Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 25 gości.

Karol Marks: Praca najemna i kapitał

KAPITALISTA

Napisane: grudzień 1847
Po raz pierwszy opublikowane: w «Neue Rheinische Zeitung» w numerach z dn. 5—8 i 11 kwietnia 1849 r.
Źródło: Karol Marks, Fryderyk Engles, dzieła wybrane, tom pierwszy str. 66-96, wydanie pierwsze, Książka i Wiedza, Warszawa 1960 rok
Transkrypcja/Adaptacja/Korekta: Wojciech Figiel, styczeń 2005

Wykłady wygłoszone przez K.Marksa między 14 i 30 grudnia 1847 r. Wydane jako oddzielna broszura z przedmową i pod redakcją F. Engelsa w Berlinie w 1891 r. Drukowane według tekstu broszury. Przekład z języka niemieckiego.

Źródło: http://marxists.org/polski/marks-engels/1847/praca-najemna-kapital/index...

KAROL MARKS

PRACA NAJEMNA I KAPITAŁ

I

Z różnych stron zarzucano nam, że nie przedstawiliśmy stosunków ekonomicznych, stanowiących materialną podstawę dzisiejszych walk klasowych i walk narodowych. Systematycznie poruszaliśmy te stosunki tylko tam, gdzie narzucały się one bezpośrednio w konfliktach politycznych.

Należało przede wszystkim śledzić walkę klasową w codziennym biegu historii i wykazać empirycznie na danym, co dnia na nowo stwarzanym materiale historycznym, że z ujarzmieniem klasy robotniczej, która dokonała lutowej i marcowej rewolucji [a], zwyciężeni zostali zarazem i jej przeciwnicy we Francji—burżuazyjni republikanie; — a na całym kontynencie europejskim zwalczające feudalny absolutyzm — klasy burżuazji i chłopstwa; że zwycięstwo «przyzwoitej republiki» we Francji było zarazem upadkiem narodów, które na rewolucję lutową odpowiedziały bohaterskimi wojnami o niepodległość; że wreszcie z pokonaniem rewolucyjnych robotników Europa popadła z powrotem w swoją dawną podwójną niewolę, w niewolę angielsko-rosyjską. Walka czerwcowa w Paryżu, upadek Wiednia, tragikomedia berlińskiego listopada 1848 r., rozpaczliwe wysiłki Polski, Włoch i Węgier, wygłodzenie Irlandii — to były główne momenty, w których streszczała się walka klasowa między burżuazją a klasą robotniczą Europy, na których wykazaliśmy, że każde rewolucyjne powstanie, jakkolwiek odległy od walki klasowej wydawałby się jego cel, musi ponieść klęskę, dopóki nie zwycięży rewolucyjna klasa robotnicza, że każda reforma społeczna pozostanie utopią, dopóki rewolucja proletariacka i feudalna kontrrewolucja nie zmierzą się zbrojnie w wojnie światowej. W naszym przedstawieniu, jak i w rzeczywistości, były Belgia i Szwajcaria tragikomicznymi i karykaturalnymi obrazkami rodzajowymi na wielkiej historycznej panoramie; jedno — wzorowe państwo burżuazyjnej monarchii, drugie — wzorowe państwo burżuazyjnej republiki. Oba — państwa, które sobie wmawiają, że są tak samo niezależne od walki klasowej jak i od rewolucji europejskiej.

Teraz, gdy nasi czytelnicy widzieli, w jak potężnych formach politycznych rozwijała się walka klasowa w 1848 r., będzie na czasie bliższe zajęcie się samymi ekonomicznymi stosunkami, na których opiera się zarówno istnienie burżuazji i jej panowanie klasowe jak i niewola robotników.

W trzech wielkich rozdziałach przedstawimy:

1) stosunek pracy najemnej do kapitału, niewolę robotnika, panowanie kapitalisty; 2) nieunikniony przy obecnym systemie proces zagłady średnich klas mieszczańskich i tak zwanego stanu chłopskiego; 3) handlowe ujarzmienie i wyzyskiwanie klas burżuazyjnych różnych narodów europejskich przez despotę rynku światowego — Anglię.

Postaramy się uczynić nasz wykład możliwie prostym i popularnym nie zakładając u czytelnika znajomości nawet najelementarniejszych pojęć ekonomii politycznej. Chcemy być zrozumiali dla robotników. W dodatku w Niemczech panuje najosobliwsza ignorancja i pomieszanie pojęć co do najprostszych stosunków ekonomicznych, począwszy od patentowanych obrońców istniejących porządków aż do socjalistycznych znachorów [b] i zapoznanych geniuszów politycznych, w których rozdrobnione Niemcy bardziej jeszcze obfitują niż w ojców narodu.

Przede wszystkim więc pierwsze pytanie: Co to jest płaca robocza? Jak się ją określa?

Gdyby zapytano robotników: «ile wynosi wasza płaca robocza?», to jeden odpowiedziałby: «dostaję od swego burżuja jedną markę za dzień roboczy» — drugi: «dostaję dwie marki», itd. Zależnie od różnych gałęzi pracy, w których są oni zatrudnieni, podaliby różne sumy pieniędzy, jakie dostają od swego każdorazowego bourgeois za określony czas pracy lub za wykonanie określonej pracy, np. za utkanie łokcia płótna lub za złożenie arkusza druku. Mimo różnic w ich odpowiedziach zgodni oni będą wszyscy w jednym punkcie: płaca robocza jest sumą pieniędzy, którą kapitalista płaci za określony czas pracy lub za wykonanie określonej pracy.

Kapitalista, zdawałoby się, kupuje więc ich pracę za pieniądze. Za pieniądze sprzedają mu oni swą pracę. Jest to jednak tylko pozór. To, co w rzeczywistości sprzedają oni za pieniądze kapitaliście, jest to ich siła robocza. Tę siłę roboczą kupuje kapitalista na przeciąg jednego dnia, tygodnia, miesiąca itd. I po nabyciu jej zużywa ją każąc robotnikom pracować w ciągu umówionego czasu. Za tę samą sumę pieniędzy, za jaką kapitalista kupił ich siłę roboczą, np. za dwie marki, mógłby on kupić 2 funty cukru lub określoną ilość jakiegokolwiek innego towaru. Dwie marki, za które kupił on dwa funty cukru, są ceną dwóch funtów cukru. Dwie marki, za które kupił użytkowanie siły roboczej w ciągu dwunastu godzin, są ceną dwunastogodzinnej pracy. Siła robocza jest zatem towarem, zupełnie tak jak cukier. Pierwszy mierzy się za pomocą zegara, drugi za pomocą wagi.

Swój towar, siłę roboczą, robotnicy wymieniają na towar kapitalisty, na pieniądze, przy czym wymiana ta odbywa się w pewnym określonym stosunku. Tyle a tyle pieniędzy za użytkowanie siły roboczej w ciągu takiego a takiego czasu. Za dwunastogodzinne tkanie — dwie marki. A czy te dwie marki nie reprezentują wszystkich innych towarów, które mogę kupić za dwie marki? W rzeczywistości więc robotnik zamienił swój towar — siłę roboczą — na inne towary wszelkiego rodzaju, przy czym zamienił ją w określonym stosunku. Dając mu dwie marki kapitalista dał mu tyle to mięsa, tyle to odzienia, tyle to drzewa, światła itd. w zamian za jego dzień roboczy. Dwie marki wyrażają zatem stosunek, w jakim siła robocza wymienia się na inne towary, wyrażają wartość wymienną jego siły roboczej. Wartość wymienna towaru, oszacowana w pieniądzu, nazywa się właśnie jego ceną. Płaca robocza jest więc tylko szczególną nazwą ceny siły roboczej, którą zazwyczaj nazywa się ceną pracy, ceną tego osobliwego towaru, który nie może istnieć inaczej jak w ludzkim ciele i krwi.

Weźmy jakiegokolwiek robotnika, np. tkacza. Kapitalista dostarcza mu warsztatu tkackiego i przędzy, Tkacz siada do pracy i z przędzy powstaje płótno. Kapitalista bierze płótno i sprzedaje je, np. za dwadzieścia marek. Otóż, czy płaca robocza tkacza jest udziałem w płótnie, w dwudziestu markach, w wytworze jego pracy? Bynajmniej. Na długo przed sprzedaniem płótna, a może na długo przed całkowitym utkaniem go, tkacz dostał swą płacę roboczą. Kapitalista wypłaca więc tę płacę nie z pieniędzy, które uzyskał za płótno, lecz z pieniędzy, które ma w zapasie. Towary, otrzymywane przez tkacza w zamian za jego towar, siłę roboczą, tak samo nie są jego produktem, jak nie jest nim warsztat tkacki i przędza, dostarczona mu przez bourgeois. Możliwe, że bourgeois nie znalazł w ogóle nabywcy dla swego płótna. Możliwe, że ze sprzedaży płótna nie wróciła mu się nawet płaca robocza. Możliwe, że sprzedał je bardzo korzystnie w porównaniu z płacą za tkanie. Tkacza to wszystko zupełnie nie obchodzi. Kapitalista kupuje za część swego posiadanego majątku, swego kapitału, siłę roboczą tkacza, zupełnie tak samo, jak za drugą część swego majątku zakupił surowiec — przędzę, i narzędzie pracy — warsztat tkacki. Poczyniwszy te zakupy — wśród tych zakupów jest również siła robocza, potrzebna do wytworzenia płótna — kapitalista produkuje już tylko za pomocą należących do niego surowców i narzędzi pracy. Do tych ostatnich należy oczywiście nasz poczciwy tkacz, któremu z produktu lub z ceny produktu równie mało przypada w udziale jak i warsztatowi tkackiemu.

Płaca robocza nie jest więc udziałem robotnika w wytworzonym przezeń towarze. Płaca robocza jest częścią już istniejącego towaru, za którą kapitalista kupuje określoną sumę produkcyjnej siły roboczej.

Siła robocza jest więc towarem, który jego posiadacz, robotnik najemny, sprzedaje kapitałowi. Po co on go sprzedaje? Aby żyć.

Lecz działalność siły roboczej, praca, jest życiową działalnością robotnika, przejawem jego własnego życia. I tę działalność życiową sprzedaje on drugiemu, aby zapewnić sobie potrzebne środki do życia. Jego działalność życiowa jest więc dla niego tylko środkiem umożliwiającym mu istnienie. Pracuje on, aby żyć. On sam nie zalicza pracy do swego życia, jest ona raczej ofiarą z jego życia, jest ona towarem sprzedanym drugiemu. Dlatego też produkt jego działalności nie stanowi celu jego działalności. Nie wytwarza on dla siebie samego ani jedwabiu, który tka, ani złota, które wydobywa w kopalni, ani pałacu, który buduje. To, co wytwarza on dla siebie samego, jest to płaca robocza; a jedwab, złoto, pałace przemieniają się dla niego w określoną ilość środków do życia, być może, w bawełniany kaftan, miedzianą monetę i mieszkanie w suterenie. A robotnik, który w ciągu dwunastu godzin tka, przędzie, wierci, toczy, buduje, kopie, tłucze kamienie, dźwiga itp., czyż może on uważać to dwunastogodzinne tkanie, przędzenie, świdrowanie, toczenie, budowanie, kopanie, tłuczenie kamieni za przejaw swego życia? Za życie? Na odwrót. Życie zaczyna się dla niego tam, gdzie czynność ta ustaje. Za stołem, na ławie szynkowej, w łóżku. Natomiast dwunastogodzinna praca nie ma dla niego sensu jako tkanie, przędzenie, wiercenie itd., lecz jako zarobkowanie, które pozwala mu korzystać ze stołu, ławy szynkowej, łóżka. Gdyby jedwabnik prządł po to, żeby móc spędzać swą egzystencję jako gąsienica, to byłby prawdziwym robotnikiem najemnym. Siła robocza nie zawsze była towarem. Praca nie zawsze była pracą najemną, tj. pracą wolną. Niewolnik nie sprzedawał swej siły roboczej posiadaczowi niewolników, tak jak wół nie sprzedaje chłopu swej pracy. Niewolnik wraz ze swą siłą roboczą jest raz na zawsze sprzedany swemu właścicielowi. Jest on towarem, który z rąk jednego właściciela może przejść do rąk drugiego. On sam jest towarem, lecz siła robocza nie jest jego towarem. Chłop-poddany sprzedaje tylko część swej siły roboczej. Nie on dostaje płacę od właściciela ziemi, lecz raczej właściciel ziemi dostaje od niego daninę.

Chłop-poddany należy do ziemi i panu tej ziemi przynosi plony. Wolny robotnik natomiast sprzedaje siebie samego i to po kawałku. Sprzedaje na licytacji 8, 10, 12, 15 godzin swego życia, sprzedaje jeden dzień po drugim temu, kto zapłaci więcej, posiadaczowi surowców, narzędzi pracy i środków do życia, tj. kapitaliście. Robotnik nie należy ani do właściciela, ani do ziemi, ale 8, 10, 12, 15 godzin jego codziennego życia należą do tego, kto je kupi. Robotnik porzuca, kiedy zechce, kapitalistę, któremu się wynajął, a kapitalista odprawia, kiedy mu się podoba, robotnika, skoro nie ciągnie już z niego żadnej lub też zamierzonej korzyści. Lecz robotnik, którego jedynym źródłem dochodu jest sprzedaż siły roboczej, nie może porzucić całej klasy nabywców, tj. klasy kapitalistów, nie skazując się na głodową śmierć. Nie należy on do tego lub innego kapitalisty, lecz do klasy kapitalistów, przy czym sam musi dbać o to, aby znaleźć nabywcę spośród klasy kapitalistów.

Zanim przejdziemy teraz do bliższego rozpatrzenia stosunku między kapitałem a pracą najemną, przedstawimy pokrótce najogólniejsze warunki, które wchodzą w rachubę przy określaniu płacy roboczej.

Płaca robocza jest to, jak widzieliśmy, cena pewnego określonego towaru — siły roboczej. Płacę roboczą określają zatem te same prawa, które określają cenę każdego innego towaru. Zachodzi więc pytanie: jak zostaje określona cena towaru?

II

Czym określa się cenę towaru?

Przez konkurencję między nabywcami i sprzedawcami, przez stosunek między popytem a podażą, zapotrzebowaniem a zaofiarowaniem. Konkurencja określająca cenę towaru przejawia się trojako.

Ten sam towar zostaje zaofiarowany przez różnych sprzedawców. Kto najtaniej sprzedaje towary tej samej jakości, ten z pewnością wyprze pozostałych sprzedawców i zapewni sobie największy zbyt. Sprzedawcy walczą więc między sobą o zbyt, o rynek. Każdy z nich chce możliwie jak najwięcej sprzedać i o ile tylko można, chce sprzedać sam, z wyłączeniem pozostałych sprzedawców. Jeden sprzedaje więc taniej niż drugi. Zachodzi więc konkurencja między sprzedawcami, obniżająca cenę zaofiarowanych przez nich towarów.

Zachodzi jednak również konkurencja miedzy nabywcami, podnosząca ze swej strony ceny zaofiarowanych towarów.

Wreszcie zachodzi konkurencja między nabywcami i sprzedawcami: jedni chcą kupić jak najtaniej, drudzy chcą sprzedać jak najdrożej. Rezultat tej konkurencji między nabywcami a sprzedawcami zależeć będzie od tego? w jakim stosunku wzajemnym pozostają obie wyżej wskazane strony konkurencji, tzn. od tego, czy konkurencja jest silniejsza w szeregach nabywców, czy też w szeregach sprzedawców. Przemysł wyprowadza na pole walki dwie armie, jedną przeciw drugiej, przy czym w każdej z nich wre znów walka wewnątrz własnych szeregów. Armia, której zastępy najmniej się wzajemnie tłuką, odnosi zwycięstwo nad przeciwnikiem.

Przypuśćmy, że na rynku znajduje się 100 bel bawełny i jednocześnie są nabywcy dla 1000 bel bawełny. W danym więc wypadku popyt 10-krotnie przewyższa podaż. Konkurencja między nabywcami będzie więc bardzo silna. Każdy z nich zechce zagarnąć dla siebie jedną, a jeśli można, wszystkie 100 bel bawełny. Przykład ten nie jest dowolnym założeniem. W dziejach handlu przeżywaliśmy okresy nieurodzaju bawełny, kiedy to zmówieni ze sobą kapitaliści starali się zakupić dla siebie nie 100 bel, lecz cały zapas bawełny na kuli ziemskiej. W przytoczonym wypadku każdy nabywca będzie się więc starał usunąć drugiego ofiarując za belę bawełny stosunkowo wyższą cenę. Widząc zaciekłą walkę w szeregach wrogich zastępów i mając całkowitą pewność sprzedaży wszystkich swych 100 bel, sprzedawcy bawełny nie będą tak głupi, żeby się brać za łby i zniżać ceny bawełny w chwili, gdy ich przeciwnicy prześcigają się wzajemnie w wyśrubowywaniu cen w górę. Zapanuje więc nagle pokój w obozie sprzedawców. Jak jeden mąż staną oni wobec nabywców ze skrzyżowanymi filozoficznie rękoma i żądania ich nie miałyby miary, gdyby propozycje nawet najbardziej natrętnych nabywców nie posiadały swych nader określonych granic.

Jeśli więc podaż jakiegoś towaru jest słabsza od popytu na ten towar, to konkurencja wśród sprzedawców jest tylko bardzo nieznaczna lub nie ma jej wcale. W tym samym stosunku, w jakim zmniejsza się ta konkurencja, rośnie konkurencja między nabywcami. W rezultacie ceny towarów rosną mniej lub bardziej znacznie.

Wiadomo, że częściej zdarza się odwrotny wypadek, z odwrotnym rezultatem. Znaczna przewaga podaży nad popytem, rozpaczliwa kon-kurencja wśród sprzedawców; brak nabywców, pozbywanie się towarów za bezcen.

Ale co to znaczy wzrost, spadek cen, co znaczy wysoka cena, niska cena? Ziarnko piasku oglądane przez mikroskop jest wysokie, a wieża jest niska w porównaniu z górą. I jeśli cena jest określona przez stosunek popytu i podaży, to przez co jest określony stosunek między popytem a podażą?

Zwróćmy się do pierwszego lepszego bourgeois. Ten nie zastanawiając się ani chwili, niczym Aleksander Wielki, przetnie ten metafizyczny węzeł tabliczką mnożenia. Jeśli wytworzenie sprzedawanego przeze mnie towaru — powie on — kosztowało mnie 100 marek i ze sprzedaży tego towaru — oczywiście po upływie roku — osiągnę 110 marek, to jest to przyzwoity, rzetelny, prawy zysk. Jeśli jednak przy wymianie otrzymam 120, 130 marek, to jest to wysoki zysk, a kiedy dostanę aż 200 marek, to będzie to nadzwyczajny, ogromny zysk. Cóż jest więc dla bourgeois miarą zysku? Koszty produkcji jego towaru. Jeśli przy wymianie tego towaru otrzyma on sumę innych towarów, których wytworzenie kosztowało mniej, to poniósł on stratę. Jeśli przy wymianie jego towarów otrzymuje on sumę innych towarów, których wytworzenie kosztowało więcej, osiągnął zysk. A spadek lub wzrost zysku oblicza on według ilości stopni, o które wartość wymienna jego towaru stoi wyżej lub niżej zera — kosztów produkcji.

Widzieliśmy więc, w jaki sposób zmienny stosunek między popytem a podażą wywołuje to wzrost, to spadek cen, to wysokie, to niskie ceny. Jeśli cena jakiegoś towaru znacznie podnosi się wskutek niedostatecznej podaży lub nieproporcjonalnie rosnącego popytu, to z konieczności spada odpowiednio cena jakiegoś innego towaru, bowiem cena towaru wyraża tylko w pieniądzach stosunek, w jakim wymienia się go na inne towary. Jeśli np. cena łokcia jedwabiu wzrasta z 5 marek na 6 marek, to cena srebra spada w stosunku do jedwabiu i podobnie spada też w stosunku do jedwabiu cena wszystkich innych towarów, których ceny pozostały niezmienione. Przy wymianie musi się dać większą sumę tych towarów, żeby dostać tę samą ilość jedwabiu. Jaki będzie skutek wzrostu ceny jakiegoś towaru? Masa nowych kapitałów rzuci się na kwitnącą gałąź przemysłu i ten napływ kapitału do dziedziny uprzywilejowanego przemysłu będzie trwał dopóty, dopóki nie zacznie on dawać zwykłych zysków lub raczej dopóki cena jego produktów nie spadnie na skutek nadprodukcji poniżej kosztów produkcji.

Na odwrót. Jeśli cena jakiegoś towaru spadnie poniżej kosztów produkcji, to kapitały wycofają się z produkcji tego towaru. Z wyjątkiem wypadku, kiedy jakaś gałąź produkcji już się przeżyła i dlatego musi upaść, wytwarzanie takiego towaru, tj. jego podaż, będzie wskutek tej ucieczki kapitału zmniejszać się dopóty, dopóki nie zrówna się ona z popytem, dopóki więc cena towaru nie wzniesie się do poziomu jego kosztów produkcji lub raczej dopóki podaż nie spadnie poniżej popytu, tj. dopóki jego cena nie będzie znów wyższa niż jego koszty produkcji, bo bieżąca cena towaru jest zawsze wyższa lub niższa od jego kosztów produkcji.

Widzimy nieustanny odpływ i przypływ kapitałów z jednej dziedziny przemysłu do drugiej. Wysoka cena powoduje zbyt silny dopływ, a niska cena zbyt silny odpływ.

Z innego punktu widzenia moglibyśmy wykazać, jak nie tylko podaż, lecz i popyt zostaje określony przez koszty produkcji. Odbieglibyśmy jednak przez to zbyt daleko od naszego przedmiotu.

Widzieliśmy właśnie, jak wahania podaży i popytu sprowadzają wciąż cenę towaru do kosztów produkcji. Go prawda, rzeczywista cena towaru jest zawsze wyższa lub niższa od kosztów produkcji, ale wzrost i spadek uzupełniają się wzajemnie, tak że w granicach pewnego określonego czasu, biorąc łącznie przypływ i odpływ w przemyśle, towary zostają wymieniane według swych kosztów produkcji, ich cena więc zostaje określona przez koszty ich produkcji.

Tego określenia cen przez koszty produkcji nie należy rozumieć w takim sensie, w jakim pojmują go ekonomiści. Ekonomiści powiadają, że przeciętna cena towarów jest równa kosztom produkcji. Ma to być, ich zdaniem, prawo. Anarchiczny ruch, w którym wzrost zostaje wyrównany przez spadek, a spadek przez wzrost, uważają oni za rzecz przypadku. Z równą słusznością można by uważać — co też robili inni ekonomiści — wahania za prawo, a określanie przez koszty produkcji za przypadek. Jednak jedynie w procesie tych wahań, które, jak daje się stwierdzić przy bliższym przyjrzeniu się, niosą ze sobą najokropniejsze spustoszenia i na podobieństwo trzęsienia ziemi wstrząsają podstawami społeczeństwa burżuazyjnego, jedynie w procesie tych wahań koszty produkcji określają cenę. Całość ruchu tego nieładu jest jego ładem. W przebiegu tej anarchii przemysłowej, w tym ruchu okrężnym konkurencja — że tak powiem — wyrównuje jedną krańcowość inną krańcowością.

Widzimy więc, że cenę towaru określają koszty jego produkcji w taki sposób, że okresy czasu, w ciągu których cena towarów przekracza koszty produkcji, zostają wyrównane przez okresy czasu, w ciągu których spada ona niżej kosztów produkcji i odwrotnie. Oczywiście, stosuje się to nie do jakiegoś poszczególnego, danego produktu przemysłowego, a jedynie do całej gałęzi przemysłu. Stosuje się to więc również nie do poszczególnego przemysłowca, lecz tylko do całej klasy przemysłowców.

Określenie ceny przez koszty produkcji jest równoważne z określeniem ceny przez czas pracy potrzebny do wytworzenia towaru, gdyż koszty produkcji składają się: 1) z surowców i zużycia narzędzi, tj. z produktów przemysłowych, których wytworzenie kosztowało pewną sumę dni roboczych, przedstawiających więc pewną sumę czasu pracy; 2) z bezpośredniej pracy, której miarą jest właśnie czas.

Otóż te same ogólne prawa, które regulują cenę towaru w ogóle, regulują oczywiście i płacą roboczą, cenę pracy.

Płaca za pracę będzie to rosnąć, to spadać, zależnie od stosunku popytu do podaży, zależnie od kształtowania się konkurencji między nabywcami siły roboczej — kapitalistami, a sprzedawcami siły roboczej — robotnikami. Wahaniom cen towarów w ogóle odpowiadają wahania ceny płacy roboczej. Jednak w granicach tych wahań cena pracy lądzie określana przez koszty produkcji, przez czas pracy, potrzebny dla wytworzenia tego towaru — siły roboczej.

Jakież są koszty produkcji siły roboczej?

— Są to koszty, wymagane do zachowania robotnika jako robotnika i dla wyszkolenia' go na robotnika.

Zatem, im mniej czasu nauki wymaga jakaś praca, tym mniejsze są koszty produkcji robotnika. Tym niższa jest cena jego pracy, jego płaca robocza. W gałęziach przemysłu nie wymagających prawie żadnego okresu nauki, gdzie wystarczy samo fizyczne istnienie robotnika, koszty produkcji potrzebne do jego wytworzenia sprowadzają się prawie wyłącznie do towarów potrzebnych do utrzymania go w stanie zdatnym do pracy. Cena jego pracy będzie zatem określona przez ceną niezbędnych środków utrzymania.

Ale trzeba tu mieć jeszcze jedno na względzie. Fabrykant, obliczając swe koszty produkcji i według nich cenę produktów, bierze w rachubę zużycie narzędzi pracy. Jeśli maszyna kosztuje go np. 1000 marek, jeśli zużywa się ona w ciągu 10 lat, to włącza on do ceny towaru sto marek rocznie, aby po upływie 10 lat móc zastąpić zużytą maszynę przez nową. W ten sam sposób należy wliczyć do kosztów produkcji prostej siły roboczej koszty kontynuacji rodu, dające klasie robotniczej możność rozmnażania się i zastępowania zużytych robotników nowymi. Zużycie robotnika jest więc włączone w rachunek, podobnie jak zużycie maszyny.

Koszty produkcji prostej siły roboczej sprowadzają się więc do kosztów utrzymania i kosztów kontynuacji jego rodu.

Cena tych kosztów utrzymania i kontynuowania rodu stanowi płacę roboczą. Określona w ten sposób płaca robocza nazywa się minimum płacy roboczej [c]. To minimum płacy roboczej stosuje się, jak i określenie cen towarów przez koszty produkcji w ogóle, nie do poszczególnej jednostki, lecz do całego gatunku. Poszczególni robotnicy, miliony robotników za mało otrzymują, żeby móc istnieć i rozmnażać się, ale płaca robocza całej klasy robotniczej wyrównuje się w granicach swych wahań według tego minimum.

Obecnie, po wyjaśnieniu sobie najogólniejszych praw, regulujących płacę roboczą jak cenę każdego innego towaru, możemy przejść do bardziej szczegółowego omówienia naszego przedmiotu.

III

Kapitał składa się z surowców, narzędzi pracy i wszelkiego rodzaju środków utrzymania, które służą do wytwarzania nowych surowców, nowych narzędzi pracy i nowych środków utrzymania. Wszystkie te części składowe kapitału są tworami pracy, produktami pracy, nagromadzoną pracą. Nagromadzona praca, która służy jako środek do nowej produkcji, jest kapitałem.

Tak mówią ekonomiści.

Co to jest Murzyn-niewolnik? Jest to człowiek czarnej rasy. Jedno wyjaśnienie warte jest drugiego.

Murzyn jest Murzynem. Dopiero w określonych warunkach staje się on niewolnikiem. Przędzarka bawełny jest to maszyna do przędzenia bawełny. Jedynie w określonych warunkach staje się ona kapitałem. Wyrwana z tych warunków, tak samo nie jest kapitałem, jak złoto Samo przez się nie jest pieniądzem, a cukier nie jest ceną cukru.

W produkcji ludzie oddziaływają nie tylko na przyrodę, lecz i wzajemnie na siebie. Produkują oni wyłącznie współdziałając ze sobą w określony sposób i wymieniając między sobą swą działalność. Żeby produkować, wchodzą w określone związki i stosunki wzajemne i tylko w granicach tych społecznych związków i stosunków odbywa się ich oddziaływanie na przyrodę, odbywa się produkcja.

W zależności od charakteru środków produkcji różne będą. oczywiście stosunki społeczne, w jakie wchodzą względem siebie wytwórcy, warunki, w jakich wymieniają oni swą działalność i uczestniczą w całokształcie produkcji. Z wynalezieniem nowego narzędzia wojny, broni palnej, zmieniła się z konieczności cała wewnętrzna organizacja armii. Przekształciły się stosunki, w których jednostki składają się na armię i mogą działać jako armia, zmienił się również wzajemny stosunek między różnymi armiami.

Stosunki społeczne, w jakich produkują jednostki, społeczne stosunki produkcji zmieniają się zatem, przekształcają się wraz ze zmianą i rozwojem materialnych środków produkcji, sił wytwórczych. Stosunki produkcji w swym całokształcie tworzą to, co nazywa się stosunkami społecznymi, społeczeństwem, i to społeczeństwem na określonym historycznym szczeblu rozwoju, społeczeństwem o swoistym, wyróżniającym je charakterze. Społeczeństwo starożytne, społeczeństwo feudalne, społeczeństwo burżuazyjne są to takie kompleksy stosunków produkcji, z których każdy oznacza zarazem szczególny szczebel rozwoju w dziejach ludzkości.

Kapitał jest również społecznym stosunkiem produkcji. Jest to burżuazyjnej stosunek produkcji, stosunek produkcji społeczeństwa burżuazyjnego. Środki utrzymania, narzędzia pracy, surowce, z których składa się kapitał — czyż wszystko to nie zostało wytworzone i nagromadzone w danych społecznych warunkach, w określonych stosunkach społecznych? Czyż nie zostają one zastosowane do nowej produkcji w danych warunkach społecznych, w określonych stosunkach społecznych? I czyż właśnie ten określony charakter społeczny nie przekształca produktów, służących do nowej produkcji, w kapitał?

Kapitał składa się nie tylko ze środków utrzymania, narzędzi pracy i surowców, nie tylko z produktów materialnych, składa się zarazem z wartości wymiennych. Wszystkie produkty, z których się składa, są towarami. Kapitał jest więc nie tylko sumą materialnych produktów, jest on sumą towarów, wartości wymiennych, wielkości społecznych.

Kapitał pozostaje tym samym kapitałem, gdy wełnę zastąpimy bawełną, zboże — ryżem, koleje żelazne — parowcami, zakładając tylko, że bawełna, ryż, parowce — ciało kapitału — mają tę samą wartość wymienną, tę samą cenę co wełna, zboże, koleje żelazne, w których ucieleśniał się on poprzednio. Ciało kapitału może się nieustannie zmieniać nie powodując najmniejszej zmiany samego kapitału.

Ale jeśli każdy kapitał jest sumą towarów, to jest wartości wymiennych, to bynajmniej nie każda suma towarów, wartości wymiennych, jest kapitałem.

Każda suma wartości wymiennych jest wartością wymienną. Każda poszczególna wartość wymienna jest sumą wartości wymiennych. Na przykład dom, który jest wart 1000 marek, jest wartością wymienną 1000 marek. Arkusz papieru, wartości 1 feniga, jest sumą wartości wymiennych 100/100 feniga. Produkty, które można wymienić na inne, są towarami. Określony stosunek, w jakim ulegają one wymianie, stanowi ich wartość wymienną lub wyrażony w pieniądzu — ich ceną. Ilość tych produktów w niczym nie może zmienić swego przeznaczenia istnienia jako towar lub przedstawiania wartości wymiennej, lub posiadania określonej ceny. Drzewo bez względu na to, czy wielkie, czy małe, pozostaje drzewem. Czy charakter żelaza jako towaru, jako wartości wymiennej, zmieni się wskutek tego, że będziemy je wymieniać na inne produkty nie łutami, ale cetnarami? Zależnie od swej ilości jest to towar o większej lub mniejszej wartości, o niższej lub wyższej cenie.

W jakiż tedy sposób pewna ilość towarów, wartości wymiennych, staje się kapitałem?

Dzięki temu, że — jako samodzielna siła społeczna, tj. jako siła jednej części społeczeństwa, zostaje ona zachowana i pomnożona drogą wymiany na bezpośrednią, żywą siłę roboczą. Istnienie klasy nie posiadającej nic prócz zdolności do pracy jest niezbędną przesłanką kapitału.

Dopiero panowanie nagromadzonej, przeszłej, uprzedmiotowionej pracy nad bezpośrednią żywą pracą czyni z nagromadzonej pracy kapitał.

Istota kapitału nie na tym polega, że nagromadzona praca służy pracy żywej jako środek do nowej produkcji. Polega ona na tym, że żywa praca służy pracy nagromadzonej jako środek do zachowania i pomnożenia jej wartości wymiennej.

Co zachodzi w procesie wymiany między kapitalistą a robotnikiem najemnym?

Robotnik otrzymuje w zamian za swą siłę roboczą środki utrzymania, a kapitalista otrzymuje w zamian za nie pracę, produkcyjną działalność robotnika, twórczą siłę. Dając tę siłę robotnik nie tylko zwraca to, co spożywa, ale nadaje nagromadzonej pracy wartość większą, niż posiadała ona poprzednio. Robotnik otrzymuje część istniejących środków utrzymania od kapitalisty. Do czego służą mu te środki utrzymania? Do bezpośredniego spożycia. Ale skoro zużywam środki utrzymania, to giną one dla mnie bezpowrotnie, chyba żeużywam czasu, w ciągu którego te środki zachowują mnie przy życiu, na wytworzenie nowych środków utrzymania, aby podczas spożywania stworzyć moją pracą na miejsce wartości, ginących przy spożyciu, nowe wartości. Lecz tę właśnie reproduktywną, szlachetną siłę robotnik odstępuje przecież kapitałowi w zamian za otrzymane środki utrzymania. Stracił ją więc dla siebie samego. Weźmy przykład. Dzierżawca daje swemu wyrobnikowi 5 srebrnych groszy dziennie. Za tych 5 srebrnych groszy robotnik pracuje cały dzień na polu dzierżawcy i zapewnia mu w ten sposób dochód w wysokości 10 srebrnych groszy. Dzierżawca nie tylko dostaje z powrotem wartości, jakie ma odstąpić robotnikowi, on je podwaja. 5 srebrnych groszy, które dał wyrobnikowi, zastosował więc, zużył w płodny, produkcyjny sposób. Za 5 srebrnych groszy bowiem kupił on pracę i siłę wyrobnika, wytwarzającą ziemiopłody o podwójnej wartości i przekształcającą 5 groszy w 10 groszy. Natomiast wyrobnik dostaje w zamian za swą siłę produkcyjną, której działanie odstąpił dzierżawcy, 5 srebrnych groszy, które wymienia na środki utrzymania i zużywa je wolniej lub szybciej. 5 srebrnych groszy zostało więc zużytych w dwojaki sposób: produkcyjnie dla kapitału, ponieważ wymienił je na siłę roboczą [d], która wytworzyła 10 groszy, nieprodukcyjnie dla robotnika, ponieważ wymienił je na środki utrzymania, które znikły na zawsze i których wartość może on otrzymać z powrotem tylko wówczas, gdy powtórzy z dzierżawcą te samą wymianę. Kapitał zakłada zatem istnienie pracy najemnej, praca najemna — istnienie kapitału. Warunkują się one wzajemnie, jedno rodzi drugie.

Czy robotnik w fabryce bawełny wytwarza tylko materiały bawełniane? Nie, wytwarza on kapitał. Wytwarza wartości, które od nowa służą do sprawowania komendy nad jego pracą i tworzenia przy jej pomocy nowych wartości. Kapitał może się pomnażać jedynie wymieniając się na siłę roboczą, powołując do życia pracę najemną. Siła robocza robotnika najemnego może się wymieniać na kapitał jedynie pomnażając kapitał, wzmagając potęgę, której jest ona niewolnicą. Pomnażanie kapitału jest zatem pomnażaniem proletariatu, to jest klasy robotniczej.

Interes kapitalisty i robotnika jest więc ten sam, twierdzą bourgeois i ich ekonomiści. I w rzeczy samej. Robotnik ginie, jeśli go kapitał nie zatrudni. Kapitał ginie, jeśli nie wyzyskuje siły roboczej; ażeby ją wyzyskiwać, musi ją kupić. Im szybciej pomnaża się kapitał przeznaczony na produkcję, kapitał produkcyjny, im bardziej przeto kwitnie przemysł, im bardziej bogaci się burżuazja, im lepiej idą interesy, tym więcej robotników potrzeba kapitaliście, tym drożej sprzedaje się robotnik.

Zdawałoby się tedy, że nieodzownym warunkiem znośnego położenia robotnika jest możliwie szybki wzrost kapitału produkcyjnego.

Ale co to jest wzrost kapitału produkcyjnego? Jest to wzrost władzy pracy nagromadzonej nad pracą żywą. Wzrost panowania burżuazji nad klasą robotniczą. Jeśli praca najemna wytwarza panujące nad nią cudze bogactwo, wrogą sobie potęgę, kapitał, to kapitał dostarcza jej z kolei środków zatrudnienia, to jest środków utrzymania, pod warunkiem, że uczyni ona z siebie znowu część kapitału, dźwignię, która znowu pchnie kapitał w przyśpieszony ruch narastania.

Twierdzenie, że interesy kapitału i interesy robotników są te same — oznacza w rzeczywistości tylko, że kapitał i praca najemna są to dwie strony jednego i tego samego stosunku. Jedna z nich warunkuje drugą, podobnie jak wzajemnie się warunkują — lichwiarz i marnotrawca.

Póki robotnik najemny jest robotnikiem najemnym, los jego zależny jest od kapitału. Oto zachwalana wspólność interesów robotnika i kapitalisty.

IV

Jeśli rośnie kapitał, to rośnie masa pracy najemnej, rośnie liczba robotników najemnych, słowem: panowanie kapitału rozciąga się na większą ilość jednostek. I załóżmy najpomyślniejszy wypadek: gdy rośnie kapitał produkcyjny, rośnie popyt na pracę, rośnie więc cena pracy, płaca robocza.

Najmniejszy nawet dom zaspokaja wszystkie społeczne wymagania stawiane mieszkaniu, dopóki otaczające go domy są również małe. Jeśli wszakże obok małego domu stanie pałac, to domek skurczy się do wielkości chaty. Mały rozmiar domku będzie teraz wskazówką, że jego właściciel nie może rościć sobie żadnych lub prawie żadnych pretensji, i niechby z postępem cywilizacji domek choćby najbardziej nawet rósł wzwyż, to mieszkaniec stosunkowo małego domku będzie się w swoich czterech ścianach czuł coraz niewygodniej, coraz bardziej niezadowolony i przygnębiony, jeśli i sąsiedni pałac będzie się piął w górę w równym lub jeszcze większym stopniu.

Dostrzegalny wzrost płacy roboczej zakłada szybki wzrost kapitału produkcyjnego; szybki wzrost kapitału produkcyjnego wywołuje również szybki wzrost bogactwa, zbytku, potrzeb społecznych i społecznych uciech. Chociaż więc dostępne robotnikowi uciechy wzrosły, to jednak zadowolenie społeczne, jakie one dają. spadło w porównaniu ze wzmożonymi uciechami kapitalisty, niedostępnymi dla robotnika, w porównaniu ze stanem rozwoju społeczeństwa w ogóle. Społeczeństwo rodzi nasze potrzeby i uciechy: mierzymy je zatem miarą społeczną, nie zaś przedmiotami służącymi do ich zaspokojenia. Ponieważ noszą charakter społeczny, więc są one względne.

W ogóle płacę roboczą określa nie tylko ilość towarów, jaką mogę otrzymać za nią drogą wymiany. Zawarte są w niej różne stosunki.

Robotnik dostaje za swą siłę roboczą przede wszystkim określoną sumę pieniędzy. — Czy płaca robocza jest określona tylko przez tę cenę pieniężną?

W XVI stuleciu, wskutek odkrycia w Ameryce bogatszych i dających się łatwiej eksploatować kopalń, wzrosła ilość obiegającego w Europie złota i srebra. Wartość złota i srebra spadła zatem w stosunku do pozostałych towarów. Za swą siłę roboczą robotnicy otrzymywali w monetach tę samą ilość srebra, co i przedtem. Cena pieniężna ich pracy pozostała ta sama, a mimo to ich płaca robocza spadła, gdyż w zamian za tę samą ilość srebra dostawali oni mniejszą sumę innych towarów. Była to jedna z okoliczności, sprzyjających wzrostowi kapitału, rozwojowi burżuazji w XVI stuleciu.

Weźmy inny wypadek. Zimą 1847 roku wskutek nieurodzaju wzrosły znacznie ceny najniezbędniejszych środków utrzymania, zboża, mięsa, masła, sera itd. Przypuśćmy, że robotnicy otrzymywali za swą siłę roboczą tę samą sumę pieniędzy, co i przedtem. Czy ich płaca robocza nie spadła? Niewątpliwie. W zamian za te same pieniądze dostawali oni mniej chleba, mięsa itd. Ich płaca robocza spadła nie dlatego, że zmniejszyła się wartość srebra, lecz dlatego, że wzrosła wartość środków utrzymania.

Przypuśćmy wreszcie, że pieniężna cena pracy pozostała ta sama. podczas gdy wszystkie towary rolne i przemysłowe spadły w cenie wskutek zastosowania nowych maszyn, sprzyjającej pory roku itd. Za te same pieniądze mogą tedy robotnicy kupić większą ilość wszelkiego rodzaju towarów. Ich płaca robocza podniosła się więc właśnie dlatego, że jej wartość pieniężna pozostała bez zmiany.

Pieniężna cena pracy, nominalna płaca robocza, nie pokrywa się więc z realną płacą roboczą, tj. sumą towarów, którą się rzeczywiście otrzymuje w zamian za płacę roboczą. Gdy więc mówimy o wzroście lub spadku płacy roboczej, musimy mieć na względzie nie tylko pieniężną cenę pracy, nominalną płacę roboczą.

Ale ani nominalna płaca robocza, to jest suma pieniężna, za którą robotnik Sprzedaje się kapitaliście, ani realna płaca robocza, to jest suma towarów, jaką on może za te pieniądze nabyć, nie wyczerpują stosunków zawartych w płacy roboczej.

Płaca robocza jest określona przede wszystkim jeszcze przez swój stosunek do korzyści, do zysku kapitalisty; jest to stosunkowa, względna płaca robocza.

Realna płaca robocza wyraża cenę pracy w stosunku do ceny pozostałych towarów, względna płaca robocza natomiast wyraża udział bezpośredniej pracy w nowowytworzonej przez nią wartości, w stosunku do tej części nowowytworzonej wartości, która przypada na pracę nagromadzoną, na kapitał.

Powyżej na str. 14 powiedzieliśmy: <V

Ale czy wzrost kapitału produkcyjnego i wzrost płacy roboczej są rzeczywiście tak nierozerwalnie ze sobą związane, jak to twierdzą ekonomiści burżuazyjni? Nie powinniśmy im wierzyć na słowo. Nie powinniśmy im nawet wierzyć, że im tłuściejszy jest kapitał, tym lepiej tuczy on swego niewolnika. Burżuazja jest zbyt oświecona, zbyt wyrachowana, żeby podzielać przesądy feudałów chełpiących się świetnością swej czeladzi. Warunki istnienia burżuazji zmuszają ją do wyrachowania.

Będziemy więc musieli bliżej zbadać sprawę:

Jak oddziaływa wzrost kapitału produkcyjnego na płacę roboczą?

Jeśli ogólnie biorąc kapitał produkcyjny społeczeństwa burżuazyjnego wzrasta, to zachodzi bardziej wielostronne nagromadzenie pracy. Ilość i rozmiary kapitału rosną. Pomnożenie kapitałów zwiększa konkurencją wśród kapitalistów. Wzrastające rozmiary kapitałów dają możność rzucania na przemysłowe pole walki coraz potężniejszych armii robotników uzbrojonych w coraz potężniejsze narzędzia wojny.

Kapitalista tylko wtedy może wyprzeć drugiego i zdobyć jego kapitał, gdy sprzedaje taniej. Żeby móc taniej sprzedawać nie rujnując się, musi on taniej wytwarzać, tj. musi jak najbardziej podnosić siłę wytwórczą pracy. Ale siłę wytwórczą pracy podnosi się przede wszystkim przez większy podział pracy, przez wszechstronniejsze wprowadzanie i nieustanne doskonalenie maszyn. Im większa jest armia robotników, wśród których praca jest podzielona, na im potężniejszą skalę wprowadza się maszyny, tym bardziej stosunkowo zmniejszają się koszty produkcji, tym płodniejsza staje się praca. Powstaje więc wszechstronna rywalizacja wśród kapitalistów w zwiększaniu podziału pracy i stosowaniu maszyn oraz w wyzyskiwaniu ich w możliwie największej skali. Jeśli tedy kapitalista przez większy podział pracy, przez stosowanie i doskonalenie nowych maszyn, przez korzystniejsze i szersze wyzyskiwanie sił przyrody znalazł środek pozwalający mu przy tej samej ilości pracy lub nagromadzonej pracy stwarzać większą ilość produktów, towarów, niż jego konkurenci, jeśli może on np. w tym samym czasie pracy, w ciągu którego jego konkurenci tkają pół łokcia płótna, wytwarzać cały łokieć płótna, to jak będzie postępował taki kapitalista?

Mógłby on dalej sprzedawać pół łokcia płótna po dotychczasowej cenie rynkowej, nie byłoby to jednak środkiem do wyparcia jego przeciwników i zwiększenia swego własnego zbytu. Ale w tej Samej mierze, w jakiej rozszerzyła się jego produkcja, rozszerzyła się dla niego potrzeba zbytu. Wprawdzie powołane przezeń do życia potężniejsze i kosztowniejsze środki produkcji pozwalają mu taniej sprzedawać swój towar, ale zarazem zmuszają go do sprzedawania więcej towaru, do zdobywania dla swych towarów bez porównania większego rynku; nasz kapitalista sprzedawać więc będzie pół łokcia płótna taniej niż jego konkurenci.

Kapitalista nie sprzeda jednak całego łokcia tak tanio, jak jego konkurenci sprzedają pół łokcia, chociaż produkcja całego łokcia kosztuje go nie drożej niż tamtych produkcja połowy. Nie osiągnąłby on w takim razie żadnego dodatkowego zysku, a pokryłby jedynie przy wymianie swoje koszty produkcji. Jego ewentualny większy dochód pochodziłby stąd, że uruchomił większy kapitał, nie zaś stąd, że zużytkował swój kapitał korzystniej od innych. Poza tym dopnie on swego zamierzonego celu ustalając cenę swoich towarów tylko o parę procent niżej od Swoich konkurentów. Zniżając w porównaniu z nimi ceny — wyprze ich z rynku, a co najmniej odbierze im część ich zbytu. I wreszcie przypomnijmy sobie, że bieżąca cena jest zawsze wyższa lub niższa od kosztów produkcji, zależnie od tego, czy sprzedaż towaru odbywa się w pomyślnym, czy niepomyślnym dla przemysłu sezonie. Kapitalista stosujący nowe, wydajniejsze środki produkcji sprzedawać będzie swój towar po cenie przewyższającej jego rzeczywiste koszty produkcji o większą lub mniejszą liczbę procentów, zależnie od tego, czy cena rynkowa jednego łokcia płótna jest niższa, czy wyższa od normalnych dotąd kosztów produkcji.

Jednakowoż przywilej naszego kapitalisty nie potrwa długo, inni rywalizujący z nim kapitaliści wprowadzą te same maszyny, ten sam podział pracy, wprowadzą je w tej samej lub większej skali, a ulepszenia te będą się tak długo rozpowszechniać, aż cena płótna spadnie nie tylko poniżej dawnych, lecz i poniżej swych nowych kosztów produkcji.

Kapitaliści znajdą się więc wzajemnie wobec siebie w tym samym położeniu, w jakim byli przed wprowadzeniem nowych środków produkcji, i jeśli dzięki tym środkom produkcji mogli oni dostarczyć po tej samej cenie podwójną ilość produktu, to teraz są zmuszeni dostarczać podwójną ilość produktu poniżej dawnej ceny. Na gruncie tych nowych kosztów produkcji zacznie się znowu ta sama gra, większy podział pracy, więcej maszyn, większa skala, w jakiej wykorzystuje się podział pracy i maszyny. I znowu konkurencja odpowiada tak samo przeciwdziałaniem na ten wynik.

Widzimy, jak to sposób wytwarzania, środki produkcji ulegają ustawicznym przeobrażeniom, rewolucjonizują się, jak podział pracy nieuchronnie pociąga za sobą jeszcze większy podział pracy; stosowanie maszyn, — jeszcze większe stosowanie maszyn; produkcja na wielką skalą — produkcją na jeszcze większą skalę.

Takie jest prawo, które ciągle znowu wytrąca produkcję burżuazyjną z utartego szlaku i zmusza kapitał do natężenia sił wytwórczych pracy dlatego, że natężał je poprzednio, prawo, które nie daje mu wytchnienia i nieustannie podszeptuje: naprzód! naprzód!

Jest to to samo prawo, mocą którego periodyczne wahania handlu nieuchronnie wyrównują cenę towaru według jego kosztów wytwarzania.

Jakiekolwiek potężne środki produkcji kapitalista wprowadziłby do boju, konkurencja rozpowszechni te środki produkcji, a od chwili gdy je rozpowszechni, jedynym skutkiem większej płodności jego kapitału będzie to, że za tę samą cenę musi teraz dawać 10, 20, 100 razy więcej niż dawniej. Ponieważ jednak musi on zbyć może tysiąc razy więcej, aby przez większą ilość sprzedanego produktu powetować niższą cenę sprzedaży, ponieważ bardziej masowa sprzedaż jest teraz potrzebna nie tylko po to, żeby osiągnąć większy zysk, lecz również po to, żeby odbić sobie koszty produkcji — same narzędzia produkcji stają się, jak widzieliśmy, coraz droższe — ponieważ jednak ta masowa sprzedaż stała się kwestią życia nie tylko dla niego, ale i dla jego rywali, więc stara walka rozgorzeje od nowa tym zacieklej, im płodniejsze są już wynalezione środki produkcji. Podział pracy i stosowanie maszyn będzie się więc od nowa rozwijać w bez porównania większej skali.

Jakakolwiek będzie potęga zastosowanych środków produkcji, konkurencja będzie usiłowała wydrzeć kapitałowi złote owoce tej potęgi sprowadzając cenę towaru do poziomu kosztów produkcji, czyniąc przeto, w miarę możności tańszego wytwarzania, tj. wytwarzania większej ilości produktów za pomocą tej samej ilości pracy — z tańszej produkcji, z dostarczania coraz większych mas produktu za tę samą sumę, imperatywne prawo. W ten sposób kapitalista przez swe własne wysiłki nie osiągnąłby nic prócz obowiązku dostarczania więcej towaru w ciągu tego samego czasu pracy, słowem, nic prócz trudniejszych warunków powiększania wartości kapitału. Gdy więc konkurencja nieustannie go gnębi swym prawem kosztów produkcji i zwraca przeciw niemu samemu każdą broń, jaką on wykuje przeciw swym rywalom, kapitalista stara się nieustannie okpić konkurencję wprowadzając niezmordowanie nowe, wprawdzie kosztowniejsze, ale taniej produkujące maszyny i nowy podział pracy na miejsce dawnych i nie czeka, aż konkurencja spowoduje, iż nowe środki produkcji okażą się przestarzałe.

Wyobraźmy sobie teraz ten gorączkowy proces jednocześnie na całym rynku światowym, a zrozumiemy, jak wzrost, akumulacja i koncentracja kapitału pociągają za sobą nieprzerwany, burzliwy i w coraz większej skali dokonywany podział pracy, stosowanie nowych i doskonalenie starych maszyn.

Ale jak oddziaływają te okoliczności, nieodłączne od wzrostu kapitału produkcyjnego, na określenie płacy roboczej?

Większy podział pracy pozwala jednemu robotnikowi wykonać pracę pięciu, dziesięciu, dwudziestu [e]; wzmaga on zatem konkurencję wśród robotników 5-, 10-, 20-krotnie. Robotnicy konkurują między sobą nie tylko przez to, że jeden sprzedaje się taniej od drugiego, ale też przez to, że jeden wykonuje pracę pięciu, dziesięciu, dwudziestu; a do tego rodzaju konkurencji zmusza robotników wprowadzony przez kapitał i coraz bardziej powiększany podział pracy.

Dalej. W miarę wzrastania podziału pracy upraszcza się praca, szczególna zręczność robotnika staje się bezwartościowa. Zamienia się on w prostą, jednostajną siłę produkcyjną, od której nie wymaga się fizycznych czy umysłowych zdolności. Jego praca staje się dostępna dla wszystkich. Ze wszech stron napierają więc na niego konkurenci; a przypomnijmy ponadto, że im prostsza jest praca, im łatwiej można się jej nauczyć, im mniej wymaga kosztów produkcji jej opanowanie, tym niżej spada płaca robocza, bo określają ją, jak i cenę każdego innego towaru, koszty produkcji.

W tej samej więc mierze, w jakiej praca daje coraz mniej zadowolenia, staje się coraz bardziej obmierzła, w tej samej mierze wzrasta konkurencja, a spada płaca robocza. Robotnik usiłuje utrzymać ogólną sumę swej płacy roboczej pracując więcej bądź większą ilość godzin, bądź wyrabiając więcej w ciągu tej samej godziny. Popędzany przez nędzę powiększa więc jeszcze bardziej zgubne skutki podziału pracy. W rezultacie — im więcej pracuje, tym mniej otrzymuje płacy, a to z tej prostej przyczyny, że im więcej pracuje, tym większą konkurencję robi swym współtowarzyszom pracy, robi ze swych współtowarzyszy tyluż konkurentów, którzy ofiarowują się kapitaliście na równie złych warunkach jak on sam. Ostatecznie robi on więc konkurencję samemu ' sobie, jako członkowi klasy robotniczej.

Maszyny wywołują te Same skutki w o wiele większej skali, wypierając wykwalifikowanych robotników przez niewykwalifikowanych, mężczyzn przez kobiety, dorosłych przez dzieci, wyrzucając masowo na bruk robotników pracujących ręcznie tam, gdzie się po raz pierwszy wprowadza maszyny, i rugując robotników mniejszymi grupami tam, gdzie się maszyny rozwija, ulepsza, zastępuje przez wydajniejsze. Nakreśliliśmy wyżej w krótkich rysach przemysłową wojnę kapitalistów między sobą; osobliwą cechą tej wojny jest to, że bitwy wygrywa się w niej nie tyle przez zwiększenie, ile przez zmniejszenie armii robotniczych. Dowódcy, kapitaliści, prześcigają się w tym, kto z nich zwolni najwięcej przemysłowych żołnierzy.

Ekonomiści opowiadają nam co prawda, że robotnicy, którzy stali się zbyteczni na skutek zastosowania maszyn, znajdują zajęcie w nowych gałęziach przemysłu.

Nie śmią oni wprost twierdzić, że ci sami robotnicy, którzy zostali zwolnieni, znajdują zatrudnienie w nowych gałęziach pracy. Fakty zbyt głośno zadają temu kłam. Właściwie twierdzą oni tylko, że nowe możliwości zatrudnienia otwierają się przed innymi częściami klasy robotniczej, np. przed częścią młodego pokolenia robotniczego, które gotowe już było wstąpić do zanikającej gałęzi przemysłu. Jest to naturalnie wielka pociecha dla skazanych na zagładę robotników. Panom kapitalistom nie zbraknie świeżego, nadającego się do wyzysku mięsa i krwi, a umarłych niech grzebią umarli. Jest to pociecha, którą bourgeois niosą raczej sobie niż robotnikom. Gdyby maszyny zniszczyły całą klasę robotników najemnych — jakżeby to straszne było dla kapitału, który bez pracy najemnej przestaje być kapitałem!

Przypuśćmy jednak, że robotnicy bezpośrednio wyparci z pracy przez maszyny oraz cała część młodego pokolenia, która liczyła na tę pracę, znajdą nowe zajęcie. Czyż można sądzić, że będzie ono równie wysoko opłacone jak stracone zajęcie? Przeczyłoby to wszystkim prawom ekonomii. Widzieliśmy, jak rozwój nowoczesnego przemysłu prowadzi stale do zastąpienia bardziej złożonej pracy — przez prostszą, podrzędniejszą.

W jakiż więc sposób masa robotnicza, wyparta przez maszyny z jednej gałęzi przemysłu, mogłaby znaleźć schronienie w innej gałęzi inaczej niż przyjmując niższą, gorszą płacę?

Jako na wyjątek powoływano się na robotników, którzy są zatrudnieni przy samej fabrykacji maszyn. Skoro przemysł potrzebuje i zużywa więcej maszyn, to ilość maszyn musiałaby nieuchronnie wzrastać, a z nią i produkcja maszyn, a zatem i stan zatrudnienia robotników przy produkcji maszyn, a robotnicy zatrudnieni w tej gałęzi przemysłu są robotnikami wykwalifikowanymi, ba, nawet wykształconymi.

To już dawniej na wpół tylko prawdziwe twierdzenie straciło od r. 1840 wszelkie pozory prawdopodobieństwa, gdyż przy produkcji maszyn zaczęto coraz wszechstronniej stosować maszyny — w niemniejszym stopniu niż przy produkcji przędzy bawełnianej, a robotnicy zatrudnieni w fabrykach budowy maszyn mogli w porównaniu z wielce kunsztownymi maszynami pełnić już tylko rolę maszyn zgoła niekunsztownych.

Ale zamiast jednego mężczyzny zwolnionego przez maszynę fabryka zatrudni może troje dzieci i jedną kobietę! A czyż płaca mężczyzny nie musiała starczyć na wyżywienie tych trojga dzieci i żony? Czyż minimum płacy roboczej nie musiało starczyć dla zachowania i rozmnożenia rodu? Czegóż więc dowodzi ten ulubiony przez bourgeois frazes? Tego tylko, że teraz zużywa się czterokroć więcej istnień robotniczych niż dawniej, aby zdobyć utrzymanie dla jednej rodziny robotniczej.

Zreasumujmy: Im bardziej wzrasta kapitał produkcyjny, tym bardziej rozpowszechnia się podział pracy i stosowanie maszyn. Im, bardziej rozpowszechnia się podział pracy i stosowanie maszyn, tym bardziej wzmaga się konkurencja między robotnikami, tym bardziej kurczy się ich płaca.

Ponadto klasa robotnicza powiększa swe szeregi jeszcze wychodźcami z wyższych warstw społecznych; do jej szeregów spada masa drobnych przemysłowców i drobnych rentierów, którzy nie mają innego wyjścia, jak podnosić swe ręce obok rąk robotników. Las sterczących w górę i żądnych pracy rąk staje się coraz gęstszy, a same ręce coraz bardziej wychudłe.

Rozumie się samo przez się, że drobny przemysłowiec nie może się ostać w walce, w której jednym z pierwszych warunków jest produkcja na coraz szerszą skalę, tj. — iż musi się właśnie być wielkim, a nie drobnym przemysłowcem.

Nie trzeba się też chyba i nad tym szerzej rozwodzić, że procent od kapitału maleje w tej samej mierze, w jakiej zwiększa się masa i ilość kapitału, W jakiej wzrasta kapitał, że przeto drobny rentier nie może już wyżyć ze swej renty i musi się przerzucić do przemysłu, czyli że pomaga w zasilaniu szeregów drobnych przemysłowców, a przez to kandydatów na proletariuszy.

I wreszcie w tej samej mierze, w jakiej kapitaliści zostają zmuszeni przez wyżej opisany rozwój do wyzyskiwania w większej skali już istniejących olbrzymich środków produkcji i do uruchomiania w tym celu wszystkich sprężyn kredytu — w tej samej mierze mnożą się przemysłowe trzęsienia ziemi, z których świat handlowy tylko dlatego wychodzi obronną ręką, że składa w ofierze podziemnym bogom część bogactw, produktów i nawet sił wytwórczych — słowem, mnożą się kryzysy. Stają się one coraz częstsze i gwałtowniejsze już dlatego, że w tej samej mierze, w jakiej rośnie ilość produktów, a więc potrzeba rozległych rynków — kurczy się coraz bardziej rynek światowy, coraz mniej nowych rynków pozostaje do eksploatacji, bo każdy z poprzednich kryzysów wciąga w orbitę handlu światowego nowy, dotąd niezdobyty lub też tylko powierzchownie wyzyskiwany przez handel rynek. Ale kapitał nie tylko żyje z pracy. Podobnie jak dostojny i barbarzyński władca niewolników, wlecze on ze sobą do grobu ich trupy, całe hekatomby robotników ginących w czasach kryzysu. Widzimy więc, że szybki wzrost kapitału powoduje bez porównania szybszy wzrost konkurencji między robotnikami, to znaczy powoduje stosunkowo większe uszczuplenie środków zatrudnienia, środków utrzymania klasy robotniczej, a tym niemniej szybki wzrost kapitału stanowi najbardziej pomyślny warunek dla pracy najemnej.

Przypisy:

[a] To jest rewolucji 23-24 lutego 1848 r. w Paryżu, 13 marca we Wiedniu, 18 marca w Berlinie. — Red.

[b] Odnośnie do charakterystyki tych socjalistycznych znachorów patrz «Przedmowa» F. Engelsa do niemieckiego wydania «Manifestu Partii Komunistycznej» z 1890 r. (niniejszy tom, str. 19.) — Red.

[c] Engels robi następującą uwago do analogicznego twierdzenia Marksa w «Nędzy filozofii»: «Prawo, według którego «naturalna», tj. normalna, ceną siły roboczej odpowiada minimum płacy roboczej, tj. ekwiwalentowi wartości środków utrzymania, bezwzględnie potrzebnych do życia robotnika i kontynuacji jego rodu, było ustanowione po raz pierwszy przeze mnie w «Zarysie krytyki ekonomii narodowej» («Roczniki Niemiecko-Francuskie», Paryż 1844 r.) i w «Położeniu klasy robotniczej w Anglii». Jak z wyżej wyłożonego jest widoczne, Marks przyjął wówczas to prawo. U obu nas zapożyczył je Lassalle. Lecz chociaż płaca robocza posiada w rzeczywistości stałą tendencję zbliżania się do swego minimum, prawo to jednak nie jest prawdziwe. Ten fakt, że siła robocza zwykle jest opłacana przeciętnie niżej swej wartości, nie może zmienić jej wartości. W «Kapitale» Marks poprawił przytoczone wyżej twierdzenie [(IV rozdział) podrozdział «Kupno i sprzedaż siły roboczej»], a także wyjaśnił (w rozdziale XXIII «Ogólne prawo kapitalistycznej akumulacji») okoliczności, które pozwalają w warunkach kapitalistycznej produkcji coraz bardziej i bardziej zniżać cenę siły roboczej poniżej jej wartości». — Red.

[d] Wyrażenie «siła robocza» zostało w tym miejscu wstawione nie przez Engelsa, lecz figuruje już w tekście opublikowanym przez Marksa w «Nowej Gazecie Reńskiej». — Red.

[e] Tzn. wyprodukować tyle, co 5, 10, 20 robotników. — Red.

Społeczność

Lenin 666