Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 9 gości.

Adam Magdoń: Nowomowa polskiego kapitalizmu

Plakaty

Poniższy tekst zdobył II miejsce w V konkursie portalu Władza Rad.

---------------

Cechą charakterystyczną każdego z systemów totalitarnych jest swoisty język wszechobecnej propagandy, mający za zadanie kształtować świadomość i myśli zniewolonych totalitarną ideologią ludzi. Język ów określa się popularnie mianem nowomowy. Nazwę tę spopularyzował brytyjski pisarz socjalistyczny George Orwell w swojej wybitej powieści Rok 1984[1], obnażającej działanie totalitaryzmu. Czy i dziś można zaobserwować podobne mechanizmy w codziennej propagandzie? Owszem, można!

W upraszczającym skrócie, nowomowa – zarówno ta wykreowana przez Orwella na użytek powieści, jak i ta, którą rzeczywiście stosowano w państwach totalitarnych – miała za zadanie nadanie odpowiedniego, z góry ideologicznie uznanego znaczenia danemu słowu; tworzono też nowe słowa, zmieniano znaczenie tych już istniejących. Wszystko po to, by „obywatel” (choć w ustroju totalitarnym trudno w ogóle mówić o czymś takim jak obywatelstwo w sensie pewnej postawy człowieka wobec państwa) myślał, czuł i mówił tak, jak nakazuje mu władza. Totalitaryzm bowiem wnikał w ludzkie umyłby, by je doszczętnie zniewolić.

Piszę w czasie przeszłym, ale swoją nowomowę miały nie tylko III Rzesza Hitlera, Włochy Mussoliniego czy też ZSRR w czasach Stalina. Da się ją zaobserwować również dziś, w języku zupełnie współczesnych burżuazyjnych polskich mediów i polityków, jak też niektórych „naukowców”, ze szczególnym uwzględnieniem historyków IPN. Trzeba tu zaznaczyć, że Polska jest krajem, który chyba najmocniej ucierpiał od totalitaryzmów, ze szczególnym uwzględnieniem niemieckiego nazizmu, więc fakt, iż obecny, podobno demokratyczny, system polityczno-gospodarczy także używa swojej nowomowy, musi budzić obawy, a nawet przerażenie.

Przyjrzyjmy się, jak to wygląda w praktyce. Włączcie telewizor bądź radio, otwórzcie gazetę lub czasopismo, wejdźcie do internetu i skupcie się na tym, co czytacie, słuchacie czy oglądacie. Ot, choćby takie wiadomości gospodarczo-ekonomiczne. Zwolnienia, czyli wywalanie ludzi na bruk i pozostawianie ich bez środków do życia nazywa się „redukcją etatów” bądź „reorganizacją” firmy. Bezczelny dyktat międzynarodowych instytucji finansowych narzucających państwom model szkodliwej społecznie neoliberalnej gospodarki określa się ratingiem; istnieją nawet potężne agencje mierzące ów rating, czyli pokazujące, które państwo jest bardziej, a które mniej wiarygodne dla wielkiego kapitału. Mechaniczne wydłużenie wieku emerytalnego, bez jakichkolwiek działań mogących realnie wypłynąć na zatrudnienie (aktywizacja zawodowa absolwentów szkół i uczelni wyższych, a z drugiej strony – bezrobotnych po pięćdziesiątym roku życia) nazywa się „reformą” emerytalną, cenzurę i ograniczanie dostępu do zgromadzonych w internecie dóbr intelektualnych nazywa się „ochroną praw autorskich” czy „walką z piractwem” (niedawna sprawa ACTA), bez zwracania uwagi, skąd się owo „piractwo” bierze (zaporowe ceny książek, muzyki czy filmów, ograniczona oferta na rynku wydawniczym, itp.). Protesty przeciwko chociażby ACTA czy wspomnianej „reformie” emerytalnej to „kontrowersje wokół danej sprawy”. Drożyzna i jej ciągły wzrost ograniczane są zaledwie do miana „podwyżek cen towarów”. Związkowiec przemawiający w Sejmie i merytorycznie krytykujący założenia owej „reformy” emerytalnej staje się „pętakiem” – określenie to stosuje nie kto inny, a obecnie urzędujący premier.

Tyle w zakresie gospodarki, ekonomi i tematów pokrewnych. Znacznie groźniejsza jest kapitalistyczna nowomowa dotykająca obszaru światopoglądowego.

A z tą spotykamy się na każdym kroku, zwłaszcza w politycznych i medialnych wypowiedziach dotyczących komunizmu i socjalizmu. Te dwie ideologia są często ze sobą mylone, a nawet więcej – wszelką lewicowość łączy się w Polsce z komunizmem, i to w sposób często obraźliwy. Wystarczy, by ktoś miał choćby lewicujące poglądy, aby zrobić z niego w dyskursie medialnym „komucha”, „post-komucha” bądź „lewaka”. Określenia takie jak „lewak” czy „lewactwo” są zresztą kolejnymi przykładami kapitalistycznej nowomowy – otóż coraz rzadziej mówi się o lewicy (chyba że w odniesieniu do SLD czy do Ruchu Palikota, który z lewicą ma bardzo niewiele wspólnego), coraz częściej używa się za to obraźliwych, pejoratywnych określeń. Ponadto, jeśli mówi się o komunizmie, to zawsze jest on „totalitarny”. Takie sformułowanie odnieść można do stalinizmu, jednak wypacza ono samą ideę komunizmu jako idei zmierzającej do utworzenia wolnego społeczeństwa bezklasowego, gdzie wszelkie totalitaryzmy będą wykluczone. Słowo „komunizm” dziennikarze i politycy odnoszą też często do ustrojów nie mających z nim obecnie wiele lub zgoła nic wspólnego, jak na przykład do Korei Północnej czy Białorusi.

Nadto, na każdym kroku fałszuje się obraz historii Polski i świata. Najjaskrawiej świadczy o tym wypaczanie historii PRL i ludzi ją tworzących. Po pierwsze, nie zauważa się okresu, w którym ta nazwa państwa obowiązywała, czyli od 22 lipca 1952 roku (uchwalenie Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej), do grudnia 1989 roku. W latach 1944-1952 nasze państwo nazywało się Rzeczpospolita Polska, tak jak dziś. Ponadto, praktyki stosowane przez polskie władze w okresie „stalinizmu” (1944-1956) rozciąga się na całą historię Polski Ludowej, co jest oczywistym fałszerstwem. Wprawdzie w okresie rządów towarzysza Bieruta budowano w Polsce system totalitarny, jawnie skopiowany ze stalinowskiego ZSRR, jednak po 1956 roku ustrój dryfował w stronę coraz bardziej demokratyzującego się autorytaryzmu. Swoją drogą, nawet za towarzysza Bieruta represje władz stosowane wobec obywateli były bez porównania łagodniejsze niż przykładowo w Czechosłowacji albo w stalinowskim Związku Radzieckim. To samo tyczy się całego okresu PRL, niemniej według obecnie obowiązującej propagandy, było to państwo zbrodnicze i „czarna dziura polskiej historii”. Dochodzi nawet do tego, że Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej odmawia się... polskości. Wystarczy pooglądać sobie audycje na TVP Historia albo Telewizji TRWAM, by przekonać się, o czym piszę. Burżuazyjni „historycy” starają się wcisnąć nam, że ludzie, którzy przyczynili się do utworzenia socjalistycznej Polski byli „sowieckimi agentami”, „Sowietami”, „zdrajcami”, „nie-Polakami”. Co gorsza, trend ten przeniósł się na uczelnie. Mój kolega ze studiów chciał napisać dla uniwersyteckiego pisma naukowego artykuł o marszałku Rokossowskim i spotkał się z kategorycznym stwierdzeniem, iż „Polska miała tylko dwóch marszałków: Piłsudskiego i Rydza-Śmigłego”. Osobom takim jak generał Berling, właśnie Rokossowski, generał Świerczewski, żołnierzom Armii Berlinga oraz partyzantom Armii Ludowej odmawia się miana bohaterów walczących z hitlerowskim okupantem o wolność Polski, a wręcz czyni się z nich „zbrodniarzy”.

Jeśli zaś wspomina się o gospodarce PRL, czy szerzej – o gospodarce socjalistycznej, centralnie sterowanej, nigdy przecież w Polsce w pełni nieurzeczywistnionej – to i ją bezwyjątkowo umieszcza się w pejoratywnym kontekście, dodając do niej określenia takie jak: „nieefektywna” (zapominając, że aż do lat osiemdziesiątych polskie PKB notowało nieprzerwany wzrost od kilku do kilkudziesięciu procent[2]) czy „niewydolna”. Zapomina się o tym, że Polska po II wojnie światowej była, poza nielicznymi miastami z Krakowem na czele, dosłownie zrównana z ziemią. Odbudowa doszczętnie zniszczonego kraju nigdy nie trwa rok czy dwa, nieraz pochłania całe dekady, pamiętać więc trzeba, iż nasze państwo, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń, odbudowało się naprawdę szybko. Kapitalistyczni ekonomiści, a w ślad za nimi liczni burżuazyjni dziennikarze, oskarżają ponadto gospodarkę centralnie sterowaną o gigantyczne koszta, jakie miałyby być łożone na pomoc społeczną, nie zauważając, iż w państwie socjalistycznym, gdzie nie ma bezrobocia, jest ona ograniczona do niezbędnego minimum, czyli do wspierania osób niemogących pracować z przyczyn zdrowotnych, np. niepełnosprawnych. Podnosi się też temat tzw. ukrytego bezrobocia, które faktycznie istniało, lecz było sytuacją znacznie zdrowszą niż obecne bezrobocie jawne. Nawet jeśli pracownik „przeleżał” dniówkę, to i tak musiał wykazać się choćby minimalną odpowiedzialnością, gdyż zmuszony był rano wstać i udać się do pracy zamiast wałęsać się bez celu po ulicach swojej miejscowości i pić na umór z braku perspektyw – co ma miejsce dziś, w Polsce i innych krajach kapitalistycznych. Przemilcza się również kwestię zapewnienia – wynikającego wprost z jej natury – przez gospodarkę socjalistyczną, nastawioną nie na maksymalizację zysku, ale na zaspokojenie potrzeb ludzi, każdemu obywatelowi bytu na choćby minimalnym, podstawowym poziomie.

Burżuazyjni ekonomiści, politycy i dziennikarze nie raczą wspomnieć, iż rzekoma niewydolność gospodarek w państwach socjalistycznych, jeśli faktycznie zaistniała, wynikała głównie z błędnych decyzji politycznych, podejmowanych zwłaszcza w Związku Radzieckim w okresie rządów Józefa Stalina (wypaczył on zresztą komunizm w sposób zbrodniczy), Nikity Chruszczowa i Leonida Breżniewa, którzy skupili się na wyścigu zbrojnym z USA zamiast zaspokajać potrzeby swoich obywateli. W Polsce podobnym błędem wydaje się zmarnotrawienie kredytów zagranicznych w epoce „późnego” Gierka, czyli w latach 1976-1980, choć i tak było to marnotrawstwo bez porównania mniejsze niż to, jakiego dopuszcza się rząd PO-PSL (czego jednymi z niezliczonych przykładów Stadion Narodowy oraz nowe drogi z pękającą nawierzchnią). Krytycy socjalizmu przemilczają jednak, iż błędy polityków wpływają tak samo – a może jeszcze bardziej – niekorzystnie na gospodarkę wolnorynkową. Spójrzmy na chociażby podniesienie podatków, co jest przecież decyzją czysto polityczną – jeśli ustali się nieodpowiednio ich poziom, może to doprowadzić do zahamowania wzrostu gospodarczego, co już dzieje się w licznych państwach Unii Europejskiej. Zbyt wysoki VAT i akcyza na paliwo skutkują wzrostem cen benzyny, ropy i gazu LPG, co oczywiście zwiększa koszty transportu, to zaś, jak łatwo się domyślić, prowadzi do ogólnego wzrostu cen, a to – jeśli nie idzie obok, a u nas nie idzie, wzrostu płac – skutkuje faktycznym zubożeniem społeczeństwa, spadkiem konsumpcji i spowolnieniem rozwoju gospodarczego, a nawet recesją.

Kapitaliści od lat usiłują wpoić nam mit, że przedsiębiorstwo prywatne będzie o wiele lepiej zarządzane niż państwowe. To kompletna nieprawda – system i jakość zarządzania są niezależne od formy własności. Znam wiele przedsiębiorstw, dawniej państwowych, których wielki dorobek z czadów PRL został po 1989 roku zmarnowany przez prywatyzację, jak określono zwyczajną wyprzedaż za grosze majątku pozostawionego przez socjalizm (kolejny przykład fałszowania rzeczywistości przez kapitalistyczną nowomowę). Ponoć przedsiębiorstwa te upadły z racji ich niewydolności, ale czy na pewno? Państwowe Gospodarstwa Rolne zostały rozmontowane decyzją polityczną (no, a teraz po ostrej zimie i suszy okazuje się, że w Polsce nie zgromadzono zapasów zboża, przez co pieczywo i ogólnie żywność drożeje, nie ma też hodowli trzody na mięso, która zaspokoiłaby potrzeby Polaków), skutkiem czego tysiące ludzi wpędzono w nędzę. Świetnie prosperująca, eksportująca swoje wyroby nawet do Kanady (gdzie tu owa legendarna niewydolność?) fabryka obuwia PZPS Chełmek została rozprzedana i teraz na jej terenie funkcjonują różne mniejsze i większe spółki, radzące sobie lepiej lub gorzej, ale ani w połowie tak dobrze, jak dawny zakład. Z jasielskim Gamratem prywatny właściciel wyczynia, co chce, a jego zatrudnieni na umowach śmieciowych pracownicy nie są pewni dnia ani godziny zwolnienia. Fabryka Samochodów Osobowych, gdy trafiła w prywatne ręce, szybko upadła (tu zresztą zawinił Międzynarodowy Fundusz Walutowy, którego interwencja w Korei Południowej doprowadziła do upadku wielu tamtejszych firm, w tym Daewoo, co rzecz jasna boleśnie odbiło się na ich inwestycjach zagranicznych ).

Każdy totalitaryzm ma swojego wroga i jest to wyraźnie zaznaczone w języku jego propagandy. Jeśli polski kapitalizm uznać za system totalitarny, to i w tym miejscu bez trudu wyłapiemy, kogo i co obecna burżuazyjna wizja świata uważa za zagrożenie. Otóż jest nim wszelka lewica, obok może koncesjonowanej niby-lewicy o nazwie Ruch Palikota, działającej ściśle po myśli premiera Tuska, mimo podkreślanej na każdym kroku opozycyjności, czy też lewicującego centrum w postaci SLD. Pozostałe ugrupowania, np. Polska Partia Pracy, jak i środowiska lewicowe są marginalizowane, może nie jawnie, ale bez trudu da się dostrzec, iż ich przedstawiciele (działacze, dziennikarze) pojawiają się w głównonurtowych mediach znacznie rzadziej niż ich prawicowi lub centrowi koledzy po fachu. Co ciekawe, to szeroko pojęta prawica na każdym kroku podkreśla, jak to jest atakowana przez „środowiska lewicowe i libertariańskie”. Jest to tworzenie syndromu oblężonej twierdzy, charakterystyczne dla języka każdego totalitaryzmu – dało się je zaobserwować chociażby w nazistowskiej nowomowie szukającej wroga zagrażającego bytowi Narodu w, przykładowo, Żydach i Słowianach. Obecnie polski kapitalizm i działający z jego smyczy prawicowi politycy oraz publicyści znaleźli sobie nieprzyjaciela, czyli po prostu chłopca do bicia, w lewicy. Lewica w Polsce oskarżana jest o najbardziej niecne czyny; jaskrawym tego przykładem były medialne komentarze po zamieszkach 11 listopada zeszłego roku w Warszawie, kiedy o rozróby, podpalanie wozów transmisyjnych stacji telewizyjnych i bójki z policją powszechnie oskarżono niemieckich działaczy z Antify – którzy już od kilku godzin siedzieli w areszcie, przymknięci po przepychance z grupą rekonstrukcyjną – i „lewicowych chuliganów”, podczas gdy tych niechlubnych agresywnych zachowań dopuścili się nacjonaliści, czyli skrajna prawica. Jednak lewica, ze względu na swą społeczną wrażliwość i wynikającą z niej niechęć wobec kapitalistycznego wyzysku, jest traktowana jako główny wróg i atakowana przy każdej możliwej okazji, najczęściej bez powodu.

Ostatnio posunięto się do określenia lewicowców, jako „morderców dzieci nienarodzonych”, w czym celują zwłaszcza posłowie PiS, Solidarnej Polski i środowisk związanych, wraz z, niestety, Kościołem katolickim, a szczególnie z Radiem Maryja (lansowane w którym poglądy – jak na przykład omawiany – są krańcowo niezgodne z chrześcijaństwem). Powodem tego ataku jest postulowanie przez lewicę walki z terrorem wobec kobiet, które sytuacja życiowa zmusiła do przeprowadzenia zabiegu aborcji, jak również o prawa kobiet w ogóle. Konserwatywna (przypominam, że konserwatyzm jako taki od samego początku swego istnienia – od przełomu XVIII i XIX wieku, chroni interesy wielkich posiadaczy, czyli kapitalistów, przed sprawiedliwością społeczną) burżuazja zaś nie dostrzega problemów innych grup społecznych poza samą sobą, stąd atak na lewicę, walczącą z tymi problemami.

Były to tylko niektóre przykłady obecnej polskiej kapitalistycznej nowomowy, te co wydały mi się najciekawsze. Jeśli chcecie zobaczyć, usłyszeć, przetaczać ich więcej, włączcie telewizor czy radio, otwórzcie gazetę albo wejdźcie do internetu. Przykłady fałszowania rzeczywistości – zarówno współczesności, jak i historii – można dostrzec niemal na każdym kroku. Kapitalistyczną nowomowę szczególnie upodobały sobie media burżuazyjne, zarówno o profilu bardziej liberalnym (Gazeta Wyborcza, TVN24, Superstacja), jak i konserwatywnym (holding medialny ojca Rydzyka, Gazeta Polska, Uważam Rze). Wielu dziennikarzy na tyle przywykło do jej używania, że zapewne – z naciskiem na „zapewne” – nie zauważają faktu jej istnienia. Jeżeli jednak używają kapitalistycznej nowomowy z pełną premedytacją, należy zacząć się poważnie obawiać, w jakim kraju my żyjemy.

Przypisy:

[1] George Orwell Rok 1984 (przeł. Tomasz Mirkowicz), wyd. MUZA S.A., Warszawa 2009

[2] http://www.1917.net.pl/?q=node/7436 (dostęp: 16.04.2012 r.)

[3] Naomi Klein Doktryna szoku, str. 298-315, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2009

Portret użytkownika tres
 #

Tekst dobry i ciekawy, należy się jednak pewien komentarz

Słowo „totalitaryzm” to idealne, spreparowane przez burżuazyjną propagandę słowo-wytrych. Podział społeczeństw i państw na „demokratyczne” i totalitarne jest ładny, prosty i szczególnie strawny dla dzieci i wszystkich tych którzy w swoim rozwoju intelektualnym nie wyszli powyżej poziomu dziecka. W bajkach dla dzieci świat dzieli się na złych i dobrych, na szwarccharaktery i pozytywnych bohaterów pozbawionych wad. Podobnie używanie pojęcia „totalitaryzm” zamyka jakąkolwiek dyskusje na to czym jest państwo, czym podyktowana jest jego polityka i w ogóle od czego zależy istnienie i forma państwa. Bo po co się zastanawiać nad tym jak z góry wiadomo że państwo demokratyczne (utożsamiane z demokracją burżuazyjną) to to dobre, a „totalitaryzm” oznacza „zły ustrój”. Używanie pojęcia „totalitaryzmu” przez ludzi uważających się za marksistów nie ma nic wspólnego z rzeczową krytyką zbrodni i wypaczeń stalinizmu, niezależnie od intencji osoby używających tego pojęcia. Rzeczowa krytyka jest bowiem w istocie naukowa, a używanie pojęcia „totalitaryzmu” - antynaukowe

Choć rzecz jasna słowa „totalitaryzm” używać może każdy jako synonimu administracyjnego ucisku obywateli od strony państwa, a użycie go m.in. wobec państw faszystowskich jest uzasadnione posiada ono jednak głęboko pejoratywne zabarwienie i w istocie jego używanie nie jest elementem analizy, tylko propagandy politycznej.

Koncepcja określenia się jako "demokratyczni" komuniści i oddzielenia się murem chińskim od "totalitarnych" stalinowców nie jest słuszna. Podział klasowy bowiem powinien stać ponad podziałami historycznymi. Słuszne jest natomiast oddzielenie się od śmiesznych, drobnomieszczańskich sekt i pseudopartyjek kompromitujących marksizm i zjednoczenie swoich sił z klasą robotniczą. Niezależnie od ich poglądu na temat Stalina i czy uważają ZSRR za "totalitarny kapitalizm państwowy równie zbrodniczy jak faszyzm" czy za "raj na ziemi pozbawiony wad z Genialnym Wodzem u steru".

Stalinizm jako każde inne wypaczenie marksizmu jest wynikiem oddziaływania warstw nieproletariackich - w tym wypadku biurokracji - na ruch robotniczy a nie jakiejś orwellowskiej "sadystycznej żądzy władzy". Stalinowska biurokracja w porównaniu do robotników miała lepszy dostęp to towarów codziennego użytku jakie w ubogich bądź średnio rozwiniętych krajach w jakich dane było budować socjalizm nie były powszechnie dostępne. I o to chodziło właśnie stalinowskim biurokratom o indywidualne korzyści a nie o "szerzenie mistycznego metafizycznego Zła" jakim ocieka pojęcie "totalitaryzm".

Nawet ci współcześni komuniści co odwołują się do Stalina nie są stalinowcami w ścisłym sensie tego słowa bo ich ideologia (wyjąwszy może aparatczyków z KRLD) nie reprezentuje interesów biurokracji partyjno-państwowej. Bo dzisiejsi komuniści którzy mniej lub bardziej akceptują Stalina to albo śmieszne, drobnomieszczańskie maoistowsko-hodżystowskie sekty bądź partyjki (które reprezentują drobnomieszczańską rewolucyjność), rzadziej partie robotnicze poważniejszego kalibru które po prostu przyjęły taką linię ideową .

Oportunistyczna biurokracja dawno już, koniukturalnie potępiła stalinizm i weszła w szeregi socjaldemokratów i liberałów. Tam należy jej szukać przede wszystkim.

A propos wizji przedstawionej w „1984” to nie jest ona czymś co kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób miałoby i mogłoby powstać i istnieć

http://www.1917.net.pl/?q=node/421

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

BLOOD