Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 13 gości.

Dariusz Zalega:Jak banki sterują demokracją

Lukas Papademos

(Na zdjęciu pochodzący nie z demokratycznego wyboru obywateli ale mianowany w interesie europejskich bankierów premier grecji Lukas Papademos)
 
Jak banki sterują demokracją
Dariusz Zalega
 
„Obrobić bank- to jeszcze nic. Założyć bank - to dopiero jest interes.”
 
Bertolt Brecht
 
 
 
Trzeba podnieść wiek emerytalny, bo tak robi cała Europa – to jeden z argumentów  rządu, który chce przepchnąć reformę emerytalną. Tymczasem już trzy lata temu  przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek zapowiadał, że „trzeba dłużej pracować i później przechodzić na emeryturę”. Dlaczego „trzeba”? Bo „musimy wysłać silny sygnał do międzynarodowych rynków finansowych”.
Jerzy Buzek zgodziłby się pewnie z hasłem „Banki sterują demokracją”, które widnieje na okładce najnowszej książki francuskiego ekonomisty Francois Chesnais „Bezprawne długi” (wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2012). Do tego hasła wszystko się bowiem sprowadza – o polityce państw nie decydują już obywatele, ani nawet wybrani przez nich przedstawiciele, tylko owe bezosobowe rynki finansowe, na których ogromną rolę odgrywają banki.
 
 
Zdrowy rozsądek podpowiada, że banki powinny udzielać przedsiębiorstwom kredytów na inwestycje i pomnażać oszczędności obywateli. Zdrowy rozsądek bywa jednak zwodniczy – o czym przekonuje książka Chesnais. „Operacje inwestycji finansowych dokonywane przez traderów na rynkach giełdowych są teraz ważniejsze, niż obsługa klientów w zwykłych oddziałach bankowych.”
 
Kontrola banków jest praktycznie niemożliwa, bo w gąszczu instrumentów finansowych gubią się dziś nawet specjaliści. Umożliwia to realizowanie gigantycznych zysków z operacji finansowych kosztem świata realnego – o czym boleśnie przekonał ostatni kryzys. Transakcje przyczyniające się do wytwarzania światowego bogactwa stanowią jedynie 1,6 proc. wszystkich – reszta to sfera operacji finansowych (w 2008 r. transakcje ogółem – 3,7 tys. bilionów, światowe PKB – 60 bln dol., światowa wymiana towarów i usług – 19 bln dol.). Gdzie tu zdrowy rozsądek?
 
 
Chesnais przywołuje jeden z dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2010 r.: „Nacisk rynków może wygrać tam, gdzie zawiodły inne sposoby. Gdy władze państwowe znajdą się w ciężkiej sytuacji, jak np. w Grecji bądź w Hiszpanii, wykorzystują ją często jako okazję do trudnych reform”. A trudne reformy są zawsze te same – od Madrytu po Warszawę: cięcia socjalne, zwolnienia w budżetówce, zamrożenie płac, podwyższanie wieku emerytalnego. Wszystko tylko po to, by zaspokoić apetyty rynków.
 
Za technokratycznym dyskursem kryją się dramaty całych społeczeństw, skazanych na masowe ubożenie i destabilizację. Neoliberalna ortodoksja okazuje się także  szkodliwa dla gospodarki. Podobne reformy wprowadzane są w wielu krajach od lat – bez długoterminowego pozytywnego wpływu na wzrost gospodarczy (państwa stawiane za wzór, jak Irlandia, szybko spadają z piedestału), za to z poważnymi konsekwencjami dla poziomu życia społeczeństw.
 
Dominacja świata finansów nad realną gospodarką nie byłaby możliwa bez poparcia rządów wielkich państw (USA Reagana, Wielka Brytania Thatcher). W latach 80. przy spadku stopy zysków koncerny coraz mocniej zaczęły „inwestować” na rynkach finansowych, zasilanych od połowy lat 70. masowym dopływem petrodolarów oraz środków ze spłacanego długu krajów Trzeciego Świata i Bloku Wschodniego. Sprzyjała temu deregulacja systemów bankowych i pojawienie się nowych operatorów na rynkach - funduszy powierniczych, hedgingowych, emerytalnych.
 
 
Gwałtowny rozrost tej sfery wspierała prowadzona we wszystkich krajach polityka obniżania podatków od dochodów najbogatszych i firm oraz blokada wzrostu płac. Obniżki podatków przyczyniły się do powstania lub zwiększenia dziur w budżecie – by je zapełnić państwa zaczęły pożyczać od tych samych banków, które wcześniej zwolniły z „jarzma podatków”.
 
 
Blokadę płac – a więc popytu, zrekompensowano otwarciem kurka kredytowego dla gospodarstw domowych. Późniejszy wzrost oparł się nie tyle na innowacjach, co na spirali zadłużenia, a właściwie na – co podkreśla Chesnais -  „akumulacji długów w łonie samego systemu finansowego”. W latach 1980–2008 w Stanach Zjednoczonych zadłużenie przedsiębiorstw finansowych wzrosło z 18 proc. w stosunku do PKB do 119 proc. (gospodarstw domowych – z 49 do 100 proc.). Podobnie było w Europie.
 
Choć państwa hojnie wspierały banki podczas kryzysu, coraz bardziej sceptyczna była opinia publiczna. Ale i na to znaleziono sposób – jeden z brytyjskich bankierów tak ocenił plan Brukseli z maja 2010 r. dotyczący „pomocy” państwom zagrożonym kryzysem finansów publicznych: „Łatwiej było uzyskać taki plan przekonując, że będzie służył ratowaniu Grecji, Hiszpanii czy Portugalii, niż przyznać, że przede wszystkim będzie służyć ratowaniu banków”.
 
Europejski Bank Centralny udziela teraz pożyczek na 1 procent bankom prywatnym, które pożyczają pieniądze państwom na procent o wiele wyższy. W ten sposób podstawą zysków bankowych w Europie stało się finansowanie deficytów budżetowych oraz kredytu hipotecznego, zwłaszcza w państwach, w których obrót nieruchomościami przybrał formę baniek spekulacyjnych (Irlandia, Hiszpania).
 
 
 
Przyjrzyjmy się zresztą, wzorem Chesnais, przypadkowi Grecji. Autor dowodzi, jak do wzrostu długu tego państwa przyczyniła się... pomoc rządów ratujących banki w latach 2008-2009 przed upadkiem. Wpompowano w nie miliardy dolarów, a te poszły na spekulacje banków właśnie na długu greckim i zyski – kosztem greckiego społeczeństwa. Stąd też Chesnais wysuwa prosty wniosek: te długi są bezprawne, podkopując nie tylko warunki życia ludności, ale nawet podstawy helleńskiej gospodarki. Szkoda tylko, że autor nie przywołuje tu przykładu Argentyny sprzed ponad 10 lat, która wpadła w podobne jak Grecja tarapaty i wyszła z nich – dzięki odrzuceniu polityki, jaką dzisiaj narzuca się Atenom.  Koszty obsługi długu blokują bowiem możliwość innej polityki – nastawionej na postęp społeczny, czy zrównoważony rozwój gospodarczy. Argentyna potrafiła się postawić światu finansów, Grecja – nie.
 

Francois Chesnais wzywa w związku z tym do audytu długu, anulowania jego części, a nawet do nacjonalizacji banków. Brrr, radykał – może się ktoś obruszyć. Tyle, że kontynuowanie samobójczej polityki Unii Europejskiej - prowadzonej pod dyktando radykałów z rynków finansowych - zagraża samej idei wspólnej Europy, bo prowadzi do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych.
 
 
Jeżeli ta wspólna Europa ma przetrwać, potrzebuje radykalnej zmiany. Jak pisze francuski ekonomista: „Przyszłość tych, którzy nie korzystają z zysków finansjery, będzie zależeć od ich zdolności do wspólnego stworzenia tego, co dziś nie istnieje:  prawdziwej unii”.
 
 
Artykuł ukazał się w tygodniku „Przekrój”, 19 marca 2012 r.
 
przedruk za stroną internetową Polskiej Partii Pracy

Społeczność

BLOOD