Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 36 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Bieżąca sytuacja a szanse lewicy

futleft.jpg
See video

 
Wszystko to prawda, niemniej sytuacja taka stwarza całkiem sporo sprzeczności i wewnętrznych konfliktów, czego lewica nie chce zauważać. 
 
Z jednej strony bowiem, Weston (a z nim liczni jemu podobni) zwraca uwagę na to, że ludzie przestają „wierzyć w kryteria ekonomiczne”. Jest to faktycznie jeden z punktów lewicowej ideologii, sugerujący postekonomizm, czyli pogląd ufundowany na przekonaniu o osiągnięciu najbardziej efektywnego mechanizmu ekonomicznego, gdzie jedynym problemem jest kwestia redystrybucji. Analogicznie adekwatnym mechanizmem redystrybucji powinien być system demokracji. Kształtu tej demokracji dotyczą polityczne aktywności lewicy. 
 
Mamy więc problem. 
 
Taki pogląd o efektywności istniejącego, kapitalistycznego mechanizmu ekonomicznego odpowiada świadomości warstw pośrednich, które reprezentuje tzw. nowoczesna lewica. Popierają one także postulat demokratycznej redystrybucji dokonywanej poprzez aparat państwa, a nie w przedsiębiorstwach. W ten sposób wydaje się, że dojście do władzy lewicy będzie polegało na przejęciu przez nią kontroli nad aparatem biurokratycznym państwa i dopilnowaniu, aby owa biurokracja wypełniała precyzyjnie swoje obowiązki. 
 
Rozwiązanie nie jest nowe, jak świadczy o tym poniższy cytat: 
 
„Dość powszechnym rozwiązaniem w wielu krajach, które chcą się obronić przed gwałtownym wzrostem bezrobocia, jest niemiecki Kurzarbeit. W ramach programu firmy dotknięte kryzysem mogą odesłać swoich pracowników do domu lub radykalnie skrócić im godziny pracy, a państwo pokrywa dużą część wypłat. Niemcy mają to rozwiązanie niemal od początku XX w., ale jego skuteczność przetestowali podczas kryzysu w 2009 r. Eksperci szacują, że dzięki Kurzarbeit mogło zostać uratowanych ponad 200 tys. miejsc pracy. Niemcy oceniają, że teraz z tego rozwiązania skorzysta ok. 2,4 mln osób, a koszt dla budżetu sięgnie ponad 10 mld euro. W szczycie kryzysu ponad dekadę temu Kurzarbeit obejmował 1,4 mln pracowników. Dopłata trafi do m.in. tymczasowo zwolnionych i wyniesie do 60 proc. ich przedkryzysowego wynagrodzenia. 
 
Niemieckie rozwiązanie zostało importowane przez wiele krajów. Od słynących z państwa opiekuńczego Skandynawów przez Francję czy Hiszpanię po Wielką Brytanię. Minister finansów tego ostatniego kraju ogłosił ostatnio program dofinansowania nawet 80 proc. pensji Brytyjczyków, do kwoty 2,5 tys. funtów miesięcznie. Wszystko po to, aby ludzie nie zostali zwolnieni. 
 
Utrzymanie zatrudnienia jest dla rządów ważne nie tylko ze względów politycznych, lecz także dlatego, że odbudowa miejsc pracy jest zawsze długotrwała. Jeśli uda się ochronić ich jak najwięcej, to można liczyć, że opanowanie epidemii pozwoli na szybkie uruchomienie produkcji, handlu i usług. Dlatego hojne pakiety finansujące płace zaproponowali też Francuzi. Tamtejszy minister finansów Bruno Le Maire zapowiedział już, że przez dwa miesiące na subsydiowanie pensji w firmach, w które uderzyła epidemia, zostanie wydane 8,5 mld euro. Hiszpania, która ma obecnie największy problem po Włoszech z opanowaniem koronawirusa, jest gotowa w ramach niedawno rozszerzonego programu ERTE pokrywać do 70 proc. wynagrodzenia. 
 
U nas rząd chce przeznaczyć ok. 1,5 proc. PKB (30 mld zł) na pakiet bezpieczeństwa pracowników, czyli „polskie Kurzarbeit”. Wynagrodzenie w firmach, które utrzymają zatrudnienie, ma wynieść do 40 proc. średniej płacy w gospodarce. Tyle samo ma wyłożyć pracodawca, a pracownik zgodzić się na obniżkę pensji o 20 proc., ale razem z obniżonym wymiarem pracy. Do tego jest „postojowe” i specjalny zasiłek dla samozatrudnionych czy osób na umowach zleceniach. 
 
W Europie regulacje związane ze zwolnieniem pracowników są dużo sztywniejsze niż w USA. Dlatego wzrost bezrobocia na Starym Kontynencie będzie mniejszy niż za oceanem. Tam szok epidemiczny dla gospodarki szybko doprowadzi do zwolnień, a administracja nie odpowiada subsydiowaniem zatrudnienia, tylko bezpośrednim transferem społecznym z państwa do kieszeni obywateli. Donald Trump i sekretarz skarbu Steven Mnuchin zapowiedzieli, że wkrótce zostaną Amerykanom rozesłane czeki w sumie na 500 mld dolarów.” („Kapitalizm zawieszony na czas epidemii koronawirusa”
 
W ten sposób, państwo tak czy inaczej dofinansowuje firmy ze środków budżetu. W przekonaniu większości grup pośrednich, wychodzi na to, że one same się finansują jako podatnicy, odciążając swoje firmy. Następuje tylko redystrybucja dochodów w ramach puli składkowej podatników. Animozje między poszczególnymi grupami podatników są wliczone w koszty niematerialne. 
 
Rozwiązanie jest możliwe na krótką metę. Po jakimś czasie budżet nie będzie miał środków na kontynuowanie programu. Państwo socjalne musi mieć solidną bazę produkcyjną lub zagwarantowaną możliwość czerpania ze środków zewnętrznych dzięki przewadze technologicznej lub sile fizycznej. Zakłada się, że sposoby odciążania firm od kosztów pracy zapewnią owym firmom przewagę konkurencyjną i niezakłócony wzrost. Na to są wszakże obliczone. Jeżeli jednak koszt siły roboczej jest stosunkowo niewysoki, to i oszczędność na tym wydatku stanowi jedynie część zasadniczego problemu. Jeżeli jednak rodzima siła robocza waży w kosztach, to proponowane posunięcie jest w istocie rzeczy wymuszeniem na niej wspomnianego w artykule 20-procentowego obniżenia płac, które przeciągnie się na okres powrotu do zdrowia, po zakończeniu fazy dekoniunktury. 
 
Lewica marksistowska, reprezentowana przez Westona, przewiduje w swoim radykalizmie nacjonalizację przedsiębiorstw należących do podstawowych gałęzi produkcji, a także nacjonalizację systemu służby zdrowia, której prywatny charakter nie sprawdza się w okresie zagrożenia. 
 
Radykalny program przejęcia odpowiedzialności za państwo burżuazyjne nakłada na nową władzę konieczność zachowania wysokości płac, ewentualnie zachowanie się jak państwo burżuazyjne, z tym, że w tym przypadku będzie to odczytane jako sprzeniewierzenie się własnym celom programowym.
 
Mamy więc sytuację, w której warstwy pośrednie przestaną zasilać budżet z własnych podatków. Przy okazji mogą się skurczyć różne formy dochodów państwa jako takiego ze względu na zamknięcie się możliwości opodatkowania przedsiębiorstw, które najczęściej uzyskują dochody nie z produkcji, ale z wykorzystywania różnych instrumentów finansowych. A właśnie te mechanizmy i te instrumenty zawodzą w sytuacji kryzysu. Zyski z owych instrumentów mają charakter ulotny. Mechanizm działa na zasadzie piramidy – dopóki nie zatnie się jakiś element układanki, strumienie finansowe kontynuują swój obieg w systemie. Problem w tym, że w gospodarce wirtualnej jeden element, który się wyłamuje, powoduje upadek całej konstrukcji.
 
Lewica, która tak się pali do zastosowania swych prostych rozwiązań, może znaleźć się z ręką w nocniku, w sytuacji podobnej do młodej władzy radzieckiej, kiedy to okazało się, że przejęcie burżuazyjnej machiny gospodarczej jest przedsięwzięciem trudniejszym, niż przewidywano.
 
W świadomości społecznej istnieje obawa przed zawaleniem się produkcji. W tej właśnie sytuacji wychodzi na jaw, które działy gospodarki mają kluczowe znaczenie. Świadczy o tym choćby sytuacja we Włoszech. Weston przytacza wypowiedź 61-letniej robotnicy, która wyraźnie formułuje opinie, że ona i jej koledzy nie mogą dźwigać na sobie ciężaru podtrzymywania gospodarki narodowej. Czego się po robotnikach przemysłowych dokładnie oczekuje. Dzikie strajki wybuchają jeden po drugim w fabrykach. Robotnicy są traktowani odmiennie niż reszta społeczeństwa – lekceważy się środki bezpieczeństwa, o kwarantannie nie ma mowy, tym bardziej o przerwaniu pracy.
 
Robotnicy domagają się racjonalnych środków, a ich determinacja powoduje zmianę nastawienia i radykalizację biurokratycznych i skonformizowanych związków zawodowych, które zaczynają popierać oddolne żądania. Żądania te obejmują zamknięcie fabryk produkujących dobra nie zaliczane do podstawowych; zamknięcie fabryk produkujących dobra podstawowe na kilka dni w celu przeorganizowania procesu produkcyjnego, tak aby można było zapewnić podstawowe bezpieczeństwo pracownikom, w tym odesłać do domu pracowników nie niezbędnych dla procesu produkcji.
 
Te środki nie rozwiązują zasadniczego problemu gospodarczego kapitalizmu. Zmiany organizacyjne na czas epidemii nie mają nic wspólnego z nowymi stosunkami pracy, chociaż pokazują robotnikom ich zasadniczą rolę w systemie produkcji. Są to jednak tylko środki techniczne. Dla skutecznego programu marksistowskiego brakuje spójnej wizji działania czynnika intelektualnego. Niezbędnym elementem jest stworzenie jednolitej koncepcji działania na poziomie państwa i na poziomie międzynarodowym w przypadku dojścia lewicy rewolucyjnej do władzy.
 
Dla lewicy mającej korzenie w ruchu anarchistycznym bardziej niż marksistowskim, zasadniczą kwestią jest zapewnienie demokratycznej zasady podziału na bazie produkcji, w której decydującą rolę odgrywają bezpośredni producenci. W porównaniu z marksistami, anarchiści nie kwestionują warunków rynkowych otoczenia, w jakim działają przedsiębiorstwa samorządowe. Nie różnicują przedsiębiorstw na produkcyjne i stanowiące opokę władzy państwa robotniczego i na pozostałe, ale traktują jako zasadniczą sprawę demokratyczne reguły panujące w nich. Bezpośrednia decyzyjność załogi w odniesieniu do wytworzonego produktu jest niezauważalnie znoszona dzięki organizacji społeczności lokalnej, która w praktyce znosi władztwo decyzyjne robotników. Załogi robotnicze są bowiem członkami społeczności lokalnych i w ten sposób uważa się ich decyzyjność za zagwarantowaną. Inaczej, ich decyzyjność wewnątrz firmy jest korygowana warunkami rynkowymi, wymuszając jak najbardziej racjonalne ograniczenia. Wynika to z podstawowej sprzeczności, jaką podnosi marksistowska teoria, a mianowicie z tego, że wartość dodatkowa pochodzi z wartości wytworzonej, ale nieskonsumowanej przez bezpośredniego producenta. W warunkach rynkowych, w przedsiębiorstwie samorządowym, załoga może rozporządzać całą wytworzoną wartością, ale socjalizacja wartości dodatkowej odbywa się, jak zwykle w kapitalizmie, poprzez rynek.

System klasowy pozostaje więc niezakwestionowany.
 
Alternatywa marksistowska zakłada uprawnienia decyzyjne klasy robotniczej na poziomie ponadzakładowym, co jest już zakwestionowaniem kapitalizmu (dyktatura proletariatu).
 
Faktycznie więc, o ile kapitał tylko czyni pozory troski o zwykłych obywateli, wykazując w całej rozciągłości sytuację zależności grup nieprodukcyjnych od kruchej równowagi między przewagą gospodarczą danego kraju a jego polityką socjalną wyrażającą się w tworzeniu otoczki obsługującej normalne funkcjonowanie państwa. Grupy te mogą funkcjonować dostarczając sobie nawzajem usług pod warunkiem obfitego nasmarowania trybów tego mechanizmu środkami finansowymi. Jeżeli nadchodzi kryzys i sprawdza rzeczywistość danego systemu, stajemy w obliczu konieczności uznania wielkiego odłamu społeczeństwa za „ludzi zbędnych”.
 
Nie oznacza to deprecjacji ich wysiłku i kreatywności, ale fakt, że mogą oni dobrze funkcjonować tylko w warunkach zdrowych podstaw gospodarczych. A te w przypadku globalnego kapitalizmu już od dawna nie są zdrowe. Postulowane przestawienie gospodarki z produkcji dla zysku na produkcję dla zaspokojenia potrzeb wymaga od lewicy marksistowskiej precyzyjnego zdiagnozowania, jak zorganizowana gospodarka będzie w stanie podporządkować się temu hasłu.
 
Wydaje się bowiem, że współcześni marksiści są głęboko przekonani, że wszelka aktywność komercyjna stwarza sama dla siebie popyt. Zamiast rozwijać Marksa, cofnęli się do Saya.
 
Oczywiście, można łatwo przewidzieć, że w przeciwieństwie do postulatu zapewnienia wszystkim chwilowo unieruchomionym w domu rekompensaty utraconych zarobków, wizja zmiany stosunków produkcji nie wywoła równego entuzjazmu.
 
Przyjęcie wizji marksistowskiej nie musi spotkać się z entuzjastycznym odzewem także wśród najbardziej zainteresowanych – robotników. Kapitał rysuje perspektywę łatwiejszą, a mianowicie utrzymanie systemu globalnej eksploatacji peryferii na rzecz uprzywilejowanej garstki państw Centrum. Populizm jest podsycany wyraźnie elitarnymi cechami współczesnych społeczeństw Zachodu, opozycją między elitami (politycznymi, artystycznymi) a robotnikami, którzy stali się ostatnio preferowanymi kozłami ofiarnymi propagandy obywatelskiej ze względu na swe tradycyjne rysy charakteru.
 
Sytuacja zapewne faktycznie przekształca się na naszych oczach w rewolucyjną. Niemniej lewica, aby wykorzystać nadarzającą się szansę musi się zmienić zasadniczo.
 
Z jednej strony, sami utrzymujemy od dawna, że zmiana wymaga przyłożenia maksymalnej siły do właściwego punktu, żeby przezwyciężyć inercję starego systemu. Epoka kryzysu wspomagana w tym sensie przez epidemię, podobnie jak wojna upraszcza widzenie pewnych sytuacji i ułatwia forsowanie rozwiązań, które w innych warunkach nie zostałyby zaakceptowane. Jednak zaraz po tym czai się skomplikowana sytuacja konieczności nadania nowym rozwiązaniom charakteru stabilnego, co nie należy już do zadań łatwych, jak uczy doświadczenie Rewolucji Październikowej.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
24 marca 2020 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Świetlana przyszłość

ccommiefut.png
See video

 
Tymczasem, należy wziąć pod uwagę fakt, że dotychczasowe istnienie człowieka w przyrodzie zakładało przystosowanie się człowieka do warunków. Eliminowanie środowiska naturalnego i zastępowanie go środowiskiem sztucznym gwałtownie zachwiało mechanizmem dostosowawczym człowieka. Stopniowe eliminowanie środowiska na rzecz stworzonego przez nas samych powoduje wzmacnianie oporu organizmów, które też tracą warunki dotychczasowej równowagi. Mutują, bo przetrwać w tym niezwykle surowym i jałowym środowisku stworzonym przez człowieka, mogą tylko organizmy, które się do niego skutecznie przystosowały. Wirusy, jako organizmy na wpół ożywione, mają w porównaniu z nami – organizmami skomplikowanymi i trudno adaptującymi się z powodu tej złożoności – zasadniczą i niezbywalną przewagę. Wygląda na to, że za jakiś czas będą one naszym jedynym środowiskiem naturalnym. Wniosek jest prosty – należy się do siebie dostosować, a nie walczyć, bo nie mamy szans. Wniosek jest racjonalny, a nie oparty na normalnym podejściu, które zakłada agresywną reakcję na coś, co rozumiemy jako agresję.
 
Na agresji jest oparty świat, jak go stworzył miłosierny Bóg – wedle wierzeń ludzi religijnych. Z żalem, ale jednak godzimy się z wymieraniem w geometrycznym postępie kolejnych gatunków flory i fauny na naszej planecie. Dopóki my pozostajemy, to z nieszczęściem zwierząt i roślin jesteśmy w stanie dojść do ładu. Zostajemy sam na sam z bytem, dla którego jesteśmy żywicielem ostatniej szansy. Motywacja wirusów jest o wiele bardziej zdeterminowana niż nasza, dekadencka. One niekoniecznie poddają się emocjom, które osłabiają nasz system odpornościowy. Niczym dynamiczny, młody kapitalizm prą żywiołowo do przodu nawet nie zauważając co niszczą po drodze. Nie mają poczucia winy, która by osłabiała ich żywiołowy pęd.
 
Nie mamy z nimi szansy. Ba, szkoda byłoby je wyeliminować, ponieważ to jest jedyne, co nam pozostanie jako sentymentalne wspomnienie po locie żywych pszczół i świergocie żywych ptaków. Wirus jako zwierzątko domowe. A może to on nas udomowi?
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
5 kwietnia 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Wyzysk pracy twórczej z perspektywy marksizmu

_tylko_sztuka.jpg
See video

 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 
18 marca 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Rozum w czasach zarazy

Czerwona-zaraza.JPEG
See video

 
Mówiąc poważnie, prawda jest po trochu po obu stronach. W epoce przedkapitalistycznej, tzw. wolne zawody obsługiwały bezpośrednio klasy posiadające. Były za to wynagradzane z wartości dodatkowej, którą owe klasy uzyskiwały głównie z wyzysku chłopów. Tworząca się burżuazja, naśladująca arystokrację, wywołała zwiększony popyt na ludzi wolnych zawodów. Burżuazja, podobnie jak arystokracja, zapewniała jej dość stabilną sytuację ekonomiczną. Poza tą grupą istnieli rzemieślnicy, właściciele swoich środków produkcji. Narodziny kapitalizmu wiązały się z proletaryzacją nadwyżki zbędnych rąk na wsi oraz zagroziły rzemieślnikom. Demokratyzacja upowszechniła popyt na usługi wolnych zawodów, co było powodem poszerzenia tej grupy społecznej. Ale wraz z tym i z faktem, że grupa ta zaczęła obsługiwać klasy zatrudnione w produkcji, cieszące się niezbyt stabilnym dochodem, sytuacja dolnej części wykształconego drobnomieszczaństwa w konsekwencji przestała być stabilna. 
 
Faktycznie, rozrost siły biurokracji państwowej jest efektem nacisku owych grup, które potrzebowały stworzenia mecenatu zdolnego zastąpić mecenat prywatny arystokracji epoki przedkapitalistycznej. Oczywiście, nacisk ten pochodził z dołów owej warstwy, jako że ówcześni celebryci, podobnie jak ich współczesne odpowiedniki, cieszą się wyjątkowymi warunkami, możliwymi tylko dla nielicznych. 
 
Ruch socjalistyczny, kładąc nacisk na edukację robotników, także przyczyniał się do wzrostu zapotrzebowania na usługi tej grupy. Prawa socjalne, wywalczone przez robotników sprzyjały zapotrzebowaniu na umiejętności warstw pośrednich (usługi medyczne, kulturalne, ubezpieczeniowe, bankowe itp.) 
 
Pretensje tej grupy społecznej do roli produkcyjnej są wynikiem siły ruchu robotniczego przełomu XIX i XX wieku. Grupy te, w istocie, są niesamodzielne w tej kwestii, są zdane na łaskę i niełaskę swych klientów. Ich liczebność powoduje, że tylko jednostkom udaje się zyskać taki status społeczny i sławę, która zapewniałaby im stabilny dochód i wystarczające na trudne czasy oszczędności. 
 
Powstanie pierwszego państwa socjalistycznego, jakby nie było zdegenerowane, wprowadziło mechanizmy znoszące konsekwencje pewnych dolegliwych sprzeczności kapitalizmu. Przede wszystkim jednak, pierwsze państwo socjalistyczne nie wprowadziło – mimo szczerego zamiaru – systemu dyktatury proletariatu, ale system państwowego mecenatu w społeczeństwie, które miało przestać mieć charakter klasowy. Rozbudowano system zabezpieczeń społecznych, system powszechnej edukacji i upowszechniono dostęp do osiągnięć kulturowych. Czyli to wszystko, co stanowiło przedmiot postulatów drobnomieszczaństwa. Było to zgodne z ideologią i programami masowych partii socjalistycznych przełomu wieków. 
 
Nie wprowadzono jednak zasady pełnej demokracji i wolności obywatelskich. 
 
Bynajmniej nie z powodów błahych, ale dlatego, że były one wymierzone przeciwko klasie robotniczej i przeciwko dyktaturze proletariatu. Aby zaspokoić roszczenia grup, które nie zasilały klasy produkcyjnej i dlatego odbiegały od tego, czemu mogła sprostać owa klasa robotnicza, państwo „proletariackie” musiało wziąć „za pysk” przede wszystkim robotników. Z punktu widzenia ekonomicznego, prawa socjalne są potrąceniem z wartości dodatkowej. 
Wartość dodatkowa powstaje w wyniku potrącenia z wartości całkowitej kosztu utrzymania bezpośredniego producenta. Koszt utrzymania bezpośredniego producenta nie musi wystarczać do opłacenia uprawnień socjalnych w momencie, kiedy całością wartości dodatkowej zarządza biurokracja państwowa. Podwyższenie płacy producenta, jak pokazuje przykład państw kapitalistycznych, nie jest rozwiązaniem problemu, ponieważ istnieją różne mechanizmy, które pozwalają na sprowadzenie płacy nominalnej do jej realnego wyrazu, dużo mniej satysfakcjonującego. Zarządzanie na poziomie ogólnospołecznym jest narzędziem skuteczniejszym, jak wskazuje przykład realnego socjalizmu. Ważne jest jednak, kto zarządza. Biurokracja państwa nie może zastąpić klasy robotniczej w charakterze podmiotu zarządzającego wykorzystaniem wartości dodatkowej. To znaczy, może – jak widać z historii. Niemniej, nie jest to ten typ zarządzania, który przewidywał Marks czy Lenin. 
 
Nie ma tu znaczenia, czy jest to demokratyczny, czy niedemokratyczny (zdecentralizowany czy scentralizowany) sposób realizacji owego zarządzania. Lewica często plącze owe sprawy. Rzecz nie polega bowiem na tym, jak sprawić, aby jak najszersza rzesza społeczeństwa sprawowała kontrolę nad decyzjami redystrybucyjnymi (bo tak jest demokratycznie), ale na tym – w czyim interesie? 
 
Wszystko zależy od tego, jak sformułować i sprecyzować zasadniczy problem gospodarki nowego społeczeństwa. 
 
Wbrew oczekiwaniom różnych pięknoduchów, społeczeństwo bezklasowe nie ma być społeczeństwem klasowym, tylko bez ograniczeń naturalnych – ze strony środowiska. Z tymi ograniczeniami w postaci katastrofy klimatycznej czy pandemii (źródło jest jedno, objawy – różne) zaczynamy się stykać, a problem staje przed nami w całej okazałości. Zniesienie przeciwieństw klasowych w ten sposób, że przesuniemy w nieskończoność ograniczenia naturalne, okazało się płonne. Choć wielu jeszcze zachowuje przekonanie, że jak się wypuścimy w kosmos, to będzie co niszczyć jeszcze przez parę stuleci. 
Problem w tym, że przy potężniejącym poziomie sił wytwórczych i uzależnieniu ludzi od siebie w ramach społeczeństwa (kto dziś przeżyłby sam na izolowanej planecie? I czy by chciał?), nie ma takiej odległości, która nie zostałaby wypełniona techniką, sztucznym środowiskiem, uniemożliwiającym zasadniczo bezkolizyjne korzystanie z darmowych niemal dóbr przyrody na etapie zwierzęcym ludzkości. Sami zresztą należąc do tej kategorii dóbr przyrody. Tak, jak to miało miejsce, kiedy ludzie żyli jeszcze w stanie przedspołecznym. 
 
Problem więc nie rozwiązuje się, tylko nabiera skali, co już brzmi mało pocieszająco. 
 
Zasadniczym problem społeczeństwa nie jest niedostatek dóbr, ale porządek korzystania z nich. Marks kiedyś stwierdził, że dopiero w społeczeństwie mogło dojść do rażącej nierówności sytuacji poszczególnych ludzi. Im bogatsze społeczeństwo, tym bardziej rażąca nierówność. Im bardziej pracujesz, tym jesteś biedniejszy. 
 
Ideologicznie ludzi zniewala przekonanie, że sprawiedliwość polega na tym, aby za bardziej specjalistyczną, bardziej kwalifikowaną pracę, wynagradzać lepiej. Uzasadnia się to przydatnością społeczną takiej pracy, jej wpływem na osiąganie bogactwa przez dane społeczeństwo. Nie zwraca się tylko uwagi na to, że obecnie pracą można nazwać wszystko, za co można otrzymać wynagrodzenie. Tendencja do tego stanu rzeczy istniała od zawsze, weźmy choćby najstarszy zawód świata. Nie jest jednak, jak się zdaje, jakiś szczególnie nobilitujący trop myślenia. 
 
Ponieważ wszystkie relacje międzyludzkie zostały utowarowione, przynajmniej potencjalnie, otwierając drogę przyszłym możliwościom, należałoby wprowadzić jakiś porządek i hierarchię w pojmowaniu pracy. Czym istotnie różnią się od siebie różne rodzaje pracy? Jakie kategorie możemy tu wyróżnić? 
 
Nasze relacje z przyrodą od początku istnienia ludzkości miały charakter pracy, przetwarzania przyrody. Pozostałe przejawy aktywności nie miały na celu pozyskiwania dóbr od przyrody, ale tytułów do przechwytywania owych dóbr, a na wyższym etapie – przechwytywania dóbr od tych, którzy już je przechwycili. Podobnie jak z systemem finansowym, z kreacją papierów pochodnych, których replikacja wydaje się nie mieć końca, ani żadnego ograniczenia, tak i z pomnażaniem tytułów do przechwytywania dochodów w postaci kreowania nowych rodzajów pracy użytecznej społecznie. Wszystko można w te tytuły zamienić, ale w końcu okazuje się, że bańka musi pęknąć, bo rzeczywistość, na której to wszystko zbudowano – nie wytrzymała ciśnienia. 
 
Tworzenie pochodnych rodzajów pracy nie ma końca. Natomiast praca produkcyjna, pierwotna i oparta na przetwarzaniu przyrody, ma ograniczenie wmontowane w nią samą – jest nim wydolność organizmu, wydolność siły roboczej. Siła robocza wie najlepiej, ile wysiłku warto włożyć w celu osiągnięcia jakiegoś efektu, a po jakim wysiłku należy odpuścić i oddać się wypoczynkowi. Tytuły do przechwytywania wartości dodatkowej są nienasycone, gdyż otrzymują namiastki, towar niepełnowartościowy. Towar przekazywany dalej nie może być pełnowartościowy, ponieważ musi być podzielony na zbyt licznych odbiorców, więc jest rozwadniany w dowolny sposób. Zamiast wielkiego pałacu – mały domek, zamiast podróży własnym jetem – wycieczka turystyczna itd. 
 
Ale wypracowanie tego nie kosztuje nabywcy, więc uważa on, że należy tego produkować jeszcze więcej i więcej. Żywiołowość, która stanowi kwintesencję wolności osobistej, nie może tu więc postawić żadnej bariery wobec zachłanności – bo nie boli cudza praca, cudzy wysiłek. Naturalną barierą dla zachłanności jest własna praca. 
 
Marksizm nie proponuje sztucznych barier i ograniczeń. Proponuje wszystkim udział w pracy, o której granicach będzie spontanicznie decydował sam właściciel harującej siły roboczej. Czyli wszyscy będą mogli ocenić, czy im się opłaca dalej jeszcze przelewać pot, czy też należy przerwać i oddać się urokom czasu wolnego. 
 
Jeżeli więc mówimy o dobrach materialnych, to decyzja o podziale ich owoców należy do ich producentów, a nie do tych, którzy są nienasyceni. Dlatego też dyktatura proletariatu dotyczy politycznych i ekonomicznych warunków zabezpieczających prawo klasy robotniczej do decydowania o sposobie podziału wartości dodatkowej w sektorze produkcji materialnej. Pozostałe rodzaje aktywności zawodowej są narzuconymi przez kapitał sposobami pozyskiwania tytułów do udziału w podziale nadwyżki. Kapitał stoi między grupami społecznymi o wyraźnie przeciwstawnych interesach (zrodzonych zresztą przez system klasowy) i odgrywa rolę arbitra. 
 
Połączenie kapitału i biurokracji daje możliwość skutecznego utrzymywania w ryzach społeczeństwa i niedopuszczenia do walki klasowej. We współczesnym świecie istnieją tylko walki roszczeniowe. Tak jakby poziom tradeunionistyczny stał się wszechobejmującą pandemią umysłów. Roszczeniowość zakłada niezmienne istnienie kogoś ponad nami, kto decyduje. 
 
W tym fakcie najlepiej odbija się drobnomieszczańska mentalność korząca się przed biurokracją państwową jako jedyną siłą zdolną zmusić kapitał do podzielenia się zyskiem. Drobnomieszczaństwo nie jest w stanie oderwać się od mentalności kogoś, kto oczekuje, że kapitalista się z nim podzieli. I warczy jak pies na rywala, który też chciałby, żeby kapitalista rzucił mu jakiś ochłap. W 100 lat po burzliwym życiu ruchu robotniczego, współcześni robotnicy zostali pozbawieni świadomości, że sami trzymają w ręku produkcję. Na tej świadomości nie zależy ani kapitalistom, ani biurokracji, ani lewicy drobnomieszczańskiej. 
 
I Andriej Korjakowcew miał tu dobry przykład, podczas swojego kontaktu z robotnikiem. Wszyscy kradną, twierdzi robol. Żadnej subtelnej analizy, po chamsku – wszyscy kradną, łącznie z wypowiadającym te słowa. Ale, oczywiście, nie Korjkowcew. To on jest okradany przez „system”. Pogarda Korjakowcewa sięga zenitu. Bój się, Andriej. Resztka świadomości klasowej robotnika wyraża się w zdaniu: „ale ja kradnę to, co sam wyprodukowałem”. 
 
Nie wszystko stracone. 
 
Co to ma wspólnego z Althusserowskim strukturalizmem, z antyhumanistycznymi prawami historii? 
 
Ale jasne, robotnik nie człowiek. To tylko konstrukt dla Korjakowcewa. Wyidealizowany konstrukt służący powołaniu większego konstruktu – klasy robotniczej. Ci, którzy dzielą Marksa na „młodego” i „starego”, odrzucają humanistyczne odczytanie jego dzieła. Podział jest sztuczny. 
 
Pozostaje tylko problem, czemu Marks ewoluował tak właśnie, a nie inaczej. Czemu budził tak zawziętą nienawiść wśród liberalnych demokratów swego czasu, wśród anarchistów i większości przywódców robotniczych, którzy mieli poglądy zadziwiająco podobne do tych, jakie dziś głoszą „nietotalitarni” lewicowcy. Coś tu nie pasuje. 
 
Z punktu widzenia klasy robotniczej, Althusser czy Korjakowcew, to jedna banda wychwalająca wszechmoc biurokracji, choćby i z pozycji własnej wyższości. Banda akceptująca wszelkie wygibasy władzy, aby tylko skutecznie realizowała program ekonomiczny, do którego drobnomieszczaństwo nie będzie się wtrącało, bo od tego są fachowcy. Będzie piała hymny pochwalne na cześć neomerkantylizmu, czyli polityki ekonomicznej mającej na uwadze pełną akceptację włączenia się do rywalizacji na arenie gospodarki globalnej, o ile tylko silniejsi gracze pozwolą lub nadciągający kryzys ich zmusi. 
 
Można by się zabić własną pięścią, gdyby człowiek uwierzył, że o to właśnie chodziło Marksowi. 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski16 marca 2020 r. 
 
Załącznik:  
 
АНДРЕЙ КОРЯКОВЦЕВ: КАК УНИЧТОЖИТЬ РЕВОЛЮЦИОННЫЙ РАБОЧИЙ КЛАСС 
 
Продолжу тему.

Как уничтожить революционный рабочий класс? Капитализм во время мировой революции первой половины XX века это делал просто: отправлял на электрический стул многочисленных сакко и ванцетти, расстреливал мирные демонстрации - во имя, конечно, либеральных свобод. Но все это хлопотно и не гуманно. Преформированный бюрократией капитализм поступает тоньше и эффективнее: он заставляет буржуазию с рабочими делиться. Рабочие получают объект собственности (жилье, автомобили, любовниц etc), садятся на вэлфер, тем самым приобщаясь к великой буржуазной культуре потребления и осваивая ее. Экономика и культура начинают обслуживать его, в целом невзыскательные, интересы. Ширпотреб и попса, наряду с полетами в космос, торжеством просветительской парадигмы в образовании, массовым атеизмом, успехами массового здравоохранения и т.д. (причем, здесь имеется в виду не только и даже не столько Советский Союз) - вот памятники этой экономической диктатуры пролетариата середины XX века. Впервые в истории пролетариат наедается досыта, к великому раздражению номенклатуры левых партий и сект. Тут появляется Альтюссер и говорит: люди и их потребности - это все ненаучная и буржуазная фигня. Забудьте о них. Забудьте о гуманизме вообще. Коммунизм победит не благодаря людям. Он победит потому, что таков Закон. Вот и Маркс об этом писал. Ах, Маркс писал иначе?Так это неправильный Маркс, "ранний". И вообще у Маркса надо читать только то, что совпадает с генеральной линией партии.

С одной стороны, буржуазии экономическая диктатура пролетариата выгодна: она получает массового покупателя своих товаров и социальную стабильность. Кроме того, все черезчур идейные левые в данной ситации оказываются в щекотливом положении и нейтрализируются: продолжая бороться "против капитализма", они в данных условиях борются против социальной повестки, монополизированной гран(социал)бюрократией и против самого рабочего класса. С другой стороны, буржуазию тяготит налоговое бремя. И она, вместе с левацкой (прото)номенклатурой, начинает крестовый поход против "общества потребления" и welfare state. Поэтому, когда welfare state начинает ощущать дефицит ресурсов, связанный с ростом цен на них в конце 60-начале 70-х (а он начал происходить вследствие эмансипации Третьего мира), когда их стоимость начинает перекрывать стоимость рабочей силы, все социальные досттижения капитализма легко уничтожаются и начинается эпоха неолиберализма (после нескольких лет поисков выхода из тупика) - "как бы" эпоха капиталистической Реставрации. Почему "как бы"? Потому что буржуазная реставрация происходит в карикатурном виде: провозглашается рыночная свобода, но: 1. возврата к промышленному капитализму не просходит, все наоборот: национальная промышленность уничтожается в европах и США; 2. институционально welfare state сохраняется, лишь сокращаются объемы перераспределяемого продукта; 3. основным политическим субъектом остается государство, точнее, высшая бюрократия, "гранбюрократия", которая, конечно, делится с капиталом властью - но лишь так, как и насколько она посчитает нужным.

Так промышленный рабочий класс "центрового" капитализма был уничтожен второй раз в новейшей истории. Уже вместе со своей материальной основой, со средствами производства, которые были экспортированы в Третьи страны. 
 
Но успехи Китая, кризис 2008 г. и начавшиеся на фоне Великой рецессии экономические войны с КНР и Россией протрезвили гранбюрократию и крупный капитал развитых стран: в этой войне способен выиграть только тот, кто развивает национальную промышленность. Начинается эпоха неомеркантилизма. Это дает шанс возрождения национальной индустрии - а значит, и национальному рабочему классу. "Верхи", хотят они этого или не хотят, снова становятся от него зависимыми и снова оказываются перед необходимостью запустить механизм welfare state. Пусть в скромном объеме, но тем не менее - в больших масштабах, чем в неолиберальную эпоху.

Однако, не будем строить иллюзий: это возрождает отнюдь не революционный рабочий класс, а только его "буржуазное", потребительское состояние. Получается замкнутый круг, который не в силах разорвать даже самый радикальный левый дискурс, просто потому, что он остается в этих условиях дискурсом, фразой, которую трудящиеся либо не слышат, либо над которой смеются. Нечаевщина рискует воспроизвестись в расширенном виде. 
 
Где выход?

Я уже писал: революционность порождает не нищета; нищета буржуазна; истина нищеты - это и есть welfare state. Социальную революцию в ее последовательном виде порождают развитые, но неудовлетворенные потребности. Да, гран(социал)бюрократия накормит ЭТО поколение рабочего класса. Но следующее поколение потребует большего, относясь к достигнутому уровню как к должному. И так будет до тех пор, пока не появится такое поколение людей, которое потребует главного богатства: не еды, не одежды, не комфортабельного жилья, не авто и даже не маткапитал в размере ипотеки (не потому, что оно аскетично, а потому, что это все у него уже будет). Что же это "главное"? Так откройте Маркса, у него написано: "главное богатство человека - это его свободное время". Вот тогда и придет конец капитализму и всем его превращениям. 
 
za: https://www.facebook.com/andrey.koryakovtsev/posts/3069250493087358 
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Sprzeczność i wyzysk to nie to samo, czyli on s’engage et puis on voit

on.jpg

1111

See video

 
Ruch ten, podobnie jak jego poprzednik z epoki przedrewolucyjnej we Francji, miał specyficzne, własne cele i nie był nastawiony na wyrażanie interesów tracącej historyczne znaczenie klasy bezpośrednich producentów, jaką w tamtym okresie było jeszcze chłopstwo. Tym bardziej nie był nastawiony na wyrażanie interesów nieistniejącej jeszcze klasy nowych bezpośrednich producentów zatrudnionych w nieistniejących jeszcze fabrykach wielkoprzemysłowych. Interesujące w tym kontekście są losy i wybory chłopstwa w okresie samej rewolucji, ukazujące, że postępowy i liberalny ruch antymonarchiczny nie był odbierany jako sojusznik klasy-producenta. Ruch liberalno-demokratyczny miał dynamikę niezależną również od dynamiki kształtującej się później, po pierwszej rewolucji przemysłowej, klasy robotniczej. 

  
Późniejsze losy obu nurtów ruchu demokratycznego ukazały rozbieżność ich celów. Znajdowało to odzwierciedlenie w pozycji, jaką zajmował nurt reprezentowany przez Marksa i Engelsa oraz ich współtowarzyszy w ruchu robotniczym, w znanych podziałach, jakie miały miejsce nawet w łonie kierowanych przez nich organizacji politycznych, w tym i w I Międzynarodówce. 
 
Relacje między nurtem liberalno-demokratycznym a „marksistami” były relacjami konfliktu, okresowo łagodzonego bynajmniej nie zawsze dzięki wysiłkom antagonistów Marksa. 
 
Wedle przeciwników Marksa, konflikty były wynikiem jego nadmiernych ambicji i osobistej arogancji. W sytuacji, gdyby nie było rozbieżności między celami ruchu robotników a nurtem liberalno-demokratycznym, takie oskarżenie miałoby zapewne mocne podstawy. 
 
Jednak są powody, by przypuszczać, że konflikty były następstwem faktu, iż polityczne cele ruchu robotniczego nie sprowadzały się do postulatu konsekwentnej realizacji programu radykalnej burżuazji z jej „heroicznej” epoki walki z monarchią absolutną. Utożsamienie się Marksa ze świeżym ruchem robotniczym, który tak naprawdę swoją samoświadomość zyskał właśnie w marksizmie, było przełomem pozwalającym na oddzielenie okresu młodoheglowskiej krytyki od okresu kształtowania się autora, który otworzy nową epokę dziełem zatytułowanym Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej
 

Z dotychczasowych wywodów chcielibyśmy, aby czytelnik uprzytomnił sobie, że radykalny ruch społeczny, liberalno-demokratyczny, idący od Rewolucji Francuskiej, wywodził się właśnie z tradycji tych grup społecznych, które w łonie sił demokratycznych i liberalnych były głęboko antyjakobińskie. Sprowadzając sprzeczność między nurtami w Rewolucji Francuskiej do sprzeczności między metodami walki (w istocie nieodbiegającymi od siebie, ale w przypadku jakobinów mniej zakłamanymi i nie mającymi zaplecza w wyrozumiałości interpretacyjnej ówczesnych massmediów), koncepcje radykalnych, antysystemowych w sensie systemu burżuazyjnego sił politycznych zostały skrupulatnie poddane propagandowemu wymazaniu i konsekwentnie odwoływano się do nich wyłącznie, jeśli chodziło o wskazanie, skąd idzie tradycja przemocy w walce klasowej. 
 
Prawomocność walki o cele liberalno-demokratyczne w swym najdalej posuniętym radykalizmie pozostała wewnątrzsystemowa. Przemoc została usankcjonowana w odniesieniu do „sprawiedliwych” wojen narodowowyzwoleńczych lub kolonialnych (w imię rywalizacji narodowych odłamów burżuazji europejskiej i racji stanu) oraz w ruchu rewolucyjnym na rzecz zniesienia reakcyjnych reżymów zapóźnionych we wprowadzaniu stosunków kapitalistycznych, jak Rosja czy Prusy. Z tym, że rewolucja traci legitymację natychmiast po osiągnięciu etapu skutecznej rewolucji burżuazyjnej… 
 
*  

Przyjęło się uważać, że Marksowska teoria wartości dodatkowej stanowi naukowe uzasadnienie prawomocności roszczeń ruchu robotniczego. Od Stanu Trzeciego nikt nie żądał naukowego dowodu rzetelności dla jego cahiers de doléances. Postanowienia Praw Człowieka i Obywatela, oparte na oświeceniowym kulcie „dobrego dzikusa” i jego przyrodzonej dobroci uzasadniającej równość wszystkich ludzi i ich przyrodzone prawa, były wprowadzane równolegle do bezwzględnego holokaustu ludności tubylczej Nowego Świata. Nie szkodziło to jednak ideałom nowej epoki i nie wywoływało powszechnego przekonania, że „po owocach jego poznacie go”. 
 
W skrócie, nowatorstwem Marksa w stosunku do myśli społecznej epoki i do jej ekonomii klasycznej nie była ani konstatacja walki klasowej, ani konstatacja wyzysku. Korjakowcew stwierdza nawet, że przekonanie o tym, iż im więcej bogactwa wytwarza robotnik, tym bardziej popada w ubóstwo, czy że bogactwo opiera się na wyzysku pracy społecznej, było w ówczesnym czasie prawdą obiegową. Skromnym odkryciem Marksa pozwalającym na rozwiązanie zagadki źródła wartości dodatkowej było odróżnienie pojęć „siła robocza” i „praca”. 
 
Siła ruchu robotniczego w XIX wieku nie opierała się na naukowym fundamencie Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy, ale na tym właśnie potocznym postrzeganiu sytuacji. Rozwijające się stowarzyszenia robotnicze, związki zawodowe i tym podobne organizacje tworzyły się spontanicznie z wystarczającym odwołaniem do zasad postępującej demokratyzacji stosunków społecznych. Oczywiście, w bogatych krajach europejskich czy w Nowym Świecie, szczególnie w Ameryce Północnej. Teoria naukowa stanowiła jednak podstawę dla tworzenia się ruchu politycznego klasy robotniczej. Była potrzebna dla tworzenia programu walki o zmianę systemu społecznego na system bezklasowy. Taka zmiana nie mogła opierać się na potocznym przekonaniu czy prostym zdrowym rozsądku. Wychodziła poza ramy oczywistego ruchu liberalno-demokratycznego i angażowała intelektualistów, którzy potrzebują naukowego uzasadnienia dla swego zaangażowania. 
 
Dopóki walka pozostawała wewnątrzsystemowa, nie zwracano uwagi na to, że w potocznym rozumieniu teoria wartości dowodziła czegoś, co było widoczne gołym okiem, a mianowicie, że po opłaceniu wszystkich czynników produkcji, kapitaliście pozostaje w ręku więcej pieniędzy, niż wyłożył. Biorąc pod uwagę, że sam żył w dostatku, zaś zatrudnieni przezeń robotnicy – w skrajnej nędzy, oczywistym była niesprawiedliwość takiej sytuacji, przynajmniej z pozycji robotników. Aby ich zaagitować do sprzeciwu, nie trzeba było się mocno wysilać. 
 
Inaczej było historycznie w epokach, kiedy ogólna prosperity podnosiła wszystkie łodzie, albo w epoce kryzysu, kiedy kapitaliści, zwłaszcza ci słabsi, plajtowali. Jednak kryzys nadprodukcji (charakterystyczny dla cyklów koniunkturalnych) powodował krzyczące marnotrawstwo, które jeszcze bardziej podnosiło wiarygodność teorii Marksa jako dodatkowo koncepcji alternatywnej wobec kapitalistycznej organizacji produkcji. 
 
Pozytywistyczna nauka końca XIX wieku upomniała się o swoje żądając, aby naukowość teorii wartości przybrała postać koncepcji, która pokazuje, jak przekształcać wartości (pojęcia spekulatywne) w ceny (pojęcia odzwierciedlające rynkową empirię). To wyzwanie zostało podjęte bez powodzenia, chociaż na drodze poszukiwań wykonano pożyteczne prace dotyczące zagadnienia równowagi, koniunktury czy interwencjonizmu państwowego. 
 
Okres II Międzynarodówki przyniósł równie pozytywistyczne zabiegi systematyzujące ujęcie procesów historycznych, wychodzące poza rozważania Marksa i uświęcające schematy, które później posłużyły mechanistycznemu modelowi ideologicznemu Stalina, nazywanemu „naukowym socjalizmem”. Dialektyczna metoda Marksa została przykrojona do pozytywistycznego wyobrażenia o niej, co nie mogło skończyć się dobrze. 
 
Podobnie jak M. Siemek w Polsce, tak A. Korjakowceww Rosji, kilka dekad później, zarzucają Engelsowi ontologizację dialektyki, która miała prowadzić do takiego właśnie wypaczenia oryginalnej teorii Marksa. Przy okazji nie może prześliznąć się nieumoczony w nieczystościach Lenin, który jednak ma na swoje wątłe usprawiedliwienie fakt, że nie mógł znać Manuskryptów paryskich Marksa. 
 
Jak mówi Korjakowcew, dialektyka jest wynikiem poznania naukowego, a nie jego założeniem. Poza tym – ma charakter antropologiczny, a więc jest nieodłączna od nauki o człowieku. 
 
Dodatkowym straszakiem na marksistów i materialistów jawi się to, że dla Hegla pojęcie jest elementem Przyrody. Dialektyka jest więc czymś zewnętrznym wobec człowieka, co bardzo brzydko pachnie w świetle klasycznej filozofii niemieckiej, gdzie rzeczywistość rzeczy samej w sobie pozostaje niepoznawalna. 
 
Trudno jednak zgodzić się z tezą, że dialektyka miałaby stanowić wynik poznania naukowego, skoro stanowi ponoć metodę – marksizmu czy czego innego. Stwierdzenie czy badanie jest naukowe, czy nie, w najogólniejszych ramach sprowadza się do tego, czy podlega jakimś ściśle określonym rygorom, które można skontrolować. W żaden sposób nie przesądza o tym, czy otrzymamy satysfakcjonujący wynik. To znaczy taki wynik, który nam gwarantuje poznanie obiektywnej prawdy. Dlatego, jeśli dialektyka jest metodą, to nie jest ona wynikiem poznania (nigdy nie będziemy mieli pewności), ale aby była metodą naukową, musi mieć sprecyzowane założenia i reguły wyciągania wniosków. 
 
Ale nie w tym rzecz. 
 
Specyficzną cechą dialektyki jest to, że zakłada ona, iż prawa myślenia są tożsame z mechanizmem funkcjonowania rzeczywistości pozaludzkiej. Zasada materializmu powinna logicznie zakładać, że skoro myślenie jest wytworem materii, to prawa myślenia są takie same, jak prawa ruchu materii. 
 
Stąd logicznie wynika, że jeśli ontologizacja dialektyki oznacza, że materia, przyroda funkcjonuje dialektycznie, to nie ma w tym nic zdrożnego. Różnica pojawia się dopiero na etapie, kiedy to myśl ludzka staje się dla siebie przyczyną. Człowiek nadal działa zgodnie z prawami wszechświata (prawami dialektyki), ale sam stworzył dzięki swej myśli zmienione warunki tego działania, czyli zmodyfikował sytuację poznawczą. Zachodzi więc zmiana ilościowa, która może być początkiem kumulacji o charakterze jakościowym. Trudno uwierzyć, żebyśmy już nie przeszli w ewolucji kilku takich przełomów jakościowych, np. wychodząc ze świata zwierząt do świata ludzi. 
 
Nawet gdyby umysł odszedł bardzo daleko od instynktu, czyli od podlegania prawom przyrody (dialektyki) w sposób ślepy, nie prowadzący do zmian jakościowych, do zaistnienia czasu, to nie ma powodu, aby twierdzić, że świat zewnętrzny jest niepoznawalny. Jest poznawalny, ponieważ im bardziej doskonalimy się w poznawaniu siebie (z czego jesteśmy tak dumni), to tym samym poznajemy świat zewnętrzny w tym sensie, że rozumiemy jego mechanizm działania. Do poznania, np. składu chemicznego jakiegoś ciała nie potrzebujemy dialektyki, wystarczy skumulowane doświadczenie empiryczne i właściwe narzędzie. 
 
Wydaje się, że z tych kilku akapitów jasno widać, iż dialektyka nie polega na ustaleniu niezawodnego w każdej sytuacji schematu następowania po sobie zdarzeń, nie znoszącego żadnego odstępstwa.
 
W ujęciu Korjakowcewa (i nie tylko jego), w trakcie rozumowania dialektyka ulega niepostrzeżenie podmianie na alienację. Tłumaczy się to chronologią postaci, które poprzedzały pojawienie się Marksa. Krytyka Hegla przez Feuerbacha nie rozwiązuje problemu dialektyki (na ile jest tu jakiś problem), ale przekierowuje uwagę na kwestię alienacji. Spekulatywne myślenie, w dodatku obarczone grzechem konformizmu wobec płaskiej rzeczywistości, przegrywa w zderzeniu z krwistością realnego człowieka w jego materialnej postaci. Świat jednostki jest polem oddziaływania sprzeczności, które powodują jej rozwój. Zasadniczo świat społeczny, więzi społeczne są wyrazem dialektyki osi „ja” i „ty”, które prowadzą do powstawania nowych jakości. Oddziaływanie między jednostką a światem społecznym prowadzi do alienacji, która jest wyrazem wychodzenia jednostki do owego świata, jak i mechanizmem przezwyciężania owej alienacji.
 
W rzeczy samej, tak rozumiana dialektyka ogranicza swe funkcjonowanie do świata społecznego. Precyzuje też specyficzne rozumienie wzajemnych stosunków. Konflikt interesów zostaje sprowadzony do dialektycznej sprzeczności, która wyraża się w procesie alienacji, niezbędnej wszak do późniejszego jej przezwyciężenia i stworzenia nowej jakości w życiu społecznym. Alienacja jest naturalną metodą komunikacji ze światem społecznym, związaną z przekraczaniem bariery między „ja” a „ty”. Zamiast obiektywistycznego konfliktu interesów mamy do czynienia z wiecznym negocjowaniem, w procesie którego uznajemy podmiotowość drugiej osoby.
 
Ostatecznie, rzuca na szalę ostatni argument Korjakowcew, Marks patrząc na zwykły stół, widzi w nim całokształt działalności człowieka, wyraz stosunków społecznych. Materialną rzeczywistością człowieka jest więc ten stół jako wyraz całokształtu stosunków społecznych, który sam w sobie albo jest niepoznawalny, albo… niewart szczególnej uwagi.
 
Dlatego też, kontynuuje Korjakowcew, wartość dodatkowa ma charakter materialny, ponieważ jest rezultatem ludzkiej działalności. Rozważanie materialnego (w sensie obiektywnie, niezależnie od człowieka istniejącego) charakteru wartości dodatkowej jest więc pozbawione sensu. Nie istnieje nic materialnego poza więzią międzyludzką.
 
W pewien sposób znika tu problem słuszności czy niesłuszności teorii wartości opartej na pracy. Relacje międzyludzkie są zmienne, więc nie ma znaczenia, czy wartość odpowiada, czy nie, cenom. Można sobie wyobrazić, że oba pojęcia odzwierciedlają relacje międzyludzkie. Wartości odzwierciedlają jednak naturalne relacje, zaś ceny są wyrazem stosunków siły między zróżnicowanymi stopniami alienacji dotyczącej poszczególnych jednostek, wyrazem klasowego charakteru owych relacji. Nie dziwi więc dość luźny stosunek współczesnej lewicy do kwestii wartości w marksizmie, w przeciwieństwie do, np. kwestii wyzysku. Ta ostatnia bowiem odnosi się nie do zobiektywizowanego obrazu świata, ale do żywych relacji międzyludzkich.
 
*
 
Faktycznie, dialektyka jawi się więc na lewicy jako piąte koło u wozu, na kształt teorii wartości opartej na pracy. Ot, taki ornament nawiązujący do chwalebnej przeszłości idei! Rozumienie dialektyki po Marksie było obarczone interpretacją w duchu obowiązującego kanonu („paradygmatu”) nauki końca XIX wieku. Problem w tym, że po rewolucji naukowej, bazującej na teorii względności podważającej powszechność obowiązywania ustaleń mechaniki kwantowej, intelektualiści lewicy, tacy sami erudyci, co w epoce pozytywizmu i scjentyzmu, z równym entuzjazmem i antydialektycznym przekonaniem o osiągnięciu kresu wiedzy w danym obszarze, przykroili metodologię marksizmu do nowego dogmatu. Rozumiał to Lenin, który musiał sobie na nowo objaśnić nauczanie marksizmu i nie miał z tym większego problemu, mimo braku znajomości Rękopisów filozoficzno-ekonomicznych z 1844 r.
 
Fetyszyzowanie stosunków społecznych i robienie z nich jedynego świata dostępnego ludzkiemu poznaniu, bo tworzonego przez nich tylko powiela problem niedostępności wiedzy obiektywnej. Paradoksalnie na lewicy, takie postawienie sprawy utrwala elitarny model kumulowania wiedzy. Poznanie jest możliwe pod warunkiem posiadania odpowiednich metod naukowych. O ile dialektyka – uprawiana od zarania ludzkości – dotyczy najogólniejszych i niezmiennych mechanizmów funkcjonowania wszechświata i wszystkiego, co się w nim znajduje, o tyle współczesny paradygmat nauki ujmuje każde zjawisko w oderwaniu od reszty świata, czemu zresztą służą uszczegółowione specjalizacje badawcze. Nauka staje się albo przyczynkarstwem, albo ekspresją twórczą. W obu tych rolach, nauka przestaje być wiedzą namaszczoną i staje się dostępna każdemu, o ile tylko zrozumie nieskomplikowaną metodologię i przebije się przez milion lepiej lub gorzej usystematyzowanych faktów intelektu.
 
W powiązaniu z tymi procesami, w społeczeństwie zanika zainteresowanie nauką, która staje się albo manipulacją technikami w konkretnych celach komercyjnych lub militarnych, albo staje się sztuką. W obu przypadkach użytkowy charakter rozważań ma decydujące znaczenie i temu celowi jest coraz bardziej podporządkowany kształt organizacyjny systemu nauki we współczesnym świecie. W pewnym sensie, można powiedzieć, że model życia naukowego wraca do dawnych wzorców po krótkim okresie demokratyzacji. Demokratyzacji ograniczonej, ponieważ w jej efekcie tworzenie wiedzy nie uległo upowszechnieniu, ale stało się podstawą dla przeżycia fizycznego coraz liczniejszego grona jednostek wyalienowanych z panującego systemu produkcji. Z tym, że fałszywa świadomość neutralizuje poczucie deprywacji wynikające z tego faktu. Wyzwolenie się z przymusu pracy fizycznej, materialnej, jest wartością samą w sobie po tysiącach lat doświadczenia niewolnictwa i innych form wyzysku. Wymazanie ze świadomości samoistnej przyrody traktowanej wrogo idzie w parze z wymazywaniem specyfiki wyzysku w obszarze tworzenia społecznych warunków materialnej reprodukcji społeczeństwa. Zarówno nauki matematyczno-przyrodnicze, jak i materialne podstawy istnienia społeczeństwa, są brane poza nawias zainteresowania. Są odsyłane jako wstydliwa hydraulika świata, pozostawiona fachowcowi, nieco pogardzanemu, ale i budzącemu lęk, bo nie rozumiemy, co on robi. Ufamy mu, bo nie mamy innego wyjścia.
 
Lewica nie kwestionuje dziś systemu kapitalistycznego, ponieważ współczesna nauka wyrzeka się poznania rzeczywistości, takiej jaką ona jest, albowiem poznanie to nie jest neutralne wobec poznania mechanizmu kształtowania stosunków społecznych, a ich niezmienność jest dogmatem. Dogmat współczesnej lewicy utrzymuje, że są one wynikiem więzi między jednostkami, które mogą je kształtować dowolnie, ale w obrębie swych indywidualnych możliwości. Wracamy do teorii elitarystycznych.
 
Dialektyka w rozumieniu II Międzynarodówki prowadziła do schematyzmu w postrzeganiu procesu historycznego. To, że nie ma to nic wspólnego z dialektyką Marksa, zauważył Lenin. Ale dialektyka Marksa także została odrzucona przez „marksistów” jako nienaukowa. Współczesna lewica w osobie A. Korjakowcewa nawiązuje do dialektyki, ale nie Marksa, tylko Feuerbacha, redukując problem do kwestii alienacji.
 
Epopeja historyczna chłopstwa jako bezpośredniego producenta zakończyła się niechlubną kartą Wandei. Czy to jednak oznacza, że chłopi nigdy nie byli wyzyskiwaną klasą bezpośrednich producentów? Ich historyczna szansa na odegranie roli wiodącej w walce emancypacyjnej była torpedowana przez ich status drobnych właścicieli środków produkcji. Ideologicznie byli w stanie zainspirować tylko utopie odwołujące się do złotego wieku. Szanse klasy robotniczej też są skorelowane ściśle z ich epoką historyczną. Nie ma nic dziwnego w tym, że ewolucja procesów społecznych prowadzi do wyostrzenia problemu ich specyficznej kondycji, która skupia w sobie zasadniczy problem i zasadniczą sprzeczność współczesnego świata.
 
Słabością lewicy jest przekonanie o tym, że o wielkich mechanizmach decydują siły niepoznawalne, niezależne od rozwiązań w skali makro, które grożą totalitaryzmem, tak jak to miało miejsce w przypadku stalinizmu. Nie zauważają, że ochroną przed totalitaryzmem jest właśnie ograniczony charakter postulowanej zmiany, ale zmiany o charakterze rewolucyjnym, czyli dotyczącej kondycji społecznej bezpośrednich producentów. Dyktatura proletariatu jest dialektycznym rozwiązaniem mającym na celu zmianę rewolucyjną, ale utrzymaną w sferze, którą lewica i reszta społeczeństwa i tak już odpuściła w pacht kapitałowi. Kapitał jawi się jej jako uosobienie niepoznawalnych sił przyrody. Należy tak urządzić społeczeństwo, aby skutki były możliwie najprzyjemniejsze dla możliwie wielkiego odsetka społeczeństwa, tak ok. 99%.
 
Tak tworzy się Matrix.
 
Dialektyka powinna nas uprzedzić, że każdy proces rozwojowy ma swoje punkty zwrotne. Pozostawanie na łzawym poziomie przekonania, że rozwój potencjału intelektualnego i duchowego człowieka ma służyć umilaniu jego pobytu w więzieniu jest właśnie Matrixem. Człowiek jest aktywnym elementem procesu dialektycznego zachodzącego we Wszechświecie, ale i tu, na Ziemi. Rewolucyjna zmiana społeczna, jaką postuluje ruch robotniczy, jest praktycznym dowodem na możliwość, czy wręcz konieczność, prawdziwości poznania. Jak na razie ludzkość nie zna innego kryterium poznania, jak zdobycie wiedzy o możliwości zniszczenia obiektu poznania. Stąd zrozumiałe obawy o skutki poznania, jakie niesie zmiana rewolucyjna w społeczeństwie. Zmiana jakościowa, jaką jest przejście od społeczeństwa klasowego do bezklasowego, jest elementem procesu dialektycznego, ponieważ kształtujący się rozum (kumulacja doświadczeń, a nie wieczne powtarzanie tego, co miało miejsce w niekończącym się obrocie cyklów) jest także jego elementem. Elementem zmieniającym jakość dialektyki, ale nie jej mechanizmy.
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
21 lutego 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Gdy kryzys się ślimaczy (z cyklu "Jaja jak czerwone berety")

MarxWork.jpg
See video

 
 
Jakoś nie było to dla klasyków – w przeciwieństwie do Dwurieczenskiego i Tiulina – powodem do tego, aby odwrócić się z obrzydzeniem od przemysłowej klasy robotniczej i nazwać ją en bloc „arystokracją robotniczą”, chociaż w porównaniu z proletariatem okresu merkantylizmu robotnik to był już ktoś, a przynajmniej nie taki śmieć jak inni. Nie takie „panisko”, jak rzemieślnicy i ich czeladnicy ulegający gwałtownej pauperyzacji i wykluczeniu w okresie przejścia od jednej epoki do drugiej, ale zawsze… Mogli przecież przeżyć z tygodnia na tydzień, a nie z dnia na dzień. 
 
Dość szybko więc pojawiła się grupa pracownicza, którą ochrzczono mianem „klasy robotniczej” i przypisano do fabryk i materialnej produkcji przemysłowej. Pod czym podpisuje się nie tylko Marks, ale i Lenin, a także świadczy szeroki cytat ze Stalina. Co stało się z proletariatem w tej sytuacji? Obaj nasi „archeologowie myśli”, którzy zawstydziliby samego M. Foucault, w tej kwestii milczą. 
 
Możemy, oczywiście, domyślać się, że to miano należało się słusznie wszelkiej maści wykluczonym i zmarginalizowanym, żyjącym na skraju głodu, niezależnie od miejsca w społeczeństwie. Wszelkie grupy uciśnione ze względu na rasę, płeć i przekonania, które wyrażały swój protest przez cały ten czas. 
 
Niejednokrotnie odsądzając Marksa od czci i wiary w ramach swego liberalizmu i demokratyzmu. 
 
Dwurieczenski i Tiulin podkreślają liczebną skromność grupy zaliczanej do proletariatu. To dodatkowo akcentuje jej skrajność we wszelkich aspektach.
 
Można by pokusić się o wnioski z takiego przedstawienia kwestii: jeśli Marks i Engels orientują się właśnie na proletariat jako na klasę najbardziej rewolucyjną, to podkreślana cecha jej niewielkiej liczebności poniekąd tłumaczy małą skuteczność rewolucyjnej agitacji tak w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Tłumaczy to również dalej rzekomą rewolucyjną konieczność terroru itp. ekscesy władzy bolszewickiej. Oczywistą oczywistością jest więc oparcie się na zdecydowanej większości, co gwarantuje pełnię demokratyzmu ewentualnego (r)ewolucyjnego procesu.
 
Tyle że… lewica nie ma legitymacji większościowej, stąd jałowość jej gry politycznej.
 
Dwurieczenski chlubi się swym obiektywizmem, który każe mu tak krytycznie analizować słabości współczesnej lewicy, z którą jednakże całkowicie się utożsamia.
 
Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę cytat ze Stalina, gdzie pragmatyczny wódz (ceniony ze względu na swój pragmatyzm właśnie przez zwolenników demokratycznej legitymizacji większościowej) wprost mówi o tym, że aspiracje klasy robotniczej zostały w ZSRR zaspokojone i że osiągnęła ona status klasy panującej i właścicielki środków produkcji (wraz z całym społeczeństwem – wszyscy, czyli nikt, jak nam to tłumaczono w okresie transformacji), to zrozumiemy, że ta klasa nie może stanowić siły pragnącej zmiany ustrojowej. Ma bowiem doświadczenie historyczne grupy społecznej wyraźnie znajdującej się w ustabilizowanej pozycji w podziale pracy, a także doświadczenie „realnego socjalizmu”, gdzie była klasą panującą, posiadającą własność środków produkcji. A w dzisiejszej sytuacji kapitalizmu, klasa ta nie znajduje się w rozpaczliwej sytuacji materialnej ze względu na rywalizację ekonomiczną państw i regionów świata. W porównaniu z innymi, pauperyzującymi się grupami społecznymi nie tylko w Rosji, robotnicy przemysłowi znajdują się w „uprzywilejowanej” sytuacji, podobnie jak to widzi Dwurieczenski i Tiulin za klasykami w odniesieniu do sytuacji z początków XIX wieku.
 
Jednym słowem, klasa robotnicza istnieje – dziś i historycznie – wyłącznie jako tzw. arystokracja robotnicza. Proletariat zaś to zawsze prekariat.
 
Tiulin wychodzi od stwierdzenia, że proletariusze nie zawsze istnieli. Trudno zgodzić się z tak ujętą, ogólną myślą, skoro pod pojęciem „proletariusz” rozumie się kogoś, kto nie posiada nic, a w szczególności środków do życia. Tymczasem robotnik oznacza każdego, kto pracuje.
 
Ciekawy punkt widzenia, bo sprzeciwia się powszechnemu na lewicy poglądowi, że proletariat (tj. klasa pracowników najemnych) stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa. Stąd modne poszukiwania na temat „biednych pracujących”, które odzwierciedlają podobieństwo między współczesnością a okresem kształtowania się kapitalizmu z jego proletariatem przedfabrycznym.
 
Do epoki kapitalizmu, ludzie całkowicie pozbawieni środków produkcji stanowili, np. grupę wyzyskiwanych czeladników, którym coraz trudniej było się wybić na samodzielność i stać pełnoprawnymi mistrzami obranego rzemiosła, lub żyjący w skrajnej nędzy z prac dorywczych, ewentualnie ze zorganizowanej przestępczości. Jednym słowem, byli to mniej lub bardziej wykluczeni ze społeczeństwa. W okrzepłym społeczeństwie, jak choćby w Rzymie proletariusze cieszyli się natomiast przywilejem podstawowego dochodu gwarantowanego, który zapewniała im przynależność do narodu i imperium wyzyskującego pół ówczesnego świata, włącznie z własnymi rolnikami i niewolnikami.
 
Proletariat nie stanowił historycznie klasy zdolnej do stawienia skutecznego oporu i do zaproponowania praktycznego programu przebudowy społeczeństwa. Także dokapitalistyczna klasa produkcyjna – rolnicy, a następnie chłopi – nie była w stanie zaproponować nieutopijnej wizji takiego społeczeństwa. Dlaczego? Analizowaliśmy ten problem w innym artykule. W skrócie chodziło o to, że intelektualny postulat zniesienia prywatnej własności środków produkcji – dość wcześnie w historii zdiagnozowana przyczyna klasowego charakteru społeczeństwa – nie mógł zejść się z żywiołowym postulatem chłopstwa, aby upowszechnić własność prywatną ziemi (środka produkcji).
 
Warunki dla przezwyciężenia tej sprzeczności interesów i skuteczności wizji komunizmu zaistniały dopiero wraz z pojawieniem się klasy robotniczej, powołanej do życia przez stosunki kapitalistyczne. Skala produkcji przemysłowej nastawionej na masowego odbiorcę i na rynki globalne, a nie tylko lokalne, powoduje, że nie jest możliwy postulat prywatnej własności środków produkcji. W tym też kierunku działa organizacja pracy, gdzie istnieje zależność jednego ogniwa produkcji od drugiego, co wymusza kolektywny charakter tego procesu zarządzania wytwarzaniem.
 
Robotnicy nie są więc tożsami z proletariatem i w tym względzie Oleg Dwurieczenski uchwycił istotną cechę rozpatrywanego problemu.
 
Poza wykluczonymi, w systemach dokapitalistycznych istniały grupy ludzi świadczących usługi, głównie klasom panującym, ale i szerszym rzeszom społeczeństwa. Trudno byłoby ich nazwać pracownikami najemnymi, chociaż wykonywali oni prace, które stanowiły ich tytuł do udziału w podziale bogactwa społecznego. Wszelkiego typu ludzie zajmujący się kulturą, sztuką, nauką czy medycyną stanowili część domowego wyposażenia władcy czy innego panującego. Nie łączył ich z mecenasem stosunek pracy, ale więź osobista, przypominająca bardziej relacje między panem a niewolnikiem, choć raczej w wydaniu rzymskim niż greckim, co wynikało z faktu, że nie byli to niewolnicy używani do produkcji.
 
Istnienie tych grup, podobnie jak istnienie i wysokość świadczenia emerytalnego, jest zależne od aktualnego stanu gospodarki krajowej. Jest otoczką luksusu danego społeczeństwa, wskazującą na jej faktyczny (socjalizm) lub rzekomy (klasowo zróżnicowany) dobrostan. Te grupy powoli powiększały się i poszukiwały odbiorcy w innych kręgach społecznych (zachęcane do tego zresztą przez samych władców, którzy tworzyli prawa nakazujące ludności korzystanie z owych usług, czego najbardziej pamiętanym przejawem jest prawo propinacji, ale też tworzenie szkół, które wypuszczały ludzi szukających rynku na swoje umiejętności). Te grupy także zasiliły proletariat epoki kształtowania się kapitalizmu.
 
Wbrew prostym ekstrapolacjom procesów, w miarę jak kapitalizm w ośrodkach europejskich krzepł, proletariat przestał automatycznie przekształcać się w robotników fabrycznych i zasilił warstwy, które zawsze stanowiły o dobrostanie danego społeczeństwa, czyli grupy świadczące usługi.
 
Poziom życia owych grup zależy w głównej mierze od prosperity kapitalistów-właścicieli środków produkcji, od ich zdolności do wyduszania wartości dodatkowej w sferze produkcji przemysłowej, czyli tej, która wytwarza środki reprodukcji materialnej społeczeństwa.
 
Dobrobyt tych grup nie jest uzależniony jednoznacznie od stopnia wyzysku robotników, ponieważ nawet duża wartość dodatkowa nie musi być rozprowadzana przez kapitalistów zgodnie z potrzebami sfery usług. Szczególnie z potrzebami tego segmentu sfery usług, który obsługuje nie-kapitalistów. Dochody tej grupy usługodawców zależą nawet w prosty sposób od zamożności ich klientów ze sfery produkcji materialnej i na tym procesie opierał się burzliwy rozwój sfery usług dla szerokiej ludności.
 
W potocznej świadomości jednak sfera usług ma wbite w głowę, że źródłem bogactwa społecznego są podatki, a więc liczna sfera usług finansuje bezproduktywny i deficytowy przemysł. Radykalizm grup drobnomieszczańskich może szybko osiągać wysoki poziom, ale jest on skanalizowany w nurt domagający się od klasy panującej skuteczniejszego wykonywania jej funkcji poganiacza bezpośrednich producentów dla korzyści kapitalistów. Biurokracja państwowa ma trudne zadanie neutralizacji niezadowolonego społeczeństwa, które cierpi z powodu koniunkturalnie uwarunkowanej, mniejszej efektywności ekonomicznej krajowej gospodarki, a jednocześnie musi wspierać rodzimy kapitał w rywalizacji globalnej. Stąd każda partia, jaka by nie była lewicowa, wraz z dojściem do władzy musi obiektywnie przestawiać się na politykę neoliberalną, gdyż każda inna, o jakiejkolwiek skuteczności, oznaczałaby rewolucję proletariacką i zaprowadzenie gospodarki centralnie planowanej.
 
Współczesna lewica, w odróżnieniu od tradycyjnej i w swoim czasie skutecznej, posługuje się ahistorycznym rozumieniem pojęcia „proletariat”, utożsamiając je z pojęciem braku bogactwa, z kondycją paupra.
 
Oczywiście, prekaryzacja wynikająca z ogólniejszych problemów kapitalizmu na jego obecnym etapie, budzi obawę, iż los ludzi pracy najemnej może stać się w najbliższej przyszłości analogiczny do losów grup wykluczonych czy zmarginalizowanych, jakie znamy z historii. Nic też dziwnego, że grupy te odwołują się do programów i wizji społecznych, które są charakterystyczne dla proletariatu historycznego. A więc do postulatów sprawiedliwego rozdziału w ramach istniejącego systemu społeczno-gospodarczego.
 
W tym też względzie, lewica cofnęła się do czasów przedmarksowskich w poziomie rozwoju świadomości. Jest na etapie tworzenia koncepcji utopijnych, opartych na wierze w trwałość chylącego się ku upadkowi ładu cywilizacyjnego.
 
Większość lewicy głosi więc przedmarksowskie postulaty „sprawiedliwości” czy „równości”, czyli opiera się na neokantowskich postulatach etycznych, które fundamentalną niesprawiedliwość i nierówność aktualnych stosunków produkcji przyjmują jako naturalną konieczność, a więc coś istniejącego poza wglądem praktycznego rozumu.
 
O ile w okresie prosperity widok wyzysku zewnętrznego otoczenia nie ranił oczu Europejczyka, to obecnie, przy postępującym procesie reindustrializacji trudno będzie powstrzymać konflikt wewnątrz obozu oponentów kapitału.
 
Współczesny „proletariusz” (tj. tzw. przedstawiciel klasy kreatywnej) nie może nie rozumieć pod postulatem zniesienia prywatnej własności środków produkcji niczego innego, jak postulat zniesienia własności prywatnej w ogóle, ponieważ własność intelektualna jest nieodłączną częścią jego osoby. W tym przypadku oba typy własności tworzą w systemie kapitalistycznym jedność. Rozwiązaniem jest przyjęcie, że ta grupa społeczna nie stanowi klasy produkcyjnej. Znosi to konflikt na tym poziomie. Ale nadal pozostaje konflikt generowany codziennie przez system kapitalistyczny: komercjalizacja usług intelektualnych z możliwością (dla nielicznych) zbicia fortuny niezależnie od koniunktury gospodarczej, co udało się różnym przedsiębiorczym informatykom czy gwiazdom showbiznesu. A ten przykład wyznacza istotę obezwładniającej ideologii współczesnego proletariatu. Potencjalnie więc, jak w starożytnym Rzymie, ta grupa proletariuszy stanowi siłę w swej masie reakcyjną i niezdolną do podjęcia wyzwania zmiany panującego systemu.
 
Jej interes nie jest jednak sprzeczny z interesem klasy robotniczej, jak to wykazywaliśmy wyżej. Może być komplementarny.
 
Zrozumienie sytuacji przez pojedynczych intelektualistów z tej grupy jest warunkiem możliwości odnowienia i podjęcia programu Marksowskiego, czyli zastąpienia reakcyjnej utopii „złotych czasów państwa opiekuńczego” naukowym programem robotniczym.
 
O tym, że lewica wciąż jeszcze ma przestrzeń dla staczania się, świadczy choćby uleganie przez B. Kagarlickiego nacjonalistycznej i „imperskiej” w swej istocie tezie, że gdyby nie „komunizm” w ruchu robotniczym i Rewolucja Październikowa, to kapitalizm „naturalnie” ewoluowałby w kierunku socjalizmu samą siłą swego mechanizmu ekonomicznego. I nie stanowi on w tym wyjątku na lewicy, nie tylko rosyjskiej. Zapomina on o tym, że przejście od społeczeństwa klasowego do bezklasowego jest zmianą jakościową, podczas gdy dotychczasowy rozwój historii pisanej pozostaje, z tego punktu widzenia, prehistorią, czyli mechanizmem zmian o charakterze ilościowym.
 
Nie może dziwić, że zasadniczą rolę w tym skoku jakościowym odgrywa czynnik świadomościowy.
 
Jeżeli więc mówimy o jakoś „uprzywilejowanej” sytuacji klasy robotniczej, to bierze się ona przede wszystkim stąd, że jest to jedyna klasa, której obiektywna rzeczywistość pokrywa się z procesem produkcyjnym stanowiącym sedno antagonizmu klasowego, a jej interes ekonomiczny – z interesem społeczeństwa bezklasowego. To ostatnie – bezwzględnie. Inne grupy społeczne mają tu pole dla kompromisu. Dlatego tylko przemysłowa klasa robotnicza może być siłą przewodnią tego pożądanego sojuszu.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 lutego 2020 r.
 

Społeczność

Lenin 005