Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 24 gości.

Mike Macnair: Czy kapitalizm się kończy?

kapitalizm związany

Tekst oryginalny ukazał się w 890 numerze „Weekly Worker” (czwartek, 17 listopada 2011) i dostępny jest w wersji elektronicznej pod adresem: http://www.cpgb.org.uk/article.php?article_id=1004616
 

Mike Macnair przemawiał 12 listopada do zgromadzenia KPWB o marksistowskim zrozumieniu kryzysu. Oto zredagowana wersja tego przemówienia.
 
„Kryzys strefy euro” – w rzeczywistości jedynie efekt krachu finansowego z 2008 roku – obalił teraz dwa kolejne rządy, w Grecji i we Włoszech: politycy zastąpieni przez bezpośrednie rządy bankierów. Światowa struktura finansowa stoi nad krawędzią przepaści. Jednym ze skutków jest nacisk na Unię Europejską. Ku pełnemu federalizmowi? Ku pełnej strefie wolnohandlowej? Czy ku „Europie dwutorowej”?
 
Tymczasem istnieje realna obawa, że kryzys wywoła nie tylko upadek rządów, ale „kryzys rewolucyjny”, czy wejście mas na scenę polityczną. Ten strach jest wyrażony przez determinację z jaką próbuje się powstrzymać zapłon, który może być iskrą wywołującą pożar. Najświeższymi objawami  są akcje policyjne przeciw obozom „okupantów” w Nowym Jorku i Portland oraz spodziewane niedługo akcje w Londynie; a także próby rządu, aby w mniej lub bardziej zdesperowane próby, aby zminimalizować skutki strajku z 30 listopada, oferując ograniczone ustępstwa połączone z groźbami: podejście „kija i marchewki”.
 
Ale tym czego brakuje, jest alternatywa dla chwiejącego się systemu.
 
Grecja
 
W Grecji powołano „rząd jedności narodowej” pod przewodnictwem technokraty, byłego centralnego bankiera Lucasa Papademosa i podobny proces ma miejsce we Włoszech pod rządami unijnego technokraty „Super” Mario Mentego. Jak zwrócił uwagę „Financial Times” 12 listopada, wydarzenia w Grecji i we Włoszech zdają się reprezentować drastyczny wybór pomiędzy a) rządem bankierów centralnych mianowanych właściwie przez Francję i Niemcy oraz b) demokracją polityczną.
 
Wybór nie jest jednak tak ostry, jak przedstawia to „Financial Times”; zarówno PASOK jak i Nowa Demokracja chcą pozostania Grecji w strefie euro i  wprowadzenia planu oszczędności. Propozycja referendum ze strony ustępującego greckiego Georgiosa Papandreou była właściwie próbą zepchnięcia Nowej Demokracji, grecką partię centroprawicową, do defensywy i osiągnęła ona pożądany skutek, chociaż kosztowała Papandreau posadę. Odpowiedź rządów Francji i Niemiec oraz międzynarodowych rynków finansowych na propozycję referendum zmusiła Nową Demokrację do uczestnictwa w rozmowach koalicyjnych. Przedtem ND chciała powtórzyć wyczyn Fine Gael w Irlandii – prowadzenie kłamliwej kampanii wyborczej przeciw cięciom, tylko po to, aby je później wprowadzić samemu.
 
Problem w tym, że polityczny reżim burżuazyjnego parlamentaryzmu pozwala na zbyt wiele tego, co uczeni ekonomiści określają jako „jazdę na gapę” [free-riding] i należy temu zapobiec w sposób nie pozwalający masom uczestniczyć w procesie politycznym. Referendum byłoby starannie kontrolowanym wyborem między dwiema alternatywami, media ograniczyłyby debatę. Ale istniałoby również ryzyko dla taktyki a la Fine Gael, którą chciała zrealizować Nowa Demokracja, że wybory wyłoniłyby nie rządu prawicowego, lecz zwiększyłyby liczbę miejsc dla Komunistycznej Partii Grecji (KKE), co byłoby raczej problematyczne dla Europejskiego Banku Centralnego.
 
Prawdopodobnie nie byłby to krok naprzód dla greckiej klasy robotniczej. KKE jest przywiązana do swojej polityki autarkii gospodarczej; wycofanie się ze strefy euro i odbudowa gospodarki narodowej, co doprowadziłoby albo do kompletnego upadku albo gwałtownego powrotu do polityki cięć Papandreau.
 
Ale to też droga do nikąd. Ostatnie dane o bezrobociu w Grecji wskazywały na wartość ledwie poniżej 20% w szczycie sezonu turystycznego, co oznacza, że zwyżka do 30% jest prawdopodobna, bezrobocie jest porównywalne do amerykańskiego podczas depresji lat 30. Nawet „FT” (ponownie z 12 listopada) dochodzi do wniosku, że jest mało prawdopodobnym, że pakiet oszczędnościowy da pożądany efekt.
 
Włochy
 
We Włoszech formowany jest teraz rząd jedności narodowej, ale reżim polityczny również cierpiał na skutek problemu „jazdy na gapę” wśród polityków burżuazyjnych, w tym przypadku wewnątrz rządzącej koalicji pod przywództwem Berlusconiego. Podczas gdy Liga Lombardzka,  nacjonaliści z północy, którzy chcą podziału Włoch, stawiali twardo sprawę podczas negocjacji w związku cięciami, inne partie prawicowe reprezentujące południe Włoch celnie można określić jako klientelistycznych bonzów niż ideologicznych polityków; cięcia grożą ich patronatowi nad ich klientelistycznymi sieciami i zorganizowaną przestępczością.
 
Sytuacja gospodarcza Włoch jest inna niż Grecji, ponieważ Włochy nie doświadczyły jeszcze wielkiego spowolnienia w realnej gospodarce, chociaż spekulanci finansowi obniżyli rating włoskiego długu. Jeśli żądane przez UE cięcia zostaną wprowadzone, takie spowolnienie jest nieuniknione, ale na razie Grecja jest w znacznie gorszej sytuacji.
 
We Włoszech nie ma odpowiednika KKE i groźba ze strony lewicy jest minimalna; Włoska Partia Komunistyczna przekształciła się w odpowiednik amerykańskiej Partii Demokratycznej i brała spory udział w zarządzaniu kapitalizmem. Rifondazione Comunista, która niedawno była znaczącą siłą, implodowała w związku z włoskim uczestnictwem w wojnie w Iraku, a także udziałem Rifondazione w blairystowskim rządzie. Prawe skrzydło Rifondazione poszło w swoją stronę. Inna frakcja jest w sojuszu z włoskim odpowiednikiem Nowej Partii Komunistycznej, tzn. małą sektą stalinowską. Dwie niewielkie frakcje wyłoniły się na lewicy – Partito Comunista di Lavoratori (Komunistyczna Partia Robotnicza) oraz mandeliści z Sinistra Critica (Lewica Krytyczna). Żadna nie jest tak duża jak brytyjska Socialist Workers Party. Stąd, jeśli chodzi o wpływ w społeczeństwie, włoska lewica w krótkim okresie czasu z wielokrotnie silniejszej niż w Wielkiej Brytanii stała się prawdopodobnie nawet od niej  słabsza.
 
Teraz Włochy mają przywódcę mianowanego przez Brukselę. Niektórzy opisywali to przejście od reżimu burżuazyjno-demokratycznego do rządu technokratycznego jako bonapartystowskie, ale właściwiej będzie określić te rządy jako bezpośrednimi przedstawicielami wierzycieli , to jak gdyby Bank of England miał mianować rząd brytyjski, ponieważ parlament nie może się zgodzić na jego propozycje. W „Weekly Worker” Toby Abse porównał Berlusconiego do Bonapartego, ale musimy rzucać takimi określeniami ostrożnie („Euro też pa pa?”, 10 listopada). Rządowi koalicyjnemu Berlusconiego bliżej było do tych rządzących we Włoszech za monarchii przed I wojną światową, pod tym względem, że opierał się na rozległej sieci klientelistycznej i lokalnych grupach, aby utrzymać się u władzy.
 
Podejrzenia co do niespłaconych długów narodowych kierują się ku Austrii i Węgrom; nie było jeszcze skutków politycznych, ale jest coraz jaśniejsze, że te kraje też będą potrzebowały pomocy, jeśli chce się uniknąć niewypłacalności. Komentatorzy mówią otwarcie o upadku euro w ogóle lub ograniczeniu strefy euro do Francji, Niemiec i krajów Beneluksu – albo może nawet bez Francji.
 
Istnieje znaczna niepewność, co do tego co pociągnąłby za sobą upadek Grecji lub jej bezładne odejście od euro. Czy mógłby to być ekwiwalent upadku Lehman Brothers, zamrożenie światowych rynków finansowych, upadek banków i rozpaczliwa pogoń za rozwiązaniami? Nie jest jasne, skąd w takim wypadku miałyby pochodzić pieniądze. W bankowej fazie kryzysu państwa sporo pożyczały od rynków finansowych, aby ratować banki. Teraz te rynki finansowe pożyczające państwom zamarzają, powodując w efekcie zastój banków. Nie istnieje jasne rozwiązanie tego kryzysu w ramach Karty Narodów Zjednoczonych, tzn. istniejącego systemu suwerenności państwowej.
 
Obecna sytuacja w Europie jest niczym gra w „podaj paczkę”, tylko taką w której „zwycięzca” znajduje w niej tykającą bombę. Przypuśćmy, że Grecja wycofa się ze strefy euro i będzie niewypłacalna; ponieważ wydawało się to prawdopodobne przez kilka miesięcy, wartość długu greckiego rządu została odpowiednio dostosowana i to sam w sobie może nie być, aż tak destrukcyjne. Ale ciągle jest masa pożyczek bankowych wiszących nad greckimi firmami i ludem i to czy będą spłacone w euro czy w drachmach jest istotne. Jeśli Grecja porzuci wspólną walutę, ale spłaci swoje długi w euro, wtedy, pomijając kursy walut, nie będzie to miało żadnego pozytywnego wpływu na grecką gospodarkę. Nie tylko wszyscy by zbankrutowali, ale stałoby się to szybciej, ponieważ umowy spisane w euro muszą być spłacone w euro, co gwałtownie zwiększyłoby cenę najmu, hipoteki i tak dalej znacznie powyżej przeciętnego wynagrodzenia, tak jak miało to miejsce na Węgrzech z kredytami hipotecznymi w frankach szwajcarskich.
 
Alternatywa polegająca na uczynieniu umów wypłacalnymi w drachmach również może wywołać katastrofę. Jeśli przypuścimy, że jedna drachma będzie warta 20% jednego euro, byłoby to równoznaczne z natychmiastową 80% niewypłacalnością prywatnych długów greckich obywateli. Wynikiem byłby ten sam problem prywatnego zadłużenia jak w Irlandii, ale na szerszą skalę i bez państwa mogącego  uratować swoje banki i firmy.
 
W obecnej sytuacji trudno znaleźć wyjście i nawet komentatorzy gospodarczy głównego nurtu opisują klasę kapitalistyczną jako najwyraźniej samobójczą. Problemem nie jest jednak nastrój kapitalistów, ale rozwiązania instytucjonalne ustanowione po 1945 roku, pozwalające na rozwój zamorskich rajów podatkowych oraz odrzucenie kontroli dewizowej w latach 70. Stąd wiele instrumentów, które byłyby zdolne do zarządzania kryzysem już nie istnieją.
 
Na przykład Carmen Reinhart, współautorka sławnej książki o kryzysie finansowym „Tym razem jest inaczej”,  przywoływana jest jako twierdząca, że możliwa jest „monetaryzacja” długów. Tj. banki centralne powinny drukować więcej pieniędzy i zwiększyć inflację, która spowodowałaby zmniejszenie wartości długów. Wśród marksistów Arthur Bough podobnie sugerował, że kapitaliści mogliby rozwiązać problem monetaryzując długi. Ale Reinhart przyznaje, że aby monetaryzacja długów zadziałała musi mieć miejsce „ucisk finansowy”, który zmuszałby banki i oszczędzających do zatrzymania obligacji państwowych oprocentowanych poniżej stopy inflacji.
 
W latach 70. ta polityka została podjęta bez narzędzi ucisku finansowego – zwłaszcza kontroli dewizowej. Nawet o wiele mniej zaawansowane operacje finansowe  „offshore” w tym czasie w efekcie dawały „stagflację”: inflację bez wzrostu gospodarczego. Dzisiaj przywrócenie tych narzędzi oznacza demontaż finansowego systemu „offshore”. A to oznacza zarówno traktatów Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu/Światowej Organizacji Handlu jak i systematyczne pogwałcenie suwerenności „rajów podatkowych” – co oznacza odrzucenie Karty Narodów Zjednoczonych. Tak więc ten kryzys stwarza bardzo duże problemy dla klasy kapitalistycznej.
 
John Authers  w „Financial Times” z 12 listopada dostrzega promyk nadziei w danych o wzroście gospodarczym sugerujących, że Chiny mogą mieć „miękkie lądowanie”; jeśli inflacja pozostanie na niskim poziomie, rząd chiński będzie mógł inwestować w gospodarkę. Spowodowałoby to szerszy wzrost (tak jak faktycznie uczynił chiński pakiet pomocowy po „zapaści kredytowej”). Polegałoby to na tym, że Chiny kupowałyby masę surowców, więc spółki wydobywcze, hutnicze, etc. kupowałyby nowy sprzęt i nastąpiłoby napędzane eksportem odrodzenie Niemiec, Japonii i USA oparte na przemyśle maszynowym. Authers widzi ryzyko w skali bańki na rynku nieruchomości w Chinach, przy której amerykańska bańka z lat 2005-2007 blednie. Ekonomiści w latach 2007-2008 zgadzali się co do tego, że gospodarka USA zmierza ku „miękkiemu lądowaniu”; tym co nastąpiło, był oczywiście kryzys.
 
Presja
 
Obecnie bardziej prawdopodobną opcją są bezładne ogłoszenia niewypłacalności i nowy kryzys bankowy cięższy od tego z lat 2008-2009, który będzie nieunikniony zarówno zanim pojawi się jakikolwiek hipotetyczny chiński pakiet, jak i zanim państwa uzgodnią kierunek działań wystarczający do rozwiązania kryzysu zadłużenia publicznego. Znajduje to odzwierciedlenie w niezwykłym elemencie obecnej sytuacji: USA i Wielka Brytania (lub dokładniej, polityczni agenci USA, tacy jak Cameron, Osborne i Blair) naciskają na przekształcenie strefy euro w scentralizowane państwo.
 
Ta zmiana jest niezwykła, ponieważ od końca zimnej wojny polityka pochodząca z tych źródeł głosiła, że państwo europejskie jest niepotrzebne i niepożądane, a tym, co jest pożądane jest ogromna strefa wolnego handlu, w której poszczególne kraje konkurowałyby między sobą, oferując lepsze środowiska podatkowe i regulacyjne biznesowi.
 
Cameron i Osborne zachowali przynajmniej element tej polityki. Chcą zmusić Niemcy do pójścia drogą scentralizowanego państwa w strefie euro, jednocześnie zachowując system konkurencji wolnorynkowej między krajami zagwarantowany przez traktat z Maastricht i inne traktaty dla rozszerzonej UE i jeśli już ograniczając centralne uprawnienia regulacyjne dla instytucji UE. Ta „Europa dwóch prędkości” dałaby Wielkiej Brytanii, to czego zawsze chciała od Europy: strefę wolnego handlu bez narzucanych Wielkiej Brytanii jakichkolwiek wspólnych przepisów regulacyjnych.
 
Mimo to państwa strefy euro najprawdopodobniej nie zaakceptują takiego rozwiązania. Ta niechęć jest odzwierciedlana w ostatnim podkreślaniu przez przewodniczącego Komisji UE Jose Manuela Barroso, że reżim wspólnego rynku nie przetrwa rozpadu strefy euro. Znajduje również odzwierciedlenie w epizodycznych sprzeczkach między Wielką Brytanią a innymi państwami UE w związku z zupełnie marginalnymi i nic nieznaczącymi unijnymi propozycjami „podatku Tobina” – wg Osborne’a  to „kula wymierzona w serce Londynu” – i innych regulacji bankowych, które usunęłyby City z biznesu w strefie euro. Więc naciskanie na dalszą integrację strefy euro jest wysoce ryzykowna dla Londynu.
 
Nie może to być polityka, którą USA przyjęłyby z jakimkolwiek entuzjazmem. Musi ona doprowadzić co najmniej do znacznych politycznych „zawirowań”, a jeśliby się powiodła, świat stałby się w rezultacie bardziej „wielobiegunowy” po okresie czasu, kiedy USA nie miały żadnego potencjalnego rywala.
 
Wyjaśnieniem jest sama powaga zagrożenia dla światowego systemu bankowego (o którym wspominał Paul Manson w cytowanej powyżej dyskusji w „Guardianie” z 11 listopada). Państwo-strefa euro, w którym (w istocie) długi państwowe krajów strefy euro stają się długami państwowymi strefy euro jako całości, daje szansę uniknięcia chaotycznej serii upadłości i krachu międzynarodowego sytemu bankowego.
 
Problem w tym, że jedyną alternatywą w ramach kapitalizmu wobec krachu międzynarodowego systemu bankowego jest likwidacja tego systemu, aby umożliwić „ucisk finansowy”. A USA i Wielka Brytania jako państwa mają interes w utrzymaniu tego systemu. To mechanizm dzięki któremu globalna wartość dodatkowa, za pośrednictwem operacji finansowych „offshore”, jest przywłaszczana przez Londyn i Nowy Jork. W przypadku USA mechanizm ten pozwala USA na ciągłe i ogromne deficyty budżetowe w oparciu o to, że dolar jest światową walutą rezerwową, a USA jest światowym supergliną, więc inwestowanie w USA i w amerykańskie fundusze jest stosunkowo bezpieczne, nawet jeśli niezbyt opłacalne. Dla Wielkiej Brytanii problem jest dotkliwszy.
 
Wielka Brytania
 
W zeszłym tygodniu obniżono stopę dochodu na obligacje rządu brytyjskiego do rekordowo niskiego poziomu. Tzn. Wielka Brytania jest postrzegana jako bezpieczniejsze miejsce dla „przepływających” pieniędzy niż prawie cała reszta Europy. Wynika to jednak raczej wyłącznie ze strachu, gdzie indziej – Francji ostatnio obniżono rating, a Niemcy są w trudnej sytuacji w związku z eurodługiem – niż z wiary w perspektywy wzrostu dla brytyjskiej ekonomii. W rzeczywistości George Osborne i David Cameron spędzili większość zeszłego tygodnia unikając tematów gospodarczych.
 
Było to po części manewrem politycznym przed strajkami z 30 listopada i próbą przesunięcia dyskusji z historii o chciwych bankierach ku narracji ze zwycięskich wyborów w 2010 roku: „Jesteśmy w tym wszyscy razem” oraz przestrzeganiu przed staniem się kolejną Grecją lub Włochami. Jednocześnie torysów martwi bezładny rozpad strefy euro, który byłby katastrofą dla Wielkiej Brytanii, niezależnie od tego co mówią eurosceptycy. Istnieje ogromne ryzyko dla rynków finansowych, które stały się podstawą względnego dobrobytu Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich 30 lat – to prawda, mimo znacznego wzrostu nierówności.
 
Jednym z aspektów powszechnej wrogości wobec bankierów oraz pensji w City jest fakt, że ludzie nie rozumieją, skąd właściwie biorą się te pieniądze. Bo jeśli chodzi o materialne saldo handlowe, Wielka Brytania ma permanentny deficyt. Szczególnie jeśli chodzi o żywność, Wielka Brytania importuje 40% konsumowanej w kraju żywności.
 
Deficyt w materialnym handlu pokrywany jest z „niewidzialnych zarobków” sektora finansowego. Pozycja Londynu jako raju podatkowego oraz centrum sieci rajów podatkowych stała się podstawą wspomnianego względnego dobrobytu. Efekt jest taki, że londyńskie City uszczykuje z przepływów finansowych z całego globu, czerpiąc część dochodu z kapitału z prawie każdego kraju na świecie, włącznie z Chinami, które przekazują ogromne sumy na inwestycje w rajach podatkowych kierowanych z Londynu. Nie trzeba wspominać, że te małe kraje nie są usiane fabrykami; pieniądze są reinwestowane kraju rodzimym, ale w ten sposób unika się płacenia podatków w Chinach.
 
Wtedy państwo uszczykuje z City dzięki 50% podatkowi dochodowemu od pensji w City. Najwięcej zarabiający 1% płaci poniżej ćwierci ogólnej brytyjskiej puli podatku dochodowego; patrząc na to z innej strony, sektor finansowy twierdzi, że płaci 66 mld funtów podatków w ogóle – ok. 15% ogólnej puli podatkowej. Biorąc pod uwagę permanentny deficyt Wielkiej Brytanii w handlu zagranicznym, istnienie NHS [National Health Service, Krajowa Służba Zdrowia] i innych usług publicznych zależy od uszczypania od City z transakcji, które mogą nie mieć nic wspólnego z Wielką Brytanią, jak w powyższym przykładzie. Hipotetycznie, jeśliby jutro przerwano operacje finansowe londyńskiego City, cięcia czynione obecnie nie będą znaczyły nic.
 
Okupować
 
Istnieje masowa niechęć co do tego, co się dzieje; ale brak jeszcze masowej chęci do podjęcia w związku z tym działań; brak jakiejkolwiek pomysłu na alternatywę (poza nacjonalistyczną prawicą).
 
Ruch „Oburzonych” stał się światowy w zasięgu, ale nie masowy w skali. Mimo, że wzorowany na Arabskiej Wiośnie i wydarzeniach w Egipcie, nie stał się masowym ruchem w rodzaju tych, które grożą obaleniem rządów. W Wielkiej Brytanii znalazł się tymczasowo w centrum powszechnej nienawiści do bankierów i podwyżek w City, która ogarnęła nawet Izbę Lordów. Lord Gavron przedstawił (po raz drugi podczas zapytań) projekt ustawy, która wymagałaby prawnie, aby decyzje komisji ds. wynagrodzeń poszczególnych spółek były poddawane wiążącemu głosowaniu na spotkaniu akcjonariuszy przed wprowadzeniem w życie oraz zostały przegłosowane (niewiążąco) przez wszystkich pracowników; firmy miałyby również obowiązek publikować stosunek rozpiętości płac między najlepiej zarabiającymi pracownikami i najgorzej opłacanymi 10%. Projekt ustawy został zignorowany przez media i nadzieja, że wejdzie w życie jest nikła, ale to pokazuje, jak powszechne są takie odczucia.
 
Ruchu „Oburzonych” ta niechęć została wyrażona w koncepcji „99% przeciwko 1%”, co jest niezłym sloganem, nawet jeśli politycznie jest pozbawiony treści: jak wskazał James Turley w tej gazecie, niełatwo jest zamienić „99%” w siłę polityczną („Globalny akt odmowy” [„Global act of refu sal”], 20 października).
 
Rządy są w pełni świadome, że polityka oszczędności – zrzucanie strat spekulantów z lat 2008-2009 na barki klasy robotniczej – stwarza ogromne ryzyko zniszczenia legitymizacji politycznej państw nią dotkniętych. Są dlatego bardzo wrażliwi, jeśli chodzi o zapobieżenie jakiejkolwiek iskrze, która może wywołać pożar proletariackiego oporu i spowodować realną destabilizację polityczną.
 
Oryginalny obóz w Nowym Jorku został, podobnie jak ten w Portland, zlikwidowany przez policję z oczywiście fałszywych powodów „zdrowotnych i bezpieczeństwa”; uniemożliwiono próby rozbicia obozów w kilku innych miejscach; dochodzą również silne sygnały, że w najbliższych zostanie zlikwidowany ten w Londynie.
 
W inny sposób widzieliśmy ten sam program w brutalnych działaniach policji wobec niedawnych demonstracji studentów i elektryków.
 
Odmiennym objawem tego samego zjawiska jest fakt, że rząd koalicyjny poczuł się przymuszony od wykonania manewrów obronnych – tzn. ustępstw – w okresie przed strajkami z 30 listopada. Obejmuje to obraźliwą ofertę Francisa Maude’a, aby robotnicy strajkowali tylko przez 15 minut, otrzymali wypłatę i „dali do zrozumienia, o co im chodzi”, która trąci z lekka desperacją.
 
W USA związki zawodowe zaczynają się budzić, popierając ruch rozpoczęty przez Occupy Wall Street. Republikański gubernator Ohio ostatnio zaproponował ustawę zakazującą strajków oraz układów zbiorowych w sektorze publicznym, obcięcie pensji wśród innych ataków. Propozycja została poddana głosowaniu stanowemu i została pokonana dużą przewagą głosów po wielkiej mobilizacji związkowej na rzecz głosowania przeciw. Jak dotąd są to lokalne akty oporu na małą skalę, którym daleko do masowego ruchu strajkowego czy ruchu demonstracji ulicznych [street movement], ale to mimo wszystko zachęcające znaki.
 
Alternatywa?
 
Postępujący kryzys kapitalizmu, a jeszcze wyraźniej sam ruch „Oburzonych”, stawia pytanie o alternatywę. Jak dotąd słyszeliśmy od przedstawicieli tego ruchu jedynie milczenie lub niealternatywy różnych utopii. Np. zielonych utopii, powrotu do lokalizmu i drobnej produkcji, których faktyczne wprowadzenie w życie wymagałoby zmniejszenia światowej populacji o 75%. Albo utopie keynesizmu – choć kapitalizm może dokonać keynesowskiego zwrotu, wymagałoby to zniszczenia systemu „offshore”; to z kolei wymaga obalenia Karty Narodów Zjednoczonych i obecnego systemu suwerenności państwowej, na których opiera się „offshore”.
 
Trzecią utopią, popieraną przez grecką KKE i KP Brytanii, jest autarkia gospodarcza, którą wzorowano rzekomo na Chinach i innych „krajach socjalistycznych” jak Kuba, Wenezuela, itd. To raczej nie wzory demokratycznego planowania czy proletariackiego internacjonalizmu. Wart odnotowania jest komentarz Jin Lee Kuna, przewodniczącego rady nadzorczej China Investment Corporation – samodzielnego funduszu inwestycyjnego zarządzającego ponad 400 mld dolarów w aktywach. Jin powiedział Al-Dżazirze, że kryzys europejskich gospodarek jest „wyłącznie spowodowany nagromadzeniem problemów zużytego społeczeństwa opiekuńczego… prawa pracownicze zachęcają raczej do lenistwa i opieszałości niż do ciężkiej pracy”. Dzięki, towarzyszu! Tymczasem Raul Castro chce uczynić z Chin wzór dla swojego kraju; „kapitalizm z kubańską specyfiką” już działa.
 
Na czym polega zadanie komunistów w tej sytuacji? Z jednej strony musimy uczestniczyć, na ile tylko jesteśmy zdolni, w ruchach masowych jak strajki z 30 listopada. Powinniśmy popierać istniejące ruchy dotyczące tych kwestii w naszych okolicach; dotyczące cięć, podatków, praw pracowniczych itd. Tak samo musimy pomagać w dziele odbudowywania ruchu robotniczego na najbardziej podstawowym poziomie – związków zawodowych, komitetów zakładowych itd.
 
Ale zasadniczo nie ma odpowiedzi na ten kryzys ani ze strony kapitału ani lewicy – która ma do zaoferowania tylko fałszywe alternatywy autarkii narodowej, zielonej utopii albo powrotu do keynesizmu (który musiałby za sobą pociągnąć obalenie siłą USA, a tym samym gwałtowny zwrot ku militaryzmowi).
 
Najważniejszą rzeczą jaką mogą uczynić komuniści, a także naszym podstawowym obowiązkiem, jest przedstawienie marksistowskiego zrozumienia sytuacji, w której się znajdujemy oraz rozpowszechnianie podstawowych marksistowskich idei politycznych jako jedynej długoterminowej alternatywy wobec kapitalizmu, który nawet jeśli uniknie krachu tym razem, będzie się słaniał aż do następnego kryzysu finansowego, dopóki zachowany będzie porządek światowy stworzony w 1945 roku.
 
Aby wyrwać się z zaklętego koła powtarzających się kryzysów i pogłębiających się nierówności, klasa robotnicza musi wziąć na siebie proces podejmowania fundamentalnych decyzji dotyczących inwestycji i działalności gospodarczej. Potrzebuje demokracji politycznej, aby jakikolwiek taki proces podejmowania decyzji był możliwy. Musi działać przynajmniej na poziomie europejskim: żadne państwo narodowe nie jest w stanie samo „przyłożyć rynkom”, nawet kiedy te rynki są w ciężkich opałach, a nacjonalistyczna polityka samowystarczalności załamałaby się w krajach europejskich nawet prędzej, niż to miało miejsce w „trzecim świecie”.
 
Jesteśmy w tej chwili daleko od realnej możliwości przejęcia władzy przez klasę robotniczą. Ale w ostatecznym rozrachunku jest to jedyna droga wyjścia i musimy, uczestnicząc w ruchu masowym, cierpliwie wyjaśniać, dlaczego kryzysy jak ten obecny, a nie anormalna stabilność lat 1950-1970, są normalnym efektem kapitalizmu i wykorzystać każdą okazję do promowania marksistowskiej orientacji strategicznej na przejęcie władzy przez klasę robotniczą.

Społeczność

Lenin 666