Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 18 gości.

Naprzód, Warszawo!...

Rewolucja 1905

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie" - część szósta

Rok 1904 był trudnym rokiem dla Feliksa. Nie należał on do ludzi cierpliwych, a niecierpliwość jego rosła, gdy nadchodziły wydarzenia zwiastujące rewolucję. Nastroje mas zapowiadały wybuch. Przez całe imperium rosyjskie przeszła fala demonstracji przeciw mobilizacji na wojnę. Korespondencje z frontu nie ukrywały, iż rzeczywisty obraz tej wojny był daleki od buńczucznych zapowiedzi szybkiego zwycięstwa nad Japończykami. Dzierżyński przebywał w Krakowie i borykał się z codziennością, nie ożywioną już nadzieją na rychłe spotkanie miłej sercu osoby. W połowie grudnia pisał do Aldony i list ten chyba prawdziwie oddaje jego stan ducha, przygnębienie szarzyzną życia i mozolną walką o byt:

"...wiesz przecież, iż jakkolwiek jednak dam sobie radę, jak i dotychczas. Ta ciągła walka o byt okropnie nuży i męczy — krępuje mnie w mych przedsiębiorstwach — a przecie ja nie mam dzieci — sam jeden jestem — a więc nigdy nie krępujcie się mną. Nie piszę Ci długiego listu, bo doprawdy nic ciekawego nie mógłbym o sobie donieść. Ot, żyję zapatrzony w dal jak zwykle — marzenia me pędzą po świecie — w pościgu za czymś i tak żyję z dnia na dzień. Walka o byt jednak porządnie mnie już zmęczyła — chciałbym czasami mieć rodzinę — nie być tak samotny — starość się zbliża. Przykro być starym kawalerem. To wszystko zachcianki ulotne — przychodzą i wraz odchodzą — lecz są to zwiastuny zmęczenia. Fizycznie czuję się nieźle".

Ale wszystkie nastroje zmęczenia i znużenia mijały, gdy rozpoczynało się wrzenie rewolucyjne. Feliks z musu tkwił w Krakowie, w dusznej atmosferze zaściankowości i parafiańszczyzny, odżywał natomiast zarówno w Warszawie, jak we wszystkich ośrodkach robotniczych Królestwa. Czekał na możliwość powrotu do Królestwa. Uznał, że sytuacja dojrzała do wybuchu, zwłaszcza po upadku w grudniu 1904 roku fortecy Port Artur. Tak więc w początkach stycznia 1905 roku Dzierżyński pojawił się w Warszawie.

W Królestwie Polskim SDKPiL i PPS przygotowywały wystąpienia w związku z dziewiętnastą rocznicą stracenia na szubienicy działaczy Proletariatu. W stolicy carskiej Rosji zaszły jednak nowe, nieprzewidziane wypadki.
Przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę cierpliwości mas, były wydarzenia zwane później "krwawą niedzielą". W mroźny styczniowy dzień pod Pałac Zimowy w Petersburgu wyruszyła 140-tysięczna demonstracja robotnicza. Demonstranci byli bezbronni, towarzyszyły im kobiety i dzieci. Nieśli cerkiewne chorągwie i portrety rodziny panującej, a także petycje do cara, domagając się w nich 8-godzinnego dnia pracy, wolności słowa i druku oraz zwołania parlamentu. Ale z rozkazu miłościwego cara zaczęto strzelać do demonstrantów. Chciano w ten sposób zastraszyć wszystkich buntujących się przeciwko swemu losowi i przeciwdziałać wybuchowi rewolucji. Na miejscu legło przeszło tysiąc zabitych i parę tysięcy rannych. Wieść o petersburskiej masakrze lotem strzały rozniosła się po całym imperium carów. Po trzech dniach od „krwawej niedzieli" wśród proletariatu Królestwa kursowały odezwy Zarządu Głównego SDKPiL, nawołujące do strajku powszechnego na znak solidarności z robotnikami rosyjskimi.

Już w czwartek po "krwawej niedzieli" w wielu fabrykach Królestwa rozpoczął się strajk, a w piątek przyłączyły się do strajkujących pozostałe zakłady pracy. Wstrzymali pracę piekarze, dorożkarze, tramwajarze. Przestały ukazywać się gazety. Stanęły nawet drobne warsztaty rzemieślnicze.
Rozpoczął się także strajk szkolny. Młodzież żądała polskiego języka w swych szkołach. Strajkiem tym sterowali postępowi nauczyciele, zgrupowani w Kole Wychowawców.
Dzierżyński był w swoim żywiole, przemawiał na wiecach i zebraniach, organizował masowe wystąpienie proletariatu. Na bieżąco informował o przebiegu wydarzeń w Królestwie Zarząd Główny SDKPiL. Już 25 stycznia ukazał się dodatek do "Czerwonego Sztandaru" "Z Pola Walki", informujący o walkach proletariatu we wszystkich ośrodkach, a także o środkach represji, stosowanych przez carat. Niebawem pismo to stało się samodzielnym organem SDKPiL. Redagował pismo Jogiches-Tyszka, ale ważnym współpracownikiem był Dzierżyński, przesyłający korespondencje z kraju do redakcji w Berlinie.

Sprawozdania wysyłane przez Dzierżyńskiego do Zarządu Głównego SDKPiL mówią o miejscach jego ówczesnych działań. Niekiedy dla kamuflażu są częściowo szyfrowane: z nagłówkiem np. "Droga Ciotuniu! Niech Ciocia się nie boi o mnie, nic złego mi się nie stanie; siedzę w domu i przez te dni niespokojne będę siedziała i nigdzie nie wychodziła, niech Ciotunia będzie pewna. Straszne rzeczy się tu dzieją..." po czym następował opis tego wszystkiego, co wydarzyło się w Warszawie jako odpowiedź na petersburską "krwawą niedzielę".

Inny list-sprawozdanie dotyczył Częstochowy i pierwszych dni lutego 1905 roku, a zwłaszcza strajku w hucie żelaza Handtkego. Dzierżyński nauczył się w sposób lakoniczny opisywać sytuację w poszczególnych ośrodkach, uzupełniając korespondencję programem dalszych działań w danym rejonie. I tak oceniał np. Częstochowę.

„Muszę zaznaczyć, że w mieście całym strajkiem kierują Socjaldemokracja, a tylko w Rakowie pepesowcy. Niestety, tutejsi SD-cy nie potrafili nadać charakteru politycznego temu wystąpieniu. Odezw nie było wcale. Masową agitację prowadzi się ustnie — jest ona tylko ekonomiczna. Masa jest także jeszcze bardzo nieuświadomiona. W każdym razie grunt dla szerokiej akcji politycznej wspaniały".

Zarząd Główny wzywał "Józefa", by wracał za kordon do Galicji, obawiając się o jego bezpieczeństwo, ale Dzierżyński stale nawiązywał kontakty z nowymi ośrodkami i tłumaczył się władzom:

"Co do mnie — tu chcę być, aż ureguluje się sprawa z drukarnią, z Wojskową Organizacją Rewolucyjną, z Rosjanami; potem do Puław (2—3 dni), Łodzi (2 tygodnie), do Białegostoku, Wilna (2 tygodnie), Częstochowy, Dąbrowy (2 tygodnie). Nie wściekajcie się, nie irytujcie, będzie u Was Zdzisław, a więc wszystko będzie w porządku".

Feliks pisał nie tylko o sukcesach, ale i o porażkach, przekazywał do Zarządu Głównego listy aresztowanych działaczy, zwracał uwagę na podejrzanych o sypanie i szpiclowanie.

Wielką wagę przywiązywał do kontaktów z Wojskową Rewolucyjną Organizacją w Puławach. Jednym z działaczy bolszewickich w tamtejszym garnizonie był odważny oficer Władymir Antonow Owsiejenko. Z gronem bliskich współpracowników doprowadził do takiego stopnia zrewolucjonizowania żołnierzy 71 pułku bielawskiego, że przewidywano tam nawet możliwość wybuchu powstania. Już w lutym żołnierze odmawiali posłuszeństwa swym dowódcom. Gdy oficerowie opowiadali o obronie cara i Ojczyzny oraz konieczności walki z Japończykami, żołnierze wznosili okrzyki: "My na wojnę nie pójdziemy!", "Precz z wojną!", "Precz z mobilizacją!"

W porozumieniu z SDKPiL w kwietniu 1905 roku w Puławach miało się rozpocząć powstanie wśród żołnierzy miejscowego garnizonu. Przyjechali do Puław na umówiony dzień Dzierżyński i Warski, oczekiwał ich na miejscu "Sewer" — Edward Próchniak. Chłopi z pobliskich wsi i miejscowi robotnicy mieli poprzeć powstanie. Sygnałem do walki miał być wystrzał rewolwerowy z koszar. Gdy jednak trójka organizatorów oczekiwała na ów strzał — usłyszeli krzyki i tętent kopyt końskich. To galopem przejeżdżał oddział kozacki, powiadomiony prawdopodobnie o przygotowanej w koszarach demonstracji.

Dzierżyński miał dar szybkiej orientacji. W starciu z Kozakami trójka działaczy nie miała żadnych szans. Byli uzbrojeni w rewolwery, nie mogli więc pozwolić się aresztować. Ulica była pusta — nie było na niej ani jednego domu, a z tyłu za nimi był wysoki parkan z desek. Szanse niezbyt sprawnego fizycznie Adolfa i niewysokiego Próchniaka nie wyglądały optymistycznie. Feliks podsadził błyskawicznie Warskiego na parkan, dopomógł następnie "Sewerowi" i kiedy obaj towarzysze byli już po drugiej stronie parkanu — sam błyskawicznie wdrapał się na gładką ścianę z desek i zeskoczył na drugą stronę. W ten sposób trójka agitatorów uniknęła aresztowania.

Jak się okazało, dowództwu carskiego garnizonu w Puławach dzięki donosowi udało się uprzedzić wybuch. Skończyło się na antyrządowej demonstracji w obrębie koszar. Z Władymirem Antonowem Owsiejenką przyszło się natomiast spotykać "Józefowi" jeszcze wiele razy.

1 Maja 1905 roku zapisał się krwawymi kartami w dziejach ruchu robotniczego w Warszawie. Do demonstrantów, kroczących pod sztandarami SDKPiL w Alejach Jerozolimskich, strzelano, a masakrą tą kierował Polak — oficer dragonów, hrabia Przeździecki. Zabito 37 osób, raniono 45. Zginął między innymi aktywista organizacji młodzieżowej SDKPiL, chorąży, idący na czele pochodu ze sztandarem, Mieczysław Wyszomirski. Zofia Muszkat nie była na pamiętnej demonstracji majowej — pracowała przy drukowaniu odezwy SDKPiL do żołnierzy rosyjskich — natomiast już po masakrze widziała ogromne kałuże krwi na bruku ulicznym w Alejach. Pobiegła także do prosektorium, gdzie przedstawił się jej oczom straszliwy widok: pod ścianami leżały zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. "Czarna" szukała ze strachem ludzi bliskich. Okazało się niebawem, że "Józefowi" nic się nie stało, że na miejscu ratował rannych, ukrywał ich przed policją, pomagał odwozić do szpitala. Jeszcze tego samego dnia Dzierżyński zwołał posiedzenie Komitetu Warszawskiego SDKPiL, którego członkowie uchwalili wezwanie robotników do strajku powszechnego w dniu 4 maja. Przerwano w tym dniu pracę w fabrykach, opustoszały banki, nieczynne były teatry.

Hrabia Przeździecki nie cieszył się zbyt długo sławą pogromcy pochodu robotniczego, wkrótce padł od kuli mściciela. SDKPiL rozpowszechniła niebawem pocztówkę z fotografiami trzech aktywistów partii, którzy padli w Alejach Jerozolimskich: chorążego pochodu, 19-letniego Mieczysława Wyszomirskiego, 18-letniego grawera, Karola Szonerta i 50-letniego kotlarza, Zygmunta Kempy. Kupowali tę pocztówkę zarówno członkowie SDKPiL, jak i wszyscy ci, którzy chcieli oddać w ten sposób hołd męczennikom proletariatu. Dzierżyński osobiście zajmował się sprawą wydania owej pocztówki, posyłając fotografie zabitych do Berlina.

Wiosna 1905 roku była dla Dzierżyńskiego okresem
wyjątkowo wytężonej pracy. Mimo wielkiego entuzjazmu dla spraw wystąpień masowych "Józef" żądał od swych współpracowników zachowywania na co dzień żelaznych zasad konspiracji, co młodym wiekiem i stażem działaczom nie przychodziło łatwo. Nie obyło się bez spięć. O jednej takiej historii wspomina Edda Tennenbaum, działaczka SDKPiL. Obowiązywał surowy nakaz, by ludzie raz już aresztowani, czyli znani policji, nie chodzili grupami. Pogodnego wiosennego dnia czwórka młodych aktywistów naruszyła tę żelazną regułę. Trójka mężczyzn świeżo zwolnionych z więzienia i sama Edda szli radośnie Marszałkowską, ożywieni i szczęśliwi z powodu pięknej pogody, własnej młodości i nastrojów rewolucyjnych. Tymczasem akurat w tej okolicy Marszałkowskiej, między Złotą i Chmielną, odbywał się wiec uliczny i policja zgarniała wszystkich mężczyzn. Zabrano również towarzyszy Eddy. Mąż Eddy miał przy sobie nielegalne wydawnictwa.
Przerażona i strapiona Edda pobiegła do lokalu przy Złotej 24, gdzie mieściło się Centralne Biuro Partii, w którym zastała "Józefa". Opowiedziała mu przebieg wydarzenia. "Józef" po wysłuchaniu relacji rozgniewał się okropnie na Eddę. Zaczął krzyczeć: "Pod sąd partyjny was oddam za brak poczucia odpowiedzialności! Tylu ludzi zostaliśmy pozbawieni w takiej chwili!" Dalszego ciągu reprymendy Edda już nie słyszała, ponieważ wzruszenie i zdenerwowanie podcięło jej nogi i zemdlała. Gdy odzyskała przytomność, stał przed nią zupełnie inny "Józef", starał się ją pocieszać: "Nic strasznego, pewnie uda się ich wyciągnąć! Proszę nie płakać!" (Nawiasem mówiąc, nie udało się i aresztowani powędrowali na zesłanie do Wiatki.)
W czerwcu pojechał Dzierżyński do Wilna i Białegostoku. W Wilnie organizacja SDKPiL była rozbita na skutek aresztowań.

W osadzie fabrycznej Krynki pod Białymstokiem po pierwszych strajkach w styczniu aresztowano około 200 robotników, z czego 100 w czerwcu oczekiwało nadal na sąd, siedząc w więzieniu w Grodnie. Pomimo tak trudnych warunków działacze SDKPiL ciągle organizowali zebrania robotnicze, a Dzierżyński alarmował o przysłanie literatury nielegalnej.

Najważniejszym epizodem walk rewolucyjnych w roku 1905 było czerwcowe powstanie w Łodzi. Od wielu tygodni narastały tu nastroje rewolucyjne, stale podsycane przez częste fakty zabijania pojedynczych robotników i całych grup przez policję i kozaków. Wojsko zdecydowanie prowokowało wybuch. I tak w samym tylko czerwcu wielokrotnie padali na ulicach Łódzkich zabici i ranni. 21 czerwca podczas pogrzebu wcześniej zabitych proletariuszy doszło na ulicy Piotrkowskiej do kolejnego ataku na bezbronny tłum. Padło na miejscu 25 ofiar, raniono kilkaset osób.

22 czerwca przypadało Boże Ciało, fabryki nie pracowały, a z okien mieszkań robotniczych strzelano do przechodzących oddziałów wojskowych. Szarża kozaków na przypadkowych przechodniów na Zgierskiej i Nowowiejskiej powiększyła dotychczasową liczbę ofiar. Pod wieczór robotnicy przystąpili do budowania barykad. Zaczęto także demolować i palić państwowe sklepy monopolowe. Powstanie rodziło się żywiołowo, chociaż ani PPS, ani SDKPiL nie były do niego przygotowane. Brakowało broni, a większość robotników nie umiała strzelać. Obie partie, nie mogąc powstrzymać wybuchu, postanowiły być razem z robotnikami.

22 czerwca Komitet Łódzki SDKPiL wydał odezwę nawołującą do jednodniowego strajku powszechnego, aby uczcić poległych. Następnego dnia, w piątek 23 czerwca, zastrajkowały w Łodzi wszystkie zakłady przemysłowe, a na ulicach znowu wznoszono barykady. Budowano je z beczek, mebli; skrzyń, desek i drabin z wozów chłopskich, które przyjechały na targ.

Wzniesiono w mieście ponad sto barykad, nadal rozbijano i niszczono sklepy monopolowe. Nad barykadami powiewały czerwone sztandary.

Władze carskie rzuciły przeciwko robotnikom wszystkie jednostki wojskowe, jakimi dysponowały w okręgu łódzkim. Car Mikołaj II z bezpiecznego, bo dalekiego Peterhofu zarządził wprowadzenie stanu wojennego w Łodzi. Warszawski generał-gubernator nakazywał dowódcy garnizonu łódzkiego, by działał zdecydowanie i bez litości. Wojsko rozpoczęło regularne natarcie na barykady. Niezależnie od tego utrzymywano ciągły ogień, by uniemożliwić robotnikom gromadzenie się na ulicach lub placach, strzelano nawet do ludzi stojących w oknach. Robotnicy odpowiadali strzałami z rewolwerów, czyli tzw. "bronków" (system brauning), oblewano nawet żołnierzy kwasem siarkowym z pięter domów.
Groźną bronią okazały się cienkie druty rozpięte przed barykadami w poprzek ulic. Kozacy wplątani w te druty spadali z koni i przestawali być groźni dla pieszych obrońców barykad. Zachowała się relacja robotnika z dzielnicy Górna, Michała Bednarczyka, który twierdzi, że te pułapki druciane były pomysłem ,"Józefa". Ale brakuje innych przekazów, które by potwierdzały fakt obecności Dzierżyńskiego podczas powstania w Łodzi. Natomiast doprowadził on do wydania odezwy w nielegalnej drukarni w imieniu Zarządu Głównego SDKPiL; jej autorem był prawdopodobnie Adolf Warski: Ulica musi należeć do robotników. Druga odezwa wzywała robotników Warszawy i wszystkich ludzi pracy do solidarnościowego strajku powszechnego w dniu 26 czerwca.

W czasie trwania powstania łódzkiego w Warszawie odbywał się sąd wojenny nad działaczem PPS, Stefanem Okrzeją. Młody robotnik na sali sądowej wystąpił jako oskarżyciel caratu. Mówił: "Wierzę, że socjalizm da ludziom szczęście". Okrzeja parę miesięcy wcześniej organizował protesty proletariatu Warszawy wobec wyroku śmierci na działacza SDKPiL, Marcina Kasprzaka.

Ale mimo wielkiej solidarności proletariatu stosunki międzypartyjne nie układały się dobrze. Dzierżyński pod koniec czerwca uczestniczył w spotkaniu z PPS, gdzie doszło do bardzo zajadłej dyskusji na temat taktyki obu partii. Nie lepiej wyglądały stosunki między SDKPiL a Bundem. "Józef" ostro krytykował bundowców za ich separatyzm. W środowiska robotnicze próbowała również wchodzić żydowska partia drobno-mieszczańska Poale-Syjon, mająca spore wpływy zwłaszcza w mniejszych ośrodkach. W Królestwie pojawili się także anarchiści.

W Warszawie, mimo tych różnic międzypartyjnych, wybuchł strajk solidarnościowy — proklamowany przez PPS na 24, a SDKPiL i Bund na 26 czerwca. Większość fabryk stanęła, następnego dnia doszło do starć z patrolami wojskowymi, a 26 wzniesiono w kilku punktach miasta barykady. Postawiono na nogi cały garnizon wojskowy w Warszawie. Generał-gubernator nakazał strzelanie. Aresztowano 680 osób.
W Łodzi walki zakończyły się 25-go. Przez wymarłe ulice przejeżdżały wyłącznie oddziały wojska. SDKPiL oceniała straty robotnicze na ponad 200 zabitych i 800 rannych. Powstanie w Łodzi zostało wysoko ocenione przez Lenina, jako dowód bohaterstwa klasy robotniczej. Równocześnie jednak Zarząd Główny SDKPiL zaczął się zastanawiać nad możliwościami zakupu broni za granicą oraz stworzeniem w każdym ośrodku robotniczym trzonu działaczy, sprężyście kierujących walką proletariatu. Pertraktacje, związane, z zakupem broni w Belgii, wziął na siebie Marchlewski. Dzierżyński przebywał w lipcu 1905 roku w Łodzi i tak relacjonował konieczność posiadania na miejscu stałego organizatora z prawdziwego zdarzenia: "W ogóle materiał i warunki są tu b. dobre i dostateczne, brak tylko ręki kierowniczej, mocnej dłoni Lenina". Był to jednak ostatni list „Józefa" do Berlina, bezpośrednio bowiem po nim nastąpiła głośna wsypa w Dębach Wielkich.

Zanim jednak doszło do pamiętnej konferencji partyjnej w lasach pod Mińskiem, zginął na szubienicy Stefan Okrzeja. Stracono go 21 lipca 1905 roku na stokach Cytadeli Warszawskiej, tam gdzie ginęli uczestnicy powstania 1863 roku i proletariatczycy. Okrzeja był do końca nieustraszony, choć dwukrotnie przyszło mu przeżywać własną śmierć, bowiem sznur szubienicy zerwał się za pierwszym razem. Poszedł na śmierć odważnie, wzniósł okrzyk: "Niech żyje socjalizm! Precz z caratem!" Relacje o jego bohaterskim zachowaniu znała cała Warszawa, ponieważ przy egzekucji był obecny obrońca skazańca mecenas Stanisław Patek.

Okrzeja był bliskim towarzyszem i przyjacielem mego dziadka, zginął nawet w jego butach, które pożyczył przed akcją rzucenia bomby w cyrkule. "Szczerbaty" był dowódcą piątki bojowej, do której należał Okrzeja. Potem ich drogi polityczne się rozeszły, "Szczerbaty" opuścił szeregi PPS i stał się działaczem socjaldemokratycznym. Przyjaźń przetrwała jednak tę próbę i w przeddzień zamachu bombowego na praski cyrkuł policji Okrzeja przyszedł, by pożyczyć buty od niedawnego towarzysza.
Powróćmy jednak do aresztowania "Józefa".

Było to 31 lipca 1905 roku. W Dębach Wielkich pod Warszawą zebrała się konferencja międzydzielnicowa SDKPiL — ogółem do lasku przyszły 42 osoby, 36 mężczyzn i 6 kobiet. Podczas obrad przemawiał "Józef". Jeden z uczestników konferencji, Bronisław Fijałek, wspomina, że słuchał w życiu wielu znakomitych mówców i pamiętał sporo przemówień, ale...

"tak mówionych nie słyszałem dotąd. Gdy mówił o wszelkim upośledzeniu człowieka pracy, zdawało się, że serce mu pęka z bólu. Jaśniał, promieniał, gdy wskazywał lepszą, sprawiedliwą przyszłość. A jak przeszedł do sposobów zdobywania praw, do koniecznej walki, i o walce — to zmieniał się w straszliwą błyskawicę, co zwiastuje piekielny grom, który lada chwila padnie i zburzy ten podły świat. I znów wypogodniał, gdy w zakończeniu przepowiadał niedaleki. świt i koniec walki między ludźmi. Przeistaczał się do niepoznania".

Tak właśnie przemawiał "Józef" na pamiętnej konferencji w podmińskim lasku. Czas upływał szybko. Około godziny 17-ej obrady się miały ku końcowi, gdy rozstawione czujki dały znać, że zbliżają się żołnierze na koniach. Część uczestników od razu rozbiegła się po krzakach — tak udało się ujść siedmiu towarzyszom. Błagano, by "Józef" odłączył się od grupy, ale on odpowiedział krótko: Gdzie wy — tam ja!

Czasu zresztą na dyskusje nie było zbyt wiele. Reszta zebranych też postanowiła się rozejść, ale okazało się, że polana jest już otoczona. Wówczas Dzierżyński zawołał:

"Towarzysze! Prędko, dajcie mi, co kto ma nielegalnego. Mnie w razie aresztowania i tak już nic nie zaszkodzi".
Żołnierze zamknęli wszelkie dojścia na polanę. Pojawił się oficer. Zakomunikował otoczonym, że są aresztowani, i nakazał, by oddali mu posiadane nielegalnie przedmioty. "Józef" oświadczył wówczas z miną pełną godności, iż z zebranymi tu nie ma nic wspólnego. Spacerował akurat po lesie i został zapędzony do kupy z nie znanymi mu ludźmi.
Przeprowadzono rewizję, nie znaleziono u nikogo niczego nielegalnego. Jeden tylko z aresztowanych był szczególnie obciążony — a był nim oczywiście Dzierżyński.

Grupę aresztowanych otoczonych przez żołnierzy odprowadzono do więzienia w Nowomińsku (obecnie Mińsk Mazowiecki). Dwie noce spędzili więźniowie w prymitywnym areszcie, czyli w małym wiejskim domku. Wiadomość o aresztowaniach w lesie lotem strzały rozbiegła się po całym miasteczku. Miejscowa ludność szybko naznosiła żywności i choć gorliwie pilnowano aresztowanych — niektórym mińszczanom udawało się przedostać do strzeżonego domku. Umączony piekarczyk przyniósł chleb i zakomunikował, że chętnie odda komuś swój strój, by jeden mógł uciec. Zebrani zaczęli namawiać Dzierżyńskiego do ucieczki ze względu na jego obciążenia w carskich kartotekach. Odmówił kategorycznie, oświadczając, że nie zostawi towarzyszy. "Józef" wywierał na żołnierzach wielkie wrażenie. Odczuwali w nim przywódcę. Jeden z żołnierzy pytał naiwnie: "Won tot eto wasz naczalnik?"
Dzierżyński zresztą lubił rozmawiać z żołnierzami. Zwracał im uwagę na złe traktowanie ich przez oficerów, budził godność własną, tłumacząc, że oficerowie nie powinni zwracać się do nich przez "ty". Jeden z żołnierzy pokiwał głową na te wywody i oświadczył swemu rozmówcy: "Nigdy nad tym nie, myślałem. Mądra z ciebie, bracie, głowa!"

Rozmowy "Józefa" z żołnierzami odniosły taki skutek, że zaczęli przychodzić całymi gromadami, by posłuchać nowych dla siebie prawd. W tej indywidualnej agitacji pomagali Dzierżyńskiemu inni aresztowani. Ale "Józef" górował na tyle nad innymi rozmówcami, że z kolei jego strażnicy zaproponowali mu ucieczkę. Nie skorzystał z tej propozycji, bo nie chciał narażać żołnierzy.

Zarówno "Józef", jak i stały lokator domu Wandy Kral przy ulicy Prostej, „Marcin", Wincenty Matuszewski, zostali aresztowani pod fałszywymi nazwiskami. Nie na wiele tu jednak zdały się fałszywe paszporty.

Po dwóch dniach załadowano więźniów na furmanki i przewieziono do Warszawy na Pawiak. Tam rozpoznano niebawem "Jana Krzeczkowskiego" jako Dzierżyńskiego, przesłano go wówczas do X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej.
Wanda Kral miała psa liptaka. Pies był bardzo przywiązany do lokatorów domu przy ulicy Prostej. Podczas aresztowania w Dębach pies razem z córeczką Wandy i jej opiekunką znajdował się na letnisku w pobliskiej wsi. "Marcin" często tam nocował, gdy więc nie wrócił na noc — liptak poszedł po śladach aż do Nowomińska, gdzie czekał pod prymitywnym więzieniem. Towarzyszył furmankom z aresztowanymi aż do Warszawy i gdy więźniów zamknięto na Pawiaku, pobiegł do domu na Prostą. W ten sposób naprowadził policję na dom Wandy Kral i ta musiała się ukrywać. Stąd też na Pawiak do uwięzionego "Marcina" nie mogła chodzić Wanda, tylko jej bliska koleżanka, Zofia Muszkat. Nosiła mu paczki, a przy okazji wręczała nie tylko grypsy, ale nawet całe numery "Czerwonego Sztandaru".

Podczas pobytu Dzierżyńskiego w X Pawilonie został wykonany wyrok śmierci na Marcinie Kasprzaku — bohaterskim obrońcy tajnej drukarni SDKPiL przy ul. Dworskiej. Kasprzak przeżył wielką osobistą tragedię — przez wiele lat żył pod niesłusznym zarzutem, że jest carskim prowokatorem. Obroną tajnej drukarni przekreślił wszelkie podejrzenia.

W śledztwie Dzierżyński podtrzymywał wersję, że nazywa się Krzeczkowski, nie chciał niczego powiedzieć o swej działalności. Po prostu w każdą niedzielę wyjeżdżał na zieloną trawkę, do lasu, by odpocząć;

W listach do Aldony, pisanych z X Pawilonu donosił, że czuje się nieźle, ale:

"Brak mi tylko piękna przyrody, daje mi się to najbardziej odczuć, że zmiana zaszła we mnie, strasznie polubiłem w ostatnich latach przyrodę. Przed aresztem marzyłem, że wyjadę na wieś, teraz marzę w więzieniu, że gdy już będę
wolny i legalny, gdy nie będę musiał ukrywać się i dalej się tułać po obcym świecie — pojadę do naszego ustronia. A teraz tu odpoczywam".

Trudno było jednak wytrzymać za kratą, gdy w Warszawie nadal trwała rewolucja. Zwłaszcza od początku października oczekiwali rewolucjoniści na nowe wydarzenia — rozpoczął je strajk drukarzy w Moskwie, a następnie wielkie strajki ogarnęły inne rejony przemysłowe ogromnego państwa rosyjskiego. W ślad za drukarzami podjęli sztandar walki kolejarze. W końcu października strajk stał się powszechny. Królestwo odpowiedziało solidarnie na wezwanie towarzyszy rosyjskich. Warszawa, Łódź, Radom, Kalisz, Kielce, Lublin, Płock, Częstochowa i inne ośrodki porzuciły pracę, zamknięto sklepy, banki i uczelnie, na ulice wyszły znowu masy ludowe, manifestując pod czerwonymi sztandarami.

Próbowano złamać strajk siłą — dochodziło do zbrojnych starć z wojskiem. Masy się nie poddawały żadnym represjom. Pod naciskiem sytuacji car zdecydował się wydać 30 października "manifest wolnościowy", zapowiadający wolność osobistą, wolność sumienia, słowa, zgromadzeń i związków. Wieść o "łasce monarszej" dotarła natychmiast do Warszawy, gdzie ogłoszono strajk polityczny, żądając natychmiastowej amnestii dla więźniów politycznych, obalenia rządów absolutystycznych i ustanowienia republiki demokratycznej zamiast monarchii carskiej. Odbywały się dziesiątki wieców w salach publicznych i mieszkaniach prywatnych, mówcy na wiecach ulicznych przemawiali unoszeni na ramionach słuchaczy lub wdrapywali się na latarnie. SDKPiL urządziła dwie demonstracje w sprawie amnestii: jedną na Placu Teatralnym przed Ratuszem, drugą — pod Pawiakiem. Gdy na Placu Teatralnym zebrały się tłumy, nagle napadli na ludzi Kozacy i dragoni, urządzając straszliwą rzeź. Padli zabici i ranni. Popłoch uciekających przed szablami i pikami sprawił, że wiele osób zatratowano lub wciśnięto w żelazne sztachety skweru przed Teatrem Wielkim.

Zaczęto w Warszawie powtarzać w przekładzie polskim dwuwiersz rosyjski:

Wydał manifest car z przerażenia:
Martwym —swoboda, żywych — do więzienia!

Wieść o rzezi na Placu Teatralnym nie wpłynęła jednak na uspokojenie nastrojów mas robotniczych. Organizowano kolejne demonstracje i pod naciskiem ulicy zaczęto wypuszczać więźniów: najpierw z Ratusza i Pawiaka, potem z Cytadeli. 2 listopada zwolniono Dzierżyńskiego i PPS-owca Maksa Horwitza "Waleckiego". Na mieście trwał strajk powszechny — nie kursowały dorożki ani tramwaje. „Waleckiemu" było trudno chodzić, był kaleką i kulał. Musieli udać się piechotą w kierunku miasta. Znaleźli jednak prywatną bryczkę, która dowiozła ich do śródmieścia. Przez całą drogę "Józef" powtarzał Horwitzowi, że nie należy wierzyć carowi ani jego konstytucji, nie legalizować się. Jeszcze na ulicy, widząc tłumy rozradowane z powodu obietnic carskich dotyczących swobód obywatelskich, Dzierżyński wygłosił przemówienie, w którym powtarzał swe ostrzeżenie: "Nie wierzcie jałmużnie carskiej! Nie wierzcie burżuazji, wystąpi ona bez wątpienia przeciw robotnikom. Klasa robotnicza ma swe własne cele, odmienne od burżuazyjnych!"

Władysław Stein-Krajewski wspomina, że Dzierżyński pojawił się natychmiast z grupą byłych więźniów na konferencji partyjnej. Odbywała się ona w mieszkaniu przy ul. Ceglanej 4. Zostali owacyjnie powitani, a Jakub Goldenberg "Stanisław" złożył przewodniczenie obradom w ręce "Józefa". Dzierżyński przemawiał, ciągle przypominał o broni, o zdobyciu koniecznego oręża do walki zbrojnej.

Kiedy w grudniu 1905 roku wybuchło w Moskwie powstanie, Dzierżyński wraz z najbliższymi towarzyszami rozpoczął pracę nad zdezorganizowaniem transportu kolejowego tak, by nie można było wykonać rozkazu o translokacji wojsk z Królestwa do walczącego miasta. "Szczerbaty" z ramienia SDKPiL wziął udział w wiecu kolejarzy w warsztatach przy ul. Chmielnej. Wiec ten opanowany był przez endecję, która zamierzała preferować rezolucję za pójściem do pracy. "Szczerbatemu" udało się przemówić do kolejarzy: "My tu wiecujemy pod osłoną bagnetów, a tam się krew leje na ulicach naszego miasta!" Istotnie, warsztaty otoczone były przez wojsko, pilnujące majątku opuszczonego przez strajkujących. Zwolenników strajku było więcej, z okrzykiem: "Na ulicę!" i z melodią "Czerwonego Sztandaru" opuścili pomieszczenia warsztatów.

W czasie trwających walk barykadowych w Moskwie "Józef" i "Szczerbaty" udali się do Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie zorganizowali strajk polityczny w Hucie Bankowej. Strajk został poprzedzony wiecem, na który nie chciała wyrazić zgody PPS. Dzierżyński wraz ze swym towarzyszem podbiegli do bramy Huty, w chwili gdy ją zamykano, "Józef" wsadził but w szczelinę i w ten sposób uniemożliwił zatrzaśnięcie wrót. Znaleźli się na podwórzu i wtedy szybko spytali:. "Gdzie syrena?"

Ktoś wskazał im kierunek — pobiegli i za chwilę zawyła słynna syrena Huty Bankowej. Na podwórze zaczęli stopniowo wychodzić robotnicy. Tak doszło do zwołania wiecu.
Huta swą syreną dawała sygnał do strajku w całym Zagłębiu. Strajk ten nie przekształcił się w powstanie zbrojne, na które liczyli działacze SDKPiL.

Jeszcze przed końcem 1905 roku Dzierżyński wysłał "Szczerbatego" do Radomia jako funkcjonariusza partyjnego. "Szczerbaty" przetransportował z Warszawy do Radomia drukarnię, zainstalował ją w mieszkaniu garbarza na Zamłyniu. Tak spotkanie w siedleckim więzieniu z "Astronomkiem" zmieniło drogę życia mego Dziadka, warszawskiego metalowca. Podobnie stało się z innymi współwięźniami z Siedlec na przykład z Julianem Gęborkiem (b. działaczem PPS), zwierzchnikiem "Czarnej" — Zofii Muszkat w kolportażu partyjnym w Warszawie.

Walki na barykadach w Moskwie trwały dziewięć dni. Zgodnie z założeniami organizatorów powstanie moskiewskie miało dać hasło innym ośrodkom. Ale odzew z innych ośrodków był nieznaczny, władze carskie mogły więc skierować pułki gwardyjskie i artylerię przeciwko robotnikom na barykadach. Najdłużej broniły się barykady Czerwonej Presni, ale i one uległy przemocy. Powstanie krwawo stłumiono.

Strajk grudniowy na kolejach w Królestwie wywołał bardzo silne przeciwdziałanie carskich władz, które rzuciły do walki ze strajkującymi wszystkie rezerwy wojskowe. Generał gubernator Skałon nakazał aresztowanie wszystkich znanych już policji agitatorów, kolporterów prasy i odezw, a także podejrzanych o przynależność do partii robotniczych.
Aresztowano wówczas setki aktywistów ruchu robotniczego. Wobec upadku powstania w Moskwie oraz zakończenia strajku powszechnego w Petersburgu, a także represji, spadających na działaczy — partie rewolucyjne wezwały proletariat w dniu 2 stycznia 1906 roku — do podjęcia pracy.
Proletariusze boleli nad niepowodzeniem powstania w Moskwie, bo uważali je za prolog, wydarzeń, zdolnych obalić carat, a tak przedłużało się nadal panowanie Mikołaja "Ostatniego". Uważali jednak, że rewolucja nadal trwa, próbowali więc ożywiać bojowe nastroje mas.

Społeczność

LENIN - rocznica