Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 5 gości.

Było to w roku 1906

feli 2.jpg

Bożena Krzywobłocka, "Opowieść o Feliksie", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979 (część siódma).

Część szósta: http://1917.net.pl/?q=node/7158

Rok 1906 zaczął się pod znakiem represji w związku z upadkiem powstania w Moskwie dla polskich i rosyjskich działaczy robotniczych. Dzierżyński, podobnie jak wielu jego towarzyszy przeżywał ciężko swój zawód związany z marzeniami o upadku caratu. Zdawał sobie jednak sprawę, że dotychczasowy przebieg rewolucji w Królestwie uaktywnił szerokie masy. Nadal rwały się one do czynu. Początek roku 1906 przebiegał w Warszawie pod znakiem wieców robotniczych, wiązanych z dyskusjami na temat stosunku mas proletariackich do kwestii wyborów do carskiej Dumy.

Zdecydowano się na bojkot wyborczy. Aparat carski wzmógł represje przeciw strajkującym i manifestującym robotnikom, a także przeciw strajkom chłopskim. Wysyłano karne ekspedycje na wieś i do ośrodków przemysłowych, sądy wojenne ogłaszały wyroki śmierci, a stan wojenny usprawiedliwiał wszelkie okrucieństwa. Nadal jednak trwały strajki, demonstracje w miastach, na wsiach, rozruchy w wojsku i flocie, padały bomby rzucane na patrole wojskowe.
W rocznicę „krwawej niedzieli" w Petersburgu we wszystkich większych ośrodkach przemysłowych Królestwa Polskiego wybuchł strajk, a w samej tylko Łodzi zastrajkowało 70 tysięcy prządek i tkaczy.

Ale burżuazja miała już jasno zarysowany plan
walki z rewolucją i klasą robotniczą. Odpowiedziała — poza stosowanymi już środkami karno-administracyjnymi - wypowiadaniem pracy na dotychczasowych warunkach, czyli lokautem. Był to sposób dotkliwie uderzający w proletariat, nie posiadający żadnych rezerw finansowych.
Takie metody walki zaczęli stosować fabrykanci łódzcy już w początkach 1906 roku; na razie były to pojedyncze przypadki — zastosowali je Bennich i Poznański, niebawem w ślad za nimi poszedł Scheibler, a potem Kindler. Burżuazja łódzka doszła do wniosku, że za pomocą lokautu najskuteczniej odbierze te zdobycze, które wywalczyła sobie klasa robotnicza w czasie rewolucji: skrócenie dnia roboczego, wyższe płace i wreszcie prawo do zgromadzeń w fabrykach.

Działania odwetowe ze strony kapitalistów wobec klasy robotniczej podjęto z całą premedytacją. Głód i nędza miały się okazać — zdaniem burżuazji — skuteczną bronią w walce ze zrewolucjonizowanymi masami.

Dzierżyński był zdania, że należy przeciwstawić przemocy kapitału solidarność klasy robotniczej. Ale następny rok rewolucji nie zapowiadał sukcesów. Każdy dzień walki opłacano nowymi ofiarami.

Niezależnie od walki ekonomicznej wzmożono penetrację policyjną i aresztowania. Na początku marca 1906 roku wśród ofiar represji w Warszawie znaleźli się Róża Luksemburg i Leon Jogiches-Tyszka. Pod koniec 1905 roku przyjechali oni do kraju w związku z kulminacją nastrojów rewolucyjnych. Przeniesiono wówczas do Królestwa redakcje i drukarnie nielegalnej prasy. Przy ulicy Chmielnej mieściła się drukarnia, w której tłoczono „Czerwony Sztandar" — stałymi bywalcami lokalu byli Dzierżyński, Tyszka, Marchlewski.

W kwietniu 1906 roku nowym ministrem spraw wewnętrznych a niebawem i premierem carskiej Rosji został Piotr Stołypin. Uważał on, że najlepszym środkiem przeciw rewolucji będzie wzmożenie terroru. Stąd też okres jego rządów przejdzie do historii pod nazwą reakcji stołypinowskiej, a stryczki nazywano "krawatami Stołypina".
Stołypin uznał, że wszelkie metody walki z ruchem rewolucyjnym są dozwolone. Stąd też w szeregach działaczy ruchu znalazło się wielu prowokatorów, w śledztwie stosowano tortury wobec aresztowanych. Dokładano wysiłków, by obudzić nastroje nacjonalistyczne i antysemickie, wywołując pogromy Żydów.

W Królestwie dały się zaobserwować podobne nastroje w okresie wyborów do Dumy. Nie wzięły w nich udziału masy proletariackie. Endecja natomiast prowadziła z powodzeniem agitację na wsiach i wśród drobnomieszczaństwa.
Okres agitacji przedwyborczej unaocznił lewicy społecznej niebezpieczeństwo propagandy prawicowej dla mało wyrobionych politycznie rzesz. Zaczęto się zastanawiać, czy hasło bojkotu wyborów było słuszne.

W kwietniu zebrał się w Sztokholmie IV Zjazd Zjednoczeniowy Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji. Omawiano na nim tak ważne problemy, jak kwestia rolna, bieżąca sytuacja polityczna, sprawa stosunku do wyborów do Dumy. Feliks Dzierżyński był delegatem SDKPiL na ów zjazd. Właśnie wówczas poznał Lenina, a także Nadieżdę Krupską, Michała Kalinina, Stalina i wielu innych działaczy bolszewickich. Zyskał sobie zresztą sympatię nowych znajomych.

Na zjeździe popierał stanowisko Lenina i bolszewików. Obok Dzierżyńskiego polskimi delegatami byli Adolf Warszawski-Warski i Jakub Fürstenberg-Hanecki. Przy czynnym udziale tych trzech delegatów IV Zjazd uchwalił rezolucję o wejściu SDKPiL w skład SDPRR. Podczas dyskusji na Zjeździe przedstawiciele Bundu żądali, by SDKPiL działała tylko wśród polskich robotników, nie mieszając się do spraw robotników innych narodowości. Na to Dzierżyński, popierany przez bolszewików, oświadczył, że SDKPiL działa i nadal będzie działać wśród robotników wszystkich narodowości — Polaków, Litwinów, Żydów, Rosjan i Niemców. Lenin w imieniu całego Zjazdu gorąco pozdrowił polskich przyjaciół i przekazał im życzenie, "aby zjednoczenie stało się zadatkiem dalszej, zwycięskiej walki".
Po powrocie do Warszawy. Dzierżyński na konferencjach partyjnych SDKPiL przekazywał uchwały zjazdu SDPRR w Sztokholmie. Przy tej okazji wspominał swych nowych rosyjskich przyjaciół, będąc pewnym, że nadal się będzie z nimi spotykał.

Działania rewolucyjne składały się zawsze z różnych ważnych dla ogółu i bardzo ważnych dla jednostek spraw. Właśnie w roku 1906 wydarzyła się historia bezpośrednio mająca związek z moją rodziną. Jej bohaterką — i to nieco żałosną — była moja cioteczna babka. Zacznijmy jednak rzecz od niefortunnych amorów mojej babuni.

Panna Tola Biegańska, czyli towarzyszka Tola ze Związku Pracownic Igły, odznaczała się wdziękiem i niepospolitym szykiem. Nic też dziwnego, że oglądali się za nią chłopcy. Kiedyś Tola przyprowadziła do domu młodego człowieka i oświadczyła rodzinie, że ten albo... żaden. Rodzina Toli przyjęła do wiadomości decyzję panny, ale jej szwagier, doświadczony działacz partyjny, przyznał, że narzeczony nie przypadł mu do gustu.

—Uczciwy pepesowiec — broniła Tola adoratora.

—Wygląda mi na „prowoka", PPS-owcy też go nie lubią.

Ale Tola się uparła, a szwagier, czyli towarzysz "Szczerbaty", miał swoje kłopoty: uciekł z kolejnej
zsyłki, musiał się ukrywać i nagle zachorował. Z dużą temperaturą, wrzodem w gardle leżał w łóżku i nasłuchiwał, czy aby po niego nie idą żandarmi, jako że dozorcy i sąsiadom nie należało zbytnio ufać. Żona zostawiła przy chorym roczne dziecko i poszła odwiedzić rodziców. Zaledwie weszła do ich mieszkania, kiedy zrozumiała, że wpadła w "worek". Rewizja trwała krótko, ale znaleźli tyle materiału obciążającego, że starczyłoby na parę spraw. Zabrano całą rodzinę: ojca, matkę, dwóch braci, Tolę, jakieś koleżanki i wszystkich z "honorami" zawieziono do więzienia śledczego w Ratuszu. Żona "Szczerbatego" uderzyła w płacz.

—Mam małe dziecko w domu, bez opieki — rozpaczała, wtykając podoficerowi rubla w łapę. Płacz młodej kobiety oraz rubel zmiękczył serce żandarma, puścił ją wolno.
Z mieszkania Biegańskich zabrano wszelkie listy, notatki, fotografie. Nic dziwnego, "narzeczonym" Toli okazał się sam "Biskup", jeden z najsłynniejszych prowokatorów z lat rewolucji.

Na ratuszu Tolę pierwszą wezwano na śledztwo. Elegancki oficer żandarmerii podsunął jej fotografię młodego człowieka w mundurze studenckim.

—Kto to? — zapytał.
—To Wołodia Bostrun — wyjąkała Tola.
—Skąd go pani zna?
—Jest synem mojej byłej szefowej — mówiła Tola. — U Madame Bostrun uczyłam się fachu, robienia sztucznych kwiatów. Bardzo mnie lubiła, a Wołodia chciał się nawet ze mną żenić. Kiedy wyjeżdżali stąd, zostawił mi fotografię na pamiątkę.

Na fotografii rzeczywiście była odpowiednia dedykacja, skreślona energicznym męskim pismem.
Elegancki oficer chłodno wysłuchał wyjaśnień, po czym powiedział:

—Sprawdzę to.

Tego samego dnia wysłał depeszę do Petersburga, pytając Bostrunów, czy znają Tolę Biegańską. W odpowiedzi przyszedł dramatyczny telegram: "Radi Boh, spasajtie Tolu".
Oficer żandarmów był przyjacielem rodziny Bostrunów, toteż lakoniczny tekst wystarczył, aby się zajął natychmiast sprawą. Wezwał znowu główną podejrzaną. Stanęła w drzwiach niezbyt pewna siebie. Na stole przed żandarmem leżał obfity plon rewizji. Żandarm poprosił Tolę bliżej, po czym cały kompromitujący bagaż z bibułą socjalistyczną i fotografią Wołodii wrzucił w płonący na kominku ogień.
—Proszę mi dać słowo honoru, że nikt się nie dowie o całej sprawie — powiedział oficer. — Słowo daję, wy, Polki, jesteście dziwne istoty, zamienić takiego Wołodię na indywiduum bez honoru i sumienia! Wołodia — czestnyj czełowiek, sędzia pokoju, a ten... Stopniowo wypuszczę pani bliskich, ale trzeba zachować tajemnicę. Narażam dla pani całą moją przyszłość...

Tola milczała speszona. Nie przypuszczała jednak, że jej kłopoty dopiero się zaczynają. Wypuszczenie bowiem rodziny Biegańskich wywołało falę podejrzeń i oskarżeń. Przypuszczano, że ktoś z rodziny, a może i sama Tola, został współpracownikiem ochrony. Nawet szwagier Toli, "Szczerbaty", groźnie huknął na nią:

—Powiedz no, coś ty znowu nabroiła?

Wylękniona dziewczyna długo opowiadała swoją przygodę. Ponieważ plotki na jej temat nie ustawały, a były nawet głosy, że należałoby Tolę sprzątnąć jako szpicla, "Szczerbaty" zabrał głos na zebraniu kierownictwa organizacji warszawskiej.

—Znam całą sprawę. Wiem, że dziewczyna jest niewinna, ale ta historia nie może być rozpatrywana na zebraniu. Wybierzcie kogoś, do kogo macie bezwzględne zaufanie, niech przeprowadzi rozmowę z Tolą. On zdecyduje, co dalej robić. Ponieważ to rodzina mojej żony, nie chcę sam się w to mieszać.

Wybór padł na towarzysza "Józefa", czyli Dzierżyńskiego. Spotkali się o umówionej godzinie w modnej cukierni Lourse'a. "Józef" uważnie wysłuchał opowieści, patrząc w oczy dziewczyny swoimi niesamowitymi szarozielonymi oczami. Kilkakrotnie przerwał jej opowiadanie pytaniami. Zgrzana, nieszczęśliwa Tola kręciła się na krzesełku kawiarnianym.

Po rozmowie "Józef" powiedział na zebraniu: — Zostawcie, towarzysze. Sprawa ta według mnie jest całkowicie czysta.
Nikt nie wrócił więcej do sprawy „Biskupa" i pamiętnego aresztowania rodziny Biegańskich. Wszyscy bowiem ufali słowu Dzierżyńskiego.

Niedługo po IV Zjeździe SDPRR, w dniach od 18 do 24 czerwca 1906 roku odbył się w Zakopanem V Zjazd SDKPiL. Na obrady przyjechało ponad 60 towarzyszy, reprezentowali oni 30-tysięczną rzeszę członków SDKPiL. Spośród przywódców obecni byli Feliks Dzierżyński i Jakub Hanecki. Jako przedstawiciel centralnego organu partyjnego występował Julian Marchlewski. Centralny Komitet SDPRR był reprezentowany przez Leona Goldmana (bundowca) i Ottona Aussema (mieńszewika).

Sprawozdanie w imieniu Zarządu Głównego składał Feliks Dzierżyński. Ale jakie to było sprawozdanie! Nie należy zapominać, że wygłaszał je właśnie Dzierżyński, i tu warto odwołać się do wspomnień jednego z delegatów Zjazdu, Edwarda Giebartowskiego:

"Bo Józef mówił z takim przejęciem, wiarą, z taką głębią przekonania i zapałem, którym nikt się oprzeć nie mógł, nie potrafił, a zresztą... nie chciał. Jego wysoki głos z przejęciem przechodził w dyszkant, zapierał mu dech, tamował gładkość i płynność wymowy, lecz raczej dlatego tym więcej przejmował, przekonywał, pociągał. Gdy — przemawiając lub rozmawiając — zapalał się, jego płowa czupryna, do góry zaczesana, wichrzyła się niesfornie nad kształtną o koronkowej, czystej linii profilu głową, zamieniała się jakby na aureolę „świętego rewolucji"; twarz anachorety płomieniała, promieniała, gorzała wielkim ogniem rewolucji. "Józef" jakby odrywał się od ziemi, wznosił się, ulatał. Lecz to było tylko złudzenie. "Józef" realnie, rzeczowo, liczbowo analizował, oceniał, karcił i gromił, rządził i potępiał; był jak sędzia wielki, surowy, sprawiedliwy, niepodkupny, który miał jeden kodeks tylko — kodeks rewolucji; jeden sprawdzian — dobro i interes klasy robotniczej".

V Zjazd przyjął przez aklamację uchwałę w sprawie zjednoczenia SDKPiL i SDPRR.

Feliks Dzierżyński obok Juliana Marchlewskiego został wybrany na Zjeździe na zastępcę członka Zarządu Głównego SDKPiL. Zarząd liczył wówczas pięciu członków i w jego skład weszli: A. Warski, Z. Leder, L. Tyszka, A. Małecki, J. Hanecki.

Po zjeździe "Józef" pojechał do Królestwa, by na konferencjach międzydzielnicowych w Warszawie, Łodzi i Częstochowie składać zjazdowe sprawozdania.
Zgodnie z warunkami zjednoczeniowymi Dzierżyński po IV Zjeździe SDPRR został dokooptowany w skład Komitetu Centralnego jako przedstawiciel SDKPiL. W związku ze swymi nowymi obowiązkami pojechał w sierpniu do Petersburga, by tam uczestniczyć w pracach redakcyjnych centralnego organu partyjnego.

Mieszkał wówczas u swych polskich znajomych, którzy doszli do wniosku, że trzeba mu wykombinować jakiś mundur, jako że w carskiej Rosji człowiek umundurowany wzbudzał zaufanie policji. Wynaleźli więc mu urzędowy mundur Ministerstwa Leśnictwa wraz z czapką leśniczego i tak przebrany śmiało poruszał się po ulicach pięknego miasta nad Newą. Nie miał zbyt wiele czasu na rozmowy towarzyskie ze swymi gospodarzami, ale mimo to zdołał ich kompletnie podbić i oczarować.

W Petersburgu znalazł się w ogniu ostrych dyskusji politycznych między lewym i prawym skrzydłem rosyjskiego ruchu. Konsekwentnie opowiadał się zawsze po stronie bolszewików.

Podczas swego pobytu w Petersburgu Feliks dbał o zaopatrzenie organizacji krajowej w literaturę polityczną. Wysłał więc do kraju 300 egzemplarzy broszury Lenina pt. Rozwiązanie Dumy a zadania proletariatu i wiele innych wydawnictw. Wśród przesyłanych broszur znalazła się relacja o powstaniu moskiewskim 1905 roku Moskwa w dekabrje.

Wiele uwagi poświęcał też Dzierżyński sprawie gromadzenia broni. Pisał do towarzyszy w kraju: "Po przeczytaniu o Moskwie doszedłem do przekonania, że potrzebne są mauzery — mogę się tym zająć skutecznie, jak również i pomarańczami (bombami — B.K.); czy potrzebne są i czy mam poczynić kroki?" Dzierżyńskiemu sprawa zbrojnego powstania wydawała się nadal aktualna. Brał również udział w konferencji SDPRR odbytej w Tammerforsie, gdzie prowadzono dyskusje nad referatem Lenina na temat przyszłych wyborów do Dumy.

Wprost z Tammerforsu wrócił Dzierżyński do Królestwa, był w Warszawie i Łodzi. Przekazywał towarzyszom ustalenia konferencji, kreślił plany działania na najbliższą przyszłość.

Nie były to łatwe dni dla łódzkiej klasy robotniczej — kapitaliści szykowali nowy cios. W grudniu 1906 roku lokaut stał się powszechną klęską — 30 tysięcy robotników znalazło się na bruku. W święta Bożego Narodzenia 1906 roku, po powrocie z Łodzi do Warszawy, Dzierżyński udał się na ulicę Śliską 12, do mieszkania znanego działacza SDKPiL, Ignacego Rotstadta "Krasnego", miał tam dostać adres odbywającego się zebrania przedwyborczego. Tymczasem w mieszkaniu tym "wpadła" międzypartyjna narada.

Aresztowano "Krasnego", Aussema z SDPRR i dwóch przedstawicieli Bundu. Wśród zebranych znajdowała się urodziwa Michalina Feinstein, rodzona siostra Ledera, znana działaczka SDKPiL. "Zofia", gdyż występowała na naradzie pod takim pseudonimem, usiłowała ratować się ucieczką, wyskakując przez okno. Ale mieszkanie znajdowało się na I piętrze i uciekinierka paskudnie się potłukła. Potłuczoną i porozbijaną zabrano do więzienia. Po aresztowaniu uczestników narady urządzono w mieszkaniu "Krasnego" zasadzkę, wpadł w nią przybysz z Łodzi, czyli Dzierżyński.

Wszystkich aresztantów przewieziono do warszawskiego Ratusza. Więzienie było nadmiernie przepełnione; w celach gdzie mieściło się najwyżej. 10 osób, siedziało po 60 i więcej. Ludzie sypiali na zmianę. Panował zaduch i brud nie do opisania. "Józef" po przewiezieniu go do Ratusza natychmiast postarał się o nawiązanie kontaktu z innymi więźniami. Chodził w tym celu do kuchni po obiad, na ochotnika nosił wiadra z wodą. Wkrótce dowiedział się, że przepełnienie w Ratuszu spowodowane jest głównie masowymi aresztowaniami uczestników zebrań i tak zwanych „giełd" partyjnych.

W celi ratuszowej w tym samym czasie siedziała także przyszła żona Dzierżyńskiego, Zofia Muszkat, aresztowana w wieczór sylwestrowy w robotniczym mieszkaniu przy ul. Dalekiej. W jej celi, obliczonej na 30 więźniów, siedziało 100 kobiet; celowo umieszczano tam więźniarki polityczne razem z prostytutkami.

Po kilku dniach "Krasnego", Dzierżyńskiego i bundowców aresztowanych na Śliskiej przeniesiono na skutek starań towarzyszy z wolności na II piętro. Siedzący tam więźniowie uważani byli za szczególnie niebezpiecznych, zabroniono więc Dzierżyńskiemu chodzenia po obiady i wodę, co uniemożliwiło mu porozumiewanie się z innymi więźniami. Cela drugiego piętra była równie brudna, jak te na pierwszym. Ale "Józef" zabrał się natychmiast do sprzątania, chociaż jego towarzysze chcieli poprzestać na proteście złożonym naczelnikowi więzienia, Kurakinowi. Kurakin, łotr i łapownik, brał pieniądze od więźniów i od ich rodzin za wszystko — nawet za gorącą wodę do herbaty i zapalenie lamp w celi. Płacono mu chętnie za przeniesienie bliskiej osoby do innego więzienia. Po pewnym czasie Dzierżyńskiego i "Krasnego" przeniesiono na Pawiak. Na Pawiaku Dzierżyński zorganizował szkołę, złożoną z ośmiu grup. Wykładano tam marksizm, uczono czytać i rachować. Feliks dbał o to, aby wszyscy nauczyciele i uczniowie o oznaczonej porze zbierali się w swych grupach oraz aby zajęcia odbywały się punktualnie i zgodnie z przyjętym programem.

Podczas pobytu Dzierżyńskiego w więzieniu trwała tragedia łódzkiej klasy robotniczej. SDKPiL wzywała, by proletariat nie szedł na ustępstwa. Utworzono komisje pomocy dla ofiar lokautu, zbierały one pieniądze i dary w naturze dla bezrobotnych. Z pomocą pospieszyły również Biuro Centralne Petersburskich Związków Zawodowych i Petersburski Związek Przemysłu Włókienniczego. Wezwały one robotników całej Rosji, by nieśli pomoc braciom łódzkim. Dzierżyński był nieszczęśliwy z tego powodu, że siedząc w więzieniu nie może służyć bezpośrednią pomocą swym przyjaciołom i towarzyszom z Łodzi. Przysięgał sobie, że gdy wyjdzie na wolność, będzie szukał dróg wyjścia z tragicznej sytuacji dla robotników "polskiego Manchesteru".

Na razie jednak nadal przebywał na Pawiaku, w którego celach carat zgromadził równocześnie doborową grupę działaczy ruchu robotniczego. Starostą więźniów politycznych był "proletariatczyk" i działacz PPS, Feliks Kon. Ponadto przebywali tam wówczas Józef Ciągliński, Aleksander Reichman, Ignacy Sadowski, Feliks Sachs, Bolesław Antoni Jędrzejowski "Baj", Ksawery Prauss. Dzierżyński musiał jednak zdobyć sobie niemałą sympatię więźniów, skoro przy kolejnych wyborach właśnie on — jak zaświadcza jego towarzysz z tamtych lat, Ignacy Bratman — został wybrany przez aklamację kolejnym starostą.
Zofii Muszkat udało się dzięki znajomościom matki swej uczennicy oraz szczęśliwemu przypadkowi wyjść na wolność. Jej towarzysze z dzielnicy mokotowskiej przebywali nadal w więzieniu. Jeździła więc z „wałówkami" do Cytadeli i na Pawiak, gdzie starała się o widzenie z nimi. Widzenia te odbywały się przez podwójne kraty, między którymi przechadzał się żandarm. Równocześnie miało widzenie 8—10 osób, a wszyscy mówili na raz starając się wzajemnie przekrzyczeć. Podczas jednego z takich widzeń z "Tadeuszem", czyli Franciszkiem Górskim, Zofia usłyszała znajomy, dźwięczny śmiech i donośny głos. Spojrzała w tym kierunku i ujrzała w trzecim okienku bladą, ale uśmiechniętą twarz "Józefa". Udało się jej na moment, gdy strażnik odszedł w inny kąt, podejść do Dzierżyńskiego i zamienić z nim parę słów. Więzień był w dobrym nastroju, usiłował nawet żartować z obecnego losu. Jeden z towarzyszy, nie mogąc niczego usłyszeć przez podwójne kraty, posmutniał i zwiesił nos na kwintę. Wobec tego „Józef" pośredniczył w rozmowie między kolegą więziennym i jego gościem, a robił to tak dowcipnie, że wszyscy obecni, więźniowie i odwiedzający, wybuchnęli śmiechem. Tak udało się rozproszyć ciężki i ponury nastrój panujący zawsze na widzeniu. Zwykle bowiem nie udawało się niczego powiedzieć, a mizerny wygląd więźniów sam mówił o ich cierpieniach i chorobach.

Nadeszła wiosna... 19 maja 1907 roku w Londynie zebrał się V Zjazd Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji. Zjazd ten dzięki poparciu Polaków i Łotyszów siał się zwycięstwem bolszewików. Wybrano na nim zaocznie Dzierżyńskiego w skład nowego Komitetu Centralnego.
W czerwcu 1907 roku starania towarzyszy i rodziny "Józefa" zakończyły się pomyślnie. Ignacy Dzierżyński złożył władzom carskim kaucję w kwocie 100 rubli, które ofiarowała partia, i Feliks wyszedł na wolność, aby nadal kontynuować swą nielegalną działalność. Na krótko dał się namówić na wypoczynek. Brat miał maleńki folwarczek pod Kazimierzem nad Wisłą — Wyględy. Pojechał do niego na krótko, aby nabrać sił po półrocznym więzieniu. Oczarowała go przyroda, przepiękne krajobrazy, zielone wąwozy i wzgórza, ruiny zamkowe na obu brzegach Wisły. Zachwycił się zabytkową architekturą starych kamieniczek w rynku miasteczka i dźwiękiem dzwonów w dolinie rzeki. W sadach zawiązywały się drobne zielone śliwki, w ogrodach rozkwitały róże, ale cała ta słoneczna idylla nie była w stanie zatrzymać na dłużej "Józefa". Spieszył się bowiem do swych niebezpiecznych prac.

Społeczność

CAPITALIST