Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 11 gości.

Krzysztof Wójcicki: Na temat pryncypialności - tow.Michałowi Nowickiemu

Trocki i smok kontrrewolucji

Na temat pryncypialności

 Tow. Michałowi Nowickiemu 

Krótki szkic 
 
W ostatnią sobotę 7 stycznia miałem przyjemność uczestniczyć w interesującej dyskusji dotyczącej  między innymi zagadnień taktycznych polskiej lewicy. Przez ostatnie dwa tygodnie kwestią szeroko dyskutowaną na portalu „Władza Rad” był stosunek marksistów do kwestii wojny w Afganistanie i polskich żołnierzy, którzy zginęli w grudniu.
 
 Dla drobnomieszczańskich ultra-radykałów „jebiących system” sprawa jest jasna i prosta jak drut – byli to bandyci na imperialistycznym żołdzie. Cóż z tego, że w kraju bieda i roboty nie ma a ci żołnierze to nie żadne paniczyki tylko dzieci robotników i chłopów. Dla kawiarnianych lewaków ich śmierć była olbrzymim sukcesem tzw. „afgańskiego ruchu oporu” (czymkolwiek by on nie był). Podobnie zresztą jak wielce smutnym wydarzeniem dla pewnej części lewicy (także krajowej) była śmierć północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong-Ila, który jako jedyny na świecie zapewnił swoim obywatelom bezpłatną prasę a jego państwo było antyimperialistyczne do tego stopnia, że złożyło na ołtarzu polityki „Songun” własnych obywateli, odmawiając imperialistycznej pomocy żywnościowej. Jeśli już przy temacie „tragicznych śmierci” jesteśmy to cofnijmy się w takim razie do października, kiedy swą ziemską egzystencję zakończył „ojciec nowoczesnej i postępowej Libii” pułkownik Muammar Kaddafi czyli kolejne „bóstwo” uwielbiane przez ekstremę twierdzącą że „Libia jest wolna od finansjery” podczas gdy sam Kaddafi ratował gnijący kapitalizm finansowy zakupując akcje Uni Credit Group, właściciela banku Pekao SA, w chwili gdy banki padały jak muchy. Jak widać „jebanie systemu” wiele nie wymaga a efekty przynosi znakomite. Od razu zyskuje się tylu przyjaciół. Bo to na „jebiącejsystem”  ideologii „wolnych konopii” wyrosła potęga Ruchu Palikota. Tyle tytułem wstępu.  
 
 
Jednym z zasadniczych tematów dyskusji była kwestia „pryncypialności” tzn czy istnieje jakiś „etos wartości” który marksista powinien zaakceptować aby za takiego być uważany. Tow. Nowicki twierdzi że do „pryncypiów” należy uznawanie imperializmu za zło absolutne. Na tym bowiem wypłynął „ruch antywojenny”. Tylko czy to słowo cokolwiek dzisiaj znaczy jak ostatnia,  raczej odznaczająca się nędzną frekwencją demonstracja w tej sprawie odbyła się w czerwcu 2010 roku, a więc prawie że dwa lata temu i nie ściągnęła tłumów a na pikiety „przeciwko bombardowaniom Libii” przychodzi kilkuosobowa garstka w większości tych samych weteranów. No może i faktem jest że gdy NATO rozpoczynało inwazję na Irak to odbywały się potężne demonstracje antywojenne. Tylko kiedy to było – 2003 rok?  Można było wtedy powiedzieć że ów ruch stanowił jakiś podmiot polityczny z którym trzeba było się liczyć ale mamy rok 2012 i sytuacja uległa drastycznej zmianie. NATO wycofało się z Iraku, polskie wojska z Iraku wycofał Tusk, niebawem wojska opuszczą Afganistan i po totalnym fiasku projektu zbrojnego szerzenia amerykańskich wartości i kryzysu gospodarczego raczej konflikt na podobną skalę nie jest prawdopodobny. Sytuacja się zmienia i trzeba to zaakceptować. Mamy kryzys gospodarczy, falę cięć i miejmy nadzieję że wobec tego wzrośnie w siłę tym razem ruch robotniczy. Przy czym szczególnie obiecującym miejscem jest Grecja. 
 
 Dla  biurokratów PZPR-owskich PRL był całym światem, w którym żyło im się całkiem nieźle i przywrócenie kapitalizmu oznaczało że „socjalizm zbankrutował” i „marksizm jest przestarzały” przez co część odeszła z polityki a część utworzyła liberalną partię socjaldemokratyczną. Sam z tą biurokracją niegdyś powiązany Walery Namiotkiewicz w książce „Strategie rewolucji z perspektywy historycznej” gromi wszelkie wrogie leninizmowi (pojmowanemu rzecz jasna na breżniewowską modłę) nurty polityczne twierdząc że ich bankructwo jest efektem „konserwatyzmu myślowego”. Dla samej biurokracji PZPR ta krytyka, poniekąd słuszna okazała się być mieczem obosiecznym. Ich konserwatyzm nie trawił faktów, nie trawił tego że „dojrzały” socjalizm jest „socjalizmem” gnijącym a oni sami są zapatrzeni w Zachód i mają to co głoszą w głębokim poważaniu.  
 
 
Stąd też gdy poruszy się temat generała Jaruzelskiego to jasne jest że obecny doradca prezydenta do spraw rosyjskich może cieszyć się w pewnych środowiskach sentymentem. Czym on jest umotywowany, ciężko dla człowieka utożsamiającego się z walką klasy robotniczej udowodnić, to są raczej kwestie czysto psychologiczne. Jeśli chodzi o prawicę – to byłoby zrozumiałe wśród ludzi mających estymę do herbów, koronowanych głów i innych tytułów noszący Mieczyk Chrobrego paniczyk bez względów na „postępowość” późniejszych lat swojego życia jest „swój”. Ale zachowawczy, emocjonalny sentyment zawsze robi swoje, niezależnie do której epoki się odnosi. W czasach PRLu ludzie wzdychający za sanacją – poza, rzecz jasna, wywłaszczonymi posiadaczami – nie mieli racjonalnych argumentów na swoje poparcie. Bo to Polska Ludowa budowała fabryki, szkoły, wyrywała miliony z przeludnionej sanacyjnej wsi, z lepianek do nowoczesnych na owe czasy blokowisk. Mimo wszystko pewien sentyment zawsze w człowieku pozostaje. Nie jest on dominujący, bo jak wiadomo – to byt określa świadomość i zmiana bytu równa się zmianie świadomości, acz nie można go lekceważyć. W pewnych sytuacjach łatwiej jest nie myśleć, uznać pewną rzecz za „pryncypium” i na tym budować swoją politykę. W przypadku marksistów ma to sens kiedy mamy do czynienia z natężoną walką klasową i zwycięskim pochodem klasy robotniczej – wtedy kompromisy odchodzą na bok a wszelkie szukanie półśrodków jest obstrukcjonizmem. Ale nie jest to sytuacja częsta. Na obecną chwilę nie widać światowego pożaru, mimo kryzysu i licznych strajków w Grecji oraz pojedynczych strajków generalnych na zachodzie Europy to rewolucja socjalistyczna to melodia przyszłości. Dzisiaj walkę klasowa to nie wszechogarniający, permanentny pożar rewolucji ale związki zawodowe. I tak jest. Nie jest to żaden trades-unionizm bo  trades unionizm to twierdzenie że ponad związki zawodowe nic lepszego nie wymyślono i polityka klasy robotniczej sprowadzać ma i musi się koniecznie do budowania związków zawodowych.  
 
Co z tego, że na RAF i Czerwone brygady była „moda” na lewicy lat temu 8-10, czy 12?! Nadal jest „moda” na LGBT. Dla pewnych środowisk bycie gay-friendly jest wyznacznikiem lewicowości. Ani jedno ani drugie nie jest marksistowkie ponieważ marksizm to nie moda, której ulega grupa drobnomieszczańskiej młodzieży ale konkretna nauka, oparta na materializmie dialektycznym i historycznym. W społeczeństwie kapitalistycznym Polityka markistowska nie powinna opierać się na niewzruszalnych dogmatach – bo nauka z założenia obca jest wszelkim, nawet najpiękniejszym i najładniej brzmiącym dogmatom, nawet takim jak „bezkompromisowy antyimperializm”. Taka jest cena wejścia na niełatwą drogę naukowego socjalizmu. Jedyne co wiemy i co robić musimy to  organizowanie i wspieranie walki klasy przeciwko kapitałowi. Drobnomieszczańska młodzież „oburzona” czymkolwiek nie jest w stanie skutecznie stawić czoła kapitalistom. Mogą to zrobić tylko ci, którzy tworzą ich zyski. To jest to zasadnicze pryncypium wynikające z rewolucyjnej nauki. Jego realizacja – to już kwestia taktyki, słowa które obce jest rozmaitym „maksymalistom”. Kluczowe jest jednak podejście dialektyczne, uwzględniające konieczność dostosowania się do zmieniających się realiów i wszechstronną analizę.  
 
Trzeba zdać sobie sprawę, że może to nie być łatwe. Marksiści napisali bowiem sporo literatury. Tacy ludzie jak Lenin, Marchlewski i Dzierżyński i im współcześni gdy rozpoczynali swoją przygodę z marksizmem do wyboru mieli tylko dzieła Marksa i Engelsa, często w bardzo ograniczonym zakresie. My mamy i łatwiej – bo więcej już na temat przeprowadzania rewolucji napisano w porównaniu do stanu sprzed lat 110 czy 120, ale też wyrosło wiele różnych, czasami sprzecznych ze sobą nurtów i tradycji polityczno-ideologicznych. Określenie co jest klasyką marksizmu a co rewizjonizmem nie jest na pewno sprawą prostą, zwłaszcza w odniesieniu do tekstów powstających w ostatnich dekadach. Na pewno „wojna partyzancka” Che Guevary jest dla wielu bardziej znacząca niż „Dziecięca choroba lewicowości” Lenina, mimo że pierwsza z tych pozycji dotyczy wyłącznie konkretnej taktyki walki, a druga jest ogólnym wykładem marksistowskiej strategii i taktyki. Przy czym o stopniu ogólności decyduje stopień abstrahowania od konkretnego kraju o konkretnego okresu historycznego. Weźmy np. kwestię pracy w reakcyjnych związkach zawodowych – takie istniały i na początku lat 20. w całej Europie i istnieją do dziś we wszystkich krajach gdzie istnieje i działa ruch związkowy. Lenin twierdzi że komuniści powinni w nich pracować i agitować klasę robotniczą bez względu na kolor sztandaru związkowego pod którym się ona znajduje. To jest stwierdzenie ogólne, teza naukowa potwierdzona tym że brak działania w takich związkach prowadzi do oddzielenia się organizacji komunistycznych od klasy robotniczej.
 
Natomiast to „jak prowadzić walkę i politykę” to wymaga zawsze własnej i dogłębnej analizy i jakiekolwiek przeprowadzanie sztucznych analogii prowadzi na manowce. Tyczy się to zarówno karkołomnych prób budowania partyzantki miejskiej (bez refleksji na temat  skuteczności tej metody i znaczenia – czy jego braku – dla rozwoju lewicy – jakie miały partyzantki miejskie)  jak i tworzenia partii gejowskich „bo bolszewicy zdepenalizowali homoseksualizm” co mieści się natomiast w szeroko pojętym rewizjonizmie, choć rzecz jasna stanowisko „przeciwne” godne jest potępienia.  
 
 
Jeśli chodzi o kwestie „bezkompromisowego radykalizmu”, to rozpisywanie się na ten temat wydaje się być zbyteczne. Tutaj kłania się „dziecięca choroba...” I kłaniają się rzeczywiste, naukowe pryncypia. To nie zginie. Za 10 lat nikt nie będzie pamiętał o „oburzonych” nikt nie będzie pamiętał o dyskusji toczącej się w grudniu 2011 na „Władzy Rad” tak, jak niewielu pamięta już o Ulrike Meinhof czy o Rewolucyjnych Mścicielach ale myśl marksistowska przetrwa. Nadal będą istnieć jednak konserwatywni-myślowo epigoni. I pomyśleć, że burżuazji nie przeszkadza „komunistyczny” charakter Chin w chwaleniu tego państwa jako ideału nieskrępowanego kapitalizmu. Mimo to, iż rzekomo to ci sami, wstrętni, zbrodniczy komuniści.
 
 
Bo kapitał wie, co jest dla niego dobre i nie jest w swoich działaniach dogmatyczny. Pryncypia kapitalizmu, zbrodnicze dla społeczeństwa, są naukowe w tym sensie, że wszystko sprowadzają do wspólnego mianownika – maksymalizacji zysku. Rekiny biznesu nic sobie nie robią z szyldów ani koloru sztandarów. Dla nich znaczenie ma tylko zysk, dlatego światowa burżuazja prze naprzód niewzruszenie, co jakiś czas dostając zadyszki, kiedy świat ogarnia kryzys. Choć składa się ona z ludzi nienawidzących się jak psy, wszystko jest dla nich jasne i wspólny cel klasowy burżuazji więcej dla niej znaczy niż interpersonalna konkurencja. Jest ona w końcu klasą panującą świadomą swoich celów. Głowa państwa burżuazyjnej Polski, Prezydent Komorowski dyskutując o strategicznym partnerstwie z prezydentem Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao nie przejmuje się „prawami człowieka” w Chinach – bądź co bądź dogmatem ideowych liberałów. Bo dla rodzimego biznesu znaczą one tyle co nic. Siłą i przyczyną żywotności kapitalizmu jest to, że jest on skoncentrowany na jednej kwestii – zysku, choć nawet kościół twierdzi, że zysk do potrzeb człowieka ma się nijak i prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz wejdzie do królestwa niebieskiego.  
 
Kapitalizm akceptuje różne ideologie (konserwatyzm, liberalizm, faszyzm, socjaldemokrację, a nawet „komunizm’ typu chińskiego) o ile nie naruszają one podstaw systemu: prywatnej własności środków produkcji i prawa do maksymalizacji zysku . Współczesnej lewicy stanowczo brakuje podobnego, oczywistego spoiwa jakim powinna być walka o interesy klasowe klasy robotniczej. Dla kapitalisty logika zysku jest oczywista i nie wymaga żadnych rozmyślań o istocie systemu, czy pryncypiach.  
 
 
Z marksizmem jest odwrotnie – tutaj brak myślenia podkopuje i ośmiesza rewolucyjną naukę i przeszkadza w zwycięstwie proletariatu. Choć dla szeregowego proletariusza walka o własne interesy, czy strajk - nie jest niczym wydumanym lecz czymś całkiem naturalnym, jak dla burżuja naturalna jest walka przeciwko jakimkolwiek formom klasowej świadomości proletariatu. Mowa raczej o rewolucyjnych intelektualistach, którzy albo nie mają w ogóle interesu klasowego w zwycięstwie rewolucji, a jeśli mają to ich działalność prowadzona jest zasadniczo poza miejscem pracy. Przez to forma tej walki siłą rzeczy jest „wydumana” a nie wykuta przez bieżące potrzeby. „Wydumanie” ma swoje zalety, bo w tym pojęciu zawiera się samokształcenie, ale zawiera się też ryzyko, że drobnomieszczańska świadomość klasowa przeważy. I przeważy dogmatyzm, przeważą puste hasełka i głośne wrzaski. Zamiast zapytać: co to da? Po co? Jak? Dlaczego? - drobnomieszczaństwo popada w tanie „fałszywe alternatywy” czyli jeśli amerykanie są „źli” (istotnie niegodni poparcia) to Talibowie muszą być dobrzy. Podobnie myślące drobnomieszczaństwo na prawicy popiera Korwina Mikke bo niesie on rzekomo czysty kapitalizm podczas gdy demoliberalny mainstream i cała UE to rzekomo „socjaliści” . Marksista nie powinien darzyć szacunkiem żadnego imperializmu, ponieważ służy on interesom kapitału, zarówno imperializm USA jak i UE. Tu dochodzimy do punktów stycznych zarówno z Korwinem jak i z Talibanem.  
 
No dobra – mówi drobnomieszczański radykał, gdy już przekona się go do tego że jeden i drugi mają do zafundowania komunistom wyłącznie strzał w potylicę – w takim razie wybierzmy „trzeci obóz”, odetnijmy się od całego zdeformowanego i zbrodniczego syfu grubą krechą i tak budujmy własną, niezależną i bezkompromisowo-rewolucyjną politykę. Łatwo się domyśleć, że taka pozycja, choć kierująca się poprawnymi przesłankami, jest z punktu widzenia materialistycznej dialektyki równie błędna, co podział „czarno-biały”. W istocie jest bowiem tak, że istnieją różne siły, różni gracze polityczni, różne grupy społeczne wewnątrz klas, czy nawet grupy społeczne i zawodowe na granicach różnych klas  – tu znowu kłania się Lenin i „Dziecięca choroba lewicowości” i tę strukturę można wykorzystać z pożytkiem – co jest zagadnieniem taktyki, albo dogmatycznie obrać jedną linię, moszcząc się wygodnie w „trzecim obozie”. Choć właśnie stanowisko „trzecioobozowe” jest z założenia przeciwne podziałowi na dobre -A i złe – B, czym uzurpuje sobie bycie bardziej dialektycznym niż wulgarna talibanomania w rzeczywistości stacza się ono jeszcze gorzej, bo nie widzie różnic które to w mniej lub bardziej prawdziwy bądź błędy sposób zwolennicy podziału na dobre A i złe B uwypuklają.  
 
 
Jeśli chodzi o konkretną kwestię Afganistanu, to nasuwa się tutaj pytanie – co może zrobić lewica – poprzeć jedną z walczących stron czy stać „z bronią u nogi” patrząc jak jej dwaj wrogowie wykrwawiają się. Lewica, ani też klasa robotnicza nie stanowią w Afganistanie żadnej siły społecznej ani politycznej. Lewica europejska może wydawać płomienne oświadczenia, lecz niewiele one dadzą poza moralną satysfakcją wydających oświadczenia, bo jak pisałem wcześniej – ruch antywojenny właściwie już zanikł. Faktem jest natomiast że siły imperializmu NATO wykrwawiające się w Afganistanie nie mają możliwości walczyć w innych rejonach świata np. Ameryce Łacińskiej, gdzie rzeczywiście ma miejsce walka klasowa proletariatu przeciwko imperializmowi. Stanowiskiem w tej kwestii, które byłoby zrozumiałe dla szerszego ogółu jest: „to nie nasza wojna, zabierzmy stamtąd naszych chłopców, szkoda ich życia i naszych pieniędzy”. Nie jest ono ani „bezkompromisowo antyimperialistyczne” bo nie zawiera poparcia afgańskich talibów ani też nie jest „trzecioobozowe” bo wypływa ono z potrzeby realiów a nie z metafizycznych dogmatów.  
 
 
W każdej sytuacji bowiem marksiści powinni trzymać się z dala zarówno od podziału „czarnobiałego” jak i dogmatu „trzeciego obozu”. Taka jest  materialistyczna dialektyka, że nie znosi ona dogmatów w ogóle, a nie tylko tych konkretnych. To jest nauka, nauka podstawowa jaką pozostawiły nam poprzednie pokolenia rewolucjonistów. Choć nie każdy jest Leninem to co dla Lenina było oczywiste, powinno być oczywiste dla każdego chcącego iść w jego ślady. A o stanowisku w konkretnej sprawie powinna przesądzić wyłącznie siła argumentacji. 

Krzysztof Wójcicki 

8 stycznia 2011 

Portret użytkownika Rael
 #

Właściwie na większość tych dywagacji nie ma co odpowiadać, bo zostały już odpowiednio skontrowane w wywmienionej w artykule dyskusji... Autor powatarza te same tezy, ktore pisał tam, wiec wystarczy zajrzeć do rzeczonego artykułu, aby poznać moją osobistą opinię.

 
Portret użytkownika fancom
 #

Ja się odniosę tylko do jednej kwestii, a mianowicie polskich "żołnierzy", o których dyskusja rozgorzała pod innym artykułem, a o których autor napomknął w powyższym. To jak to z nimi w końcu jest? Niewinni chłopcy z dręczonych niedostatkiem rodzin robotniczych i chłopskich, "ofiary systemu" czy cyniczni mordercy, którzy nie zawahają się zrobić rozpierduchę wszędzie, byle by tylko ktoś dobrze im za to zapłacił? Otóż w moim mniemaniu zbrodnia kapitalizmu polega na tym, że ludzie są w tym systemie postawieni przed takimi wyborami. Żyć dalej w biedzie czy iść na wojnę mordować kobiety i dzieci za dobrą kasę? Pracować w po nocach w hipermarkecie za grosze czy pójść się kurwić do burdelu i wyciągać tyłkiem 10-20 tys. zł? Zarobić 100 zł wykonując jakąś ciężką i niewdzięczną pracę przez 2 dni czy ukraść 100 zł w parę sekund terroryzując nożem jakiegoś staruszka? Tutaj końćzy się wina systemu. Wybór już bowiem zawsze należy do konkretnego człowieka. Idąc tokiem rozumowania wyznaczonym przez tych, którzy uplatrują w płatnych najemnikach "ofiar systemu", można zrelatywizować właściwie wszystko. Gdy napada mnie dres w ciemnej bramie i żąda ode mnie pieniędzy, to absolutnie nie wolno mi się bronić ani wzywać policji, lecz powinienem mu oddać swoje pieniądze i jeszcze pogłaskać po główce. On jest przecież tylko bezwolną ofiarą systemu, pochodzącą zapewne z dręczonej biedą robotniczej rodziny. Jego ojciec pewnie wyleciał z fabryki na fali prywatyzacji i nie może znaleźć pracy. Absolutnie więc nie wolno nam potępiać jego nawet najhaniebniejszych czynów, bo wszystkiemu winien jest kapitalizm. Policjanci inwigilują portal Władza Rad i organizacje lewicowe w Polsce? Ależ oni też są ofiarami systemu! Gros pałkarzy pochodzi przecież z biedy, a praca na rzecz burżuazyjnego państwa to dla nich jedyna szansa na umowę o pracę, prawo do urlopu i chorobowego. Pracodawca nie wypłaca mi pensji? Ależ jemu też należy współczuć, bo system wykańcza także jego! Gdyby płaciłby mi regularnie, stałby się "mniej konkurencyjny", przez co mógłby wylądować w kolejce po zasiłek, a tak pcham razem z nim ten wózek w tym nieludzkim systemie.

Tutaj może pojawić się zarzut: "Acha, czyli wszystkiemu winien człowiek? Dajmy spokój z uwarunkowaniami systemowi, skupmy się na moralizowaniu i "odnowie moralnej" jednostek, czy tak?" Nie. Ludzie są tylko ludźmi, a nie aniołami. Oczekiwać od każdego, że nawet w najpodlejszych warunkach będzie nieskazitelny moralnie to oczekiwanie niemożliwego. Niemniej, niektórym nawet w hitlerowskich obozach koncentracyjnych udawało się pozostac ludźmi, choć egoizm, wyrachowanie i interesowna podłość były tam premiowane jeszcze bardziej niż w obecnym systemie.

Reasumując, nie dołączę do chóru rozczulających się nad biednymi "ofiarami systemu" w mundurach, którzy za kasę jadą niszczyć i mordować do kraju, którego mieszkańcy nigdy w niczym im nie zawinili.

 
Portret użytkownika CzerwoneMazowsze
 #

Na temat tego artykułu można by napisać wiele, ale na pewno nie to, że wyrażone są tu opinie z pozycji marksistowskiej.

 
Portret użytkownika tres
 #

Czerwone

A czemu tak uważasz?

 
Portret użytkownika CzerwoneMazowsze
 #

W największym skrócie i enigmatycznie, bo póki co nie ma czasu wdawać się w szczegóły: marksista z większością wniosków tam zawartych nie może w żaden sposób się utożsamiać. Artykuł jest m.in. nawiązaniem do grudniowego newsa i dyskusji pod nim się toczącej; właśnie w komentarzach tam zamieszczonych możesz szukać odpowiedzi na swoje pytanie zamieszczone powyżej.

Nie rozumiem przy tym co do naszego stanowiska (negatywnego oczywiście) w kwestii okupacji Afganistanu ma to, że w ostatnim czasie nie ma protestów antywojennych. Czy z tego powodu mamy wyrobić sobie inny pogląd?

 
Portret użytkownika tres
 #

A co ty jakiś "papież marksizmu" jesteś że twierdzisz że "marksista nie może się zgodzić w większością wniosków" zawartych w powyższym artykule nie podając dlaczego tak jest?

Z dyskusji o której mówisz można się dowiedzieć co najwyżej że pewna część użytkowników tego portalu przejawia emocjonalny stosunek do sprawy Afganistanu.

Tak więc pytam się co dokładnie w tym artykule nie jest według ciebie marksistowskie bo naprawdę tego nie widzę. Może mnie oświecisz.

Czy antymarksistowskie jest wg. ciebie odwołanie do Lenina? Brak szacunku dla Kim Dzong Ila? A może stwierdzenie że "brak myślenia podkopuje i ośmiesza rewolucyjną naukę i przeszkadza w zwycięstwie proletariatu" ?!

Chętnie bym się dowiedział w którym dokładnie momencie autor tekstu przestaje w swoim wywodzie kierować się materializmem dialektycznym i dochodzi do antymarksistowskich wniosków. Czy błąd wynika z założeń, czy z toku rozumowania? A może po prostu wydaje ci się jest i nie wiesz dlaczego ale ci się wydaje (=dogmatyzm). Żeby nie nazwać tego gorzej.

 
Portret użytkownika dawid jakubowski
 #

Oczywiście uwaga jest na marginesie głównego wątku, ale istnieją dane, że wymieniona w tekścei tow. Wójcickiego Korea Północna w 1995 r. sama z własnej inicjatywy poprosiła międzynarodowe organizacje humanitarne o pomoc, w efekcie czego otrzymała pomoc wartości 2.5 mld. dolarów. Rząd północnokoreański zażądał jednak nadzoru nad dystrybucją pomocy finansowej, a organizacje te, po obliczeniu, że 30% do 70% tych pieniędzy zagarnęły władze partyjno-państwowe, wycofały się z tejże pomocy. Szacowana liczba zgonów z powodu głodu wyniosła od 600 tys. do pół miliona ofiar. Problem już w końcu 1995 r. stał się na tyle poważny, że zgłoszono go samemu Kim Dzong Ilowi, który zarządził wprowadzenie nie uzbrojonych jednostek|wojskowych do każdego z miast, celem pakowania gnijących ciał na ciężarówki i wywożenia ich. Fakty te podaje dokumentalny film Kimjongilia. Kwiat Kim Dzong Ila.

 
Portret użytkownika uno
 #

Czerwone
Ja też nie jestem zwolennikiem okupacji Afganistanu, choć dostrzegam korzystne - moim zdaniem - strony tego stanu rzeczy.

Po pierwsze.
Amerykanie zwalczają talibański ciemnogród - to dobrze, zwłaszcza, że nie ma obecnie na świecie armii czerwonej, która mogłaby to robić za nich.

Po drugie
Kiedy Amerykanie wyjdą z Afganistanu, a nie będą zajęci Iranem, to zajmą się Wenezuelą - a zniszczenie Chaveza, to klucz do spacyfikowania lewicowych nastrojów w Ameryce Łacińskiej i definitywnego wykończenia Kuby (wzięcia głodem). Myślę, że Chavez zdaje sobie z tego sprawę, dlatego wspiera tego kacyka z Iranu.

Z tego rachunku wychodzi mi, że najlepiej by było gdyby talibowie (których nie znoszę) jak najdłużej angażowali Amerykanów (których też nie lubię, ale w tej konkretnej wojnie uważam za mniejsze zło - podobnie jak duża część Afgańczyków popierających np. równouprawnienie kobiet).

Dzięki temu Chavez (którego lubię) będzie mógł spokojnie wydobywać wenezuelską ropę, finansując "socjalizm boliwariański", "pomoc humanitarną dla FARC" oraz subsydiować Kubę braci Castro.

Z drugiej strony nie chciałbym żyć w kraju rządzonym przez talibów (pewnie długo bym nie pożył) i Afgańczykom też tego nie życzę. Z punktu wiedzenia podstawowych interesów afgańskich komunistów - o ile takowi jeszcze są - tzn. szans na przeżycie, liberalna demokracja wydaje się dużo korzystniejszą alternatywą niż talibańska teokracja.

 
Portret użytkownika uno
 #

Fancom

Byt określa świadomość. System z jednej strony generuje nędzę i bezrobocie a z drugiej stwarza 'niemoralne' okazje do wyrwania się z nędzy poprzez burdel, handel narkotykami lub armię. Czy w związku z tym chcesz utworzyć czerwoną armię zbawienia nawracająca kurewki i namawiająca do tego by zostały włókniarkami za głodową pensję, czy może zamierzasz popierać psycholi wykańczających prostytutki z pobudek religijnych? A jak będzie strzelanina narkotykowych dealerów z glinami, to pogratulujesz mafii zlikwidowania imperialistycznych pachołków w policyjnych mundurach?

Trzeba zmienić system, żeby zmienić ludzi.

Nie wdając się w moralizatorskie oceny najemników stosujemy podejście pragmatyczne. W interesie polskiego ruchu robotniczego leży aby wojsko polskie zachowało neutralność na wypadek ewentualnej konfrontacji ludzi pracy z kapitałem, albo poparło protesty społeczne. Władza robi wszystko aby zamienić wojsko w wyalienowaną kastę płatnych wojowników, my robimy co w naszej mocy, aby nawet armia zawodowa zachowała więź ze społeczeństwem.

To samo dotyczy policji.

 

Społeczność

future2