Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 18 gości.

Ludwik Hass: Próba związkowej refleksji

Demonstracja Solidarności 2009

Związki zawodowe w PRL

Przezwyciężenie zapaści ruchu związkowego w III RP oznaczać będzie również musiało przemyślenie przez lewicę historii tego ruchu. Szczególne ważne będzie w tym zakresie uchwycenie mechanizmów pacyfikacji mas pracowniczych przez aparat związkowy i analizę jego partykularnych interesów w konstelacji różnych interesów klasowych. Tradycja manipulacji ruchem związkowym przez rządzących w Polsce jest niestety bardzo długa. Poniżej zamieszczamy artykuł prof. Ludwika Hassa, z 1986 r., traktujący o uprzedmiotowieniu ruchu związkowego w PRL prowadzącym do tego, że słusznym wystąpieniom robotniczym zaczął z czasem towarzyszyć coraz bardziej antylewicowy komponent ideologiczny marginalizujący samodzielną rolę polityczną klasy pracowniczej.

Redakcja Dalej!

Ludwik Hass

Próba związkowej refleksji

Warto się zabrać do dogłębnego przemyślenia roli i losów polskiego ruchu zawodowego w latach 1944-1981, do zanalizowania jego zasług dla klasy robotniczej i budowy nowego ustroju społecznego, jak również do uważnego przyjrzenia się jego ówczesnym słabościom. Przeszło rok po powołaniu Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (Bytom, 24-25 Xl 1984) sprawa przyjrzenia się błędom i osiągnięciom związków zawodowych w latach 1944-1981 wydaje się pilna, zwłaszcza jeśli choć częściowo uznaje się słuszność poglądu na historię jako na nauczycielkę życia.

Pogłębione refleksyjne spojrzenie na przebytą drogę, jeśli ma służyć sprawie budownictwa socjalizmu w Polsce – wymaga poznawczej szczerości i odwagi. W miarę bowiem postępującej stabilizacji sytuacji, m.in. w dziedzinie ruchu zawodowego zaczynają być słyszalne głosy owych „starych dzieci”, które z jakże ciężkiej lekcji historii, na wpół będącej jeszcze współczesnością, mało się nauczyły, zaś swoje stare błędy bądź poprzednią usłużność wobec ówczesnych wodzów związkowych usiłują przesłonić ogólnikami. Po to, aby merytorycznie niczego złego o tamtych latach nie powiedzieć. Zręczniejsi, owszem, wskazują na pewne „cienie”, lecz jako na rzecz przecież nieuchronną, a świadczącą o ich własnym zdrowym samokrytycyzmie czy zdolności krytycznego myślenia. Tej postawie starych wyjadaczy ulegają też niektórzy młodzi, snując głębokie myśli, prowadzące – w ostatecznym rachunku – do zatarcia pamięci o atmosferze tamtych lat i jej splątanych korzeni.

Pełne wyjście związków zawodowych z dołka, w którym się znalazły z własnej winy, czy też w który zostały wepchnięte, wymaga krytycznego oglądu całej przebytej przez nie od 1944 roku drogi, a nie rozpatrzenia kilku ostatnich (sprzed grudnia 1981) lat. Przecież musiały być „miłe złego początki”, jeśli do takich wyników doprowadziły. Tej niełatwej pracy intelektualnej nie da się zastąpić frazesami, obojętne czy zawierać będą pochwały, czy też nagany bądź nawet potępienie. Proces odrodzenia się ruchu zawodowego wciąż trwa. Właśnie z tego względu nie wolno unikać prawdy o poprzednim etapie. Potrzebne mu jest zdecydowane odcięcie się od praktyk, które doprowadziły do jego ciężkiego dramatu, zarazem zaś jednoznaczne i jasne podkreślenie tego, z czego ze swej przeszłości może być dumny.

Opublikowane u schyłku 1983 roku Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR, powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach Polski Ludowej, dokument będący podsumowaniem prac wieloosobowego zespołu fachowców z kilku dziedzin nauk społecznych, kończy się zdaniem: Komisja wyraża przekonanie, że (…) partyjne dyskusje nad tą problematyką oraz marksistowsko-leninowskie analizy będą kontynuowane również w przyszłości. („Nowe Drogi” 1983, zeszyt poza numeracją, s. 78).

Z różnych względów, dzieje związków zawodowych w Polsce Ludowej były zarówno ilościowo, jak i jakościowo oraz metodologicznie

DZIEDZINĄ ZAPUSZCZONĄ, ZACOFANĄ

Podczas gdy badacze przeszłości PPR i PZPR już głęboko sięgnęli do archiwaliów partyjnych i poruszyli wiele spraw i wątków wydawałoby się stanowiących absolutne tabu, autorzy piszący o związkach zawodowych na ogół ograniczali się dotąd do dokumentacji opublikowanej. Opierali się na ogłoszonych uchwałach i rezolucjach kongresów związków zawodowych oraz posiedzeń plenarnych CRZZ, zatem na tekstach odzwierciedlających stronę – że się tak wyrazimy – rytualną, odświętną ruchu. Powierzchnię traktowali jako sedno rzeczy. Badacze przeszłości związkowej dotąd nie sięgnęli do materiałów mówiących o kulisach wydarzeń, zatem do materiałów Sekretariatu CRZZ, Komitetu Wykonawczego CRZZ itd., słowem do dokumentacji tych wszystkich miejsc, w których wykuwała się codzienna praktyka ruchu. Nie dotarli do papierów mówiących o tym, z czym stykały się setki tysięcy i miliony ludzi pracy i na podstawie czego wyrabiały sobie swój osobisty pogląd na rolę związków zawodowych w życiu kraju i na to czego mogą od nich oczekiwać.

Równie istotne byłoby zaznajomienie się z dokumentacją zarządów głównych i zarządów okręgów poszczególnych związków, też rad bądź komisji wojewódzkich CRZZ. Na tych bowiem szczeblach organizacyjnych konkretyzowały się, nabierały krwi i ciała uchwały, decyzje oraz dyrektywy wyższych instancji i ich aparatów. Doświadczenie zaś poucza, jak to aparat, czyli biurokracja, w tym wypadku związkowa, potrafi w locie uchwycić intencje swoich wyższych ogniw, wyczytać między wierszami ich uchwał i zarządzeń intencje, bynajmniej nie wynikające z samej tylko filologicznej analizy tekstów. Obecnie, nie znając jeszcze tamtych materiałów, skazani jesteśmy na przypuszczenia, hipotezy.

Rzecz bezsporna: procesy przebiegające w omawianych dziesięcioleciach w ruchu zawodowym stanowiły integralną część składową procesów szerszych, przeżywanych przez PRL, zaś kierownictwo ruchu zawodowego stanowiło część składową mechanizmu znacznie szerszego. Najistotniejszej części spraw ruchu zawodowego nie sposób zrozumieć, jeśli nie uwzględni się tych zależności. Należy zatem wykorzystać materiały odpowiednich wydziałów KC PPR, następnie KC PZPR, które dla badaczy są dostępne. Skonkretyzować sprawy terenowo i branżowo pomagają analogiczne archiwalia szczebla wojewódzkiego z terenów, na których znajdują się większe aglomeracje robotnicze.

Pośrednią wskazówką odnośnie zawartości tej dokumentacji jest ostatnio opublikowany artykuł H. Gnatowskiej „Strajki w Polsce w latach 1945-1947 w świetle dokumentów PPR” („Z pola walki”, 1985, nr 3, s. 101-112). Strajki zaś, z czasem wynaleziono dla nich eufemiczną nazwę przerw w pracy, zdarzały się również w latach następnych. Poznanie ich rzeczywistych przyczyn – niezależnie od tego czy usiłowały na nich żerować siły klasie robotniczej obce, czy też obchodziło się bez tego – oraz stanowiska, jakie zajmowały wobec nich instancje związkowe, jest sprawą pierwszorzędnej wagi. Nie tak dawno o strajkach w górnictwie, wywołanych przedłużeniem dnia roboczego z 7,5 do 8.5 godziny wspominał były wicepremier Jan Mitręga („Polityka”, 16 XI 1985 nr 46, s. 14).

Do węzłowych problemów życia związkowego niezmiennie należy relacja: członkowie – ich mandatariusze, czyli kwestia aparatu związkowego i jego biurokratyzacji, sprawa owych „bonzów”, czym zajmowała się Róża Luksemburg, a także Włodzimierz Lenin, m.in. również odnośnie lat już władzy radzieckiej.

U podstaw społecznego wyobcowywania się klasy robotniczej aparatu związkowego, przede wszystkim tej niemałej chyba jego części, jaka się z tej klasy wywodziła, leżały m.in. – prócz okoliczności prestiżowych, wynikających ze społecznego podziału pracy na fizyczną i umysłową oraz stosunkowo mniejszej uciążliwości tej ostatniej – momenty wyraźnie materialne. Niektóre z nich są specyficzne dla społeczeństwa okresu przejściowego. Nie jest to tylko sprawa wysokości dochodu pieniężnego poszczególnych grup aparatu związkowego. W zestawieniu z zarobkami takich czy innych grup robotniczych mogą owe zarobki być nawet niższe. Sedno tkwiło w nie zawsze dających się wymiernie oszacować rozmaitych świadczeniach, w przywilejach, w ich uwarunkowanych czasem i miejscem konkretnych przejawach. Stwarzało to dyspozycyjność aparatu wobec sugestii idących z góry, czemu nieuchronnie towarzyszyło dążenie do uniezależnienia się od masy członkowskiej. Rodziło się to nie tylko w aparacie w ścisłym sensie etatowym, lecz i w formalnie pochodzącym z wyborów, w wypadku kiedy sprawowanie funkcji było połączone ze zwolnieniem z wykonywania pracy zawodowej. Wytwarzało się dążenie do utrzymania się na funkcjach dających przywilej.

Nie demonizujmy jednak potęgi biurokracji związkowej, nie jest ona wszechmocna i nie wyłącznie jej działaniami daje się wytłumaczyć swoista „plastyczność” ruchu zawodowego w PRL, jego – w praktyce – brak oporu przeciwko posunięciom godzącym w interesy klasy robotniczej. Problematykę tę należy rozpatrywać w kontekście postaw politycznych i zawodowych tejże klasy w momencie wyzwolenia i lat późniejszych.

Faktem pozostaje, iż w 1938 roku, ostatnim przedwojennym roku pokojowym, spośród ok. 4631,0 tys. robotników czynnych zawodowo (włączając w to bezrobotnych) do związków zawodowych należało tylko 874,2 tys. – to jest około 19 proc.

ZATEM ZALEDWIE CO PIĄTY.

Z tej liczby zrzeszonych było w organizacjach klasowych tylko 43 proc., pozostali w tak czy inaczej solidarystycznych. U schyłku zimy 1944/45, tj. w momencie wyzwolenia ziem polskich, z tej liczby zabrakło – nie licząc ubytku na skutek normalnych strat biologicznych – ok. 40 000 robotników żydowskich i kilka tysięcy ukraińskich i białoruskich (jedni i drudzy zrzeszeni byli w związkach klasowych). Zatem proporcje wśród przedwojennych związkowców wyrażały się (szacunkowo biorąc) wtedy już w proporcji – ok. 40 proc. byłych członków organizacji klasowych i 60 proc. z organizacji nieklasowych. Uwzględnijmy nadto prawidłowość, że wśród robotniczych sympatyków lewicy (z reformistyczną włącznie) odsetek zawodowo zorganizowanych jest wyższy aniżeli wśród sympatyków centrum i prawicy, czy wśród politycznie obojętnych, wówczas zasięg wpływów lewicy w klasie robotniczej w tym momencie okaże się jeszcze niższy.

Wprawdzie wojna przyczyniła się do pewnej radykalizacji społecznej świata pracy najemnej, lecz zarazem poszerzyła w nim – z przyczyn zrozumiałych, ogólnych i specyficznie polskich – do czego wniosły swój wkład również odpowiednie wysiłki propagandowe – nastroje solidaryzmu narodowego i wpływy klerykalizmu.

W takim właśnie środowisku startował powojenny polski ruch zawodowy. Dla jego losów było istotne również i to, czy kierownicze jego ośrodki zdawały sobie sprawę z takiego stanu nastrojów klasy oraz ich źródeł, i jakie wyciągały stąd wnioski dla swej działalności organizacyjnej oraz propagandowej. Wydaje się, że wyżej naszkicowaną sytuację ideową ujmowały odmiennie, prostacko. Mianowicie przejawy prawicowych nastrojów skłonne były traktować raczej jako wynik doraźnych zabiegów podziemia politycznego i Polskiego Stronnictwa Ludowego, zatem jako stan, który wraz z likwidacją tych ugrupowań bardzo szybko zaniknie. Nie dostrzegały głębszych korzeni zjawiska, przecież dalece nieprzypadkowych i nadal się utrzymujących, a z czasem jeszcze bardziej się komplikujących.

Wstępna odbudowa przemysłu i transportu, zwłaszcza kolejnictwa, w latach 1945-1946 dokonała się siłami klasy robotniczej, w dużym stopniu była jej samorzutnie dokonanym dziełem, w sytuacji dotkliwego braku inżynierów i techników. Dokonanie to wzbudziło w klasie wiarę we własne siły twórcze i umiejętności, których istnienia u siebie dotąd nie przypuszczała. To zaś było momentem przesuwającym ją na lewo. W tym heroicznym okresie klasa robotnicza, poczuła się realnie współwłaścicielem kraju, odpowiedzialnym za jego losy. Stąd liczne przykłady jej ówczesnej autentycznej ofiarności, zarazem dużego rozmachu działalności rad zakładowych. Stąd jej niezaprzeczalne dążenie do znacjonalizowania zakładów transportowych i innych. Toteż I/VII Kongres Związków Zawodowych (Warszawa, 18-21 listopada 1945), wypowiadając się stanowczo za szeroko traktowaną nacjonalizacją wielkiego i średniego przemysłu oraz transportu, dawał rzeczywisty wyraz nastrojom robotników. Lecz ta pomyślna dla rewolucji robotniczej atmosfera nie została utrwalona świadomymi posunięciami kierowniczych ośrodków klasy. Co gorsza, niebawem nastąpiło stopniowe ograniczenie – wyraźniejsze w praktyce – kompetencji rad zakładowych, tego ówcześnie głównego mechanizmu robotniczej inicjatywy. Dołączyła się do tego okoliczność, iż robotnicy, którzy przed wojną przeszli przez szkołę takich czy innych organizacji klasowych, szybko zostali wessani do kształtującego się aparatu państwowego, politycznego i gospodarczego. Wessani na stałe. W rezultacie

KLASA TRACIŁA SWOICH NAJBARDZIEJ ŚWIADOMYCH SYNÓW,

co dotyczyło nawet aktywistów niedawno jeszcze związanych z PPS-WRN. Znalazło się dla nich miejsce w aparacie spółdzielczym. Takie zaś wyjałowienie klasy samo przez się stworzyło sytuację pomyślną dla dwu przeciwstawnych sobie sił. Z jednej bowiem strony ułatwiło przenikanie do niej względnie odradzanie się poglądów prawicowych, z drugiej zaś pozwalało na umocnienie się w ruchu zawodowym pozycji biurokracji.

Wspomniane ograniczenie faktycznych uprawnień rad zakładowych na rzecz jednoosobowego kierownictwa przyczyniało się stopniowo do obojętnienia robotników na sprawy związkowe, sprzyjało więc przechodzeniu związków w ręce ich aparatu. Z kolei ograniczanie rywalizacji pomiędzy PPR a PPS na terenie związkowym realizowano m.in. za pomocą odgórnego ustalania składu władz związkowych, od najniższego szczebla poczynając. Robotnicy zdawali sobie sprawę, że demokracja związkowa ulega dotkliwemu zawężeniu. Doświadczając tego, jak maleje ich wpływ na personalny skład władz związkowych, obojętnieli na sprawy związków. Natomiast członkowie władz związkowych powstałych w wyniku określonych ustaleń, byli świadomi tego, iż piastowanie funkcji związkowych przestaje być zależne od woli związkowców. Toteż relacje pomiędzy mandatariuszami klasy a bazą członkowską krok za krokiem ulegały paraliżowi.

Powoli więc wstąpienie do związku przestawało być – jak w pierwszych latach – aktem samookreślenia politycznego. Za to szeregi związkowców z innych przyczyn, do których wypadnie jeszcze powrócić, z czasem gwałtownie rosły. Już w końcu 1953 roku było ich 4 500 000, co stanowiło 83,0 proc. najemnie zatrudnionych. Zaś w roku 1976, więc po grudniowo-styczniowe fali strajkowej 1970 i czerwcu 1976, osiągnięto rekordowy wskaźnik „uzwiązkowienia” – 99,3 proc. spośród 11 891 100 pełnozatrudnionych 11 766 500 należało do związków. Lecz coraz więcej było tu osób obojętnych na sprawy związku bądź nie wierzących, by swoim działaniem mogli w nim coś zmienić. Przeświadczenie takie miało swoje wcale realne podstawy. Wystarczy przejrzeć instrukcje CRZZ z lat 70. dotyczące techniki przeprowadzania wyborów do rad zakładowych.

Wprowadzały zasadę przedstawiania wyborcom gotowej listy kandydatów i ograniczały – regulaminowo – możliwości zgłaszania kandydatów przez uczestników zebrania wyborczego.

Związki, zresztą już znacznie wcześniej, stały się swoistego rodzaju własnością ich szeroko pojętego aparatu. A po październiku 1956 roku wchłonął on w siebie pewną liczbę dotychczasowych pracowników partyjnych, niechętnych przemianom październikowym, bądź organicznie już niezdolnych do prowadzenia pracy polityczno-organizacyjnej w duchu tychże przemian. Masy związkowe zdawały sobie sprawę ze szczególnej roli swego aparatu związkowego i nie darzyły go społecznym zaufaniem. Dlatego w chwilach przełomów czy kryzysów – obojętnie jak to nazwiemy – w roku 1956 i w 1970–1971 usiłowały go na swój sposób zreformować, przybliżyć do siebie. Usiłowały więc wprowadzić do niego nowych ludzi, takich którzy odznaczyli się aktywnością w owych momentach, ludzi którzy mieliby zmienić porządki w związkach. Pod naciskiem chwili, w skromnym zakresie, uczyniono tym postulatom zadość. Centrale zgodziły się na swobodniejsze wybory do rad zakładowych, miejscami nawet do władz na szczeblu okręgów. Lecz spośród nowych jedni zostali przez stary aparat zasymilowani – taką ich „giętkość” warunkowało ich poczucie braku doświadczenia w sprawach organizacyjnych, merytorycznych – bądź też po upływie krótkiego okresu przezeń odsunięci. Wykorzystywano do tego ich słabości osobiste – a fala niezmiennie wynosiła na powierzchnię również pianę. Zaś ich postulaty i poglądy, dalekie od precyzji teoretycznej, bywały zręcznie tępione.

Aparat posiadał w tej dziedzinie wprawę i doświadczenie. Sięgał więc po stalinowskiej proweniencji katalog politycznych „grzechów śmiertelnych” i – wyrywając z kontekstu niezręczne stylistyczne sformułowania bądź polemiczne zaperzenia swoich oponentów, zaperzenia, do których świadomie ich doprowadzał – kwalifikował ich niewygodne dla siebie postulaty, jako „tradeunionizm”, „anarchosyndykalizm”, „socjaldemokratyzm” itp., chociaż sam posiadał arcy mgliste i wypaczone pojęcie o treści owych terminów, zaś oskarżeni o takie dewiacje najczęściej nawet nie wiedzieli o ich istnieniu. Lecz tego rodzaju technika miała podstawową zaletę – oskarżycielom pozwalała skutecznie kompromitować każdą im nie odpowiadającą inicjatywę.

Dla nauki i przestrogi należałoby zbadać owe postulaty i wypowiedzi oponentów – jeśli w ogóle zachowały się w pierwotnej, autentycznej formie – i zasadność tamtego odsądzania od czci i wiary wygłaszających je. Trzeba też sprawdzić, ile w tych wypowiedziach zawierało się uzasadnionych, słusznych żądań. Wszak, gdy robotnik np. mówi o niezależności związku, bądź głosi, iż zakład pracy stanowić winien własność jego załogi, jest to tylko uproszczony wyraz postulatów socjalistycznych, uproszczenie o tysiące mil odległe od anarchosyndykalizmu itp. Czymś zupełnie innym będzie takaż wypowiedź, kiedy wychodzi spod pióra publicysty, „doradcy” czy doświadczonego polityka.

W zarysowanym trendzie rozwojowym sprawą niebłahą stało się podejście związków do

STRAJKÓW ROBOTNICZYCH

tych lat, nieraz strajków wcale poważnych. Sytuacja, w której państwo robotnicze, będące spełnieniem marzeń, walk i ofiar kilku pokoleń najbardziej świadomej części klasy robotniczej, okazało się zarazem głównym pracodawcą, nie ułatwiała zrozumienia istoty strajków. Toteż od pierwszych początków PRL jej ośrodki kierownicze przyjęły tezę, według której strajki stanowiły formę protestu robotniczego typową dla warunków kapitalistycznych, natomiast z chwilą zmiany typu państwa – uznano – przestają istnieć obiektywne i subiektywne przyczyny takich wystąpień. Drugi człon owej tezy ani nie odpowiadał stanowi faktycznemu, ani też poglądom Lenina w tej sprawie. Unikano więc ich cytowania.

Zaczęła też zmieniać się sama klasa robotnicza. Wraz z realizowaniem planu trzyletniego (1947-1949) Polska wkroczyła w okres rozbudowy przemysłu, a tym samym ilościowego wzrostu tej klasy. W roku 1950 zatrudnienie najemne poza rolnictwem wynosiło 4 401 000 osób (łącznie robotnicy i pracownicy umysłowi). Zakładając 85-proc. udział w tej liczbie robotników, oznaczałoby to, iż ich liczebność, poza rolnictwem, osiągnęła wówczas poziom 3 740 000. Zatem saldowy przyrost w stosunku do roku 1938 rzędu 590 000, czyli 18,7 proc. Jeśli uwzględni się straty spowodowane wojną i zmianą granic oraz wspomniany już odpływ robotniczy do warstwy pracowników umysłowych i normalne ubytki biologiczne, przypuszczać można, iż w okres planu 6-letniego wkroczyła już klasa, do której co najmniej 2/5 czynnych zawodowo włączyło się po roku 1944. W jej skład weszli – w dużej liczbie – wychodźcy z dolnych grup drobnomieszczaństwa i biedoty wiejskiej. W toku sześciolatki dopływ jednych i drugich jeszcze wzrósł. Obie te grupy nie wyniosły z domu rodzinnego tradycji udziału w ruchu robotniczym i chociażby rudymentarnych elementów robotniczego świata pojęć. Drobnomieszczanie zjawili się z balastem dominujących w tej warstwie nastrojów klerykalnych i nacjonalistycznych, które ze względów oportunistycznych nieraz ukrywali. Nastroje te łączyły się z

OBOJĘTNOŚCIĄ WOBEC AKTUALNYCH ZWI¥ZKÓW

jako „nieswoich”. Tego rodzaju stosunek do nich pozostawiał wolną rękę w związkach ich aparatowi, sprzyjał jego biurokratyzacji.

Szybko rosnący po roku 1950 napływ elementu wiejskiego oznaczał wejście w skład klasy robotniczej grup uważających swoje do niej wejście – odmiennie niż w wypadku drobnomieszczańskim – za awans społeczny i dlatego gotowych akceptować również ujemne strony rzeczywistości. One zresztą ich nie raziły, przynajmniej w takim stopniu jak dziedzicznych robotników. Zarazem grupy te, nie posiadające tradycji walki związkowej o prawa robotnicze, przyszły niejako do gotowego. To co przed rokiem 1939 stanowiło przedmiot ostrych walk, więc ubezpieczenie socjalne, przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, urlopy itd., teraz było już faktem. Toteż nie miały zrozumienia dla potrzeby istnienia związków zawodowych. Zatem nie walczyły o taki czy inny ich kształt. Wstępowały do nich jako do instytucji dającej pewne uprawnienia, przynależność do nich traktowały poniekąd jako część obyczajowości robotniczej.

Zarazem wychodźcy z biedoty wiejskiej czy w ogóle warstw chłopskich wnosili do klasy robotniczej religijność w stopniu większym aniżeli ich poprzednicy z okresu międzywojennego czy jeszcze wcześniejszego. Religijność, która łatwo mogła przerodzić się w klerykalizm, co przestawano teraz dostrzegać. Po przeprowadzeniu reformy rolnej wyschło bowiem jedno z trwałych źródeł dotychczasowego antyklerykalizmu chłopskiego, jakim było kościelna własność ziemska. Wprawdzie postęp kulturowy oraz urbanizacja stwarzały nowe impulsy dla laicyzacji, lecz były one jeszcze stosunkowo słabsze aniżeli ów dawnej daty, zdezaktualizowany antyklerykalizm.

Wskazane okoliczności przemawiają za tym, iż swego rodzaju dekretowanie ideowej i politycznej jedności polskiej klasy robotniczej oraz jej całkowitej prosocjalistyczności było grubo przedwczesne. Poważne sprzeczności czy rozbieżności postaw nadal ją nurtowały, tyle że w formie okolicznościami zewnętrznymi przytłumionej. Dopiero określona sytuacja mogła sprzyjać daleko sięgającemu uzewnętrznieniu owych sprzeczności.

Taki zbieg wskazanych różnorodnych okoliczności miał również swoje konsekwencje dla stanu ruchu zawodowego. Ujawniły się one w postaci wręcz smutnej prawidłowości w jego losach. Przecież obradujące w atmosferze zbliżającego się przełomu październikowego VIII plenum CRZZ (20-22 sierpnia 1956) wyciągnęło z niedawnych wypadków poznańskich poprawny wniosek o strajkach jako symptomach zaniku działalności związkowej w służbie interesów załóg. Przyznało się też do słabości związków i popełnienia przez nie zasadniczego błędu, jakim było zepchnięcie na daleki plan centralnego ich zadania – podniesienia stopy życiowej ludzi pracy najemnej. Kolejne plenum CRZZ, 16-18 listopada tegoż roku, zaakcentowało brak samodzielności ruchu zawodowego i jego biurokratyzację. Lecz wszystko to nie znalazło wyraźniejszego odzwierciedlenia w praktyce związkowej. Ramy odnowy październikowej okazały się tu znacznie skromniejsze aniżeli w PZPR.

Co więcej, spotykane również następnie w uchwałach plenarnych posiedzeń CRZZ trafne uwagi i obserwacje splatały się z podjętymi na tychże posiedzeniach niesłusznymi decyzjami. Zaś praktyka związkowa, po krótkich interwałach, konsekwentnie powracała na błędne tory. Kierownicze ekipy CRZZ, jak również poszczególnych związków – niezależnie od zmian osobowych, które w nich się dokonały – nie usiłowały bronić się przed poniekąd (ale tylko poniekąd) narzucaną im błędną praktyką. Ustępowały przed odgórnymi naciskami nawet wtedy, gdy mogły powołać się na decyzje partyjne w rodzaju uchwały KC PZPR z 14 IV 1954 „O pracy związków zawodowych” czy Biura Politycznego z kwietnia 1973 roku „O zadaniach związków zawodowych w rozwijaniu budownictwa socjalistycznego”. Widocznie zachowanie takie nie wynikało z samych tylko poglądów takich czy innych osób lecz mechanizmów społecznych.

Nasuwa się wobec tego wniosek – istniała prawidłowość, polegająca na tym, iż zarówno same uchwały posiedzeń plenarnych CRZZ dotyczące zmiany stylu działania ruchu zawodowego, jak i dyskusje w ruchu zawodowym w latach 1956-1957 i w roku 1971 na temat jego zadań i sposobu funkcjonowania nie były samorodne. Następowały dopiero po przełomach w życiu PZPR i kraju, stanowiły ich echo. Może więcej nawet, częściowo stanowiły próbę przystosowania się do zaczynającego obowiązywać „nowego stylu”. Owa wtórność zjawisk świadczy o wewnętrznej słabości ruchu zawodowego tamtych czasów. Widocznie nie było w nim sił zdolnych podjąć dzieło jego odnowy. Za taką interpretacją przemawia okoliczność, że wstrząsy grudnia roku 1970 i fali strajkowej trwającej do marca roku następnego, również wstrząs czerwca 1976 roku już nawet nie zdołał doprowadzić do poważniejszych reperkusji na posiedzeniach plenum CRZZ, jakkolwiek nastąpiła zmiana w ekipie kierowniczej.

Okolicznością ważną dla rozwoju wydarzeń w ruchu zawodowym w okresie między lipcem 1980 a grudniem 1981 były

ZMIANY W STOPIE ŻYCIOWEJ,

jakie dokonywały się w ciągu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zwłaszcza ich generalny trend – wzrost rozpiętości dochodów na niekorzyść klasy robotniczej, szczególnie jej warstw najliczniejszych. A odbywało się to nie tylko bez publicznego sprzeciwu ze strony kierownictwa ruchu zawodowego, co więcej, nawet przy jego oficjalnej aprobacie, jak w wypadku próby podwyżki cen w grudniu 1970 i czerwcu 1976 roku. W obu tych momentach znalazło się po innej niż robotnicy stronie barykady. Nie uczestniczyło też w fali strajkowej grudzień 1970 – marzec 1971. Badacze i publicyści na ogół o tych strajkach zapominają. Stanowiły zaś one zapowiedź przyszłej, większej w 10 lat później.

Toteż sprowadzanie dla lat siedemdziesiątych problemu postaw kierowniczych gremiów ruchu zawodowego do kwestii „zdeformowanej” teorii i praktyki oraz „nacisku odgórnego”, któremu gremia te ulegały, stanowi w istocie wybielanie ówczesnego aparatu związkowego, rozgrzeszanie go od odpowiedzialności. Chyba że – co byłoby w dużym stopniu zgodne ze stanem faktycznym – sam aparat związkowy zaliczymy do owego „nacisku odgórnego” na ruch zawodowy.

Wszak funkcjonariusz związkowy, zwłaszcza już wyższy, ani wtedy, ani wcześniej nie postępował błędnie tylko czy głównie dlatego, że nie „rozumiał” leninizmu i wskazań kierownictwa partyjnego. Nie był ów funkcjonariusz tylko bezcielesnym duchem, którego zachowanie było następstwem takiego czy innego trawienia idei i dyrektyw. Był natomiast człowiekiem z krwi i kości, odżywiającym się i mającym rodzinę. Posiadał poczucie swej wyższości nad szeregowymi związkowcami i popalicie ze strony władzy. Ona go faktycznie mianowała czy odwoływała, zapewniała jego egzystencję i wywyższała ponad szarą mas, robotniczą. Z kolei on z tej masy dobierał sobie na nieetatowy aktyw wiernych mu ludzi, sam zaś dochowywał wierności zwierzchnictwu.

Cechą całej zbiorowości funkcjonariuszy związkowych była jej swoista szarość, anonimowość. Jeśli bowiem w wypadku PZPR nazwiskami jej pierwszych sekretarzy można scharakteryzować poszczególne etapy dziejów PRL, to osoby nawet przewodniczących CRZZ nie wycisnęły indywidualnego piętna na losach ruchu zawodowego, jakkolwiek ludzi tych była spora plejada. Toteż po każdorazowych zmianach w życiu kraju i partii zmiany osobowe w aparacie związkowym bywały nieporównanie mniejsze niż w partyjnym, tym bardziej zaś zmiany w metodach działania. Taka względna stabilność kształtowała mentalność aparatu związkowego. Z doświadczenia przekonywał się, iż „trzęsienia ziemi” nie są dlań tak już straszne, zaś interesy i psychologia dyrektora przedsiębiorstwa, kierownika wydziału w zakładzie pracy, nawet wyższego pracownika biurowego, bliższe mu i zrozumialsze, aniżeli psychika i potrzeby robotnika. Na tamtych mógł się boczyć, prędzej jednak znajdował z nimi wspólny język aniżeli z pracującymi fizycznie. Nawet w przypadkach konfliktu interesów tychże z dyrektorem ostatecznie raczej opowiadał się po stronie tego ostatniego. Wszak i on jest „człowiekiem pracy” i ma prawo opieki związkowej.

Pod wpływem takich obserwacji i doświadczeń oraz po nieudanych próbach odnowy związkowej w latach 1956 i 1971 przeważająca część związkowców – zarazem więc przeważająca część klasy robotniczej – utraciła wiarę w możność uzdrowienia dotychczasowych związków. Stała się więc podatna na hasło „nowych” związków. Aparat związkowy, przyzwyczajony do oglądania się głównie na górę, nawet nie dostrzegł bądź nie przypisywał takim nastrojom właściwej wagi. Ufał w swoją zdolność wymanewrowania mas członkowskich. Z chwilą, kiedy owa „góra” państwowo-partyjna przestała go bronić, a wręcz przeciwnie – zaczęła obwiniać, okazał się całkowicie niezdolny do samodzielnego racjonalnego postępowania, do działania politycznego wśród mas, którymi dotąd kierował czy współkierował.

Te dwie tendencje i postawy – mas i aparatu związkowego – określiły w dużym stopniu kierunek rozwoju wydarzeń w związkach i CRZZ od lipca 1980 roku.

Rozmiary tego artykułu nie pozwalają na rozpatrzenie treści ideowych, jakie zawierały przeróżne uchwały NSZZ „Solidarność”, zarówno lokalne czy regionalne, czy też ogólnokrajowe. Sporo już na ten temat, sensownego i niezupełnie sensownego napisano, podobnie jak na temat mechanizmów, za pomocą których protest robotniczy został skierowany w koryto wrogie historycznemu zadaniu klasy robotniczej – zbudowaniu społeczeństwa bezklasowego. Znacznie natomiast owocniejsze w tym miejscu byłoby prześledzenie tego, jak i o ile oraz w jakim tempie ruch związków branżowych przejmował niektóre hasła „Solidarności”. Do rozważenia byłoby, o ile akceptacja pewnych haseł lipca-sierpnia roku 1980 wynikała z wyrażonego w nich interesu robotniczego, a o ile była to swoiście biurokratyczna

PRÓBA CHWILOWEGO PÓJŚCIA Z PRĄDEM,

nawet z jego przejawami niezdrowymi. Na marginesie – na uwagę w tym kontekście zasługuje ewolucja ZNP, jedynego związku z przewagą elementu inteligenckiego. Nie włączył się do nowej struktury ruchu związków branżowych, za to na swym zjeździe starannie usunął ze statutu wszelkie wzmianki o laickości organizacji i zadaniach laickiego wychowania młodzieży. On też właśnie konkretniej jego człon „Nauka”, nawet – jedyny ze związków branżowych – udał sił na audiencję do prymasa.

Źródeł i przyczyn tego, co się stało w latach 1980-1981 w ruchu zawodowym nie należy szukać wyłącznie w nim samym. Jeśli jednak, jak już wspomniano, większość klasy robotniczej więcej już nie wierzyła w możliwość dokonania naprawy dotychczasowych związków, to nie przesądzało to jeszcze kursu społeczno-politycznego nowych.

Na ten kurs, który w nich wziął górę, i na jego akceptację – aczkolwiek nigdy całkowitą – złożyło się wiele przyczyn korzeniami tkwiących w poprzednich dekadach PRL. Oprócz zasygnalizowanych już poprzednio, wymienić trzeba przede wszystkim jedną: w nowej sytuacji zabrakło w środowisku robotniczym ludzi o szerszych horyzontach, ludzi, którzy by w sobie łączyli doświadczenie pracy związkowej, chociażby na szczeblu średnim, z jasnym spojrzeniem na świat i zdolnością do samodzielnego postępowania. Zabrakło, gdyż scharakteryzowany już utarty tryb wyłaniania aparatu i aktywu związkowego nie powstawiał miejsca dla takich. Nie mieli się więc gdzie uformować na przywódców związkowych. Nieliczne zaś jednostki, które usiłowały ruch branżowy uczynić autentycznie samorządnym, stary aparat jeszcze wtedy potrafił – starczyło mu na to umiejętności taktycznych - skutecznie zwalczyć, wręcz wyeliminować, jak m. in. w przypadku Stanisława Cieniucha i jego grupy czy innych.

Toteż robotnicy poniekąd dobrowolnie przekazali zwierzchnictwo w swoich nowych związkach ludziom, którzy siebie im zaoferowali. Zresztą materiały NSZZ „Solidarność” pokazują, jak jego doły i dołowy aktyw na swój sposób, chyba tylko instynktownie, sprzeciwiał się tym czy innym posunięciom kierownictwa. Przejawy tego, niekiedy dość skomplikowane i dziwne, dostrzec można nawet na usilnie manipulowanym zjeździe gdańskim.

Sytuacja ideologiczna u progu 1980 roku jest kluczem do zrozumienia, dlaczego spora część klasy robotniczej niebawem przyswoiła sobie hasła antysocjalistyczne. Nie zachodzi więc potrzeba sprowadzenia tego zjawiska do samej tylko socjotechnicznej operacji ze strony sił antyrobotniczych, antysocjalistycznych. Wszak płynąca w poprzedzającym dziesięcioleciu z najwyższego nawet szczebla oficjalna propaganda, coraz bardziej odideologizowana i coraz wyraźniej solidarystyczna, siała złudzenia o możliwości bezkonfliktowej a owocnej współpracy z zagranicznym kapitalizmem i załatwienia wewnętrznych sprzeczności klasowych drogą partnerskich rozmów „jak Polak z Polakiem”. Tym wprawdzie przejściowo przyczyniała się do łagodzenia trudności i konfliktów, lecz zarazem wnosiła swój wkład do upowszechniania postaw nacjonalistyczno-solidarystycznych, poniekąd też klerykalnych, o ukierunkowaniu jawnie antysocjalistycznym, a przez to i prozachodnim.

Z kolei owo już wcześniejsze lansowanie hasła: „zielone światło” dla inicjatywy prywatnej jako formy pożytecznego dla całego społeczeństwa gospodarowania, powoli urabiało mentalność robotniczą w kierunku reprywatyzacji tych czy innych sektorów gospodarki znacjonalizowanej. Robotnik, nadal pozostając zwolennikiem społecznej kontroli cen czy ograniczenia rozpiętości dochodów indywidualnych, równocześnie stawał się gotów do upatrywania źródła wszystkich słabości i wad gospodarki w jej planowym kierowaniu i braku przysłowiowego drobnomieszczańskiego „pańskiego oka”, które podobno „konia tuczy”. Kiedy zaś deformacja świadomości w takim kierunku była już mocno zaawansowana, w licytowaniu się w pociągnięciach – nie mówiąc już o hasłach – na rzecz sektora prywatnego, ośrodki kierownicze NSZZ „Solidarność” były nie do przelicytowania.

Stopniowe zaniechanie, chyba już od lat sześćdziesiątych – w imię względów na doraźną politykę wewnętrzną – propagandy ateistycznej, opartej na materializmie dialektycznym, teraz owocowało. Odegrało swoją rolę w podporządkowaniu całych odłamów robotniczych wojującemu klerykalizmowi. Już bowiem z racji swego poczucia „niższości kulturowej” wobec inteligencji i biurokracji, słowem, wobec zamożniejszych, jest robotnik podatny na agresję światopoglądu religijnego. Podatność ta uwielokrotnia się podczas kryzysów społeczno-politycznych, kiedy zawodzą jego tradycyjne ekipy przywódcze. Mocniej bowiem w takiej sytuacji odczuwane przez robotnika niesprawiedliwości społeczne oraz uprzedmiotowienie polityczne jego klasy i jej – w związku z tym, bezsilność wobec mechanizmów społeczno-politycznych stają się czynnikami utwierdzającymi stan tej formy świadomości społecznej, jaką jest religijność. Z kolei ówczesne daleko posunięte zagubienie się – nie mówiąc już o ewentualnych momentach jeszcze gorszych – środowisk zawodów zajmujących się ideologią sprawiło, że ani nie przewidziano, ani też – kiedy już była w toku – nie doceniono wagi agresji klerykalnej. Świadczą o tym chociażby wypowiedzi na łamach „Argumentów” o zbieżności ideałów chrześcijaństwa i socjalizmu czy nawet pozytywne opinie na temat encykliki „Laborem exercens”. Zapomniano przy tym o elementarnym fakcie, że religia i organizacja wyznaniowa nie są identyczne. A również i o tym – być może znów zaważyły względy taktyczne – iż marksizm zawsze traktował panujące w danym społeczeństwie kościoły i organizacje religijne jako organy klasy panującej, jaką w skali naszego globu pozostaje jeszcze burżuazja, więc jako organy służące do obrony wyzysku i do tumanienia klasy robotniczej.

Indyferentyzm polityczny, jaki już poprzednio stał się – obojętne nawet na skutek jakich okoliczności – udziałem ludzi najemnej pracy fizycznej teraz nałożył się na poprzednio wymienione momenty. On to walnie ułatwił przyswajanie sobie przez tych ludzi poglądów nieklasowych.

Toteż nic dziwnego, że przywódcy robotniczego w swej istocie i przebiegu ruchu lipcowo-sierpniowego roku 1980, później robotniczy przywódcy nowego związku (zwłaszcza ci z nich, którzy zdołali do końca pozostać przywódcami, zostali nimi nie dlatego, że widzieli dalej aniżeli masy, które za nimi poszły. Nie byli oni awangardą klasy, jej czołówką. Reprezentowali jej przeciętność. Na tym polegał ówcześnie ich walor w oczach mas, ich popularność, komunikatywność. Lecz zarazem dlatego nie byli zdolni do spełnienia zadań, jakie moment dziejowy stawiał przed klasą robotniczą i jej przywódcami. Dlatego łatwo zmanipulowały ich grupy wywodzące się z dotychczasowych elit społecznych, z establishmentu. Ci bowiem robotniczy przywódcy – wraz z całą klasą – odczuwali swoją „niższość” wobec ludzi z warstw „światłych”, „uczonych”, dlatego odczuwali potrzebę posiadania doradców, ekspertów itp. Dlatego akceptowali poglądy tychże jako „mądrzejsze”.

Wskazane już okoliczności skłaniają do trzeźwiejszego spojrzenia na owo

MASOWE POPARCIE STRAJKÓW

proklamowanych przez NSZZ „Solidarność” w 1981 roku. Punkt wyjścia stanowić może odsetek robotników i pracowników umysłowych – materiały nie pozwalają rozłącznie o nich rozważać – którzy na początku stycznia 1981 wzięli udział w strajku o wolne soboty. Nigdzie – w przekroju terytorialnym bądź branżowym – nie był on stuprocentowy, raczej wahał się – sprawa do uszczegółowienia – w granicach 60-70 proc. Tak działo się mimo olbrzymiego wysiłku propagandowego strony proklamującej strajk i atrakcyjności jego postulatu. Później jednak wskaźniki udziału w strajkach były dla tego związku pomyślniejsze, jakkolwiek hasła bardziej kontrowersyjne. Rzecz jednak w okolicznościach czy warunkach psychologicznych owego udziału. Z reguły z uczestnictwem w strajku łączy się świadomość podejmującego decyzję o przystąpieniu do strajku, iż decyduje się na krok, który pociąga dlań takie czy inne ryzyko, w tym m.in. straty materialne, do utraty pracy włącznie. Leci w postyczniowych strajkach takich momentów nie było. Wiadome już się stało, że za udział w nich nie zostanie się ukaranym, nic złego nie grozi. Odtąd więc porzucenie zbiorowe pracy przestało być typowym strajkiem. Zarówno bowiem świeże doświadczenie, jak i okólnik gwarantujący strajkującym średni zarobek za dni strajku, pozbawiał te akcje ich charakteru bojowego, jaki miały na skutek ryzyka represji. Teraz natomiast stawały się dla ich szeregowych uczestników dodatkowymi płatnymi dniami wolnymi od pracy. Nic zatem zaskakującego, że udział w nich sięgał 100 procent.

Liczne negatywy ruchu zawodowego lat 1944-1981, o których tu mówiono nic są wystarczającą podstawą dla ogólnej oceny roli związków w tym okresie. Sąd oparty na tych jedynie momentach byłby skrajnie jednostronny. Nie można bowiem pominąć innych stron działalności związkowej. Wspomniano już o roli organizatorskiej związków i rad zakładowych w początkach powojennej odbudowy kraju. Związki brały też udział w ogromnym i nie dającym się zakwestionować socjalnym awansie klasy robotniczej, jaki rozpoczął się w toku planu trzyletniego, a dokonał się w czasach planu sześcioletniego. One to uczestniczyły w owym wejściu klasy robotniczej do dzielnic śródmiejskich, dotąd zarezerwowanych dla lepiej urodzonych. Walczyły o przydział nowoczesnych mieszkań dla ludzi, którzy w dawnej Polsce kapitału i wielkiej własności ziemskiej nie mogli o czymś podobnym marzyć. One też po raz pierwszy przyprowadziły setki i tysiące robotników do sal koncertowych, teatrów i kin, przyzwyczajały do spędzania urlopu na wczasach pracowniczych. W ich bibliotekach proletariusze i ich dzieci przyzwyczajały się do systematycznego czytania literatury pięknej. Słowem, związki patronowały promocji kulturalnej klasy robotniczej.

Przy ich współudziale słowo „robotnik” przestało oznaczać kogoś upośledzonego przez pochodzenie czy los, zaczęło brzmieć dumnie, stawało się podstawą do uprawnień.

Jednak z czasem aparat związkowy nie przeciwstawił się – w miarę swych możliwości – uprzedmiotowieniu politycznemu klasy, później jej ponownemu spychaniu na niższe szczeble drabiny hierarchii społecznej, autorytetu społecznego. Tak więc stopniowo pierwsza, pozytywna strona działalności związkowej słabła, druga, ujemna, przybierała na wadze i sile…

Źródło: http://pismodalej.pl/dalej/files/articles.php?article_id=269
http://pismodalej.pl/dalej/files/articles.php?article_id=269

Społeczność

CAPITALIST