Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 15 gości.

Feliks Hermik: Słów kilka o gospodarce socjalistycznej (cz. II)

Maksymalizacaj zysku to podstawowy cel przyświęcający prowadzeniu działalności gospodarczej w kapitalizmie.

Część I: http://www.1917.net.pl/?q=node/7436
 
-----------------
 
II.                    O systemie motywacyjnym i dyscyplinie finansowej.
 
 
Czytając dalej dowiedzieć się możemy, że „system zdominowany przez państwową własność czynników produkcji [6] nie skłaniał jednostek do angażowania własnego majątku [7]  w działalność gospodarczą”.
 
 
Na samym początku zauważyć należy błąd, którego źródło leży aż u samych podstaw nauk ekonomicznych– nasz „ekonom” „nie zauważył” (czy raczej pominął) bowiem faktu, że w warunkach gospodarki socjalistycznej pojęcie „angażowania własnego majątku” praktycznie nie istnieje z tak prozaicznej przyczyny, iż podstawą jest w niej społeczna własność środków produkcji, nie, jak w przypadku kapitalizmu -  własność prywatna.
 
 
Oczywiście – istniało zjawisko występowania tzw. „prywaciarzy”, to jest osób, które utrzymywały się, mimo wszystko, z prywatnej własności środków produkcji. Byli oni pozostałością po systemie kapitalistycznym i w warunkach gospodarki socjalistycznej istnieć będą oni tak długo, aż wszystkie potrzeby społeczny będą mogły zostać zaspokojone przez przedsiębiorstwa uspołecznione (tj. aż zanikną klasy). Niemniej ów „relikty kapitalizmu” stanowiły marginalną część społeczeństwa. Zajmowali się gałęziami gospodarki, których dotychczas nie opanowała klasa robotnicza –czy można więc mówić o ich jakimkolwiek znacznym wpływie na całokształt gospodarki uspołecznionej?
 
 
Przejdźmy jednak do sedna sprawy – angażowania własnego majątku do przedsiębiorstwa przez zarządzających nim kapitalistów. Jak już wcześniej wykazałem drobna działalność gospodarcza z czasem jest marginalizowana – zastępuje ją dominacja wielkich koncernów, które otrzymują w ten sposób możliwość wyeliminowania konkurencji (a przynajmniej słabszej jej części) i stopniowego powiększania zysku.
 
 
Zastanówmy się więc – czy rekiny finansjery zarządzające ów wielkimi koncernami naprawdę ryzykują własnym majątkiem? Czy rzeczywiście którykolwiek z zarządzających przedsiębiorstwem kapitalistów (akcjonariuszy) [8] zmuszony jest stawiać w zastaw własny samochód, jacht lub willę (własność osobistą) czy posiadane przez siebie maszyny, narzędzia i surowce (środki produkcji)? Jak nietrudno się domyślić – nie.
 
 
Zarząd przedsiębiorstwa przeznacza zaś na cele rozwojowe, jak wykazaliśmy, nie własność prywatną, nie własność osobistą – a część wartości dodatkowej (zysku), część owocu, który powstał z niewolniczej pracy najemnej zatrudnionych przy produkcji robotników.
 
 
Kontynuujmy – by działalność gospodarcza jakkolwiek się opłacała, musi przynosić wcześniej wspomniany zysk. Tak więc czy kapitalista może przeznaczyć na rozwój działalności całość wartości dodatkowej? Pomijając fakt obowiązku (choć, jak dowodzi praktyka, nie zawsze przestrzeganego) wypłacania pracownikom należnej (zaznaczmy – nie koniecznie adekwatnej do ilości wykonanej pracy) pensji, pozostaje pytanie co będzie miał z tego sam kapitalista? Akcjonariusze zabierają więc sporą część otrzymanego zysku dla siebie.
 
 
Zapytajmy znów – w jaki sposób kapitalista ryzykuje własnym (szeroko rozumianym) majątkiem, skoro nie poświęca na rozwój przedsiębiorstwa nawet złamanego grosza, którego właścicielem mógłby się mianować? Czy można użyć określeń innych niż „absurd” oraz „mydlenie oczu”, gdy do czynienia mamy z sytuacją, w której posiadacze gigantycznych koncernów nie tyle nic nie tracą, co zyskują poświęcając jedynie część z otrzymywanej wartości dodatkowej?
 
 
Słowem wyjaśnienia powiedzmy jednak o tym, o czym nawet nie wspomniał autor omawianego podręcznika. Kto tak na prawdę zmuszony jest do „angażowania własnego majątku”(zarówno własności osobistej, jak i prywatnej)  celem rozwoju działalności gospodarczej?
 
 
Na odpowiedź natrafiliśmy praktycznie na początku tego pkt. – mowa o „prywaciarzach”, o drobnych przedsiębiorcach, zwanych inaczej drobną burżuazją, drobnymi posiadaczami czy jaśniej – drobnomieszczaństwem.
 
 
Drobnomieszczaństwo bowiem zmuszone jest do stałego konkurowania między podobnymi sobie, zmuszone jest do stałego rozwoju. W ich wypadku własność osobista wielokrotnie przeplata się z pojęciem własności środków produkcji. Stanowi ono grupą marginalną wobec wielkich przedsiębiorstw kapitalistycznych, czasem jest też przez ów wypierane (na przykładzie małych sklepów wypieranych przez wielkie sieci hipermarketów), stanowi więc grupę wymierającą ze względu na mało efektywny sposób urządzenia produkcji bądź oferowania usług (porównując do przedsiębiorstw kapitalistycznych).
 
***
 
Na koniec nasz tytularny „ekonom” wspomina o potrzebie „wywierania wystarczająco silnych bodźców na szeregowych pracowników”. Ironicznie, jeśli mowa o kapitalizmie, sam system tutaj wywiera ów „wystarczająco silne bodźce”. Do „szeregowych” „silnych bodźców” zaliczyć można przede wszystkim groźbę utraty pracy, która w dobie bezrobocia skutkuje wielokroć popadnięciem w nędzę i spędzenia w niej reszty swojego życia.
 
 
Czyż więc tego typu „silny bodziec” dla pracownika najemnego nie jest wystarczająco silną motywacją ze strony zarówno kapitalisty jak i nadanych mu przez system możliwości, aby wspomniany pracownik pracował za darmo po godzinach, rezygnował z urlopów bądź nie uskarżał się na niewypłacone pensje?
 
***
 
W dalszej części podręcznika autor mówi o tzw. „dyscyplinie finansowej”. Pojęcie, choć brzmi fachowo, nie jest wpisane do słownika tradycyjnie rozumianej ekonomii. Jak można najprościej zdefiniować ten termin?
 
 
Największą wartością i zarazem największą świętością dla kapitalisty jest zysk. Maksymalizacja zysku to idea przyświecająca zarówno każdemu młodemu przedsiębiorcy ruszającego na podbój rynku jak i starym, doświadczonym rekinom finansjery. W związku z tym takowy kierując przedsiębiorstwem stara się ustawić je tak, aby utrzymać jak największą wartość dodatkową.
 
 
Dyscyplina finansowa oznacza więc zorganizowanie przedsiębiorstwa w taki sposób, by jak najbardziej ograniczyć wydatki, napiąć do granic możliwości ilość wykonywanej przez robotników pracy i ostatecznie otrzymać przez to jak największe dochody. Czy to nie brzmi zachęcająco?
 
 
Pozytywny wydźwięk zatraca się, gdy wkraczają terminy „bezrobocie” i „nadgodziny”. Skutkiem wprowadzenia tej tzw. dyscypliny finansowej jest ograniczenie i redukcja miejsc pracy kosztem ilości godzin pracy pozostałych robotników w przedsiębiorstwie, którzy zmuszeni są nie tylko przejąć obowiązki kolegów, ale i odpowiednio dłużej je wykonywać.
 
 
Widzimy więc, że ta tzw. „dyscyplina finansowa” nie ma żadnego zastosowania w odniesieniu do gospodarki socjalistycznej. Jej celem jest przede wszystkim realizacja idei maksymalizacji zysku – co stoi w sprzeczności z celem i sposobem funkcjonowania gospodarki socjalistycznej, to jest ze zorganizowaniem produkcji w taki sposób, aby jak najlepiej służyła zaspokajaniu potrzeb społeczeństwa, przy całkowitym zatrudnieniu i, co rozumie sie samo przez się, odpowiednio skróconym dniu pracy.
 
 
Większa ilość pracowników oznacza mniejszą ilość pracy przypadającą na jednostkę. W przypadku przedsiębiorstwa kapitalistycznego oznacza to także mniejsze zyski, bo kapitalista zmuszony jest wypłacić więcej zatrudnionym robotnikom (z uwagi na ich większa ilość), co odpowiednio zmniejsza ilość pieniędzy lądujących w jego kieszeni. Stąd też zasadnicza różnica między gospodarką rynkową a socjalistyczną – w przypadku tej pierwszej wprowadzanie rzeczonej dyscypliny finansowej jest konieczne dla realizacji podstawowego celu prowadzenia działalności przez kapitalistę, zaś w przypadku drugiej wprost przeciwnie – ze względu na samą istotę tego typu gospodarki wywieranie presji na pracownikach (który napina się do granic możliwości wprowadzając „dyscyplinę finansową”) jest nie tylko całkiem zbędne, ale nawet niemożliwe ze względu na organizację pracy nieopartą na panowaniu klasowym i wyzysku, a więc jednocześnie całkiem z nią sprzeczne i dla niej destrukcyjne.
 
 

 
III.                  O innowacyjności gospodarki.
 
 
Innowacje często słusznie utożsamia się z postępem gospodarczym. Czym są innowacje? Do tej grupy zaliczamy wszelakie nowinki i nowe rozwiązania czy to techniczne czy to dotyczące kwestii planowania oraz organizacji, które czynią proces produkcji łatwiejszym, bezpieczniejszym i efektywniejszym, zaś jego owoce – trwalszymi, skuteczniejszymi oraz lepszej jakości.
 
 
Powinniśmy jednak zapytać: jak kapitalista rozumie termin „innowacja”? Cóż kryje się pod tym pojęciem dla członka klasy, dla której najwyższą wartością i priorytetem zawsze jest, była i będzie maksymalizacja zysku?
 
 
Jak nietrudno się domyślić – wszystko to, co pozwoli zysk ten stale powiększać, maksymalizować przy jak najmniejszych kosztach, wszystko to, co pozwoli wycisnąć z każdej przelanej krwi robotnika jak najwięcej pieniędzy.
 
 
Z takim też podejściem autor omawianego podręcznika stwierdza, że „wprowadzenie innowacji organizacyjno - technicznych nie leżało w interesie pracowników i kierownictw przedsiębiorstw”. Dlaczego? Ponieważ miało to ograniczać zyski oraz nie współpracować z ustalonym planem, co z czystym sumieniem uznać można za kompletną bzdurę biorąc pod choćby uwagę stadia rozwoju kapitalizmu, który ustanawia się na przeciwwagę.
 
 
Autor bowiem wychodzi z założenia, że wolna konkurencja i natychmiastowe, spontaniczne akcje to czynniki, które nie tylko wpływają na rozwój gospodarczy ale i umożliwiają wprowadzenie nowych ulepszeń do procesu produkcji. Jednak, jak już wcześniej wykazaliśmy, to stadium dawno przeminęło, szczególnie odnosząc się do branych za wzór krajów zachodu, ustępując miejsca kapitalizmowi monopolistycznemu i planowaniu, a w przypadku niektórych koncernów - nawet w skali globalnej.
 
 
Jak ujął to Wiesław Radzikowski w swojej publikacji [9]:
 
 
                „Aparat planistyczny działa w ściśle określonych warunkach społeczno-ekonomicznych – w gospodarce kapitalistycznej, w której dominuje monopolistyczna forma własności kapitalistycznej, nie ma więc potrzeby instruowania go, że musi zapewnić realizację interesów wielkich monopoli. Aparat ten wie doskonale, że żaden plan nie zostanie zrealizowany, jeżeli przy opracowywaniu go nie uzgodni się podstawowych wytycznych z wielkimi firmami [10], to zaś nie byłoby możliwe, gdyby wytyczne nie brały pod uwagę interesów tych firm. Ustalone wytyczne są oczywiście kompromisowe, ale bynajmniej nie chodzi tu o kompromis między interesem całego społeczeństwa a interesem monopoli. Jest to bowiem przede wszystkim kompromis między interesami różnych monopoli, gdyż dążenia poszczególnych firm do maksymalizacji zysku bardzo często kolidują ze sobą. [10*](…)”
 
 
Obecnie dla kapitalisty, jak widzimy, innowacyjnymi będą wszystkie pomysły, układy i propozycje organizacyjne, który przełożą się na jak największy zysk. Czy to przy ustalaniu jak najkorzystniejszego kompromisu wraz z innymi rekinami finansjery, czy to przy inwestycji na zakup maszyn, które z biegiem czasu zwrócą się kosztem choćby ilości miejsc pracy w fabryce – założenie jest jedno ”innowacja ma przynieść zysk”. Wartość dodatkowa płynąca z procesu produkcji jest dobrem najwyższym, wszystkie inwestycje związane z m. in. innowacjami mają się na nią przekładać. A jak widzimy, nawet w przypadku kapitalizmu, do którego, jako przeciwwagi krytykowanego systemu, odnosi się omawiany podręcznik, niemożliwym jest wykonanie tego jednego, podstawowego założenia bez ważnej funkcji, jaką jest planowanie. Stąd wniosek, że gospodarka na polegająca na planowaniu jest korzystniejsza dla wprowadzania wszelakich innowacji.
 
 
Trzeba w tym miejscu także zauważyć, że autor podręcznika pojmuje produkcję przemysłową jak gdyby było to chałupnictwo.[11] Wydaje się on bowiem sądzić, że wszelakie innowacje wprowadzane w przedsiębiorstwie pochodzą od nikogo innego, jak od zarządzającej nim grupy kapitalistów.
 
 
Zatem nasz „ekonom” próbuje wmówić czytelnikowi, że to nie praca zespołów badawczych ani nie praca techników odpowiada za taką w ogóle możliwość, a jedynie chęci i możliwości finansowe danego burżua.
 
 
By uzmysłowić sobie niepowagę i niekompetencję tego toku myślenia spójrzmy na tabelę poniżej.
 
 

 
Zestawione są niej dane dotyczące ilości funduszy przeznaczanych rocznie z danego budżetu na cele badawcze i rozwojowe dwóch państw – potędze gospodarczej i militarnej, jaką są Stany Zjednoczone oraz Polsce – „peryferyjnym” kraju kapitalistycznym.
Jak wiemy Stany Zjednoczone słyną współcześnie z wielu odkryć naukowych oraz innowacji technicznych (zarówno w np. dziedzinie astronomii, jak i przy usprawnieniach procesu produkcji) – antagonistycznie zatem do sytuacji w Polski. Jak pokazuje tabela przeznaczane na te cele fundusze w USA nie tylko są gigantyczne, ale też wynoszą więcej niż wszystkie wydatki uwzględnione w budżecie III RP, zaś tejże nie stać po prostu na dofinansowania.
Spostrzec możemy, ze postęp technologiczny i naukowy, wszelakie innowacje i nowości nierozerwalne związane są z możliwościami i środkami, jakimi dysponują instytuty badawcze i ośrodki naukowe. Postęp techniczny wymaga funduszy, dostępu do specjalistycznego wyposażenia oraz wyedukowanego i wykwalifikowanego personelu. Czy wszystko to zapewnić może wiecznie zmienny, nieprzewidywalny i niestabilny kapitalizm?
 
 
 
 
Przypisy:
 
[6] W rozumieniu ekonomii burżuazyjnej czynniki produkcji to zarówno środki produkcji (maszyny, narzędzia, surowce etc.), praca (miara wysiłku włożonego w produkcję przez najętych robotników) jak i kapitał.
 
[7] Samo pojęcie „majątek” rozróżniamy na dobra konsumpcyjne (to jest zarówno np. przedmioty użytku osobistego, jak i nieruchomości w postaci domu lub mieszkania) oraz na własność środków produkcji (inaczej określana także jako własność prywatna), przy czym w tekście mowa jest o drugim rodzaju.
 
[8] W przedsiębiorstwach kapitalistycznych zarząd przedsiębiorstwa wybierany jest na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy (z wyjątkiem spółek z.o.o. (z ograniczoną odpowiedzialnością)), to jest osób posiadających akcje (papiery wartościowe) danego przedsiębiorstwa, zatem dysponujących jego majątkiem, przeciwnie do obranego zarządu, który ów majątkiem zarządza.
 
[9] Ekonomia polityczna kapitalizmu”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, str. 539-540, W. Sadzikowski
 
[10]; [10*] Podkreślenia własne.
 
[11] W tym kontekście mowa o sytuacji, w której to od kapitalisty zależeć miałyby wszystkie czynniki funkcjonowania przedsiębiorstwa (łącznie z tymi, na które sam nie ma wpływu).

 
-----------------
 
Część III: http://www.1917.net.pl/?q=node/7491
 
 

Społeczność

Lenin 666