewolucji? Co zdziałać z małym oddziałkiem tam, gdzie trzeba by od razu rozporządzać setkami ludzi, a następnie tysiącami, aby nie tylko stawić czoła armii rządowej, lecz także gromić ją?

Firank Pais był zdania, że na razie trzeba wycofać się, aby za jakiś czas uderzyć ponownie, tym razem skuteczniej. I że w związku z tym należy — jak mówił — „wyciągnąć Fidela z Sierra Maestra, po czym wysłać go do któregoś z krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie będzie mógł zreorganizować Ruch”, ponieważ w przeciwnym wypadku „ryzykuje on tym, że zostanie zabity, a na ten luksus nie możemy sobie pozwolić”. Haydée Santamaria wydawała się być także przekonana o słuszności tego planu.

Kiedy jednak w lutym 1957 r. Pais i Santamaria dotarli po raz pierwszy do Castro ukrywającego się w górach, ten nie chciał nawet słuchać o zaniechaniu walki zbrojnej, choćby nawet tylko chwilowym. Zobaczcie - powiedział im — „jak straże strzelają tam w dole, nie mając odwagi wyprawić się aż tutaj! Dostarczcie mi amunicji i broni, a zapewniam was, że w ciągu dwóch miesięcy dojdzie do prawdziwej bitwy”! Castro prosił Paisa jedynie o posiłki —o 50 ludzi, i ci zjawili się 14 marca, choć wielu z nich, przywykłych do życia w mieście, okazało się niezdolnymi do sprostania trudom partyzantki.

Trudności towarzyszące zwiększeniu stanu liczebnego oddziału przestały jednak wkrótce niepokoić Fidela. Castro zaczynał coraz lepiej rozumieć, że dla osiągnięcia celów pierwszego etapu batalii mogła mu w gruncie rzeczy wystarczyć garstka ludzi, byle byli to ludzie oddani bez reszty sprawie.

Przedstawiając w 1961 r., w odczycie wygłoszonym w Uniwersytecie Ludowym w Hawanie, swą koncepcję walki zbrojnej, Castro powie: „Przyjmując tę koncepcję, popełniliśmy tylko jeden błąd, a wiecie jaki? Byliśmy przekonani, że dla rozpoczęcia tej walki potrzebne są wielkie środki w porównaniu z tymi, jakimi rozporządzaliśmy (...) że dla walki tej potrzeba nam kilkuset uzbrojonych ludzi, my zaś nie mogliśmy mieć wówczas takich sil i dlatego rozpoczęliśmy tę walkę z mniej niż stu ludźmi. Późniejsza rzeczywistość przekonała nas, że mając dla tej walki znacznie mniejszą liczbę ludzi — dziesięciu lub dwudziestu — można było walkę tę rozpocząć.”

Hasło walki zbrojnej odgrywało od pierwszej chwili zasadniczą rolę w rewolucyjnej strategii Ruchu 26 Lipca. Strategia była odsłaniana przez Fidela Castro stopniowo, w miarę rozwoju wydarzeń i przedstawiona została w całości dopiero u progu lat sześćdziesiątych. Walka zbrojna miała zainicjować batalię polityczną, której pierwszym celem — podkreślamy: pierwszym, nie ostatecznym — było obalenie reżimu Batisty.

Wokół wysuniętego przez Castro hasła nagromadziło się wiele nieporozumień, mających długi żywot. Jedne z nich pojawiły się jeszcze w epoce sierry, inne później. Nieporozumienia do dziś jeszcze nie są do końca przezwyciężone, a co ważniejsze — zaciemniają i deformują samą istotę rewolucyjnej strategii Ruchu 26 Lipca.
Przede wszystkim więc — i jedynie dla porządku — stwierdźmy, że wysunięte przez Castro hasło walki zbrojnej nie miało nic wspólnego z puczyzmem, chorobą wywodzącą się z innych, poważniejszych schorzeń Ameryki Łacińskiej. Przywódcy M-26-7 zamierzali obalić Batistę za pomocą rewolucji ludowej, a nie za pomocą zbrojnego zamachu stanu. Zarówno rola, jak i cel walki zbrojnej zostały określone przez Castro wkrótce po batistowskim zamachu stanu w 1952 roku, a atak na koszary Moncada był właśnie niczym innym, jak pierwszą próbą wprowadzenia tej strategii w życie.

Co więcej, hasło walki zbrojnej było zwrócone przeciw puczyzmowi. Wciągając masy do otwartej walki Castro chciał zapobiec wytworzeniu się warunków, w których konserwatywna opozycja antybatistowska mogłaby dokonać puczu. Tego rodzaju pucz, który usunąłby Batistę, mógłby oszukać masy zwycięstwem jedynie pozornym, zastępującym zwycięstwo autentyczne, o jakie należało walczyć, podobnie jak zostały oszukane inne narody — mówił Castro w cytowanym wyżej odczycie wygłoszonym 1 grudnia 1961 roku — które nie rozumiały, że należy zmienić system, a nie zamieniać ludzi znajdujących się u władzy. Celem tego oszustwa byłoby oczywiście powstrzymanie rewolucyjnego ruchu mas ludowych, nim ten zdążyłby nabrać nie dającego się już powściągnąć rozmachu.

Hasło walki zbrojnej nie miało też nic wspólnego z iluzją, jakoby za pomocą niewielkich oddziałów partyzanckich można było złamać fizycznie machinę wojskową reżimu lub też stopniowo zawojować kraj, do czego zmierzały, na przykład, działania partyzanckie kubańskich „mambises” w obu wojnach przeciw Hiszpanom w ubiegłym stuleciu. Strategia Castro i jego towarzyszy — świadomych, że w kraju rozwija się szeroki ruch opozycyjny, reprezentowany nie tylko przez M-26-7 — zakładała prowadzenie walki małymi siłami, ponieważ już takie siły były zupełnie wystarczające, aby stać się — jak się później wyraził Castro — czymś w rodzaju zapałki rzuconej w stóg słomy. Tylko takie siły były w pełni mobilne, zdolne do unikania dogodnych wyłącznie dla przeciwnika starć frontalnych, zapadające łatwo w ukrycie na trudno dostępnych zboczach gór Sierra Maestra, a także były mało kosztowne, co przez długi czas miało dla M-26-7 doniosłe znaczenie. „Wiedzieliśmy — pisał Fidel Castro — że tylko przy poparciu ludu, mobilizując masy, można zdobyć władzę. Nie uważaliśmy, że można wziąć władzę z pomocą dziesięciu, dwudziestu, czy nawet stu ludzi. Zakładaliśmy, że — zacząwszy od działań partyzanckich — należy rozwijać walkę rewolucyjną aż do chwili, kiedy stanie się ona walką mas, aby zdobyć władzę właśnie przy poparciu mas, co koniec końców nastąpiło”.
Historia walki z reżimem Batisty znana jest wciąż dość słabo, tak więc pożytecznym będzie przytoczenie niektórych danych liczbowych. Otóż przypomnijmy, że oddział Fidela Castro w Sierra Maestra liczył podczas pierwszej akcji na posterunek wojskowy La Plata w dniu 17 stycznia 1957 r. 17 ludzi. Trzynaście miesięcy później, w chwili nieudanego, niedostatecznie przygotowanego, a przede wszystkim przedwcześnie proklamowanego strajku powszechnego (9 kwietnia 1958 r.), który miał być początkiem ogólnego .szturmu przeciw tyranii, Castro rozporządzał 180 ludźmi, z czego około stu przebywało w Sierra Maestra, zaś reszta tworzyła tzw. II front w pobliżu Santiago de Cuba. Od końca maja do początku lipca 1958 r., w okresie szczególnie krytycznym dla Ruchu 26 Lipca, bo wypełnionym akcją 10-tysięcznej armii rządowej, obliczoną na wzięcie w okrążenie i zgniecenie ośrodka powstańczego, siły partyzanckie liczyły 300 ludzi, z których 60 było źle uzbrojonych (wszystkie powyższe dane pochodzą z cytowanego tu już odczytu Castro). Liczebność oddziałów była wystarczająca, aby partyzantka mogła spełniać rolę „czegoś w rodzaju zapałki rzuconej w stóg słomy”. Przez dłuższy czas, póki nastroje opozycyjne w społeczeństwie nie osiągnęły odpowiedniego natężenia, siły powstańcze były w stanie spełniać tylko taką rolę.

Próby przypisywania partyzantce w Sierra Maestra wybitnej czy choćby tylko znaczącej roli wojskowej nie znajdują potwierdzenia w faktach. Podejmowane mimo to, tylko niekiedy tłumaczą się zwykłą nieznajomością faktów. Znacznie częściej — nieumiejętnością wyjaśnienia natury zjawiska, jakim był rozpad z końcem 1958 r. dobrze uzbrojonej armii Batisty, bądź też dążeniem do tendencyjnego wyolbrzymienia militarnych osiągnięć partyzantki z Sierra Maestra, zniekształcającym w istocie rzeczy sens rewolucyjnej strategii Ruchu 26 Lipca i dialektykę rozwoju rewolucji kubańskiej.

Społeczność

Chcemy waszych minerałów