Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 13 gości.

Michał Domański: Przeciwko gloryfikacji polskiego reakcyjnego podziemia

Wytępimy NSZ

Michał Domański

Przeciwko gloryfikacji polskiego reakcyjnego podziemia

Pierwszego marca po raz drugi przypada urzędowe święto ku czci tzw. żołnierzy wyklętych, czyli pseudoniepodległościowego podziemia – reakcyjnych oddziałów walczących z władzą ludową po wyzwoleniu naszego kraju przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie.
Święto owe zostało ustanowione w lutym ubiegłego roku przez Sejm RP, przy poparciu (co szczególnie haniebne) posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Dlaczego polski burżuazyjny parlament uchwalił takie święto? Ściśle związane jest to z jego reakcyjnym i antykomunistycznym charakterem. Podziemie niepodległościowe w skali masowej mordowało polskich komunistów i ich sympatyków – dlatego może liczyć na względy polskiej reakcji. Wszak najlepszy ustrój to ponoć komunizm warstwowy.

Poniżej przedstawię subiektywnie niektóre szczególnie brutalne przykładu realizacji tegoż komunizmu:
Siedemnastego listopada 1944 roku bojówka zbrojna zamordowała skrytobójczo I sekretarza Komitetu Powiatowego Polskiej Partii Robotniczej w Krasnymstawie – Konstantego Krasowskiego. Tego samego dnia zamordowano w gminie Sułów (powiat Zamość) sześciu milicjantów. Dwudziestego piątego listopada bojówki Narodowych Sił Zbrojnych zamordowały Wojciecha Popiołka – komendanta posterunku Milicji Obywatelskiej w Końskowoli (powiat Puławy), byłego partyzanta Armii Ludowej, członka PPR [1].
W nocy z ósmego na dziewiątego kwietnia 1945 roku patrole „Łupaszki” zamordowały siedmiu działaczy demokratycznych w miejscowościach: Klukonicze, Tokary, Sutno i Niemirów. Czternastego kwietnia patrol „Łupaszki” rozstrzelał sołtysa wsi Witowo oraz członka PPR Tymoteusza Chmiela. Tego samego dnia oddziały „Łupaszki” dokonały napadów na posterunki MO w Milejczycach i w Kleszczelach [2].
Feliks Badurka - w czasie okupacji żołnierz Armii Krajowej, po wyzwoleniu przewodniczący Gminnej Rady Narodowej w Sterdyni na Podlasiu. Ostatni raz widziany przez rodzinę 11 kwietnia 1945 roku. Potem został uprowadzony przez podziemie i zamordowany. Jego ciała do dziś nie odnaleziono [3].
Siedemnastego kwietnia zbrojne grupy „Łupaszki” zdobyły miasteczko Mała Narewka, gdzie rozbiły posterunek MO i zniszczyły centralę telefoniczną. Równocześnie z rozkazu „Łupaszki” drużyna „Żelaznego” rozstrzelała cztery osoby. Byli to: Aleksander Wałkowycki, nauczyciel i sekretarz miejscowej komórki PPR, Jan Leszczyński, członek PPR i komendant posterunku MO, oraz Piotr Kober i Mikołaj Lewsza. Siódmego maja oddziały „Łupaszki” opanowały miejscowość Boćki. Napastnicy zamordowali czterech oficerów i czterech żołnierzy Armii Radzieckiej. Rozbili posterunek MO, a następnie w obecności zgromadzonych pod przymusem mieszkańców rozstrzelali czternaście osób, w tym jedenastu milicjantów [4].
6 czerwca 1945 roku zgrupowanie lubelskie okręgu NSZ pod dowództwem „Szarego” bestialsko wymordowali 196 mieszkańców wsi Wierzchowiny w powiecie Krasnystaw. Najmłodsza ofiara to dwutygodniowe dziecko, najstarsza 92-letni staruszek [5]

Bojówka NSZ „Orła” w nocy z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego czerwca dokonała napadu na posterunek MO w Zakrzówku (powiat Kraśnik). Milicjanci usiłowali się bronić, lecz napastnicy wysadzili zabarykadowane wejście za pomocą miny, wdarli się do wnętrza budynku i zamordowali trzynastu milicjantów oraz czternastoletniego chłopca, syna komendanta posterunku [6].
18 lipca 1945 roku z rąk członków NSZ zginął członek PPR (wcześniej Stronnictwa Ludowego) Jan Rybak z Radomyśla nad Sanem. Zamordowano go w następujący sposób: przestrzelona czaszka, wydłubane oczy, obcięty nos i uszy, wyrwany język, połamane ręce i nogi, ciało owinięte drutem kolczastym i utopione w Sanie. Oprawcami byli Alfons Chmielowiec i brat jego Bolesław.
Wnuczka Jana Rybaka, Ewa Gąsowska, pisała:
Najwyższe organy państwa polskiego, a także elity polityczne i intelektualne, godząc się na uhonorowanie specjalnym świętem „wyklętych”, wykazały pogardę dla życia ludzkiego i jawnie zaaprobowały barbarzyńskie zachowania katów w stosunku do ofiar [7].W nocy z 24 na 25 października 1945 roku w Radomsku członkowie Konspiracyjnego Wojska Polskiego pod dowództwem „Burty” i „Zapory” uprowadzili z domów czternastu członków PPR i funkcjonariuszy UB. Wszyscy zostali uprowadzeni do lasu, a tam zakatowani i zabici [8].

Drugiego grudnia 1945 roku bojówka NSZ zamordowała w pobliżu Rzeszowa działaczy reformy rolnej w powiecie rzeszowskim – Bronisława Kozę, Bronisława Bakerę i Bronisława Bidonia. Tego samego dnia w pobliżu miejscowości Majdan Sitawiecki (powiat Zamość) zamordowano dwunastu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa [9].
Szóstego kwietnia 1946 roku oddział Konspiracyjnego Wojska Polskiego porwał i zamordował młodego, dziewiętnastoletniego funkcjonariusza UB z Piotrkowa Trybunalskiego. Kazimierz Badziak tak opisał jego śmierć:
Bezpośrednim oprawcą był przedwojenny oficer Wojska Polskiego, [Jan] Rogulka, zastępca „Warszyca”. Jedną rękę przybito Staszkowi hakiem do ściany, drugą przyciśnięto wrotami stodoły. Rogulka co 20 minut strzelał z pistoletu to do lewej, to do prawej ręki ukrzyżowanego. Chłopiec po każdym strzale dziurawiącym mu ręce, mdlał, oblewano go wtedy wodą i Rogulka nowy pocisk ładował mu w ciało. Wstrzelił mu w ten sposób osiem kul. Chciał wydobyć od Staszka wiadomości i adresy dotyczące pracowników Urzędu Bezpieczeństwa w Piotrkowie. Następnie zdjęto go z haka i zawleczono do lasu, tam dobił go Nurkowski. Ciało przysypano piachem [10].
W nocy z dziewiętnastego na dwudziestego kwietnia 1946 roku KWP dokonało ataku na Radomsko. Podczas tych wydarzeń jedna z grup dokonała zatrzymania siedmiu żołnierzy radzieckich z jednostki łączności, którzy wracali z Niemiec do swojej ojczyzny po zakończeniu działań wojennych. Żołnierzy tych rozbrojono i wywieziono do leśniczówki koło wsi Graby (gmina Gidle, powiat Radomsko). Tam jeden z dowódców KWP Henryk Glapiński ps. „Klinga” wydał swoim podwładnym rozkaz wymordowania jeńców. Tak też się stało. „Bohaterzy” z KWP pojedynczymi strzałami w tył pozbawili życia siedmiu bezbronnych ludzi [11].

Pierwszego maja 1947 roku bojówka „Uskoka” zamordowała w Sernikach, powiat
Lubartów, siedmiu członków Związku Walki Młodych w wieku szesnaście-dwadzieścia siedem lat [12].
Wstrząsające są relacje osób, które osobiście zetknęły się z członkami podziemia:
Na własnej skórze odczułam tragizm walki wszczętej przez zbrojne podziemie nieakceptujące powojennej Polski. Jej ofiarą padł mój ojciec – Stanisław Marczak (…) Został burmistrzem w miasteczku Błażowa (…) Miał 39 lat, gdy jego życie przerwały kule tych, którzy rzekomo dalej walczyli o niepodległość.
(…)
Prawdopodobnie oprawcy z lasu uznali, że śmierć mojego ojca to za mało, że trzeba jeszcze zemścić się na rodzinie. W nocy urządzili napad na nasz dom, żeby rozprawić się z matką, chociaż nie miała nic wspólnego z polityką.
Na szczęście matka zdołała uciec i ukryć się. Widząc fiasko swojej akcji, zaczęli znęcać się nad nami. Mnie, 13-letniej dziewczynce, przystawili rewolwer do skroni, strasząc śmiercią. Młodszego brata (miał 11 lat) pobili kijem od szczotki (…) Tylko drugiego brata pozostawili w spokoju – był niemowlęciem [13].
Wacław Kielesiński pisze o tych tragicznych latach:
We wsi Brudzice więcej dokuczył Polak Polakowi niż Rosjanie, których tak dużo zginęło w wyzwalaniu Radomska [14].

Od najstraszniejszej ze zbrodni podziemia – akcji pacyfikacyjnej przeprowadzonej przez Narodowe Zjednoczenie Wojskowe pod dowództwem Romualda Rajsa na ludności białoruskiej Podlasia – musiał się odciąć nawet Instytut Pamięci Narodowej:

Nie kwestionując idei walki o niepodległość Polski prowadzonej przez organizacje sprzeciwiające się narzuconej władzy, do których należy zaliczyć Narodowe Zjednoczenie Wojskowe należy stanowczo stwierdzić, iż zabójstwa furmanów i pacyfikacje wsi w styczniu lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa. W żadnym też wypadku nie można tego co się zdarzyło, usprawiedliwiać walką o niepodległy byt Państwa Polskiego. Wręcz przeciwnie akcje „Burego” przeprowadzone wobec mieszkańców podlaskich wsi, wspomagały komunistyczny aparat władzy i to przede wszystkim poprzez obniżenie prestiżu organizacji podziemnych, dostarczenie argumentów propagandowych o bandytyzmie oddziałów partyzanckich. Bez wątpienia też wspomagała realizację umowy rządowej o przesiedleniu z Polski osób pochodzenia białoruskiego. Co prawda można uznawać, że akcja przesiedleńcza realizowała hasło narodowe „Polski dla Polaków” ale w tym okresie sprzyjała bardziej dążeniom polskich i radzieckich komunistycznych organów państwowych.

Działania pacyfikacyjne przeprowadzone przez „Burego” w żadnym wypadku nie sprzyjały poprawnie stosunków narodowych polsko – białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski. Przeciwnie tworzyły często nieprzejednanych wrogów lub też rodziły zwolenników dążeń oderwania Białostocczyzny od Polski. Żadna zatem okoliczność nie pozwala na uznanie tego co się stało za słuszne [15].

naoczny świadek wspomina o wyczynach Rajsa:

We wsi Zanie przed wojną mieszkało około czterdziestu rodzin, w tym dwie rodziny katolickie. Reszta była wyznania prawosławnego.
(…)
Przyszli 2 lutego 1946 roku. Była sobota, karnawał. O godz. 10 jeszcze nie spaliśmy, łaziliśmy po wiosce. Tam gdzieś kawaler z Bujnowa do panny przyjechał, to pod okna zaglądaliśmy. Taka moda była, żeby obejrzeć kawalera. Później do domu wpadł ojciec z krzykiem "Bandyty we wiosce". Zima była wtenczas słaba, było mało śniegu. Później dopiero spadło dużo śniegu. Gdzieś dwa tygodnie po spaleniu Zań. Koło dwóch metrów było. Gdyby było więcej śniegu, lepiej można byłoby się ukryć - wspomina Józef Czołomiej, który wówczas był 11-letnim podrostkiem.
Tego wieczoru byli też w Szpakach. Tam trochę „narozrabiali”. Ze Szpak przyszli do Zań. W Zaniach byli gdzieś do północy. Rodziny katolickie miały ochronę. Widziałem jak jeszcze w dzień przyszli i ich ochraniali. Po cywilnemu byli ubrani.
Wcześniej przychodzili i zabierali wszystko, nawet fajerki z "angielki". Wszystko. Konie, kożuchy, i świnie, później nawet sagany zabierali. "Do Moskwy wypierdalajcie, kacapy" - krzyczeli. Blaty nawet z pieców zrywali. Z sąsiednich wiosek chodzili. Tego wieczoru przyjechali od strony Świryd. Władek Antoniuk miał karabin - wyleciał z domu i zaczął strzelać. Karabin był jednostrzałowy. Oni zatrzymali się. Stanęli. Utworzyli dwa skrzydła i otoczyli wieś. Przestrzelili wieś rakietami. Podchodzili do wioski coraz bliżej. Matka i ojciec uciekli wcześniej. Wyrzekli się nas. Babka została w domu. My buchnęliśmy w drzwi. Ktoś strzelił z automatu w górę drzwi. Myślał, że to dorośli. Z drzwi powylatywały deski. Cofnęliśmy się i uciekliśmy oknem. Plac był zalesiony, rosły krzaki, śliwki. Chcieliśmy uciekać do lasu, jednak z tamtej strony ktoś spod topoli zaczął strzelać z rkm-u na nóżkach. Później w tym miejscu było chyba z wiadro łusek. Bał się chyba, więc strzelał. Tymi nabojami można było pół wojska wybić. Mnie trafił pocisk w fufajkę, aż pakule poleciało. Cofnęliśmy się. Wleźliśmy do okopu. W okopie siedział już taki dziadek z dzieckiem. Wnuczek, który przyjechał z sąsiedniej wioski, Szeszków, zaczął płakać. Któryś z bandytów zaczął strzelać po tym okopie. Dziadkowi odstrzelił ręce, ale nie zabił. Zabił jednak wnuczka. Później zaczął podpalać gałęzie, które były w tym okopie. My z bratem wylecieliśmy z tego okopu, brat schował się w dylach. Ja spanikowałem. Leciałem tam gdzie krzyczą. Doleciałem do obory. Przy oborze było już zabitych kilka osób. Nas złapali i zaczęli ustawiać pod ścianą - do rozstrzału. W tym miejscu było najwięcej ludzi, bo było najbliżej do lasu. Ze wszystkich stron wieś była otoczona. Zaczęli rozstrzeliwać z pepeszki. W rządku stało gdzieś koło ośmiu osób. Kilka osób padło od kul, ale zaciął się automat. Pobiegł do gruszy oddalonej ok. sześciu metrów i zaczął odblokowywać automat. Drugi w tym czasie podpalał chlew kryty słomą. Ja wyrwałem stamtąd i zacząłem uciekać w kierunku lasu. Z brzegu wioski wyskoczyła jeszcze Stefka Paszkowska i Janek. Ja doleciałem do lasu, oni nie. Jakimś cudem babka też doleciała do lasu.

Jak jeszcze byliśmy w lesie to oni wszyscy pojechali na Wólkę. "Bury" miał tam dwie panny. Chyba ze trzydzieści fur jechało. Strzelali po lesie. Tak obszywali las, jakby w garnku się gotowało. Tylko ogień błyskał. Pewnie bali się zasadzki, bo w Zaniach kilku miało broń. Zaszliśmy do Szeszków. Mieszkała tam prawosławna rodzina, u której przenocowaliśmy. Bali się nam w chacie dać miejsce, to spaliśmy pod podłogą. Jakby jakie Żydy my byli. Przeleżeliśmy tam parę godzin. Nad ranem przyszliśmy do domu. Wioska była spalona. Dym, smród. Było popalone bydło. Trupy leżały popalone. Trupy leżały do tygodnia. Niektóre ciała porozrywały już psy. Marnie to wszystko wyglądało.

Większość z tych, którzy uciekli do wsi już nie wrócili. Nasza chata ocalała, bo po sąsiedzku była chata katolicka. W ogóle we wsi zostały dwie chaty katolickie i jedna małżeństwa mieszanego. Ojciec z matką też wrócili. Siedzieli w brańskim lesie. Wróciła i babka. W domu nie spaliśmy. Nocowaliśmy u znajomego w Świrydach.
Dopiero jak przyjechało UB do Zań zaczęło powracać życie. Na wiosnę niektórzy zaczęli wracać. Inni w ogóle nie wrócili. Osiedlili się gdzie indziej, najczęściej w Bielsku [16]
Szerzej o tej zbrodni piszą Krzysztof Pilawski [17] i Jerzy Kułak [18].

W walkach bratobójczych po obu stronach wojny domowej zginęło około 30 000 osób – nie tylko tych uzbrojonych i walczących, ale także setki i tysiące ludzi niewinnych, także kobiet i dzieci [19]
W tekście niniejszym przytoczono wystarczająco wiele faktów, aby uznać czczenie pamięci „żołnierzy wyklętych” za co najmniej wątpliwe pod względem moralnym i etycznym.
Romantyczna, awanturnicza walka podziemia była z gruntu skazana na niepowodzenie. Nie dziw więc, że członków podziemia nachodziły uzasadnione wątpliwości. Piotr Kosobudzki z NSZ pisał:

Gdzieś koło 25 sierpnia 1945 r. zostałem ze swą grupą odwołany i przez majora „Świta” wezwany do powrotu w powiat siedlecki w związku z jakąś reorganizacją. Zadowolony byłem z tego. Po prostu przysłuchując się odgłosom z szerokiego świata, szczególnie po konferencji poczdamskiej, straciłem wiarę w zwycięstwo, ogarnęło mnie rozczarowanie i zwątpienie. Po przegranej naszej sprawie zapragnąłem skończyć beznadziejną działalność i powrócić do rodzinnego domu, do normalnego życia.
Po powrocie, zameldowaniu się i zdaniu raportu „Świtowi” poprosiłem zaraz o zwolnienie mnie ze służby, motywując to swoimi racjami i beznadziejnością dalszej walki.
Mjr „Świt” skrzywił się, jakby rozgryzł kwaśne jabłko i zdziwił się, że taki dotychczas wierny, wypróbowany, doświadczony i zdyscyplinowany żołnierz jak pchor. „Błyskawica” zwątpił w zwycięstwo naszej wspólnej sprawy i chce się zwolnić. Odpowiedział mi, że nie może mnie zwolnić, bo szeregi kadry mocno się już przerzedziły i nie miałby z kim zostać. O mnie ma jak najlepszą opinię i darzy mnie wielkim zaufaniem. Jeżeli już koniecznie chcę zobaczyć rodzinę, to udzieli mi dwutygodniowego urlopu, a po powrocie dalszy awans.

— Owszem kolego majorze, zgadzam się, tylko zaznaczam, że z urlopu tu na Podlasie już nie wrócę. Brata mi partyzantka zabrała, czy i ja tu mam bez śladu zginąć? — powiedziałem z żalem.

— Dam koledze urlop, odwiedzi kolega rodzinę, zobaczy znajomych i powróci — nie może inaczej być — rzekł stanowczo.
Widząc jego upór, wezbrał we mnie długo tamowany bunt, więc wyrzuciłem mu resztę goryczy.
— Jesteśmy osamotnieni, prowadzimy walkę bez poparcia i bez żadnej pomocy. Teraz po konferencji poczdamskiej, po uznaniu przez aliantów rządu lubelskiego i rozwiązaniu polskiego na emigracji, kim my właściwie jesteśmy
i na kogo możemy liczyć. Prowokujemy wroga i gubimy najlepszych synów narodu, czyż nie tak?
— To tylko chwilowo, tak długo być nie może — przerwał mi „Świt”.
— A jak długo, majorze? według kolegi zdania — dociekałem.
— Najwyżej dwa-trzy tygodnie, to nie potrwa dłużej — zawyrokował
„Świt”.
— Dwa, trzy tygodnie — powtórzyłem z naciskiem. A jak to potrwa tak dwa, trzy lata? — kto to nam może dziś zaręczyć?
— To niemożliwe. To niemożliwe! — bronił się od tak groźnych i wygórowanych przypuszczeń.
— Wiele już było niemożliwości, a stopniowo stały się możliwe — upierałem się przy swoim. — My jesteśmy zdania, że działamy słusznie, a inni w tym czasie uganiają się za własnymi interesami. Wydaje mi się, że nam, którzy uważamy się za wzorowych i najmądrzejszych, przyjdzie jeszcze najgłupszy koniec.
— To być nie może — to być nie może! — powtarzał mój zwierzchnik.
— Bez pomocy z zewnątrz nie mamy żadnych szans — dodałem.
— Nie! Nie! To chwilowo. Alianci nas nie opuszczą — mamrotał — starając sam siebie przekonać major „Świt” [20].
Wszystkim, którzy chcą poznać prawdziwe oblicze antykomunistycznego podziemia polecam wspomnienia Stefana Dąmbskiego [21].
Opinie takie, jak P. Kosobudzkiego i S. Dąmbskiego nie są dziś mile widziane przez hurrapatriotyczną propagandę antykomunistyczną, więc tym bardziej godne poznania.
Czy ofiary rzekomych bohaterów doczekają się w III RP upamiętnienia?
Czy ich rodziny usłyszą chociażby słowo "przepraszam" od przedstawicieli Państwa (które uważa, że podziemie działało w jego imieniu)?

Michał Domański,

29 lutego 2012 r.

Przypisy:

[1] Tadeusz Walichnowski, „U źródeł walk z podziemiem reakcyjnym w Polsce”, Warszawa 1987, str. 113.
[2] Tamże, str. 119.
[3] Krystyna Badurka-Rytel, „Komu zawinił mój ojciec”, „Przegląd”, 10 kwietnia 2011, str. 44.
[4] Tadeusz Walichnowski, „U źródeł walk z podziemiem reakcyjnym w Polsce”, Warszawa 1987, str. 119.
[5] Michał Domański, „Zbrodnie polskiego podziemia antykomunistycznego”: http://www.1917.net.pl/?q=node/4881
[6] Tadeusz Walichnowski, „U źródeł walk z podziemiem reakcyjnym w Polsce”, Warszawa 1987, str. 113-114.
[7] Ewa Gąsowska, „Ofiary żołnierzy wyklętych”, „Przegląd”, 13 marca 2011, str. 16.
[8] Michał Domański, „Zbrodnie polskiego podziemia antykomunistycznego”: http://www.1917.net.pl/?q=node/4881
[9] Tadeusz Walichnowski, „U źródeł walk z podziemiem reakcyjnym w Polsce”, Warszawa 1987, str. 113.
[10] Kazimierz Badziak, „Ukrzyżowanie”: http://www.1917.net.pl/?q=node/6973
[11] Michał Domański, „Zbrodnie polskiego podziemia antykomunistycznego”: http://www.1917.net.pl/?q=node/4881
[12] Tamże.
[13] Kazimiera Marczak, „Podziemie zabiło mi ojca”, „Przegląd”, 3 kwietnia 2011, str. 60.
[14] Relacja pisemna Wacława Kielesińskiego z archiwum autora.
[15] „Informacja o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi w sprawie pozbawienia życia 79 osób - mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski w tym 30 osób tzw. furmanów w lesie koło Puchał Starych, dokonanych w okresie od dnia 29 stycznia 1946r. do dnia 2 lutego 1946”:
http://www.ipn.gov.pl/portal.php?serwis=pl&dzial=245&id=808&search=1
[16] Janusz Bakunowicz, „57. Rocznica pacyfikacji wsi Zanie”: http://nadbuhom.pl/art_0819.html
[17] Krzysztof Pilawski, „Kto zapłaci za zbrodnie podziemia?”, „Przegląd”, 6 marca 2011, str. 6-10.
[18] Jerzy Kułak, „Rozstrzelany oddział. Monografia 3. Wileńskiej Brygady NZW”.
[19] Tadeusz Walichnowski, „U źródeł walk z podziemiem reakcyjnym w Polsce”, Warszawa 1987, str. 258-259.
[20] Piotr Kosobudzki, „Przez druty, kraty i kajdany – wspomnienia partyzanta NSZ”, Warszawa 1997.
[21] Stefan Dąmbski, „Egzekutor”, Ośrodek Karta 2010.

Portret użytkownika dos
 #

http://ukraincy.wm.pl/67546,WiN-i-UPA-wspolny-atak-na-Hrubieszow.html

"Czas "od rzezi wołyńskiej do Akcji Wisła" to jeden to najbardziej bolesnych okresów w dziejach stosunków polsko - ukraińskich. Jednak nawet wtedy Ukraińcy i Polacy próbowali się porozumieć. W 1946 roku oddziały WiN i UPA opanowały Hrubieszów i rozbiły tam więzienie."

Jeszcze UPA można zrozumieć prawdziwi ukraińscy nacjonaliści przeciwdziałali wywózce Ukrainców na wschód potem akcji "Wisła" itp. itd. ale co tutaj robili "polscy patrioci" po tym jak UPA wymordowała 60 tysięcy Polaków na Wołyniu?

 

Społeczność

Lenin 005