Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 15 gości.

Feliks Hermik: Słów kilka o gospodarce socjalistycznej (cz. I)

O gospodarce socjalstycznej

Niniejsza publikacja jest komentarzem do współczesnego podręcznika ekonomii, z jakim spotkać można się na polskich uczelniach wyższych. Powstała (przy nieocenionej pomocy tow. Krzysztofa Wójcickiego) na zasadzie polemiki, co, jak wskazuje praktyka, jest jednym z najowocniejszych sposobów przedstawiania faktów na tle przeinaczeń.  
 
***
 
Chyba nawet największy laik ekonomii zasłyszał kiedykolwiek wyrażenie „gospodarka centralnie planowana”. Ale cóż to takiego jest? Najczęściej drobnomieszczańscy czy burżuazyjni krytycy plują, depczą i zrównują to wyrażenie z ziemią, stwierdzając po prostu iż jest to „niewydolna gospodarka krajów komunistycznych”. Każdy z czytelników zdaje sobie chyba sprawę, iż tego typu opinie są nie tylko zbyt uogólnione, co przede wszystkim mijają się z prawdą, żeby po prostu nie stwierdzić, że są wygodne dla głosicieli.
 
Częstokroć jednak tego typu bzdury usłyszeć można nie tylko z ust „przeciętnych znawców” (dumnych posiadaczy), ale i  znaleźć w… Publikacjach (tzw.) naukowych przeznaczonych do edukacji… Sprawdźmy więc, gdzie kończy się nauka (o ile w ogóle ma początek), a gdzie zaczyna fikcja.
 
Autor rozpoczyna od stwierdzenia, iż „gospodarka centralnie planowana nie miała poważniejszych zalet” –  wytłuszczonym drukiem przedstawił „wniosek”, aby ewentualny czytelnik nie miał jakichkolwiek wątpliwości (a nóż mógłby sądzić inaczej?).
 
Następnie natrafić możemy na fakt, że w tego typu gospodarce nie istniało bezrobocie. Każdy z nas, wedle ów publicysty, musi uznać to za coś niezwykle negatywnego! Bo któż mógłby nie przerazić się faktem powszechnego obowiązku pracy? Któż mógłby uznać brak bezrobocia za coś pozytywnego? Mniejsza ilość godzin pracy przypadająca na jednostkę? Nie do pomyślenia! A dlaczego? No właśnie – dlaczego…? Autor bowiem, mając nadzieję na nieuwagę czytelnika, zrównuje gospodarkę uspołecznioną z kapitalistyczną – w tym wypadku większa ilość pracowników oznacza mniejszy zysk – co sprzeczne jest z ideą maksymalizacji zysku (priorytetem działalności gospodarczej w kapitalizmie).
 
Dalej przeczytać można o braku „regularnych wahań koniunkturalnych” oraz o „co prawda mniej regularnych” „głębokich załamaniach (kryzysach)”. W tych kilku zgrabnych słówkach zauważyć należy oskarżenie o „krótkotrwałe kryzysy gospodarcze”. Podejście wręcz manipulatorskie. Patrząc na wskaźniki gospodarcze,  gospodarka PRL rosła w latach 1950-89 średniorocznie o 6,7% [1], przy czym aż do drugiej połowy lat 70. wzrost ten był nieprzerwany i stabilny, dochodząc w czasach Gierka nawet do 10% rocznie. O stagnacji czy też kryzysie systemu możemy mówić od przełomu lat 70. czy 80.. Nie był to jednak kryzys socjalizmu jako takiego, bo „całkowite zwycięstwo socjalizmu” zaistniało w ZSRR i krajach demokracji ludowej jedynie na papierze, jak np. w przypadku ZSRR zostało ono ogłoszone przez VII kongres Kominternu w roku 1935. Nie miało to pokrycia w rzeczywistości ponieważ wg Lenina państwo socjalistyczne powinno obumierać – a nie wzmacniać się. A superpaństwo  ZSRR wzmacniało się wskutek osaczenia przez imperializm i konformistycznych  działań samej rządzącej biurokracji.
 
 Jednocześnie w tym okresie – oraz całym późniejszym, aż do końca swojego istnienia Blok Wschodni nie był w stanie de facto wybić się na niezależność gospodarczą, cały czas, mimo spektakularnych jednostkowych sukcesów, wlokąc się w ogonie Zachodu, co zaważyło na późniejszej restauracji kapitalizmu. Jak mawiał Marks – cała ekonomia w ostatecznym rachunku sprowadza się do oszczędzania czasu. Sam Stalin uzasadniał możliwość zwycięstwa socjalizmu „wyższą wydajnością” pracy, jednakże to  obiektywne uwarunkowania geopolityczne (brak rewolucji w krajach rozwiniętych) spowodowały że nigdy nie została ona osiągnięta i „pokojowe współzawodnictwo” zostało wygrane przez kapitalizm, jednak nie byłoby to możliwe bez ogromnej koncentracji własności środków produkcji w rękach imperialistycznych monopoli i przodującej, uprzywilejowanej od samego początku,  pozycji USA w dziedzinie nowoczesnych technologii.
 
Wszystko to zostało tutaj całkiem pominięte – bowiem nasz publicysta nie chce przyznać, że w gospodarce socjalistycznej nie istnieją kryzysy wynikające z samej istoty ów gospodarki. Docelowymi problemami były zaś przyczyny polityczne, ugruntowane biurokratycznym charakterem państw Bloku Wschodniego oraz specyficznymi sytuacjami danych regionów.
 
Przysłowie głosi, że im głębiej w las, tym więcej drzew. W myśl tegoż porzekadła natrafiamy na urzekające stwierdzenie, że… Nierówności społeczne są czymś jak najbardziej pozytywnym, gdyż „motywują do pracy” i tym samym „do rozwoju gospodarczego państwa”.
 
Chłodna kalkulacja, bezwzględne okrucieństwo i  zysk – wszystkie cnoty kapitalizmu ujęte w jednym zdaniu. Niemniej autor oczekuje, aby wywnioskować z tego, że skrajnie ubogi robotnik zyska ze swojego położenia motywację do wzmożonej pracy dla swego pracodawcy, że zgodzi się na pracę w każdych warunkach – słowem: zrobi wszystko dla efektywności, dla powiększenia zysku kapitalisty – nędza jako czynnik motywujący.
 
Zadajmy sobie logiczne pytanie. Gdy wynędzniali robotnicy będą pracować dzień i noc dla wzmożenia efektywności – kto kupi towary, jakie wyjdą spod ich rąk? Sam kapitalista…? - Całkiem niwelując swój zysk. Inni kapitaliści…? - Którzy tworzą wybitnie wąskie grono. Słowem – gdzie nasz kapitalista znajdzie rynek zbytu…?
 
Przywołując wspomniane powyżej przysłowie – idąc przez las natrafiamy ostatecznie na ostatnie drzewo w tej części pracy. Na fakt stałości życia w socjalizmie. Bez niepewności dnia jutrzejszego, bez strachu o przeszłość swoją i własnej rodziny, bez nieprzewidzianych konsekwencji. Cóż jednak stwierdza nasz reakcyjny publicysta? „Ów system opieki społecznej był zbyt drogi, pochłaniał coraz więcej kosztów, działał coraz gorzej z roku na rok”. Jak nietrudno zgadnąć i to stwierdzenie jest przeinaczeniem faktów.
 
Po pierwsze wskazać należy źródło stałości, pewności. Jest nią niewątpliwie sama istota gospodarki – planowanie, rozdział wedle potrzeb – nie anarchia i chaos gospodarczy, jakie zaobserwować możemy w kapitalizmie. Robotnik pewien być może, że z dnia na dzień nie utraci pracy ze względu na czyjąś chciwość. Pewien być może, że zawsze czekać na niego będzie ciepły posiłek. Pewien być wreszcie może, że jego dzieci nie będzie czekać ów niepewność – istotą stałości i pewności życia przy gospodarce socjalistycznej jest właśnie planowanie, możliwość przewidzenia konsekwencji i należytego się do nich przygotowania – wzmożenia efektywności, o ile zajdzie taka potrzeba i zapobiegnięcia katastrofom.
 
Tzw. opieka społeczna, a więc dbałość o uboższych, staje się zbędna – gdyż każdy dostaje tyle, by zaspokoić swoje potrzeby – ni mniej ni więcej. Każdy pewien być może zatem dnia jutrzejszego, zapewnioną ma opiekę zdrowotną oraz wykształcenie – są to priorytety i absolutne podstawy gospodarki centralnie planowanej.
 
***
 
Co zostało zatem przez autora podręcznika za nieznaczne zalety? Powszechny obowiązek pracy, zatem brak bezrobocia, z czego pośrednio pewność i stałość życia oraz brak rozwarstwienia społecznego – wszystko to zaś, jak sam autor określił, „ma znikome znaczenie”, bowiem te „nieznaczne zalety” nijak mają się mieć do „poważnych wad”, które w następnej kolejności stara się pokrótce „omówić” i którym i my przyjrzymy się z bliska.

 
I.                    O alokacji środków produkcji.
 
Podstawowym oskarżeniem w tym punkcie jest, o ironio, marnotrawstwo środków produkcji. Lecz dlaczego? – zapytajmy. Ze względu na brak presji rynku wymuszającej na przedsiębiorstwach maksymalne wykorzystanie dostępnych środków dla otrzymania jak największego zysku.
 
Autor podręcznika zatem wysuwa następującą tezę: Planowanie jest złe! Nie planujmy – to presja wymusza na nas efekty!
 
Powyższe stwierdzenie wpisane jest do wręcz kanonu mitów neoliberałów. Wolny rynek – konkurencja, presja, wyścig – wszystko to stworzyć ma gospodarkę tzw. „efektowną”, wykorzystującą do cna dostępne środki, gospodarkę „wolną”. Zatem wolna konkurencja – jej presja ma być tym, co zmusza do postawienia na efekty. Przedsiębiorstwo więc jest w zamierzeniach niczym człowiek rzucony na pożarcie mitologicznemu Minotaurowi w labiryncie. Stale zagrożony, stale pod presją, stale pod potrzebą rozwoju, wzrostu sił. Jednak czy nie brzmi to nazbyt pięknie?
 
Istotnym szczegółem jest, że mitologiczny bohater nie wszedł do labiryntu na ślepo – był doskonale przygotowany do tej wyprawy, bowiem rozplanował całość wydarzeń. Ostatecznie zwyciężył więc nie dzięki nie ślepemu trafowi, a… Rozplanowaniu! Zwyciężył dzięki temu, co reakcyjny „ekonom” nazywa głupotą oraz marnotrawstwem.
 
Współczesna klasa kapitalistów zatem doskonale zdaje sobie sprawę, iż większe efekty, większy zysk (a pamiętajmy, że podstawą działalności gospodarczej w warunkach kapitalizmu jest chęć maksymalizacji zysku) daje mu nie dzika konkurencja, a planowanie! Więcej zyska się bowiem rozplanowując całość działań z podobnymi sobie, ustalając następne kroki, a nie konkurując wyłącznie.
 
I tak planowanie w kapitalizmie zaobserwować możemy choćby na przykładzie konstruowania budżetu (wykres poniżej), gdzie rząd rozdysponowuje pieniądze między różnej maści inwestycje – ot choćby na telekomunikację, infrastrukturę czy budownictwo. Tyczy się to również ustalenia wysokości podatków przez parlament, stóp procentowych przez banki centralne. Jak możemy zauważyć, gdy gra toczy się o wielkie pieniądze klasa kapitalistów woli nie ryzykować, klasa kapitalistów woli nie zawierzać zysków praktycznie ślepemu trafowi. Długoterminowe planowanie jest bowiem tym, co przyniesie konkretne zyski, czyli takie, których nasz burżua może i chce być pewien. Po co ryzykować, po co zawierzać się losowi, gdy wszystko można szczegółowo zaplanować?
 
 

 
 
 
 
 
 
Jak każdy zdaje sobie sprawę, lepsze efekty osiągnąć można nie tylko przez planowanie, ale i przez współpracę. Mowa zatem o zjawisku monopolizacji. Konkurencja jest tym, co powoduje niepewność, co nie zapewnia zysków stałych a zyski zależne od rynku.
 
W tej sytuacji również burżua doszli do faktu, iż współpracując zyskają o wiele więcej. Powstały więc wielkie korporacje, koncerny kontrolujące praktycznie samodzielnie dane gałęzie przemysłu. Zapewnia im to możliwość dokładnego rozplanowania działań oraz pozbycia się zagrożenia ze strony konkurencji (każdy nowy gracz na rynku, jeśli nie okaże się wartościowy dla zmonopolizowanej organizacji i nie postanowi jej wspierać, praktycznie od razu kończy swą działalność – nie jest w stanie konkurować z wielką korporacją).
 
Koronnym przykładem monopolizacji jest przemysł naftowy kontrolowany w dużej mierze przez organizację o zasięgu światowym – OPEC. By zilustrować potęgę gospodarczą ów organizacji przedstawmy kilka faktów.
 
Ceny ropy są sztucznie windowane przez spekulantów finansowych, choć eksporterzy na tym korzystają. Realna podaż surowca może zostać w dowolnym momencie zwiększona jeśli tak zdecyduje OPEC lub eksporterzy niezrzeszeni.”[2]
 
Dobitnie zatem widać, jakimi możliwościami dysponuje zmonopolizowane przedsiębiorstwo. Obecnie cena baryłki ropy wynosi 100 USD ($)[3]. W tym wypadku OPEC decydować może o wielkości wydobycia (zwiększać podaż), a nawet dyktować cenę z powodu braku równie potężnego konkurenta.
 
 

 
 
Powyższy wykres przedstawia wzrost cen ropy na przestrzeni lat. Zwróćmy uwagę na lata 2009, -10 i -11. W roku 2009 ceny ropy były gigantyczne (sięgały prawie 150$ za baryłkę), by następnie drastycznie spaść i znów powoli wzrastać. Ilustruje to nam, iż monopolizacja na pewnym poziomie rozwoju sił wytwórczych jest elementem koniecznym, aby móc utrzymać pozycję na rynku, a tym samym zyskać możliwość dyktowania ceny dzięki samej istocie monopolu. W tym wypadku ceny między rokiem 2009 a -10 osiągały niższe wartości ze względu na konkurencję, wojnę cenową, jaką koncern zmuszony był  stoczyć. Bez współpracy burżuazji, bez planowania – zwycięstwo ( a więc realizacja celu – maksymalizacja zysku) nie byłoby możliwe.
 
***
 
Widzimy zatem, że obecnie odnosząc się do wielu ważnych gałęzi gospodarki nic takiego jak „wolny rynek” nie istnieje. Jedynym wyjątkiem są te gałęzie gospodarki, które dotychczas nie miały sposobności, by zostać objęte monopolizacją.
 
„Wejście kapitalizmu w stadium monopolistyczne nie oznacza jednak całkowitej likwidacji wolnej konkurencji, lecz tylko znaczne ograniczenie jej zasięgu. (…) w najbardziej nawet rozwiniętych krajach kapitalistycznych występują i dzisiaj gałęzie, w których wolna konkurencja albo nie jest ograniczona, albo też ograniczona jest nieznacznie (…).”[4] 
 
Mając na względzie powyższy cytat z pewnością każdy z nas spostrzeże, że konkurencja z wielkimi korporacjami stała się niemożliwa, że chaos gospodarczy musiał zostać zastąpiony przez planowanie (w myśl kapitalistycznej idei maksymalizacji zysku – zatem rozwinięcie się formy tzw. kapitalizmu monopolistycznego) czy wreszcie, że „niewidzialną rękę rynku zastąpić musiała widzialna ręka państwa” [5].
 
Neoliberalne mity bowiem, podobnie jak autor omawianego podręcznika, negują rolę państwa w gospodarce. Poniższy wykres wskazuje, jak bardzo sprawdza się model „państwa-stróża”. Instytucja państwa jako taka musiała zaangażować się w ratowanie prywatnych przedsiębiorstw, które stały się zbyt ważne, by mogły upaść i zbyt potężne, by nie zrujnować poprzez swój upadek dyktatury wielkiego kapitału.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Przypisy:
 
[1] „PRL bez uprzedzeń”, Wyd. KiP, Warszawa 2010, str. 17-50  T. Ciborowski, G. Konat, Gospodarka Polski Ludowej
 
[2] http://www.1917.net.pl/?q=node/4394#comment-1303
  
[3] http://www.1917.net.pl/?q=node/4394#comment-1315
 
[4] „Ekonomia polityczna kapitalizmu”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, str. 96, W. Sadzikowski
 
[5] Krzysztof Wójcicki; „Urojenia neoliberałów”;
 
 
 
-----------------
Część II: http://www.1917.net.pl/?q=node/7459

ZałącznikWielkość
Feliks Hermik - Słów kilka o gospodarce socjalistycznej.pdf247.71 KB

Społeczność

Lenin 666