Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 25 gości.

Józef Piłsudski

Ryszard Rauba: Sanacyjne rządy piłsudczykowskie wobec wielkiego kryzysu – zarys polityki gospodarczej w latach 1929 – 1935.

Pi_sudskiNaMosciePoniatowskiego.jpg

Dr Ryszard Rauba
Instytut Politologii
Uniwersytet Zielonogórski

Sanacyjne rządy piłsudczykowskie wobec wielkiego kryzysu – zarys polityki gospodarczej w latach 1929 – 1935.

Tomasz Nałęcz: Józef Piłsudski a parlament (cz. I)

Piłsudski w ramach konstytucji

Temat  "Józef Piłsudski a socjalizm" w ostatnich latach stopniowo ukazuje się lewicy polskiej w barwach pozbawionych retuszu, obnażających instrumentalny sto

W wielkim chaosie i rozprężeniu, które ogarnęło po wojnie całą środkową i wschodnią Europę, chciałem właśnie z Polski uczynić ośrodek kultury, w którym rządzi i obowiązuje prawo. Wśród olbrzymiej zawieruchy, w której miliony ludzi rozstrzyga sprawy jedynie gwałtem i przemocą, dążyłem, aby właśnie w naszej Ojczyźnie konieczne i nieuniknione tarcia społeczne były rozstrzygane w sposób jedynie demokratyczny: za pomocą praw, stanowionych przez wybrańców narodu.

Starałem się osiągnąć swój cel jak najśpieszniej. Chciałem bowiem, by kładąc trwałe fundamenty pod swe odrodzenie, Polska wyprzedziła sąsiadów i w ten sposób stała się siłą przyciągającą, dającą zapewnienie choćby nie najszybszego, lecz spokojnego i prawnego rozwoju.

Główne to zadanie mych rządów niełatwym było do rozwiązania. Niełatwo jest bowiem utrzymać spokój wśród szalejącej burzy, wśród ogólnej niepewności i chwiejności instytucji i urządzeń ludzkich. Niełatwym było utrzymać równowagę, rządząc bez dostatecznych środków materialnych i technicznych, rządząc podczas wojny, która rozgorzała na wszystkich naszych granicach.

Zgodnie ze swym zasadniczym celem i głębokim przekonaniem, że w Polsce XX wieku źródłem praw może być jedynie Sejm, wybrany na podstawie demokratycznej — obu rządom, które do życia powołałem, stawiałem, jako główny warunek, by uznawały siebie za rząd jedynie tymczasowy, a pracę swą za załatwienie tylko konieczności państwowych i nie regulowały zasadniczych spraw życia politycznego i społecznego za pomocą dekretów, nie uświęconych uchwałą wybrańców narodu. Również zgodnie z tym celem całe wojsko polskie, któremu mam zaszczyt przewodzić, złożyło jednobrzmiące uroczyste ślubowanie, że się podda wszystkim prawom, wynikającym z uchwał i postanowień Sejmu, a osobiście razem z całym garnizonem warszawskim złożyłem to ślubowanie dnia 13 grudnia ubiegłego roku.

Pomimo wszystkich przeszkód udało mi się zasadniczy cel mych rządów osiągnąć i zebrać w Warszawie pierwszy Sejm Polski w warunkach spokojnych, nie przeszkadzających jego pracom.

Uważam, że po jego ukonstytuowaniu się moja rola jest skończona. Jestem szczęśliwy, że posłuszny swej żołnierskiej przysiędze i swemu przekonaniu — postawić mogę do dyspozycji Sejmowi swą władzę, którą dotąd w narodzie piastowałem" 7).

Warto było przytoczyć ten długi cytat, bowiem zawiera on zasadniczo wytłumaczenie stosunku Piłsudskiego do sejmu w chwili narodzin Ii Rzeczypospolitej. Mówca był szczery — o zrzeczeniu się przez niego na rzecz sejmu władzy dyktatorskiej w równym stopniu przesądziły zewnętrzne, jak i wewnętrzne interesy państwa.

Racje zewnętrzne to przede wszystkim chęć wprowadzenia w Polsce ustroju atrakcyjnego dla narodów sąsiednich, które — warto to w tym miejscu przypomnieć — zamierzał Naczelnik związać z Rzecząpospolitą węzłami federacji. O sukcesie tej koncepcji przesądzić musiały działania militarne, ale siła przyciągania polskiego modelu ustrojowego nie była w tej grze czynnikiem bez znaczenia.

Potrzebny był też Piłsudskiemu sejm dla umocnienia międzynarodowej pozycji Polski.Nie mówił o tym na forum parlamentu, bo wszyscy i lak wiedzieli, a chwalić się nie było czym, ale jego osoba nie należała do najmilej widzianych przez rządy zwycięskiej Ententy. W czasie minionej wojny walczył przecież ramię w ramię z Austriakami i Niemcami. Ponadto w kraju popierany był przez lewicę, co na Zachodzie dodatkowo nie zjednywało zwolenników. Rządy Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych od dawna zaś współpracowały z opanowanym przez endeków Komitetem Narodowym Polskim, który rezydując w Paryżu stanowił coś w rodzaju alternatywnego rządu polskiego, choć oficjalnie nie aspirował do odgrywania takiej roli. Nie było kwestią przypadku, iż fakt powstania państwa polskiego, aczkolwiek notyfikowany depeszami Piłsudskiego z 16 listopada 1918 roku, przez mocarstwa Ententy uznany został dopiero po przeprowadzeniu wyborów. Jako pierwsze, 30 stycznia 1919 r. państwowość polską oficjalnie uznały Stany Zjednoczone. Pozostałe kraje zwlekały jeszcze dłużej. Francja poszła w ślady USA dopiero 24 lutego, Anglia — 25 lutego, a Włochy — 27 lutego.

Niezbędny był również Piłsudskiemu sejm dla unormowania stosunków wewnętrznych. W cytowanym przemówieniu akcentował on przede wszystkim reformatorskie zadania parlamentu. Ważny to sygnał, jak nabrzmiałe musiały być w tym czasie konflikty społeczne, skoro potrzeba ich rozładowania tak mocno podkreślona została w pierwszym sejmowym orędziu głowy państwa.

Ale sejm potrzebny był nie tylko jako antidotum uodparniające na rewolucyjną propagandę. Nie mniej liczyła się jego rola jako forum krystalizowania się politycznego oblicza kraju. W styczniu 1921 roku tak wspominał Piłsudski swe pierwsze warszawskie wrażenia z listopada 1918 r.:

„Wewnątrz było już dosyć chaosu, byłem nim po prostu przerażony. Przez pierwsze kilka tygodni nie napotkałem po prostu człowieka, grupy, partii, czy stronnictwa, które nie było opanowane megalomanią wyjątkową. Twierdzenie: ja, lub my i naród, to jedno — nie schodziło z ust, każdy to powtarzał, każdy rwał się do reprezentowania na swoją rękę Polski wewnątrz i zewnątrz. Byliśmy, zdaniem moim, tak przesiąknięci chaosem, że naturalny rozwój musiał prowadzić nie do praworządności, o czym w Magdeburgu marzyłem, lecz do silnych tarć wewnętrznych i do panowania samowoli grupowej czy partyjnej. Ześrodkowałem więc wszystkie swe wysiłki na zebranie Sejmu Ustawodawczego, jako pierwszego wzoru, dla ustanowienia praworządności w kraju"8).

Nie było w tych słowach przesady. Przed 1918 rokiem, w pozbawionej wolności Polsce nie istniały, funkcjonujące gdzie indziej, mechanizmy weryfikowania popularności poszczególnych ugrupowań politycznych. Wybory do parlamentów państw zaborczych spełniały tę rolę w kalekiej formie i w 1918 roku nikt nie śmiał się na nie powoływać. W ciągu ostatnich lat zmieniło się przecież tak wiele. Wszyscy więc, jedni bardziej, inni mniej obłudnie, mogli twierdzić, że to właśnie oni dysponują poparciem większości społeczeństwa.

Piłsudski dla każdego miał tę samą odpowiedź. Bezceremonialnie udzielił jej też 8 grudnia 1918 roku przedstawicielom PPS i PSL „Wyzwolenie", a więc reprezentantom partii wówczas w Polsce rządzących: „Najważniejszym dążeniem moim w obecnym czasie jest zwołanie sejmu. W Polsce wszyscy krzyczą, że posiadają większość. Dopiero jednak sejm wyjaśni i ustali, gdzie jest większość i czego ona chce"9).

Miał więc sejm unormować polskie życie polityczne. Uporządkować je i skierować na tory legalizmu. Tam, gdzie do tej pory rządziły prawa ulicznej demagogii i podniecającej tłumy histerii, zapanować miały reguły gry parlamentarnej, dopuszczającej partyjne spory, ale zawsze kornie chylące czoła przed wolą większości.

Łudził się też chyba Piłsudski, że w nowej sytuacji zatracą swą ostrość dawne podziały polityczne, które przypisywał przede wszystkim różnicom w kreśleniu dróg wiodących ku niepodległości. „W spór stąd wynikający — wspominał jego ocenę Bogusław Miedziński — wkładano za dużo zaciekłości, podejrzliwości i odsądzania strony przeciwnej od czci i dobrej wiary. Ale dziś historia powiedziała już swoje; niezależnie od tego, kto co i jak przewidywał, faktem jest, że stanęła przed nami wolność i życie niepodległe z jego ogromnymi i zupełnie nowymi zagadnieniami. Skutki przeszłości, szczególnie na przestrzeni zaboru rosyjskiego i pruskiego, gdzie byliśmy przez sto pięćdziesiąt lat odsunięci od udziału w życiu państwowym; skutki zniszczeń wojennych w kraju, który był polem bitwy przez lat cztery, którego warsztaty produkcyjne i zasoby pieniężne zostały zniszczone, są takie, że nie ma stronnictwa czy partii, która by mogła powiedzieć, że własnymi siłami potrafi dać radę wszystkim trudnościom" 10).

Właśnie sejm miał ogniskować wysiłki zmierzające do umocnienia odzyskanej państwowości. Destrukcyjne dotąd spory partyjne przekuć we wspólny trud zabezpieczania wątłej ciągle suwerenności.

„Nic nie rozumiecie mojej sytuacji w ogóle — krzyczał na swoich najbliższych współpracowników komendant w połowie stycznia 1919 roku — Nie chodzi o lewicę, czy prawicę, mam to w d... . Nie jestem tu od lewicy i dla niej, jestem dla całości. [...] Sprawy wewnętrzne załatwi Sejm, który na to właśnie zwołuję. Jaki będzie: lewy czy prawy — zobaczymy. Wszystkie moje wysiłki muszą iść w kierunku armii. O to się staram..." 11).

Gdyby te wszystkie enuncjacje traktować dosłownie można by wysnuć wniosek, iż parlament uważał Piłsudski za najdoskonalszą instytucję sprawowania władzy. Ale sąd taki nie oparłby się próbie historii. Piłsudski był niewątpliwie znakomitym taktykiem i do tej właśnie kategorii jego poczynań należy zaliczyć owo emablowanie parlamentu. W rzeczywistości daleki był od podmiotowego traktowania sejmu. Więcej, nie wierzył, by ciało to zdolne było do reprezentowania autentycznej woli narodu. W swym głębokim przekonaniu uznawał, iż sam dostatecznie dobrze pojął interesy tegoż narodu, by w jego imieniu móc działać. A więc to nie on miał pomagać sejmowi w trudnym dziele budowy państwa. Wręcz odwrotnie. Parlament miał mu tylko wykonanie owego zadania ułatwić.

Tymczasem sejm serio traktował swoją pozycję jedynego gospodarza Rzeczypospolitej i w tej rozbieżności pojmowania ról politycznych tkwiły źródła późniejszych konfliktów.

Początkowo w stosunkach parlamentu z dotychczasowym dyktatorem zdawała się panować pełna harmonia. 20 lutego, kiedy to Naczelnik złożył deklarację o zrzeczeniu się urzędu i opuścił salę, marszałek sejmu Wojciech Trąmpczyński oświadczył, że do laski marszałkowskiej zgłoszony został wniosek posłów Daszyńskiego, Korfantego, Stolarskiego i Witosa uzupełniony stukilkudziesięcioma podpisami ze wszystkich stronnictw politycznych, normujący na nowych zasadach funkcjonowanie naczelnych władz państwowych. Wniosek ten, zwany później „Małą Konstytucją" sejm przyjął jednogłośnie.

W myśl tej ustawy pełnia władzy państwowej spoczywała w rękach Sejmu Ustawodawczego. Jemu to podporządkowane zostały organa władzy wykonawczej — Naczelnik Państwa i rząd. Naczelnik, wybierany przez parlament i przed nim odpowiedzialny, reprezentował państwo na zewnątrz oraz był najwyższym wykonawcą uchwał sejmu w sprawach cywilnych i wojskowych. Powoływał na podstawie porozumienia z sejmem rząd, który za swe działania był również odpowiedzialny przed izbą. Każdy akt państwowy Naczelnika nabierał ważności dopiero z chwilą podpisania go przez odpowiedniego ministra. W ten sposób, w skrajnej postaci, wprowadzony został w Polsce system rządów parlamentarnych, głowie państwa pozostawiający właściwie tylko funkcje reprezentacyjne.

Jednocześnie specjalną uchwałą sejm jednomyślnie wyraził podziękowanie Piłsudskiemu „za pełne trudów sprawowanie urzędu w służbie dla Ojczyzny" i również jednogłośnie powierzył mu urząd Naczelnika Państwa.

Prawione z tej okazji przez obydwie strony komplementy nie były w stanie zmienić rzeczywistości: Piłsudski formalnie zachowując ten sam urząd — Naczelnika Państwa — faktycznie, z dyktatora przeistaczał się w prezydenta całkowicie niemalże pozbawionego możliwości politycznego działania.

Komendant był jednak politykiem zbyt wielkiego formatu, by sprawiony przez posłów gorset mógł go skutecznie krępować. Piastował poza tym stanowisko naczelnego wodza, które zważywszy na permanentnie trwające na rubieżach konflikty, dawało mu olbrzymie możliwości działania. Nie można też zapominać, iż praktycznie Sejm Ustawodawczy mógł zagrozić przemożnej pozycji politycznej Naczelnika tylko wówczas, gdyby wyłonił trwałą większość rządową. Biorąc wszakże pod uwagę fakt, iż prawica, centrum i lewica dysponowały zbliżoną liczbą mandatów, groźba ta nie rysowała się zbyt jasno.

Niemniej mariaż Piłsudskiego z sejmem od początku nie był związkiem, któremu rokować można było długą i wypełnioną harmonią przyszłość. Na razie obydwie strony, jak to zwykle bywa z małżeństwami kojarzonymi przez rozsądek, dbały o poprawność wzajemnych stosunków, nawet w momentach niewierności zachowując pozory zgodnego pożycia.

Tak było na przykład w kwietniu 1919 roku, kiedy Piłsudski zdecydował się zbrojną ręką zająć Wilno. Większość sejmu nie akceptowała natarcia na tym kierunku, uważając za pierwszoplanowe działania w Galicji wschodniej. Nie chcąc otwarcie antagonizować się z parlamentem naczelny wódz przeprowadził wyprawę wileńską w czasie sejmowych ferii wielkanocnych, wychodząc ze słusznego założenia, że im później rozpocznie się poselska dyskusja, tym skala protestu będzie mniejsza, zwłaszcza w sytuacji, kiedy działania wojskowe zwieńczone zostaną sukcesem.

W poufnych wypowiedziach nie krył jednak Piłsudski swego rozczarowania do sejmu. W liście z 21 sierpnia 1919 roku, skierowanym do przewidywanego na szefa Sztabu Generalnego gen. Stanisława Szeptyckiego, pisał: „Chronię jak najusilniej wojsko, jego organizację i jego użycie od wkraczania do tych spraw obecnego Sejmu, z jego nieustaloną większością, wynikającymi stąd intrygami i drobnymi walkami stronnictw z ich często personalnymi interesami. [...] Zdobyłem się więc na to, że dałem wojsku i całej pracy wojskowej jedno trwałe oparcie — chociaż także prowizoryczne — oparcie na nieulegającym fluktuacjom i nastrojom chwilowym stronnictw i partii w ich walce o władzę — oparcie w mojej osobie. Nie zakrywam jednak oczu na to, że zostało to zrobione iure caduco i sytuacja utrzymana została przeze mnie jedynie dzięki zimnej krwi, uporczywej woli i pewnemu taktowi politycznemu, jaki posiadam..."12).

Z upływem czasu ton wypowiedzi dotyczących sejmu ulegał dalszemu zaostrzeniu. Parlament coraz skuteczniej sięgał bowiem po władzę nad krajem i tym samym kurczyły się wydatnie możliwości poczynań Naczelnika. Zaznaczyło się to zwłaszcza od chwili, gdy po zakończeniu wojny przestał pełnić funkcję naczelnego wodza.

Konflikt, choć maskowany kanonami kurtuazji i grzeczności, stał się tajemnicą poliszynela. Każdy wiedział, że to obawa przed Piłsudskim skłoniła sejm do dalszego ograniczenia kompetencji głowy państwa w uchwalonej 17 marca 1921 roku konstytucji. Wręcz policzkiem dla marszałka było zawarte w ustawie zasadniczej zastrzeżenie, iż prezydent nie może sprawować naczelnego dowództwa w czasie wojny.

W tej batalii Piłsudski nie tylko otrzymywał ciosy. Także je zadawał. On to wywołał w czerwcu 1922 roku przesilenie gabinetowe i tak nim sterował, by wykazać, że parlament w obecnym swym kształcie nie jest w stanie dźwigać odpowiedzialności za losy państwa. Dla osiągnięcia tego celu złamał nawet swą dotychczasową zasadę — nie krytykowania sejmu publicznie. W czasie jednego ze spotkań, 12 czerwca 1922 roku rzucił w twarz przedstawicielom parlamentu: „Panowie staliście się istotą dwoistą, rządem i źródłem praw. Stan to anormalny (podkr. — TN) i trwa, niestety, zbyt długo, ale z tej dwoistości musiały wyniknąć i konsekwencje. Dopóki ta dwoistość istnieje, nie wejdziemy w stan normalny..." 13).

Za nieprzychylnymi dla parlamentu słowami szły czyny. Między innymi Naczelnik odmówił powierzenia misji sformowania rządu Wojciechowi Korfantemu, desygnowanemu na premiera przez większość sejmu.

W odpowiedzi, forsująca kandydaturę Korfantego prawica, postanowiła usunąć adwersarza z zajmowanego urzędu i 26 lipca zgłosiła wniosek o votum nieufności dla niego. Brzmiał on:

„Zważywszy, że Naczelnik Państwa Józef Piłsudski przez nieposzanowanie praw Sejmu Ustawodawczego, lekceważenie żywotnych interesów państwowych i pogłębianie przeciwieństw i walk partyjnych, naraził Państwo na niepowetowane szkody moralne i materialne; że w szczególności w ostatnich miesiącach przez niekonstytucyjne prowokowanie przesilenia gabinetowego p. Ponikowskiego wywołał, a następnie przewlekał w państwie ciężkie przesilenie polityczne, gospodarcze i finansowe; że mimo desygnowania przez Sejmową Komisję Główną premiera w osobie posła Wojciecha Korfantego i mimo własnego zapewnienia, że nie będzie mu w utworzeniu rządu przeszkadzał, odmówił podpisania listy gabinetu posła Korfantego wbrew obowiązującym uchwałom sejmowym, których winien być stróżem i wykonawcą — podpisani posłowie wnoszą: Wysoki Sejm raczy uchwalić: Sejm odmawia swego zaufania Naczelnikowi Państwa Józefowi Piłsudskiemu" 14).

To już nie była wojna podjazdowa, w której chodzi o ewentualne przetrzepanie skóry krnąbrnemu, ale w sumie potrzebnemu partnerowi. Konflikt zbliżał się do granicy, spoza której nie istnieje możliwość odwrotu. Przestraszyła się też takiej ewentualności część posłów i ostatecznie Piłsudskiemu nie udzielono dymisji. Za wnioskiem głosowało 187 posłów, przeciw — 205, 4 kartki były puste. A przecież przed niespełna dwoma tygodniami sponiewierany teraz przez Naczelnika Korfanty cieszył się poparciem 219 deputowanych. Posłowie nie wykazali konsekwencji w działaniu i nie ulegało wątpliwości, iż cały ten konflikt z Piłsudskim nie przydał im autorytetu w oczach opinii publicznej.

Było to zresztą głównym celem marszałka. Nie widział on dla siebie miejsca w systemie rządów wprowadzanym przez konstytucję marcową. Przystępował do walki z nadmiernymi jego zdaniem uprawnieniami parlamentu. Finał tej batalii zależał w ostatecznym rachunku od tego, której stronie uda się przekonać społeczeństwo o wyższości własnych racji. Prawdę tę Piłsudski rozumiał doskonale.

Latem 1922 roku próbował udowodnić, że Sejm Ustawodawczy w gąszczu intryg partyjnych i personalnych nie dostrzega wartości nadrzędnej — polskiej racji stanu. Tak żegnał marszałek pierwszy sejm odrodzonej Rzeczypospolitej, który w kilka tygodni później zakończył swoją działalność.

Nowa izba wybrana w elekcji listopadowej 1922 r. niewiele różniła się od poprzedniej, chociaż swe pozycje wyraźnie wzmocniła prawica. Pojawił się też nowy czynnik na Wiejskiej — reprezentanci mniejszości narodowych. Ciągle jednak żadne stronnictwo nie dysponowało większością umożliwiającą trwałe objęcie rządów w państwie.

Piłsudski zaś zastosował nową metodę walki. Zdecydował się na zupełne oddanie pola przeciwnikowi, słusznie zresztą oczekując, iż ten nie poradzi sobie z narastającymi w kraju konfliktami i sprzecznościami.

Taktyka ta zaskoczyła rywali. Większość parlamentu (zgodnie z postanowieniami konstytucji już dwuizbowego) gotowa była głosować na dotychczasowego Naczelnika, w zbliżających się wyborach prezydenckich. Ale 4 grudnia 1922 r. na specjalnie zorganizowanym w Prezydium Rady Ministrów spotkaniu posłów i senatorów Piłsudski poprosił o niewysuwanie jego kandydatury. W uzasadnieniu tego kroku mówił m.in.:

„Byłem tarczą dla pocisków różnego rodzaju. Więc były tam kwiaty, wyrażające szczerze cześć, podziw i miłość. [...] Lecz zwyczaje polskie znają i inne pociski, mniej pachnące, pociski, na które musi być przygotowany przyszły Prezydent Rzeczypospolitej, który może będzie miał mniej spokojne nerwy, niż ja. Ja te pociski po żołdacku nazywałem «stinkgranatami» (granaty z cuchnącym gazem — TN), chcącymi zdusić mnie... w zapachu. Jako żołnierz, granaty wytrzymuję łatwo i nie robią one na mnie prawie żadnego wrażenia. Pachną i tyle. Długoletnia niewola zostawiła po sobie rozległe bagna i trzęsawiska. Co do mnie, na polowaniach nawet, gdyby polowano na mnie, chodzę łatwo, bo chód mam lekki, choć rękę nieraz ciężką. Nie grzęznę. Po przejściu bagna oglądam lekko zmoczone nogi i idę dalej..."

Niby ogólne to były zarzuty, ale nikt nie mógł mieć wątpliwości pod czyim kierował je Piłsudski adresem. Chwilę wcześniej wypowiedział bowiem charakterystyczne zastrzeżenie: „O stosunku do Sejmu nie chcę wcale mówić [...] Tłumaczenia zaniecham..."15).

W podobne grzeczności nie bawił się ustępujący Naczelnik w rozmowach prywatnych. Władysławowi Baranowskiemu tak mówił o swej walce z sejmem: „Jestem ciągle zwierzyną w klatce, do której każdy śmierdziel strzelać może..., lecz mniejsza z tym. Najwstrętniejsze przeszedłem i mam to poza sobą, niech inni z tym się parają. Cztery lata!"16).

Coraz większe rozczarowanie do sejmu przeistoczyło się w głęboki i trwały uraz pod wpływem wypadków z grudnia 1922 roku.

9 grudnia tworzący Zgromadzenie Narodowe, zebrani na wspólnym posiedzeniu posłowie i senatorowie wybrali pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej. Został nim Gabriel Narutowicz, uczony o europejskiej sławie, aktualnie piastujący stanowisko ministra spraw zagranicznych. O wyborze przesądziły głosy lewicy i centrum oraz mniejszości narodowych. I chociaż elekcja odbyła się od początku do końca w majestacie prawa, to jednak jej wynik został zakwestionowany przez prawicę. Narodowa demokracja całkowicie uległa partyjnemu zaślepieniu. Jej prasa w wydaniach porannych z 10 grudnia opublikowała oficjalne oświadczenie przywódców prawicowych klubów sejmowych, głoszące, iż Narutowicz „narzucony został na Prezydenta głosami obcych narodowości", i że „naród polski musi odczuć i odczuje" taki wybór, „jako ciężką zniewagę" i „jako gwałt zadany myśli politycznej polskiej"17). Liderzy prawicy sejmowej zapowiadali, że ich kluby nie tylko „odmówią wszelkiego poparcia" rządom powoływanym przez Narutowicza, ale także „podejmą stanowczą walkę o narodowy charakter państwa". Jednocześnie w licznych artykułach prasowych i na masowo organizowanych wiecach ulicznych obrzucano nowo obranego prezydenta niewybrednymi obelgami i oszczerstwami. Zorganizowano tysiące ludzi do pisania na adres Narutowicza anonimów pełnych wyzwisk oraz zapowiedzi „marnej śmierci".

Po poniesieniu porażki w parlamencie, kiedy prawo, legalizm i konstytucja stanęły za prezydentem-elektem, prawica zdecydowała się na przeniesienie walki na ulicę. Chodziło jej o pokazanie siły, o zastraszenie przeciwników. Nie zważano na fakt, iż postępowanie takie równoznaczne było z pomiataniem autorytetem sejmu i stanowionych przez niego ustaw.

Przy użyciu siły endecja postanowiła też nie dopuścić do objęcia władzy przez elekta. Cel ten chciano osiągnąć przez uniemożliwienie jego zaprzysiężenia. 11 grudnia, kiedy prezydencki powóz zmierzał w kierunku ulicy Wiejskiej, Aleje Ujazdowskie zatarasowała barykada zaimprowizowana ze ściągniętych z pobliskiego parku ławek. „Tłum powitał zatrzymanego Prezydenta — pisał Władysław Pobóg-Malinowski — wrogimi okrzykami, gwizdem, przekleństwami, wnet posypały się zabłocone, zbite na twardo grudy śniegu; kilku takich grud trafiło Prezydenta, paru zuchwalców z kijami wskoczyło na stopnie powozu; mocnym ruchem strącił ich towarzyszący Prezydentowi szef protokołu St. Przeździecki. Za powozem, gdy minął roztrąconą barykadę, pobiegł wrzeszczący tłum z podniesionymi kijami; z tyłu i z boków, z mijanych tłumów, sypały się wciąż grudy śniegu z błotem..." l8).

Prezydent został jednak zaprzysiężony i objął urzędowanie. Ale burza nienawiści rozpętana przez prawicę wydała owoce. 16 grudnia Narutowicz zginął z rąk zamachowca. Dla Polaków, dumnych z tego, że ich ojczyzna nie znała dotąd królobójstwa, był to wstrząs, którego przecenić nie sposób. Rzecz jasna, nie dla wszystkich. Zbyt daleko zaawansowane było polityczne zacietrzewienie.

Bez wątpienia jednak dla Piłsudskiego śmierć Narutowicza i poprzedzające ją wypadki były wstrząsem niezwykle silnym. Ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, iż interesy poszczególnych ugrupowań są tak rozbieżne i tak brutalnie egzekwowane, że zagrozić to może podstawom istnienia państwa.

Owa refleksja ogólna uzupełniona została przez doznania bardziej osobiste. Morderca prezydenta zeznał na procesie, iż uprzednio zamierzał zabić Naczelnika Państwa. Podał nawet szczegóły planowanego zamachu, z którego zrezygnował w ostatniej chwili na wieść o nie kandydowaniu przez niego w zbliżającej się elekcji prezydenckiej. Nie ulegało wątpliwości, że zamachowiec dopiąłby swego i choć nie można zarzucić marszałkowi braku odwagi, to wizja przypadkiem unikniętej śmierci musiała zaciążyć nad jego osobowością, pogłębić stare antyparlamentarne urazy.

Nieprzypadkowo przecież w tym czasie w mentalności komendanta dokonała się istotna przemiana. Przestał dowierzać ludziom, nawet ze swego bliskiego otoczenia. Stał się ostry, wymagający, w rozmowach często wręcz nieuprzejmy. To właśnie w tym czasie wyraźnej zmianie uległ język jego wypowiedzi. „Słownictwo młodego Piłsudskiego — pisał Adam Krzyżanowski — delikatnego i wytwornego w obejściu nie obfitowało w brutalne wymyślania i obelgi. Dopiero po wycofaniu się z życia publicznego miotał wyzwiskami w swoich przeciwników. Zmienił obyczaje wbrew prośbom i zaklęciom przyjaciół i rodziny w nadziei, że używaniem tej broni oszczędzi przeciwnikom i sobie godzenia w nich nagim, fizycznym przymusem" 19).

Wydarzenia z grudnia 1922 roku utwierdziły Piłsudskiego w przekonaniu o potrzebie walki ze złem, jego zdaniem drążącym Rzeczpospolitą, tj. z obezwładniającym parlament egoizmem stronnictw, przede wszystkim prawicowych. Chwilowo jednak konfrontacja uległa odroczeniu. Objął bowiem marszałek jedno z najwyższych stanowisk wojskowych — szefa Sztabu Generalnego, które uniemożliwiało mu wstąpienie w szranki politycznej rywalizacji.

W maju 1923 r. tak niechlubnie poczynająca sobie przed pięciu miesiącami endecja zawarła porozumienie z Polskim Stronnictwem Ludowym „Piast", konstruując w ten sposób prawicowocentrową większość potrzebną do sformowania gabinetu. Piłsudski zareagował niezwykle ostro. 29 maja demonstracyjne poprosił o zwolnienie ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego, a 2 lipca, po zakończeniu pobytu rumuńskiej pary królewskiej, przed rokiem goszczącej go w Bukareszcie, zrzekł się ostatniej godności państwowej — przewodnictwa w Ścisłej Radzie Wojennej. Następnego dnia, w czasie pożegnalnego bankietu w „Bristolu" poddał ostrej krytyce panujące w Polsce stosunki. Przede wszystkim gromił nowo powołany rząd Witosa, ale nie oszczędzał też stojącego za nim sejmu.

Wspominając pierwsze miesiące niepodległości mówił m.in.: „Dyktatorem byłem kilka miesięcy. Decyzją moją głupią czy rozumną, to jest wszystko jedno, postanowiłem zwołanie sejmu, oddanie władzy mojej w jego ręce i stworzenie legalnej formy życia państwa polskiego. Była to moja decyzja. Decyzja ta została usłuchana. Panowie posłowie, którzy potem nieraz przeciw mnie występowali, zostali wybrani na mój rozkaz, tego rozkazu usłuchali, wybór przyjęli, na określony przeze mnie termin do Warszawy się stawili..."20).

Dwa elementy tej wypowiedzi szczególnie przyciągają uwagę. Pierwszy to dystansowanie się marszałka od jego własnej decyzji o zwołaniu Sejmu Ustawodawczego. Jeszcze dosyć ostrożne, bowiem stanowcze potępienie szybkiego zorganizowania wyborów równoznaczne byłoby z przyznaniem się do błędnego posunięcia politycznego. Drugi akcent oświadczenia, nie mniej interesujący, to paternalistyczne traktowanie sejmu. Zdaniem mówcy parlament nie zebrał się dlatego, iż tylko w ten sposób naród mógł objawić swoją wolę. Wybory przeprowadzono, ponieważ było to życzeniem Naczelnika. Stanowisko takie równoznaczne było z odbieraniem społeczeństwu jego podmiotowości politycznej. Piłsudski coraz bardziej skłonny był uznawać siebie nie za wybitnego syna, ale wręcz ojca narodu. Tymczasem — a był o tym głęboko przekonany — społeczeństwo nie potraktowało go z należytą atencją. „Był cień — mówił w «Bristolu» — który biegł koło mnie, to wyprzedzał mnie, to pozostawał w tyle. Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bitew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka, cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba — rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie — ten potworny karzeł pełzał za mną, jak nieodłączny druh. [...] Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafora..." 21).

Karzeł ów nie poprzestał na podłości słów. Nie cofnął się przed zbrodnią. „W tej samej chwili, gdy Belweder, miejsce zaszczytu, miejsce honoru Polski, opuściłem, wszedł tam inny człowiek, wybrany legalnie aktem uroczystym, podpisanym przez marszałka sejmu. Oddałem mu władzę zgodnie z Konstytucją. Na moje miejsce przyszedł dla reprezentacji narodu całego i wszedł na tę ścieżkę, którą ja po trosze przetorowałem, człowiek inny. Nie rozważam jego zalet, ani wad, nie omawiam jego wartości. Człowiek ten, jak ja, został wyniesiony ponad innych, dobrowolnym aktem włożono na niego obowiązek, że ma być naszym przedstawicielem, ma w pieczy mieć nasz honor, naszą godność. Ta szajka, ta banda, która czepiała się mego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych, obrażających wartość pracy reprezentacyjnej, przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta, wolnym aktem wybranego, tyle brudu, tyle potwornej, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę, zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji z wojska. To są moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam" 22).

Słowa te oznaczały wypowiedzenie otwartej wojny endecko-piastowskimu rządowi Witosa, oraz popierającemu go sejmowi. Marszałek demonstracyjnie zaszył się w Sulejówku, nie chcąc brać odpowiedzialności za sytuację w kraju, systematycznie jego zdaniem pogarszaną przez kolejne poczynania parlamentu.

Działał w dwóch kierunkach. Z jednej strony zaciekle zwalczał partie i polityków, których obwiniał o coraz bardziej panoszące się zło, z drugiej zaś zwracał uwagę na pilną potrzebę zreformowania aktualnego systemu rządów.

Dla sejmu — w 1919 roku uznanego za domu ojczystego jedynego pana i gospodarza — nie znajdował miłych określeń. Nie tajona awersja, z biegiem czasu ulegała wyraźnemu pogłębieniu.

ZOBACZ DALSZĄ CZĘŚĆ TEKSTU

Morderca Piłsudski i krwawy reżim sanacyjny

Jozef_Pilsudski_mial_dwie_2256596.jpg

 Rocznica śmierci tyrana odpowiedzialnego za liczne morderstwa na domagających się godnych warunków życia robotnikach stała się kolejną okazją dla prezentowania jednostronnej

Społeczność

che rebel