Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 11 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Rekiny i delfiny

Narwale

 

See video

 
Logicznie, dopóki ten model gospodarczy funkcjonował sprawnie, lewica rościła sobie pretensje do gospodarowania, w interesie społeczeństwa, środkami, które państwo burżuazyjne uzyskiwało od kapitału. A nawet model tej współpracy opartej na kompromisie z kapitałem, został utrwalony w postaci instytucji ponadpaństwowych, funkcjonujących w świadomości społecznej jako aparat władzy wyobcowanej, ale paternalistycznej, spełniającej zadania polityki socjalnej, bez potrzeby kwestionowania kapitalistycznego systemu produkcji.

Teoretycznie, działanie lewicy opierało się na przekonaniu, że sprawiedliwszy podział społecznego bogactwa samoistnie znosi w tendencji kapitalizm, bez konieczności rewolucji. Znalazło to odbicie w poglądach o postkapitalizmie, o społeczeństwie postindustrialnym, których akceptacja całkowicie zniosła potrzebę refleksji nad zagadnieniami ekonomicznymi i ruchu robotniczego stanowiącymi podstawę teorii Marksa.
 
 

Lata 70-te zadały pierwsze ciosy temu dziejowemu optymizmowi, nie zmieniając jednak sposobu myślenia lewicy pokładającej ufność w zdolności kapitalizmu do adaptacji do dowolnych warunków. Upadek tzw. bloku wschodniego w dekadę później skutecznie zamaskował pojawiające się trudności kapitalizmu ideologicznym tryumfem, do którego przyłączyła się i tzw. nowa radykalna lewica.
 

To radykalna prawica podniosła wątek gospodarczy i zakwestionowała ewolucję kapitalizmu w kierunku ponadnarodowego, globalnego organizmu, w którym jakoby nie istnieje strukturalna sprzeczność interesów między jego częściami składowymi. Wzrost radykalnej prawicy był logicznym następstwem narastającego kryzysu kapitalizmu, którego skutki chwilowo odsuwano w bogatym Centrum ze względu na jego dominację nad resztą świata, czyli nad „otoczeniem” nie- lub nie w pełni kapitalistycznym. Brak odpowiedzi lewicy na polu ekonomicznym na to zagrożenie z prawa skutkowało przejęciem przez prawicę wpływów w masach, których położenie zależy w bezpośredni sposób od kapitału, a nie od zapośredniczenia tych relacji przez biurokrację państwa burżuazyjnego.
 

Odpowiedź lewicy jest więc od pół wieku całkowicie nieadekwatna do rzeczywistego problemu właśnie przez pozostawienie problematyki gospodarczej w gestii państwa burżuazyjnego. Z państwem tym nigdy do końca nie pogodziły się warstwy drobnomieszczańskie, które zostały pozbawione znaczenia w dobie dominacji wielkich korporacji ponadnarodowych, zapewniających jednak do pewnego momentu przewagę bogatego Centrum nad resztą świata, co neutralizowało ewentualne konflikty na tle sprzeczności interesów partykularnych.
 
 

Stąd bierze się rosnące zainteresowanie powrotem do korzeni marksizmu, kwestionujące osiągnięte przez tzw. Nową Lewicę pozycje oparte na kompromisie z burżuazją wypracowanym w okresie powojennej prosperity. W tej koniunkturze znajduje wyraz wzrost znaczenia poststalinizmu, który bazuje na tradycyjnej opozycji wobec kapitalizmu. Degeneracja ruchu robotniczego odbiła się jednak także na odłamie wywodzącym się z tradycji leninowskiej, antyrewizjonistycznej. Podobnie jak Nowa Lewica, poststalinizm nie ma adekwatnej odpowiedzi gospodarczej. Analogicznie do zachodniego partnera, poststalinizm odwołuje się do minionego i w ostatecznym rachunku zbankrutowanego modelu, tym razem do modelu państwa radzieckiego. Mimo więc walki programowej między umownie nazywanymi „posttrockizmem” i „poststalinizmem”, oba nurty zmierzają do nieuchronnej konwergencji poglądów na gruncie tych podstaw teoretycznych, które istnieją w ich programach.
 
 

Pozornie poststalinizm stoi na stanowisku interesu klasy robotniczej i odwołuje się do teoretycznych fundamentów marksizmu, które podkreślają odrębność i znaczenie obiektywnego interesu klasowego robotników sfery produkcji, co znajduje wyraz w trzymaniu się pojęcia dyktatury proletariatu – w przeciwieństwie do posttrockistów, którzy pojęcie to zasadniczo odrzucają.

Jednak przyjęcie, za posttrockistami, szerokiej formuły proletariatu w tym pojęciu sprowadza je do roli jałowego ozdobnika, tak jak to miało miejsce w okresie ZSRR. Nie jest to więc pozycja, której poststalinowcy będą konsekwentnie bronili. Dopóki klasa robotnicza nie przejawia aktywności, opinia posttrockistów i Nowej Lewicy o tym, że siłą wymuszającą zmiany pozostaje „klasa pracowników najemnych” en bloc, zaś tradeuninistyczny program walki o podwyżki wyczerpuje program etapowej walki o socjalizm, pozostaje w mocy.
 
Ewolucja radykalnej lewicy wedle zachodniego modelu, gorliwie kalkowanego przez pozbawione własnego rozumu i tradycji grupki rodzimych radykałów, nie doprowadziła do wyjścia lewicy z impasu, z braku własnej tożsamości, z nieumiejętności uzasadnienia swej antysystemowej pozycji.
 
 
 Odbiło się to w zaniku poparcia dla lewicy dowolnej maści. Dopiero zakwestionowanie systemu burżuazyjnego z prawa (z pozycji konserwatywnych, przedburżuazyjnych) dało lewicy możliwość znalezienia wroga, na którego tle mogłaby się przedstawić jako orędowniczka postępu prowadzącego, paradoksalnie, tak samo, jak prawicę, wstecz, do minionej chwały.
 
 
 
 
Fakt, że odradzająca się klasa robotnicza nie odnajduje w hasłach lewicy żądania zmiany kapitalistycznych stosunków produkcji, jest przyczyną, dla której ten elektorat zagospodarowuje populistyczna prawica. Ona bowiem bezpośrednio domaga się zmiany owych stosunków. Biorąc pod uwagę, że współcześnie mamy do czynienia ze świeżą klasą robotniczą, wywodzącą się, jak za czasów Marksa, z warstw drobnomieszczańskich, nie powinien dziwić fakt atrakcyjności nurtów socjalizmu drobnomieszczańskiego, utopijnego, zwróconego w stronę systemu patriarchalnego. 
 
 
Taki jest stan rzeczy w krajach centrum, ponieważ proces krzepnięcia klasy robotniczej na peryferiach trwa już jakiś czas i klasa ta wyprzedza świadomościowo robotników centrum. Wszystko zależy obecnie od stanu świadomości działaczy lewicowych na szeroko rozumianym Zachodzie, którzy oddziałują na zasadzie autorytetu na lokalnych działaczy. Z tą świadomością jest bardzo źle i nie nadąża ona za potrzebami organizacyjnymi klasy robotniczej. Ba, lewica jest programowo nastawiona negatywnie do ruchu robotniczego w klasycznym rozumieniu.
 
 
 
Już od czasu rewizjonizmu związanego z nazwiskiem Eduarda Bernsteina, większa część ruchu socjaldemokratycznego, zdeklarowana ostatecznie w obliczu Rewolucji Październikowej, przyjęła jako aksjomat, że nie będzie kwestionowała zasady gospodarki rynkowej, zadowalając się wysuwaniem żądań dotyczących reguł podziału wytworzonego produktu. Jednym słowem, lewica stopniowo coraz wyraźniej odsłaniała istotę swego kompromisu z kapitałem.
 
 
Pierwszy etap budownictwa socjalizmu w ZSRR zachwiał nieco tym kompromisem, ponieważ wydawało się, iż gospodarka planowa ma szansę udowodnić w praktyce swą przewagę nad anarchiczną gospodarką kapitalistyczną. Okres zachwiania wiary w sensowność zgniłego kompromisu trwał jakieś 25 lat. Potem było coraz gorzej, gdy tymczasem na Zachodzie trwała parada propagandowego sukcesu zakończona spektakularnym kolapsem „komunistycznej” alternatywy.
 
 
 
Wystarczyło 30 lat, aby unaocznić, że sukces był dęty. Niestety, zabrakło publiczności, aby celebrować to wydarzenie, ponieważ ktoś zadbał o to, aby po rozegranym na progu lat 90-tych XX w. spektaklu pospiesznie zgasić światło.<p><p>
 
Lewicy wydaje się, że nie ma ruchu – musi bronić kapitalizmu (oczywiście – socjalnego!) przed faszyzmem, juntą, ciemnogrodem i Mordorem w oczekiwaniu na lepsze czasy, kiedy może pojawi się okazja do zakwestionowania tego systemu jako przeszkody na drodze stale postępującego procesu demokratyzacji.
 
 
 
System rad robotniczych i organizacja systemu produkcji są uważane w tej perspektywie jedynie za bezpieczniki demokracji politycznej, czyli obronę przeciwko partykularnemu interesowi robotników realizowanego za pośrednictwem partii wykorzystującej te interesy dla celów politycznych w warunkach, kiedy istnieje nacisk na podnoszenie poziomu życia społeczeństwa kosztem bezpośredniego producenta. Komitety fabryczne bez systemu rad robotniczych mogą być realizacją anarchistycznego ideału rzemieślniczej bądź spółdzielczej produkcji, wpisując się w ideał utopijnego socjalizmu drobnomieszczańskiego, który nie ma szansy w starciu z kapitałem.
 
 
 
Historia powojennego kapitalizmu w rozwiniętych krajach dowodzi, że warstwy pośrednie skutecznie zadowalają się bardziej szczodrym podziałem w ramach efektywnie funkcjonującego systemu kapitalistycznego. Nie ma powodu, aby sądzić, iż warstwy te nie przyswoiły sobie własnego doświadczenia historycznego. Dlatego też nie ma podstaw, aby twierdzić, że warstwy pośrednie miałyby nieodpartą pokusę utożsamienia swego obiektywnego interesu „klasowego” z interesem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
Klasa robotnicza nie ma takiego doświadczenia, jak warstwy pośrednie, ponieważ okres powojennej prosperity był jednocześnie okresem delokalizacji produkcji przemysłowej (i istotnych przekształceń w łonie tej klasy), a gdzie to było konieczne – zastępowania własnej klasy robotniczej obcą siłą roboczą (gastarbeiterami), co sztucznie zmieniało ideologiczną wykładnię klasowego układu społeczeństw wysokorozwiniętych. Zachodniej Nowej Lewicy nie trzeba było więcej, aby „kupić” tę tanią propagandę jako własną myśl programową. W tym to okresie, pod naporem Nowej Lewicy, ruch trockistowski zmieniał się w „posttrockizm”.
 
 
 
Przejmowanie wartości dodatkowej wytwarzanej przez zepchnięte do pozycji peryferii „otoczenie” pozwoliło na rozwój usług poprawiających jakość życia w Centrum, zupełnie jakby zwiększyła się część zysku kapitalistycznego. Powstała niepowtarzalna sytuacja, w której dynamicznie rozwijające się usługi pełniły funkcję mechanizmu dystrybuującego (nadzwyczajną) wartość dodatkową. Mechanizm ten opierał się na niespotykanej w dziejach komercjalizacji wszystkich dziedzin życia ludzkiego. Każda z nich mogła bowiem służyć jako tytuł dla pozyskiwania środków niezbędnych do utrzymania. Jednocześnie był to mechanizm indywidualizacji, czyli najbardziej rozrzutnej konsumpcji, którą „usprawiedliwiał” wyzysk peryferii, a także ogromny wysiłek społeczeństw wdrażających model gospodarki planowanej centralnie, umożliwiającej odradzanie się nieustannie jałowionego „otoczenia”.
 
 
 
Ostatecznie, koło historii zatoczyło pełny obrót obnażając namacalnie, bo praktycznie, błędność koncepcji rewizjonistycznych.
 
 
Tak więc, rozróżnienie między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi nie jest arbitralnym pomysłem, ale odzwierciedleniem realnych zjawisk. To jest fundament teorii Karola Marksa i jedyne sensowne uzasadnienie jego przekonania, że zakończenie prehistorii (systemowego wyzysku klasowego, a nie zwykłej niesprawiedliwości społecznej) wymaga zmiany rewolucyjnej, jakościowej. „Nowoczesna” lewica, która zadowala się wytykaniem niesprawiedliwości podziału, burzy się przeciwko esencjalistycznej, rzekomo uległej wobec Heglowskiego schematu, „gnostyczej” wykładni marksizmu.
 
 
 
Protesty dowolnych grup społecznych sprowadzają się ostatecznie do kwestii materialnych. Już z tego tylko powodu same wyróżniają sferę produkcji materialnej. A w sferze produkcji mamy do czynienia z antagonizmem między tradycyjnie pojmowaną (pod kątem miejsca w systemie produkcji) klasą robotniczą a klasą kapitalistów. Sprzeczność interesów w tym miejscu wyraża się w prostej zależności: zysk kapitalisty to to, co pozostaje po odjęciu płacy roboczej od przychodu. Czyli reszta społeczeństwa musi się podzielić tym, co zostaje, a mianowicie wartością dodatkową. Wartością tą dysponuje kapitalista zbiorowy. Komercjalizacja wszystkiego, co się da i nie da skomercjalizować, jak zauważyliśmy wyżej, daje tytuł do otrzymywania wynagrodzenia, a więc udziału w podziale wartości dodatkowej. Kapitalista sfery nieprodukcyjnej jest pośrednikiem w tym podziale wartości dodatkowej. 
 
 
 
Przeciwstawianie się kapitałowi w sferze nieprodukcyjnej jest buntem przeciwko zawłaszczaniu znaczącej części wartości dodatkowej przez niepotrzebnych pośredników. Alternatywą jest państwo i jego biurokracja. Dla pracowników sfery nieprodukcyjnej socjalizmem jest już zastąpienie prywatnych pośredników przez biurokrację państwową. Zniesienie pośrednictwa poddawałoby usługodawców uzależnieniu od wolnego rynku, co dzieje się na naszych oczach, w sytuacji załamania instytucji państwa socjalnego i co wyjątkowo nie podoba się bardziej kreatywnym grupom usługodawców, gotowym oddać własną wolność za opiekę ze strony biurokracji.
 
Stosunek do państwa i do biurokracji jest więc kolejnym punktem obiektywnej sprzeczności interesów pracowników produkcyjnych i nieprodukcyjnych. Biurokracja państwa kapitalistycznego pośredniczy w redystrybucji wartości dodatkowej, zaś biurokracja radziecka decydowała już o podziale pierwotnym.
 
 
 
Płaca robocza nie dorównuje nadzwyczajnej wartości dodatkowej pod względem możliwości opłacania nadwyżki usług. Nie dorównuje nawet możliwościom kapitału, który po opłaceniu podatków i kosztów inwestycji kieruje swą uwagę na usługi sfery nieprodukcyjnej. Pod tym względem, warstwy pośrednie są uzależnione od klas panujących – tak jak to było zawsze w dziejach cywilizacji. Jeżeli więc mówimy o sprzeczności interesów między klasą pracowników produkcyjnych a warstwami i grupami nieprodukcyjnymi, to chodzi tu o zasadniczy mechanizm pierwotnego podziału wartości produktu między płacę roboczą niezbędną dla utrzymania bezpośredniego wytwórcy a wartością dodatkową. Płaca robocza w niewielkim stopniu przyczynia się do utrzymania sfery nieprodukcyjnych usług, a w miarę ubożenia klasy robotniczej możliwości tego przyczyniania się maleją jeszcze bardziej – w pierwszej kolejności opłacane są potrzeby najbardziej podstawowe.
 
 
 
 
Dlatego dobrostan warstw i grup pośrednich, uzależnionych od sprzedaży usług, od komercjalizacji swego potencjału, który powinien pozostać „dobrem niegrodzonym”, jak tego chcą niekonsekwentnie myślący lewicowcy, zależy w zasadniczym i coraz większym stopniu od efektywnego popytu przejawianego przez klasę kapitalistów (niekoniecznie produkcyjnych). To jest obiektywne podłoże obiektywnej wspólnoty interesów warstw pośrednich i klasy kapitalistów, skierowanej przeciwko klasie bezpośrednich producentów. 
 
 
Poza tym, warstwy te dzieli z kapitałem stosunek wrogości związanej z normalną walką o jak najwyższe wynagrodzenie.
 
 
W praktyce „dobro niegrodzone” oznacza postulat oderwania wyceny usługi od rynku, co jest bezpośrednim interesem pracowników najemnych, szczególnie tej kreatywnej części. Natomiast sprowadzenie wartości producenta bezpośredniego do poziomu kosztu jego siły roboczej określanej przez mechanizm rynkowy leży w interesie pracowników sfery nieprodukcyjnej, ponieważ więcej wartości dodatkowej pozostaje do opodatkowania i do wydatkowania przez kapitał w ramach sfery usług.
 
 
 
Jak pokazało doświadczenie trzydziestolecia powojennego – kapitał i grupy nieprodukcyjne mogą osiągnąć kompromis społeczny kosztem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
 
Sprawa nie jest nowa i nie stanowiła tajemnicy w czasach Marksa. Z tym, że tendencja wskazywała na możliwość pauperyzacji i proletaryzacji większości społeczeństwa wobec klasy kapitalistów, która stawać by się miała coraz węższą grupą społeczną. Jednocześnie, stosunkowo zawęża się klasa bezpośrednich producentów, w związku ze wzrostem wydajności pracy i wzrostem organicznego składu kapitału. Jeżeli mechanizm podziału wartości wypracowanej w sferze produkcji materialnej nie zmienia się w kierunku dekomercjalizacji (komunizmu), to nacisk na wzajemną rywalizację o środki finansowe zaostrza się wraz ze wzrostem liczebnym i stosunkowym grup żyjących z oferowania własnych usług, grup oderwanych od więzi z bezpośrednim producentem (np. jako członkowie jego rodziny). Wolne środki znajdują się w ręku kapitalisty, który jest zainteresowany zakupem usług. Im więcej tych „wolnych” (po opłaceniu siły roboczej) środków, tym większa szansa, że usługi znajdą swych nabywców. Skądinąd jest to perspektywa i oczekiwanie fałszywe, ale nie o tym tutaj opowieść.
 
 
 
 
Ważne, że interesy klasy robotniczej i grup pośrednich są obiektywnie sprzeczne. Ważne też, że interesy klasy robotniczej są w tym kontekście silniej związane z koniecznością zmiany systemu kapitalistycznego, natomiast interesy grup pośrednich nie tak jasno wyrażają konieczność zniesienia kapitalizmu. Istnieje możliwość chwilowego kompromisu kosztem bezpośredniego producenta.
 
 
To zjawisko nie znajduje swojego odbicia w programie lewicy, czyniąc go niekonsekwentnie antykapitalistycznym i poszukującym rozwiązań alternatywnych, może przejściowych… Koniec kompromisu może ogłosić wyłącznie ta klasa, która nie ma wyjścia, jak tylko obalić kapitalizm bez oglądania się na możliwości opóźnienia procesu. Nic dziwnego, że i ta klasa szuka możliwości kompromisu, odwleczenia nieuchronnego – REWOLUCJE NIE SĄ DZIEŁEM NARWAŃCÓW, ALE LUDZI, KTÓRZY NIE MAJĄ JUŻ INNEGO WYJŚCIA.
 
 
 
Warstwy pośrednie wiedzą z doświadczenia, że to kapitaliści utrzymywali „państwo socjalne” dzięki podatkom. Ten mechanizm przekonująco uczy warstwy pośrednie, żeby nie gryzły ręki, która karmi i żeby zostawiły troskę o gospodarkę „fachowcom”. W efekcie otrzymamy jasny obraz powodów, dla których baza społeczna Nowej (radykalnej) Lewicy nie popiera „awanturniczej” polityki zmierzającej do obalenia kapitalizmu mimo stale pogarszającego się poziomu życia. Rezerwy istnieją, sprawdzono to w minionym okresie prosperity. Można też zawsze liczyć na rozwiązanie militarystyczne…
 
 
Odzyskanie przez lewicę pola manewru i pozycji siły inicjującej atak, a nie tylko reaktywnej, jak to się dzieje dotychczas, wymaga rozwiązania problemu pracy produkcyjnej i materialnej, a więc postawienia go w kategoriach klasowych. W ruchu robotniczym ten kierunek badań miał swoje korzenie w pracach Róży Luksemburg i jej analizie schematów reprodukcji Marksa. Badania te zostały zarzucone. Wymogi praktyczne wzięły górę nad rozwiązaniami modelowymi.
 
 
 
Współczesna sprzeczność między gospodarką realną a wirtualną ujawnia tylko jak głęboka jest rozbieżność między mechanizmami faktycznej gospodarki a mechanizmami podziału efektów gospodarki nadbudowanymi nad nią. KapitałMarksa ukazuje oba mechanizmy w ich właściwej relacji istoty do zjawiska. Rozróżnienie między pracą produkcyjną a pracą nieprodukcyjną jest rozróżnieniem między istotą mechanizmu gospodarowania a przejawami tego mechanizmu na powierzchni zjawisk.
 
 
 
Pozostając w ramach logiki kapitalistycznej gospodarki nie sposób budować programu jego przezwyciężenia. Model welfare state nie zakładał zniesienia antagonizmu klasowego w sferze produkcji, co nie przeszkadzało lewicy jako wyrazicielce interesów grup pośrednich dopóki kapitał wywiązywał się z obietnicy socjalnej. Nie ma powodu, aby sądzić, że warstwy pośrednie poprą program zakwestionowania kapitalizmu.
 
 
To tłumaczy niemożność przezwyciężenia jałowości lewicy.
 
 
 
Walka sfery nieprodukcyjnej z własnymi kapitalistami, czyli pośrednikami w dystrybucji wartości dodatkowej, może prowadzić do zniesienia tego pośrednictwa na korzyść państwa. Wydaje się, że pośrednictwo państwa gwarantuje więcej sprawiedliwości w podziale. Pośrednictwa tego domagają się zarówno zwolennicy „kapitalizmu socjalnego”, jak i systemu biurokratycznego. Obu nurtom nie przeszkadza fakt, że idealizowany podział dokonywał się arbitralnie, bez uwzględnienia interesu bezpośredniego producenta, czyli klasy robotniczej. Dlatego uważamy, że poststalinowskie opowiedzenie się za postulowanym przez nas rozróżnieniem między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi jest w ich przypadku deklaracją słowną, z której nie wyciągają oni politycznych wniosków.
 
 
 
Co najwyżej, zauważają oni, że klasa robotnicza (w wąskim znaczeniu) jest pewniejszym oparciem dla walki klasowej i dlatego walka ta powinna się organizować wokół owego „twardego jądra” pracowników najemnych. Walka z kapitalizmem jest więc walką mniejszości, która organizuje wokół siebie grupy sojusznicze, co nadaje pojęciu dyktatury proletariatu znaczenie szczególne i zasadnicze dla tej walki.
 
 
W tym kontekście należy rozpatrywać taktykę walki klasowej. Zdawanie sobie sprawy z faktycznego układu interesów klasowo-warstwowych nie jest dzieleniem pozornie jednolitego „proletariatu”, który miałby rzekomo być konsekwentnie antykapitalistyczny i zdecydowany w swym antykapitalizmie. Nawet klasa robotnicza jako klasa w sobie nie ma takiej cechy, a co dopiero grupy pośrednie. Zasadnicze znaczenie ma na obecnym etapie świadomość lewicy rewolucyjnej. Dyskusje służą wypracowaniu programu, w którym albo się znajdzie zasadniczy punkt dotyczący realnego układu interesów w społeczeństwie, albo lewica pozostanie nieaktywnym, pozbawionym znaczenia czynnikiem na scenie politycznej.
 
 
 
Rozwój sytuacji politycznej wymusza podejmowanie wyzwań przez lewicę, w tym wyzwania polegającego na świadomości, że jej jałowość jest związana z fundamentalnym brakiem programowym, z brakiem jasności w ocenie rzeczywistości. Pozostawanie na powierzchni zjawisk z tego powodu, że kapitał stwarza skuteczne pozory uniformizacji świata pracy poprzez mechanizm powszechnej komercjalizacji pozbawia lewicę pretensji do aktywnego przewodzenia politycznego. Brak rozróżnienia między pracą produkcyjną a nieprodukcyjną jest odrzuceniem myśli Marksa zawartej w jego Kapitale, ponieważ lewica zaprzecza jakoby w kapitalizmie trzeba było coś ujawniać, odsłaniać – skoro wszystko jest wywalone na zewnątrz, dostępne zdrowemu rozsądkowi. Jak bardzo powszechny nie byłby zabieg komercjalizacji, postulowane przez nas rozróżnienie sięga istoty, które nie pozwala pomylić rekina z delfinem, jeśli odwołać się do jednego z ulubionych przykładów przytaczanych przez Aleksandra Buzgalina.
 
 
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 marca 2019 r.
 
 
 

See video

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Scholastyczne ćwiczenia

Etienne Balibar
See video

 
 
Balibar, cytując Lenina (także jeszcze w owych czasach dopuszczanego do głosu przez grono „przyzwoitych” marksistów, nie wyganiających krytycznych wobec nich kolegów z "ich" stowarzyszeń): „Jedyna ‘poprawka’, jaką Marks uznał za konieczne wnieść do Manifestu komunistycznego, została przezeń wprowadzona na podstawie rewolucyjnego doświadczenia komunardów paryskich” (s. 14), konkretyzuje to stwierdzenie Lenina cytatem z K. Marksa i F. Engelsa z przedmowy do Manifestu: „W szczególności Komuna dowiodła, że klasa robotnicza nie może po prostu zawładnąć gotową machiną państwową i uruchomić jej dla własnych celów”, który właściwie jest cytatem z pracy Marksa Wojna domowa we Francji.

Umiejscowienie cytatów jest ważne, ponieważ wskazuje na teksty należące do klasyki marksologicznej w jej głównym nurcie, a nie do pobocznych rozważań o mniejszej wadze gatunkowej. Balibar zdaje sobie sprawę z faktu, że: „…właśnie ta istotna poprawka została wypaczona przez oportunistów i sens jej na pewno nie jest znany dziewięciu dziesiątym, jeżeli nie dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom czytelników Manifestu komunistycznego. (…) utarte, wulgarne ‘pojmowanie’ przytoczonej przez nas słynnej wypowiedzi Marksa sprowadza się do tego, jakoby Marks podkreślał tu ideę powolnego rozwoju w przeciwieństwie do zagarnięcia władzy itp.

W rzeczywistości rzecz ma się wręcz odwrotnie. Myśl Marksa polega na tym, że klasa robotnicza powinna rozbić, zdruzgotać ‘gotową machinę państwową’, a nie poprzestać jedynie na jej zagarnięciu” (s. 14).

Nie będziemy tu streszczać nadal aktualnych uwag Balibara, do których czytelnik może łatwo sięgnąć dzięki publikacji w „Nowej Krytyce”. Od czasu pierwszej publikacji tekstu pod koniec lat 70-tych ub. wieku nastąpił istotny regres w myśli marksistowskiej i warto skonfrontować wnioski Balibara ze współczesnymi „oczywistymi prawdami” marksizmu.

Ten ostatni został zdominowany przez zasygnalizowany wyżej nurt oportunistyczny w ruchu robotniczym. Ujmując sprawę pokrótce, w historii ruchu, w wyniku stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, utrzymało się słownictwo i sfera pojęciowa marksizmu, niemniej po śmierci Lenina ustały faktyczne zmiany w odniesieniu do instytucji państwa, które szłyby w kierunku realizacji uwag zawartych w wymienionych wyżej pracach Marksa.

Równolegle do stalinizacji ruchu, istniał w nim nurt oportunistyczny, który interpretował Manifest w duchu przedstawionym powyżej.

W efekcie zdławienia rewolucji w Europie i w efekcie stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, zginęła większość świadomych klasowo działaczy robotniczych. Partia komunistyczna przestała być partią należącą do szerokiego spektrum partii robotniczych, w których interakcji następował rozwój świadomości klasy robotniczej; zaczęły w niej przeważać cele i interesy faktycznie zewnętrzne w stosunku do robotników, co przyczyniło się do zatracenia idei przewodniej marksizmu w ruchu.
Jeszcze w latach 60. XX wieku nie posługiwano się w ruchu komunistycznym pojęciem klasy pracowniczej. Istniała świadomość odrębności różnych grup społecznych od klasy robotniczej, co widać tak w odległej w czasie pracy Balibara, jak i we współczesnej Andrieja Koriakowcewa. W praktyce również odróżniano klasę robotniczą, choćby i negatywnie, jako zburżuazyjniałą i ciężką do rozruszania przez drobnomieszczańskich rewolucjonistów, którzy za nic mieli teoretyczne wnioski płynące z prac klasyków.

Zasadniczym elementem nowego, radykalno-lewicowego światopoglądu, stała się oportunistyczna koncepcja socjaldemokratyczna, która już w czasach Engelsa wychodziła z założenia, że cele ruchu robotniczego mają charakter ogólnospołeczny, a więc realizują się jako bezpośrednio ogólnospołeczne działania, z konsekwencjami wynikającymi stąd dla stosunku wobec państwa. Zamiast skomplikowanej taktyki liczącej się z uwarunkowaniami, których nie sposób przeskoczyć woluntarystycznie i natychmiastowo, drobnomieszczańscy rewolucjoniści buntowniczych lat 60. kierowali się pomysłem, aby przejąć nie tylko i nie przede wszystkim władzę państwową (por. Balibar, idem), ale szczególnie jego aparat biurokratyczny jako najlepszy sposób na realizację swych rewolucyjnych i socjalistycznych planów – „długi marsz przez instytucje” (patrz: T. Kochan, „Rewolucja bezpodmiotowa a filozofia stanu wyjątkowego”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 65).

Odrzucanie wyróżnionej roli klasy robotniczej dokonywało się równolegle i zgodnym chórem w nurcie socjaldemokratycznym (tradycje ogólnospołecznych celów partii socjaldemokratycznej), w nurcie stalinowskim oraz w antystalinowskim („antysowieckim”). Na koniec przyszła pora na nurty wywodzące się z tradycji trockistowskiej, które ostatecznie zakończyły swój akces do koncertu lewicowego na początku XXI stulecia.

Kwestię tę poruszaliśmy nie raz i nie dwa razy w naszych tekstach. Jedną rzeczą jest odrzucanie roli klasy robotniczej na podstawie jej domniemanej „zdrady” ideałów socjalizmu, drugą – dorabianie post factum teorii o tym, że klasa robotnicza nigdy nie była wyodrębnionym podmiotem. Koncepcją pośrednią jest twierdzenie, że zmiany w świecie pracy, szczególnie od czasów II wojny światowej, były na tyle duże i głębokie, że uczyniły to rozróżnienie zbędnym.

Z wywodów E. Balibara z końcówki lat 70. wynika, że to rozróżnienie było zawarte w samej koncepcji Marksa. Inaczej nie mają sensu jego rozważania dotyczące dyktatury proletariatu. W szczególności rozważania dotyczące kwestii nie przejmowania machiny państwa. Gdyby rzecz rozchodziła się wyłącznie o kwestię oporu garstki kapitalistów, nie byłoby potrzeby budowania całej skomplikowanej strategii działania obliczonej na wciągnięcie pozostałej części społeczeństwa w sprawę robotniczą, nie byłoby potrzeby podkreślania, że rewolucja ma charakter procesu, w którym zmiany uwarunkowań ekonomicznych pociągają za sobą niezdeterminowany w przyczynowo-skutkowym sensie, z góry nieprzewidywalny, rozwój sytuacji w kierunku społeczeństwa bezklasowego.

Bez sensu byłyby pytania Andrieja Koriakowcewa o zabezpieczenie celów proletariatu przed narzuceniem im celów zewnętrznych, wniesionych przez mieszczańskich, zawodowych rewolucjonistów. Gdyby nie było rozróżnienia między klasą robotniczą a resztą „prekariatu” (używając dzisiejszego słownictwa), ta tożsamość celów byłaby dana z góry. Wszyscy pracownicy najemni są bowiem, wedle współczesnych kanonów naukowych, w tej samej sytuacji społecznej.

Pozostaje argument o zmianach w systemie pracy, które dokonują takiej uniformizacji sytuacji społecznej różnych grup pracowniczych.

I tutaj nadal możemy czerpać ze skarbnicy najnowszego numeru „Nowej Krytyki”, który w zasadniczym zestawie tekstów (Balibar, obaj Kochanowie i Tittenbrun) podejmuje polemikę w tym właśnie punkcie forsowanej przez nas, niechcianej dyskusji na lewicy.

Koncepcje Jacka Tittenbruna (patrz: „Marksizm divisus”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 151) biorą pod uwagę zmiany, które zaszły w systemie pracy po II wojnie światowej, niemniej nie powodują one u niego wycofania się z rozróżnienia między specyficznymi grupami pracowniczymi i odrzucenia umocowanego teoretycznie kryterium tego rozróżnienia. Tekst Tittenbruna powstał, co prawda, w latach 80., niemniej, jak nam wiadomo, autor ten nie wycofał się ze swoich twierdzeń aż do śmierci w bieżącym roku.

Z tezami tymi polemizuje już wówczas Jerzy Kochan, odnosząc się do teoretycznych argumentów J. Tittenbruna. W szczególności zarzuca on Tittenbrunowi „naturalizację” pojęć marksowskich. Warto przytoczyć szerszy cytat:

„Jednym z fundamentalnych założeń przedstawionej koncepcji jest specyficzne rozumienie pracy produkcyjnej. Wspominając o występowaniu u Marksa takiego jej rozumienia, które wiąże ją w warunkach społeczeństwa kapitalistycznego z ruchem kapitału, Tittenbrun w swoich rozważaniach koncentruje się jednak na – również występującym u Marksa – ogólnoteoretycznym określeniu pracy produkcyjnej. Tego też typu pojmowanie pracy produkcyjnej staje się dla autora podstawą do przeprowadzenia podziałów klasowych w ramach społeczeństwa kapitalistycznego, a później także socjalistycznego. Przejawia się w tym, jak sądzę, skłonność do swoistego naturalizmu w interpretacji tego pojęcia, naturalizmu omijającego historyczno-społeczną formę występowania pracy produkcyjnej w ramach poszczególnych formacji i prowadzącego do traktowania jej jako ponadformacyjnego czy też nawet ogólnofilozoficznego terminu oznaczającego bezpośrednie, osobnicze przekształcanie przyrody. Tymczasem występujące u Marksa określenie pracy produkcyjnej tam, gdzie pisze on o pracy produkcyjnej w systemie produkcji kapitalistycznej, nie ma wiele wspólnego z ogólnoteoretycznym jej rozumieniem, które abstrahuje od konkretnej formy społecznej jej realizacji. Jak pisał Marks:

‘Produkcyjna jest zatem – w systemie produkcji kapitalistycznej – taka praca, która wytwarza wartość dodatkową dla tego, co ją zatrudnia, czyli inaczej mówiąc, taka praca, która obiektywne warunki pracy przekształca na kapitał, a jej posiadacza – na kapitalistę; jest to więc praca, która własny swój produkt wytwarza jako kapitał. Dlatego mówiąc o pracy produkcyjnej, mamy na myśli pracę społecznie określoną, pracę, która zawiera ściśle określony stosunek między nabywcą pracy a jej sprzedawcą’ (3)” – formułuje swój zarzut J. Kochan, i dookreśla interpretację, która utrzymuje się wśród marksistów, niezmiennie od tamtego czasu:

„Marksowskie rozumienie pracy produkcyjnej, wiążące jej sens [z] analizą specyficznej kapitalistycznej formy jej istnienia, pozwala uznać za pracę produkcyjną pracę pisarza piszącego ‘na sposób fabryczny dla swego wydawcy’, pracę śpiewaczki – o ile pomnaża ona kapitał. Określenie ‘praca produkcyjna’ zdaniem Marksa ‘nie ma absolutnie nic wspólnego z określoną treścią pracy, z jej szczególną użytecznością, czyli specyficzną wartością użytkową’(4)” (s. 141-142).

Na co J. Tittenbrun odpowiada:

„… Uwagi [J. Kochana] … muszę odnieść do sposobu potraktowania przez Kochana problemu pracy produkcyjnej. Najpierw przyznaje on, że u Karola Marksa występuje to, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym określeniem pracy produkcyjnej’. Kilkanaście wierszy dalej owo rozumienie, mające występować również w mojej książce, staje się ‘rozumieniem niehistorycznym, ponadformacyjnym’. Przeciwstawia Kochan powyższemu rozumieniu owo ‘właściwe’ ujęcie pracy produkcyjnej jako wytwarzającej kapitał. … opozycja między tym, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym’ czy nawet ‘ogólnofilozoficznym’, a ‘specyficzno-kapitalistycznym’ pojęciem pracy występuje może w jego własnej myśli, ale na pewno nie w mojej książce” (s. 154).

I dalej: „Kochan nie precyzuje, co właściwie rozumie przez rzekomo występujące we Wprowadzeniu… ‘ogólnoteoretyczne’ ujęcia pracy produkcyjnej, charakteryzując jedynie za pomocą epitetów: ponadformacyjne, ahistoryczne, naturalistyczne itd. To, że praca bezpośrednio produkcyjna (to określenie bardziej konkretne niż praca produkcyjna w ogóle) występuje we wszystkich ekonomicznych formacjach społeczeństwa, nie jest moim (czy Marksa) wymysłem, lecz po prostu obiektywnym faktem historycznym. Pojęcie takiej pracy, jak i innych typów prac produkcyjnych nie zakłada wcale abstrahowania od ‘historyczno-społecznej formy jej występowania’. Praca bezpośrednio produkcyjna może być elementem niewolniczego czy poddańczego sposobu produkcji, może być zorganizowana według reguł kapitalistycznych stosunków produkcji itd.” (s. 154-155).

Podsumowując: „O ile poprzednio występowanie produkcji w całej historii ludzkości skłoniło go [J. Kochana] do odrzucenia przydatności kategorii produkcji w analizie konkretnego typu formacji, o tyle obecnie istnienie usług w całej historii kapitalizmu jest traktowane jako warunek konieczny uznania ‘istotnego znaczenia’ tej sfery dla podziałów klasowych” (s. 153).

J. Kochan uzasadnia więc teoretycznie brak różnicy między robotnikiem a dowolnym pracownikiem najemnym. Uzasadnienie to, jak i przykład podany przezeń, to locus communis współczesnej refleksji marksistowskiej.

O ile trudno byłoby wmawiać Marksowi, że w jego czasach nie istnieli pisarze czy śpiewaczki i tylko dlatego posłużył się on w Kapitale, jako ilustracją swoich tez, przykładem robotnika fabrycznego, o tyle sprawa zasługuje na coś więcej niż tylko na lekceważące wzruszenie ramion, na jakie stać dzisiejszych marksistów.

Rzecz w owym „naturalizmie”, w kwestii przewijającego się na przestrzeni historii procesu wyzysku bezpośredniego producenta. Teoretyczne odparcie tego zarzutu należy do J. Tittenbruna, natomiast my chcielibyśmy zwrócić uwagę czytelnika na fakt, że dopiero w kapitalizmie tzw. usługi nieprodukcyjne zostały wessane przez system ekonomiczny w orbitę komercjalizacji. Właśnie w odróżnieniu od stałej sytuacji wyzysku klasy bezpośrednio produkcyjnej, której cechą charakterystyczną było wytwarzanie środków reprodukcji materialnej społeczeństwa, usługi nieprodukcyjne, wcześniej elitarne, były wynagradzane z wartości dodatkowej wytwarzanej przez owych producentów bezpośrednich, zawłaszczanej przez właścicieli środków produkcji. Jak pisał Marks, stosunki wyzysku miały w okresie poprzedzającym kapitalizm formę bardziej jawną i niezafałszowaną, chociaż istota sprawy pozostała nie zmieniona.

Nie zmieniły się też zasady wynagradzania usług nieprodukcyjnych z wartości dodatkowej, chociaż pojawiła się kategoria kapitalistów obsługujących kapitalistów produkcyjnych i kapitalistów, którzy urządzili swój biznes w sferach, o których wcześniej nie pomyślano, że nadawałyby się do komercjalizacji. To, że kapitalizm kształtuje wszelkie relacje społeczne na swój obraz i podobieństwo nie jest tajemnicą – wstyd jednak mylić pozór z istotą zjawiska. A już niegodnym jest wmawianie Marksowi takiej grubiańskiej pomyłki, wbrew oczywistości.

Dla kapitalisty nieważne jest, w jakiej sferze robi zysk. Wydawałoby się, że w dobie dobitnego bicia po oczach różnicą między gospodarką realną (opartą na pracy produkcyjnej) a gospodarką wirtualną (polegającą na spekulowaniu środkami pochodzącymi z wtórnego podziału wartości dodatkowej) tak spektakularne pomyłki nie powinny dotyczyć lewicy. Niestety, każda epoka ma taką lewicę, na jaką zasługuje.

Tradycja przechodzi z ojca na syna.

W podsumowaniu swojego artykułu, Tymoteusz Kochan wyciąga wniosek z doświadczeń ruchu robotniczego: „Zaniedbana problematyka rewolucji poprzez rewolucję w kulturze staje się dziś jeszcze bardziej aktualna i wciąż będzie cofać nas ku teorii i praxis zaczytanych w teorii Marcusego lewicowych radykałów” (s. 73).

Nie ma potrzeby wyzwalania pracy produkcyjnej, ta kwestia została w historii cywilizacji zachodniej ostatecznie rozwiązana i zepchnięta do lamusa: „realną funkcję socjalizmu sprawuje już zaawansowana gospodarka kapitalistyczna” (s. 73).

Przynajmniej szczerze. Na tym tle, bajdurzenia E. Balibara z 1979 r. brzmią jak dysonans, jak scholastyczne ćwiczenie. Nie widzimy innego powodu ich przywołania w 2018 r., jak tylko nieprzeparty przymus wzięcia udziału w dyskusji, w której redaktor naczelny „Nowej Krytyki” za nic w świecie udziału brać nie chce.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 września 2018 r.
 
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Proletariat a klasa robotnicza

Working class
See video

 
 
Nie będziemy się wdawać w wyjaśnienia, że w tym porównaniu nie chodzi o to, że małpa jest tylko etapem prowadzącym do pojawienia się człowieka – ukoronowania ewolucji biologicznej na Ziemi, ani o to, że – wręcz przeciwnie – człowiek jest tylko ograniczonym i ubocznym produktem mocno niedoskonałego procesu ewolucyjnego, który przebiega chaotycznie w swej spontaniczności, która jest wyrazem najwyższej wolności przejawiającej się od atomu po Himalaje. Te problemy są wciąż aktualnym przedmiotem sporów filozoficznych, prowadzonych na wyższym niż tu wskazano poziomie abstrakcji, ale sedno pozostaje takie samo: nie ma mowy o prawidłowościach ujawnianych w toku procesów naturalnych czy społecznych. Te prawidłowości bądź ich brak pozostają i pozostać mają domeną boską.

Nauka burżuazyjna (nazywamy ją tak nie w odróżnieniu od jakiejkolwiek nauki „proletariackiej”, „socjalistycznej” czy jakby ją zwał, ale od DIALEKTYKI), ujmuje problemy statycznie, ponieważ prawa rozwoju są z koniecznością obarczone niebezpieczeństwem popadnięcia w arbitralność, czyli nienaukowość.

Dlatego nauka burżuazyjna opiera się na perspektywie jednostkowej, ponieważ tu tylko można zaobserwować, jak jednostkowe wrażenia odzwierciedlają rzeczywistość w sposób bezpośredni. Zakłada się, że jednostki są identyczne pod względem konstrukcji mózgu, czyli aparatu odbioru rzeczywistości. Jeżeli zdarza się inaczej, to takie jednostki są kwalifikowane jako „nienormalne” i bywają leczone lub izolowane od społeczeństwa.

Co prawda, odkrycia fizyki (a ściśle mówiąc – teorii względności) na początku ubiegłego stulecia pokazały zależność między wyborem badacza-obserwatora (polegającym na wybraniu tego, co on chce zaobserwować) a ukształtowaniem się rzeczywistości (sprowadzonej do ruchu cząstek lub fal – zależy od decyzji obserwatora). Posłużyło to jednak do przyjęciu przez wielu filozofów nihilistyczno-idealistycznej postawy, z której pozytywny skutek miał być taki, że w rzeczywistość obiektywną jest immanentnie wbudowana zasada wolności (przynajmniej w odniesieniu do „atomów”, ściślej – cząstek elementarnych).

Dialektyka natomiast jest interpretowana jako metoda czysto deterministyczna, a więc – przeciwstawna wolności. Filozofowie ci jakoś nie zauważają, że jeśli patrzeć wstecz, to „wolne wybory” cząstki elementarnej mają żelazną logikę i są w pełni zdeterminowane, nota bene, wyborem dokonanym przez czynnik zewnętrzny – obserwatora.

„Determinizm” dialektyki jest więc „dialektyką” wolności i konieczności, o czym pisał Marks jako wtórny autor. Sztuka nauki polega na ukazaniu konkretnego przebiegu procesu oddziaływań między wolnością a koniecznością. Dokonywane wybory ważą i, co więcej, mogą zmieniać nasze postrzeganie historii wstecz. Co wynika z zasady determinizmu.

Nauka postmodernistyczna neguje te spostrzeżenia i dla zachowania pełnej wolności odrzuca dokonywanie wyborów. Każdy wybór jest bowiem brzemienny w niewolnictwo konieczności i determinizmu. Z drugiej strony, świat społeczny postmodernizmu jest pełen wyborów dokonywanych WBREW – czemukolwiek. Oczywiście, na poziomie jednostkowym, ponieważ ideałem wolności jest wolność „atomu”, który może być albo cząstką, albo falą. Jeżeli obserwatorem jest Bóg, to OK. Wolność ma być wolnością od zależności od bliźnich.

Stan zawieszenia między wyborami jest kwintesencją wolności współczesnej lewicy. Trudno więc dziwić się, że dostaje ona w kość od prawicy, która poczuła, że ma niepowtarzalną okazję, aby narzucić swoje, osadzone w rzeczywistości, wybory, które zdeterminują przyszłość. Na razie lewica czuje, że wybory prawicy determinują interpretację przeszłości.

Jak to ma się do postrzegania kategorii „proletariat” i „klasa robotnicza”?

Tzw. nowa radykalna lewica trzyma się tego, że „proletariat” (pracownicy najemni) stanowi 99% społeczeństwa. Natomiast „klasa robotnicza” to kategoria węższa, która wyłania się z masy proletariackiej decyzją nie tyle Marksa czy marksistów, ale decyzją klasy kapitalistów. To proces, ruchome piaski, grupy społeczne krystalizują się w odpowiedzi na zapotrzebowanie chwili i zanikają wraz ze zmianami gospodarczymi i społecznymi. Klasa robotnicza ma historycznie trwalszą podstawę, ponieważ jej trwanie jest uzależnione od trwania klasy kapitalistów, czyli od istoty bytu tej klasy – od możliwości wyciskania wartości dodatkowej z klasy robotniczej.

Marks w Kapitale daje przykład analizy historycznej w kategoriach dialektycznych, czyli oczyszczonych z pobocznych elementów, a zachowujących esencję. Ta ostatnia jest funkcją wyboru optyki przez Marksa. Inaczej nie jest możliwy żaden sensowny proces poznawczy, a tylko gromadzenie neutralnych faktów. Obiektywną podstawę swej metody Marks ulokował w dialektyce, która nie jest tworem arbitralnym, ale wynikiem analizy filozoficznej dokonanej przez Hegla, który opierał się na swych poprzednikach, klasycznych filozofach niemieckich, oraz na osiągnięciach nauki empirycznej i teoretycznej swoich czasów.

Metoda dialektyczna pozwalała mu na wyodrębnienie jądra tej masy społecznej, która żywiołowo kształtowała się i przekształcała w okresie początków nowoczesnego kapitalizmu. Wskazanie tego jądra – klasy robotniczej – jest wynikiem obserwacji rzeczywistości walk klasowych i sporów ideologicznych w łonie kształtującego się ruchu robotniczego. To walka o punkt widzenia obserwatora, którego decyzja wpłynie na przebieg procesu, jeśli użyć analogii do teorii względności.

Klasa robotnicza jest więc zarazem konstruktem teoretyczno-filozoficznym, jak i czynnikiem materialnym zmiany społecznej, której to zmiany nie są w stanie dokonać przelewające się masy targane niemożnością zajęcia pozycji historycznego obserwatora wpływającego na dzieje.

Te masy, proletariackie, a jakże, są zdane na determinizm rozwoju społeczeństwa burżuazyjnego, który upatrują w rozwoju idei wolności i demokracji. Stąd wydaje im się, że prawica dokonuje zamachu na ten obiektywny proces, którego obiektywizm daje lewicy demokratycznej przewagę. Okazuje się jednak, że ta wiara nie ma podstaw w rzeczywistości, co staje się coraz bardziej oczywiste.

Diagnoza Marksa wskazywała, że antagonizm między klasą robotniczą a klasą kapitalistów determinuje proces historyczny. Nie determinuje go natomiast walka między zasadą demokracji a tyranii. Wąski obszar konfliktu klasowego między robotnikiem a kapitalistą wyraża w kondensacji zachodzenie jednocześnie dwóch zjawisk historycznych: możliwości utrzymania poziomu cywilizacyjnego oraz możliwość utrwalenia tego osiągnięcia dzięki zniesieniu stosunku wyzysku w produkcji dóbr materialnych.

Pozostałe stosunki wyzysku powstały w kapitalizmie dzięki przeniesieniu modelu relacji kapitalista-robotnik na inne sfery życia społecznego, dotychczas nie podlegające temu stosunkowi. Pozostałe, służebne grupy i warstwy społeczne istniały już wcześniej i to nie na ich modelu została zbudowana relacja między kapitalistą a robotnikiem przemysłowym, ale odwrotnie. Z tego wynika, że dzisiejsze stosunki społeczne określa (determinuje) relacja między kapitalistą a robotnikiem przemysłowym, a nie odwrotnie. Przecięcie tego węzła pociąga za sobą zmiany w relacjach społecznych w ogóle – niekoniecznie musi to zadowalać wszystkie grupy społeczne, szczególnie te, które cieszą się przywilejami. Dopóki istnieje relacja między kapitalistą a robotnikiem, istnieje wzorzec z Sevres relacji panowania i poddaństwa w społeczeństwie, w którym demokracja jest dla wybranych i taką pozostanie – ze względu ukazanego wyżej. Ponieważ demokracja polityczna bez demokracji w stosunkach produkcji pozostaje demokracją fasadową.

Sama metoda dialektyczna zakłada kondensowanie się sprzeczności w wąskich węzłach, które pozwalają na zrozumienie rzeczywistości, a zrozumienie jest jednocześnie podstawą dla racjonalnego działania. Dlatego Kapitał Marksa mógł odegrać tak ważną rolę w rozwijaniu ruchu robotniczego, chociaż to była praca mocno teoretyczna i, jak widać, niezrozumiana do dziś przez ludzi predestynowanych do jej najlepszego zrozumienia.

Praca Marksa jest bowiem ustanowieniem punktu obserwacyjnego dla badacza-obserwatora ruchu cząstek elementarnych w laboratorium.

Wedle definicji klasy przez Lenina, ważną rolę odgrywają cechy:

· miejsce w historycznie ukształtowanym sposobie produkcji;

· określony stosunek do środków produkcji (w kategoriach posiadają/nie posiadają);

· rola i miejsce w społecznej organizacji sposobu produkcji;

· sposób uczestnictwa w podziale dochodu.

Współcześni marksiści rozszerzają pojęcie produkcyjności na twórczość pozaprodukcyjną w materialnym znaczeniu. Rola produkcji niematerialnej (kreatywność) zwiększyła się wraz z rozwojem cywilizacyjnym. W przeszłości jednak te formy aktywności nie powodowały zaliczenia grup kreatywnych do klas wyzyskiwanych (niewolnicy, chłopi). Wzrost sił wytwórczych spowodował umasowienie „produkcji” niematerialnej, kulturalnej. Ta „produkcja” wpływa istotnie na możliwości gospodarcze kraju, który ma możność wymiany produktów myśli twórczej na produkty codziennego zapotrzebowania, w tym klas i grup produkcyjnych. Znaczenie myśli twórczej polega (poza zastosowaniami w gasnącej produkcji przemysłowej w krajach rozwiniętych) na czerpaniu korzyści nadzwyczajnych z wymiany w ramach międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy, a nie na rozwijaniu własnej produkcji przemysłowej towarów pierwszej potrzeby. Ta jest delokalizowana, a znaczenie tej produkcji dochodzi do świadomości rządów burżuazyjnych wraz z perspektywą nadchodzącej wojny, w której niezbędne będzie poleganie na własnym potencjale produkcyjnym dóbr niezbędnych do życia (i wykarmienia żołnierzy, przede wszystkim).

Pauperyzacja proletariatu, czyli szeroko rozumianej klasy pracowników najemnych, jest efektem załamania się bezwzględnego panowania kapitału krajów wysokorozwiniętych nad krajami, w których społeczeństwo było utrzymywane w fazie przejścia do kapitalistycznych stosunków. Dziś rządy państw peryferii mają własny problem z klasą robotniczą, która zastąpiła dawne warstwy i klasy społeczne. Konflikt między kapitałem a robotnikami produkcyjnymi odradza się w skali globalnej, pokazując, że sytuacja w Centrum (Europa i Ameryka Północna), to były tylko ślepe uliczki, które tzw. nowej radykalnej lewicy, zorientowanej europocentrycznie, mimo odmiennych deklaracji) jawiły się obiektywny proces historyczny – jako modelowa droga dla pozostałych regionów zacofanych świata.

Ten rozwój sytuacji pokazuje, że dialektyka jako metoda zastosowana przez Marksa ma podstawy obiektywne i naukowe, choć nauka to nie burżuazyjna.

Podsumowując: proletariat i klasa robotnicza to nie są pojęcia tożsame. Dlatego też, jeśli Station Marx usiłuje wmówić widzom, że proletariat to spoceni robotnicy stojący przy obrabiarkach, to odnosi się tylko do poststalinowców typu zwolenników M. Popowa, którzy stosują mechaniczne schematy i cytaty klasyków, bez zrozumienia ich treści i istoty.

W końcu zapewne dojdą do porozumienia, w którym poststaliniści pójdą na kompromis, albo na odstąpienie od swych tez, ponieważ nie potrafią dostrzec dialektycznego i historycznego związku między proletariatem a klasą robotniczą.

Zmiany w klasie robotniczej nie powodują zmiany w relacjach między kapitałem a klasą robotniczą. Zmiany w klasie robotniczej nie powodują jej utożsamienia się, rozmycia, w szerokiej grupie pracowników najemnych.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
23 lutego 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Wszystko już było

Marks Engels Lenin
See video

 
Żaden ruch nie może uciec od piętna swoich czasów i sposobu postrzegania świata i społeczeństwa przez charakterystyczny dla epoki pryzmat. Rewolucja Francuska, przygotowana przez epokę Oświecenia, oswoiła ludzi z przekonaniem, że ludzie mogą kształtować swój los w ramach społeczeństwa, które także podlega ich woli, choć wziętej w ramy pewnej konieczności naturalnej, a więc nie przeciwstawionej naturalnej wolności przysługującej każdej jednostce. Ten sposób widzenia świata miał swoje konsekwencje w rozwoju różnych, sprzecznych między sobą koncepcji filozoficznych, które – opierając się jedynie na logice rozumowania z pozycji jednostki (naturalny dla burżuazji sposób patrzenia na świat) – odbiegały od analizy konkretnej rzeczywistości historycznej i nie przyjmowały naturalności konieczności społecznych (w odróżnieniu od konieczności tzw. naturalnych, czyli z pozycji jednostkowej). W przeciwieństwie do bezpośredniości doświadczenia wewnętrznego jednostki, które dawało jej poczucie oczywistości poznawczej), przyjęcie punktu widzenia społeczeństwa wymaga wyobrażenia sobie podmiotu, który mógłby odczuwać analogiczną oczywistość poznawczą. Z przyczyn oczywistych, ta oczywistość jest niedostępna bezpośrednio, a więc automatycznie pozbawiona autorytetu Prawdy.

Dawne społeczeństwa proponowały konstrukcję poznawczą, gdzie rolę podmiotu przyjmowała faktycznie klasa dominująca. Jej oczyma patrzyli na świat pozostali członkowie społeczeństwa, a w przypadku rozbieżności własnego doświadczenia z „ideologią panującą”, przeważnie uznawali tę ostatnią za obiektywną, a swoją – za subiektywną i pozbawioną powszechnej ważności. Stempel oczywistości i powszechności nadawała „ideologii panującej” panująca religia, która maskowała klasowy charakter panującego światopoglądu nadając mu rys obiektywności gwarantowanej przez Boga, który jest jak Natura – bezstronny, a jego prawa – konieczne.

To wszystko zanegował rozwój stosunków burżuazyjnych, których zmienność i dynamika nie pozwoliły dłużej na utrzymanie fikcji jednoznaczności relacji społecznych jako relacji obiektywnych i naturalnych, a więc – koniecznych. Problem ten rozważała klasyczna filozofia niemiecka, która – w odróżnieniu od filozofii krajów rozwijających praktyczne strony nowych stosunków społecznych – musiała się zadowolić teoretycznym przeżuwaniem doświadczenia przodujących: Anglii i Francji. Zacofane relacje społeczne w Niemczech nie pozwalały na odsunięcie lekką ręką problemów związanych z kwestią gwarancji obiektywizmu poznania, czyli z kwestią podmiotu i jego stosunku do poznawanego przedmiotu. W przeciwieństwie do krajów cywilizacyjnie zaawansowanych, w Niemczech nie można było przeformułować problemu na kilka podproblemów, które mogły znaleźć rozwiązanie dzięki przyjęciu kryteriów naukowości charakterystycznych dla danej dyscypliny wiedzy, co doskonale pozwalało opędzić się od wątpliwości ogólniejszej natury. Oczywiście, był to proces, a nie jednorazowa decyzja, niemniej tendencja ugruntowywała się w każdym nowym pokoleniu, spychając na margines pogardy dla nienaukowych poglądów tematów trudnych, natury filozoficznej.

Natomiast filozofia niemiecka trwała w konsekwentnych poszukiwaniach uzgodnienia nowej rzeczywistości ze starymi zasadami refleksji opartej na głównej zasadzie, iż prawa szczegółowe dają się wyprowadzić z najpowszechniejszego prawa, jakim jest i pozostaje Prawda. Prawda nie polegająca na tym, co nam akurat wychodzi z bieżących badań, ale Prawda, która istniała od zawsze, a która jednocześnie nie jest czymś różnym od swojego przejawiania się w historii.

Ten sposób myślenia został odrzucony wraz z rozwojem nauki burżuazyjnej, która zrewolucjonizowała świat techniczny łamiąc wszelkie dogmaty, a jednocześnie stawiając na potwierdzenie empiryczne swoich wyników, dzięki czemu zyskała ogromny autorytet. W społeczeństwie klasowym, w którym relacje klasowe oznaczały jednak stwierdzenie stanu rzeczy pozbawionego bezwarunkowej akceptacji, przynajmniej ze strony grup podporządkowanych, trudno było pragmatycznie ustanowić kanony wartości etycznych. Dotychczasowe (coraz mocniej kwestionowane) miały podbudowę w tradycji i tylko w niej, co było słabą rekomendacją. Natomiast pragmatyczne uzasadnienie norm etycznych stało się domeną religii, która w ramach nowego, zracjonalizowanego światopoglądu, uzasadniała swą społeczną przydatność faktem, że dawała podbudowę pod sądy etyczne, naukowo nieweryfikowalne.

W ten sposób, w burżuazyjnej perspektywie światopoglądowej, religia przestała odgrywać rolę czynnika pobudzającego do refleksji w kategoriach szerszych niż jednostkowe. Podobnie filozofia przestała myśleć w kategoriach ludzkości w jej konkretnej różnorodności, a ograniczyła się do przeżuwania wyników badań empirycznych i naukowych uogólniając je w ich własnych ramach poznawczych i aksjomatycznych, wyciągając ostateczne wnioski z konsekwentnego logicznie rozumowania, co prowadziło do impasów, jak np. w przypadku pozytywizmu.

Z punktu widzenia tych wszystkich procesów, które zachodziły w XIX, a potem i w XX wieku, podejście Marksa, wychowanego na filozofii Heglowskiej, do procesów społecznych i politycznych cechowało się świadomym zachowaniem punktu widzenia konkretnej klasy społecznej, która – analogicznie do postawy dawnych klas panujących – przyjmowała na siebie rolę podmiotu historycznego, z którego perspektywy był oceniany proces historyczny i społeczny.

W przeciwieństwie do dawnego podmiotu, nowy podmiot (klasa robotnicza) od początku był określony jako klasa (podmiot) historyczny, a nie wieczny i naturalny. Świadomość historyczności sposobu przejawiania się podmiotu w dziejach pozwala na dystans wobec tego podmiotu i jasność co do jego siły, ale i ograniczeń. W przeciwieństwie do perspektywy jednostkowej, perspektywa historyczna i klasowa daje możność pełnego utożsamienia się z celami historycznej klasy, ponieważ znajomość praw zmienności (dialektyka) umożliwia dostrzeżenie momentów, kiedy ten podmiot najpełniej odpowiada na wyzwania procesu, którego jest podmiotem.

Na tym spostrzeżeniu polega Marksowska niesprzeczność między rozwiązaniem problemu wyzysku a trwaniem historii, choć w jakościowo nowej postaci, której doniosłość jawi się jako taka nam, ale która przyszłym pokoleniom będzie się wydawała czymś prostym i oczywistym, nie wiadomo dlaczego wzbudzającym tyle kontrowersji i zahamowań. W historii mamy do czynienia z wieloma przykładami takich oczywistości, o które przodkom przyszło walczyć zażarcie, a zwycięstwo jawiło się konserwatywnie nastawionym przeciwnikom jako „koniec historii”.

W samej I Międzynarodówce istniały więc rozbieżności poglądów na to, co jest celem ruchu robotniczego. Jeśli skupić się wyłącznie na kwestii niesprawiedliwości i wyzysku, to przekonującą linię prezentowali zwolennicy P. Proudhona, którzy nie widzieli powodu, aby popierać obłędną tendencję wydziedziczającą bezpośrednich producentów z własności ich środków produkcji na rzecz koncentracji związanej z rozwojem wielkiego przemysłu. Konsekwentne oddanie robotnikom własności środków produkcji byłoby równoznaczne z ograniczeniem skali produkcji, z zahamowaniem tendencji monopolistycznych, czyli z zahamowaniem tendencji, które doprowadziły do zniekształcenia wolnego rynku. W kwestiach obyczajowych Proudhon reprezentował także stanowisko zachowawcze w odniesieniu do usamodzielnienia się ekonomicznego i społecznego kobiet.

Dostrzegano, oczywiście, też kwestię decydowania o środkach produkcji i o samej produkcji przez chłopstwo. Zrodziło to ważną kwestię, a mianowicie pytanie o to, jak uchronić się przed ewentualnym egoizmem klas producentów, którzy samodzielnie decydują o swoich działaniach produkcyjnych. Istnienie klas wyzyskujących, jak by nie patrzył, pozwalało na zorganizowane przejmowanie produkcji klas wyzyskiwanych na rzecz reszty społeczeństwa, pomijając chwilowo kwestię tego, jak zorganizowana jest redystrybucja osiągniętej produkcji.

Oczywiście, nie formułowano tego zagadnienia w ten sposób, niemniej – rozpatrując zagadnienia przyszłego ustroju na posiedzeniach I Międzynarodówki – problem ten był podnoszony. A więc niepokoił on część tych ludzi, którzy nie byli związani z bezpośrednią produkcją dóbr niezbędnych do życia obywateli.

Marks, w przeciwieństwie do proudhonistów, a zgodnie z dialektyką, widział produkcję kapitalistyczną w podwójnej perspektywie – postępu i regresu. Obie te cechy są funkcją zmian historycznych układów i stosunków, a nie konkretnych działań, które raz mogą sprzyjać postępowi, a kiedy indziej – przeciwdziałać mu.

Wraz z przejściem od feudalizmu do kapitalizmu, straciła na wadze kwestia chłopska. Pauperyzacja chłopstwa i przekształcanie go w robotników rolnych przy jednoczesnym rozwoju wielkich gospodarstw rolnych opartych na zasadach przemysłowych stanowiła przykład dialektycznego rozwiązania problemu, czyli zniesienia go. Jednak w sytuacji przywrócenia własności środków produkcji bezpośrednim producentom natychmiast powraca kwestia wszystkich bezpośrednich producentów dóbr pierwszej potrzeby.

Kapitalizm sprawił, że wzrosła wydajność pracy, a ta umożliwiła niespotykany dotąd rozwój mas ludności niezwiązanych z bezpośrednią produkcją. Tych grup społecznych nie dotyczy kwestia przywrócenia im własności środków produkcji, ponieważ ich środki produkcji nie opuszczają ich nawet po pracy – swoje środki produkcji noszą oni stale przy sobie. Dotyczy to tzw. klas kreatywnych.

W odniesieniu do pracowników biurowych, oczywiście, ich środki pracy nie są ich własnością, niemniej nawet przejęcie ich na własność nie spowodowałoby tej samej sytuacji, co przejęcie środków pracy przez robotników przemysłowych – zastosowanie środków pracy biurowej nie ma sensu bez przełożonego, który jest „rynkiem zbytu” na tę pracę. W przypadku przemysłu, fabrykant wkręca się w sytuację pośrednika między bezpośrednim producentem a rynkiem. Wkręca się, ponieważ popyt na dobra pierwszej potrzeby istnieje zawsze. Kapitalista, mimo sloganów na temat przedsiębiorczości i ryzykanctwa tego osobnika, tak naprawdę podejmuje ryzyko tylko wtedy, kiedy konkurencja przyprze go do muru. W relacji do najemnego robotnika jest on cynicznym cwaniakiem, a nie wspólnikiem ryzyka, gdzie brałby na siebie bardziej ryzykowną część przedsięwzięcia. Między bajki włóżcie!

Dlatego warstwy pośrednie między dwiema klasami antagonistycznymi pełnią raczej rolę „służby” na usługach, przede wszystkim, choć nie wyłącznie (nie wszyscy mogą mieć za klientów oligarchów czy korporacje) klasy panującej, a nie oponenta kapitalisty, któremu ten ostatni odebrał podstępem bądź przemocą środki pracy.

Ta pozycja „służebna” większej części społeczeństwa wobec klasy panującej wywołała zrozumiałe obawy w szeregach I Międzynarodówki. Jest to materialna przyczyna słabszego obiektywnego interesu owych warstw odnośnie konsekwentnej polityki antykapitalistycznej. Niezależnie od stopnia komercjalizacji stosunków pracy w społeczeństwie kapitalistycznym, istnieje obiektywny problem odmiennych relacji tych warstw i klas społecznych z klasą kapitalistów. Dlatego też to robotnicy najemni mają obiektywny interes antykapitalistyczny, a poza tym – możliwość manewru w przypadku zniknięcia kapitalistów.

Dla Marksa, wzrost liczebny i stosunkowy ludności, która nie musi zajmować się pracą bezpośrednio produkcyjną, jest wyrazem postępu w historii. Jednocześnie, musi być jakoś rozwiązana kwestia udziału tej „nieprodukcyjnej” (acz „kreatywnej”) części społeczeństwa w wytworzonych dobrach.

Jednym z rozwiązań było cofnięcie procesu rozwoju produkcji na wielką skalę i powrót do korporacyjnych metod urządzenia gospodarki. Nie było to jednak, z punktu widzenia Marksa rozwiązanie, tylko chowanie głowy w piasek. Z drugiej strony, rozwiązanie musiałoby zawsze postulować albo arbitralne odbieranie bezpośrednim producentom ich produktów, albo skazanie reszty społeczeństwa na żebractwo. Czyli – zawsze będziemy mieli do czynienia z jakąś dyktaturą – albo bezpośredniego producenta nad resztą społeczeństwa, albo reszty społeczeństwa nad bezpośrednim producentem.

Kapitalizm sprawił, że robotnicy zostali ideologicznie przystosowani do roli przedmiotu dyktatury, a nie jej podmiotu. Nawet w społeczeństwie "realnego socjalizmu", gdzie funkcję dyktatorską kapitalisty w imieniu społeczeństwa przejęła biurokracja.

Historyczne spory w łonie I Międzynarodówki mogą jeszcze i dziś służyć jako model wyjaśnienia oddziaływania ideologii populistycznych na robotników pozbawionych swojej partii politycznej, wyrażającej ich specyficznie klasowe interesy. Temu oddziaływaniu nie ma się co dziwić, skoro dialektyczna koncepcja Marksa nie zdołała jeszcze wykonać swej historycznej pracy i nadać ruchowi robotniczemu trwałej samodzielności teoretycznej i politycznej, jednocześnie zyskującej pozycję samoświadomości społeczeństwa znajdującego się na postępowej ścieżce rozwojowej, tzn. prowadzącej w kierunku społeczeństwa, które zachowa osiągnięty poziom cywilizacyjny bez konieczności sprawowania dyktatury nad klasą bezpośrednich producentów.

Na kwestię dyktatury proletariatu należy więc spojrzeć z tej perspektywy. A perspektywa ta, podobnie jak i jej podłoże, została zarysowana już 150 lat temu. Dziś, kiedy przewaga liczebna warstw pośrednich w krajach rozwiniętych jest faktem, należy wyciągnąć z tego wniosek. Ta przewaga skłania do dyktatury nad klasą robotniczą, wzmocnioną jeszcze przez tradycyjną ideologię klasy dominującej. Jednocześnie, ta ograniczoność zakresu problemu w tych krajach, wraz z poczuciem warstw pośrednich, że demokratyczny kapitalizm zasadniczo spełnia ich oczekiwania, powoduje, że zmiana stosunków w sferze tego typu produkcji nabiera znaczenia jedynej zmiany powodującej zmianę ustrojową. Metody redystrybucji (wtórnego podziału wartości dodatkowej wytworzonej w produkcji materialnej) wypracowane w kapitalizmie są natomiast do przeniesienia w socjalizm. To znaczy, są to gotowe propozycje, nad którymi można będzie dyskutować. Ale najważniejsze będzie załatwienie sprawy – z kim będą się toczyły negocjacje: z organizacją polityczną robotników czy z organizmem reprezentującym wyzyskiwacza (kapitalistą/biurokratą)?

Sprawne zorganizowanie społeczeństwa opartego na wyzysku klasy bezpośrednich producentów może być całkiem wolnym, komunistycznym społeczeństwem, w sensie Platońskiego komunizmu dla elit.

W skali globalnej, stosunek sił nie jest tak jednoznaczny. Niemniej rozwiązanie stworzone w krajach rozwiniętych (choćby i teoretycznie, na początek) będzie miało znaczenie dla walki globalnej klasy robotniczej, tak jak teoria Marksa pozwoliła w XIX wieku przełamać impas w rozumieniu położenia robotników na tle procesu historycznego. Ale ten impas ma tendencję do stałego odradzania się. Historia I Międzynarodówki zarysowuje jednak ramy dylematu, przed którym stoimy dziś.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
22 lutego 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kapitalizm socjalny, czyli kryptoniewolnictwo

Welfare state

See video

 

Według Aleksandra Buzgalina, zbudowanie „kapitalizmu socjalnego” opiera się na konsekwentnym stosowaniu zasad kapitalizmu wolnorynkowego, czyli na wolnej konkurencji i nieudzielaniu państwowego/społecznego wsparcia prywatnej przedsiębiorczości. Sektor prywatny ma być całkowicie swobodny, acz tylko w ramach „wąskiego korytarza”, którego niewzruszone ściany będą zapobiegały temu, aby stosunki kapitalistyczne przeradzały się – skądinąd zgodnie z logiką swego rozwoju – w monopolistyczne formy, dzięki którym będą mogły narzucać społeczeństwu swoje, znane nam doskonale, antyspołeczne warunki.

Jednym słowem, marzenie Janusza Korwina-Mikkego, nie mówiąc już o pozostałych uczniach L. von Misesa. Taki „rezerwat” zagrożonego gatunku – wolnorynkowego kapitalizmu – odgrodzony od groźnego, zewnętrznego świata stalowymi prętami, jak w ZOO.

Powstaje może tylko pytanie – po co nam takie ZOO? Ani nie przyniesie nam ono szokujących wynalazków motywujących postęp techniczny, ani nie będzie generowało jakichś nadzwyczajnych zysków zdolnych zasilić kasę państwową. Trudno wyobrazić sobie taki model gospodarowania w odniesieniu do wielkich przedsiębiorstw, ważących na rynku globalnym. Raczej miałby on zastosowanie do drobnych przedsiębiorstw zajmujących się usługami na rzecz ludności. Ale w tej sytuacji trochę dziwne by było, żeby w tym segmencie gospodarki należało stosować tak surowe, wyniszczające wręcz, zasady.

W pewnym sensie, Buzgalin przypomina tu… erudycyjnie lepiej podbudowaną wersję Michała Nowickiego, który także proponuje znęcanie się nad drobnym handlem i rzemiosłem. Pewnie dlatego, że w odniesieniu do wielkiego kapitału ich model państwa socjalnego jest całkowicie bezbronny, a komuś należy przecież dla prestiżu obić mordę.

W wykonaniu Nowickiego, analogia z Polpotyzmem sama się nasuwa, propozycja Buzgalina brzmi bardziej wyrafinowanie, naukowo, dzięki czemu skojarzenia nie są tak oczywiste. Ale sedno jest podobne.

Propozycja Buzgalina wychodzi od słusznego stwierdzenia, a mianowicie, że rozwiązanie dla Rosji prowadzi jedynie poprzez zaproponowanie światu (głównie Trzeciemu, czyli innym pół- i pełnym peryferiom) ogólnego modelu rozwoju. Jak rozumiemy, Rosja byłaby motorem i w pewnym sensie gwarantem funkcjonalności tego modelu, podobnie jak ZSRR był motorem i gwarantem modelu radzieckiego.

Zaskakujące może być tylko to, że modelem tym ma być model kapitalizmu, od którego odżegnują się dziś kraje kapitalistycznego Centrum. Czyżby kapitalistom odbiło? Buzgalin powołuje się na działanie S. Allende w Chile jako na wzór. Trochę samobójczy pomysł…

W sumie, propozycja Buzgalina nawiązuje do politycznych wyobrażeń lewicy zachodniej, która nie miała doświadczenia rewolucji socjalistycznej, a tylko ograniczającą się do welfare state.

Jeżeli jednak przyjąć, co nie kłóci się z realizmem historycznym i politycznym, że okres powojennej prosperity dla kapitalizmu był okresem wyjątkowym, związanym z istnieniem ZSRR i bloku państw tzw. realnego socjalizmu, to cała misterna budowla reformistycznej lewicy może okazać się zamkiem stawianym na piasku.

Sam Buzgalin podkreśla, że gospodarka ZSRR nie rozwijała się w izolacji i to nie tylko od obszaru RWPG, ale i od gospodarki kapitalistycznej. Więzi nie były nieważące dla obu stron. To samo dotyczyło pozostałych państw bloku. Nie sposób też pominąć więzów łączących gospodarkę „realnego socjalizmu” z Trzecim Światem.

Już Róża Luksemburg podkreślała znaczenie „otoczenia niekapitalistycznego” dla podtrzymywania żywotności gospodarki kapitalistycznej. Ekspansja na obszary trzecie chwilowo łagodziła i nieco oddalała w czasie konflikty między krajami imperialistycznymi. Wyniszczanie „otoczenia niekapitalistycznego” miało ten minus, że raz wyniszczone, „otoczenie” stawało się częścią systemu kapitalistycznego (generując jakieś koszty i/lub wegetując na jego marginesie) i nie przynosiło więcej zysków nadzwyczajnych. Trzeba było zainwestować, aby coś w przyszłości uzyskać; darmowe przechwytywanie bogactwa się skończyło.

Na tym tle socjalistyczne „otoczenie niekapitalistyczne” przedstawiało się nadzwyczaj korzystnie. W wymianie z wysokorozwiniętymi krajami kapitalistycznymi, kraje socjalistyczne dostarczały towarów o mniejszym stopniu przetworzenia, mniej innowacyjnych, relatywnie tańszych od towarów kupowanych za dewizy, zaspokajających potrzeby niższych warstw społeczeństw zachodnich. Sprzyjało to finansowaniu „socjalu” tych społeczeństw. Jednocześnie, co jeszcze ważniejsze, ten typ „otoczenia” skutecznie bronił się przed upadkiem, czyli całkowitym wyniszczeniem. Dzięki temu nie przechodził „na garnuszek” dobroczynności społeczeństw zachodnich i nie generował kosztów. Socjalistyczna kura znosząca złote jajka, w przeciwieństwie do swych trzecioświatowych koleżanek, unikała zarżnięcia, chociaż na jej podwórku było coraz mniej trawki do skubania. Wprowadzając elementy planowania do anarchii gospodarki kapitalistycznej, biurokracja była w stanie dokonać tego „cudu”. Ceną był zorganizowany i utrzymywany przez biurokrację w skali ogólnoprzemysłowej wyzysk klasy robotniczej jako propagandowy, nieodzowny warunek utrzymania socjalizmu w konfrontacji z kapitalizmem.
 

Upadek ZSRR i bloku wschodniego ujawnił prawdę o fundamentach „państwa socjalnego” w rozwiniętym kapitalizmie. Jeżeli oczywistą rzeczą był w tym kontekście wyzysk kolonialny, a następnie postkolonialny krajów Trzeciego Świata, to rola „realnego socjalizmu” w podtrzymywaniu kapitalizmu nie cieszy się równą oczywistością. Tymczasem dzieje transformacji i jej wpływu na struktury Unii Europejskiej oraz na gospodarkę zachodnią nie mogą dawać bardziej wyrazistego świadectwa.
 

Trudno więc przyjmować poważnie marzenia o powrocie do „państwa socjalnego” bez rozpatrzenia tej kwestii. Lewica reformistyczna, pozornie realistyczna, czy to na Zachodzie, czy to na Wschodzie, wychodzi z założenia, że kapitalizm rozwija siły wytwórcze tworzące gospodarczy fundament dla budowy „państwa socjalnego”. Sam z siebie jednak nie przejdzie do budowy takiego państwa. Dlatego, wedle tej lewicy, niezbędna jest polityczna presja ze strony sił demokratycznych, które pomogą kapitałowi skierować wysiłki we właściwym kierunku.
 

Buzgalin, w ramach realizmu politycznego, nie proponuje zmiany systemu ekonomicznego, a jedynie obłożenie kapitalistów podatkiem progresywnym od dochodów. Taki współpracujący z państwem socjalnym kapitał będzie się cieszył przywilejami, których odmówi się drobnemu kapitałowi (czyli temu, który nie będzie źródłem wielkich kwot ww. podatku). I w tym miejscu od razu widać, jak powróci problem, kto jest tak naprawdę od kogo uzależniony i kto komu dyktuje warunki. Zaś nie będzie „otoczenia niekapitalistycznego”, które zneutralizowałoby ten dylemat dzięki redukcji kosztów socjalu. Odtworzą się warunki państw realsocjalizmu, gdzie koszty socjalnej polityki stwarzały rządzącej biurokracji przeszkody nie do pokonania i wieczne źródło niepokoju społecznego, nie mówiąc już o niefunkcjonalności swobód demokratycznych.
 

Staje też przed nami problem wygasania dynamiki gospodarki kapitalistycznej jako naturalnego procesu. Zastąpienie go mechanizmem gospodarki socjalistycznej, a następnie – komunistycznej, z zachowaniem kapitalistycznego rozdziału między gospodarowaniem a życiem społecznym, będzie stale owocowało próbami odradzania się gospodarki mniej lub bardziej kapitalistycznej, tzn. przekształcaniem rynku w mechanizm maksymalizowania zysku i konkurencji mającej na celu eliminację innych uczestników rynku. Będzie tak się działo, ponieważ stabilny rynek zbytu zapewniony przez gospodarkę upaństwowioną lub uspołecznioną będzie kusił ludzi przedsiębiorczych. Szybko będzie się odradzało całe dawne paskudztwo.
 

Rozwiązaniem właściwym nie jest więc regulowanie gospodarki kapitalistycznej z gruntu, czyli wpychanie gospodarki w uregulowane koryto, od którego będzie się tylko pobierało niezbędne środki utrzymania, ale zmiana charakteru gospodarowania w społeczeństwie bezklasowym.
 

Aby znieść alienującą siłę produkcji towarowej, należy tę produkcję zinternalizować i wyeliminować jej różnicujący społecznie charakter. Wówczas dopiero będzie zgoda co do konieczności ograniczania czasu pracy i odstąpienia od luksusowych potrzeb – ponieważ w pewnym sensie będzie na to odpowiedź: chcesz mieć dobro luksusowe, to zastanów się, ile czasu chcesz przeznaczyć na jego produkcję kosztem własnego rozwoju, życia rodzinnego itp.
 

Inaczej zawsze będzie tak, że chętnemu nigdy nie będzie na to szkoda czasu… cudzego.
 

Niezmiennie powtarzającym się w ustach lewicy reformistycznej jest postulat docenienia sfery produkcji kreatywnej. Stanowi on dopełnienie pierwszej, wyżej omawianej kwestii. Stanowi bowiem wypracowanie uzasadnienia otrzymywania przez część społeczeństwa wykonującą pracę nieprodukcyjną owoców pracy produkcyjnej wytwarzającej materialne dobra. Pracownicy produkcyjni otrzymują wynagrodzenie, za które mogą kupić owe dobra. Ich siła nabywcza powinna być utrzymana na tyle niskim poziomie, aby wytworzonych dóbr starczyło dla zaspokojenia pozostałego popytu efektywnego społeczeństwa. Skąd jednak reszta społeczeństwa ma brać środki na zaspokojenie swego popytu na dobra materialne (i niematerialne, ale te nie stanowią dóbr pierwszej potrzeby, więc można je pominąć w tym rozumowaniu)?

Produkcja niematerialna ulega więc komercjalizacji. Jeżeli państwo (lub społeczeństwo) monopolizuje środki na edukację, służbę zdrowia czy kulturę, twórcy tych usług otrzymują wynagrodzenie arbitralnie wyznaczone przez państwo. W społeczeństwie kapitalistycznym, w którym produkcja niematerialna stanowi często wspomniane wyżej źródło nadzwyczajnego zysku w wymianie międzynarodowej, twórcy tacy są wynagradzani sowicie i mają poczucie, że ich wysiłek stanowi wkład produkcyjny w gospodarkę społeczeństwa. Nie biorą pod uwagę, że jest to możliwe tylko w sytuacji, w której akceptuje się wyzysk płynący z nierównomierności rozwoju gospodarczego różnych krajów.

Jeżeli poważnie przyjąć nauki Marksa o tym, że kupnu i sprzedaży podlega wyłącznie siła robocza, a nie „praca”, to bezsensem jest konkurowanie w kategorii, ile każdy z nas dołożył do rywalizacji na międzynarodowym globalnym rynku. To oznacza bowiem przyjmowanie logiki kapitału, jakimi by to nie było przykryte „komunistycznymi” frazesami.

Z drugiej strony, zniesienie podstawy kapitalistycznej eksploatacji polegającej na sprzedaży „wolnej” siły roboczej i wynikającej z tego sprzeczności interesów ekonomicznych grup społecznych pozbawionych własności środków produkcji, podkopuje fundamenty systemu kapitalistycznego. Przy okazji znosi też pomysły na „kapitalizm socjalny”. Jeżeli siła robocza przestanie być towarem, to nie będzie możliwa realizacja wyrafinowanego pomysłu na przezwyciężenie kapitalizmu przy pomocy zachowania jego fundamentalnej zasady, dzięki której w ogóle powstaje wartość dodatkowa, bez której kapitalizm nie istnieje).

Postulowana przez Buzgalina kontrola ze strony społeczeństwa obywatelskiego, obejmująca, m.in. kontrolę nad zasobami naturalnymi kraju, sprowadza się ostatecznie do postulatu państwowego regulowania wartości siły roboczej grup tzw. kreatywnych, przy zgodzie na praktyczne wykonywanie kontroli przez odrodzoną biurokrację, której oddelegowana zostanie ta funkcja kontroli, czyli powrót dawnego mechanizmu znanego z „realsocjalizmu”.

W tej sytuacji należałoby raczej przyjrzeć się doświadczeniom „realnego socjalizmu” i skupić na analizie tego doświadczenia po to, aby nie powtarzać tych samych błędów, aniżeli na tworzeniu konstrukcji teoretycznych, które ignorują to, co bieżące doświadczenie dobitnie nam uświadamia.

Wbrew urzędowemu optymizmowi reformistycznej lewicy, która uważa, że poddając się fałszywej samoświadomości kapitału, można skutecznie budować na nieadekwatnym rozumieniu historii kapitalizmu w XX wieku, należy dostrzec, że rzeczywiste podziały społeczne i ideologiczne, a za nimi – walka, przebiegają całkowicie gdzie indziej, niż sądzi ta lewica.

To bowiem jest przyczyną jej coraz wyraźniejszego oderwania od realiów społecznych, które rzutuje na jej skuteczność polityczną.
*
 
Rzecz nie jest nowa.

Orientacja na przemysłową klasę robotniczą nie wynika z przesłanek ideologicznych, ale ze specyfiki systemu kapitalistycznego. Nie oznacza także, iż pozostałe odłamy klasy robotniczej są wykluczane z „prestiżowego” grona robotników. Jak zawsze w praktycznym życiu, nie sposób utrzymać „czystych” granic między żywymi organizmami, jakimi są zmienne i wielobarwne środowiska ludzkie.

Po Rewolucji Francuskiej, w której aktywną rolę odegrały grupy literackie (wolne zawody), okazało się, że ich radykalizm nakierowany na procesy demokratyzacji życia publicznego szybko rozchodził się z innym typem radykalizmu – z radykalizmem ekonomicznie wyróżnionych grup i klas społecznych, który przerastał postulaty demokracji i orientował się na postulaty socjalistycznego typu. W XIX wieku to rozejście się dojrzewało w bolesnych doświadczeniach stale ponawianych i tłumionych rewolucji, bez ostatecznej jasności, a szczególnie odzwierciedlenia istoty sporu w świadomości społecznej i klasowej.
 
 
Rewolucja Październikowa także nie zdołała przełamać tego ograniczenia, chociaż na Zachodzie Europy był on wyrażony politycznie i programowo. Niemniej, wedle tradycji XIX wieku, samodzielność ruchu klasy robotniczej była stale kwestionowana, także w łonie samego ruchu robotniczego. Nie było to niczym nowym ani nieoczekiwanym. Walki programowe wewnątrz tego ruchu trwały przez cały czas istnienia I czy II Międzynarodówki.
 
 
Klasa robotnicza jest, podobnie jak burżuazja, cechą wyróżniającą systemu kapitalistycznego. Warto zauważyć, że jeśli odrzuca się wyróżnienie klasy robotniczej, także posługiwanie się kategorią „burżuazja” zaczyna brzmieć fałszywie. Klasa kapitalistów reprezentuje wówczas wobec reszty społeczeństwa sektor gospodarczy, staje się obiektywnym i naturalnym bytem, obiektywnym i naturalnym sposobem organizacji życia gospodarczego. W efekcie – politycznie przestaje być kwestionowana. Kwestionowany jest tylko sposób redystrybucji wyników gospodarczych w społeczeństwie – naturalny mechanizm gospodarczy, na wzór przyrody, której owoce byłyby dostępne każdemu gratis, gdyby tylko nie znalazł się przedsiębiorczy człowiek, który wpadł na pomysł „ogrodzenia” jakiejś części naturalnego pola i ogrodu po to, aby czerpać z niego korzyści materialne.
 
 
Sytuacja jest analogiczna do wspomnianej wyżej sytuacji po Rewolucji Francuskiej – demokratyzacja postulowana przez burżuazję, po jej zwycięstwie, nie stała w sprzeczności z dostosowaniem się burżuazji do systemu ograniczonej w swych przywilejach monarchii czy innego systemu nierówności społecznej. Większość przedstawicieli literackiego radykalizmu ograniczyła się do programu poszerzania wolności i swobód obywatelskich, bez poruszania kwestii organizacji życia gospodarczego. Zainteresowani tym tematem byli jedynie uczestnicy tej sfery życia społecznego. Swoją drogą, ciekawy i charakterystyczny jest zarzut wobec nich o tworzenie sprzeczności klasowych.
 
 
Z klasą robotniczą historycznie związane jest więc zauważenie problemu organizacji stosunków produkcji i jej wagi dla ruchu demokratyczno-socjalistycznego. Zagłębianie się w problematykę powoduje zawężanie jej istoty do faktycznego jądra sprzeczności klasowej między kapitalistą w sektorze produkcji materialnej a robotnikiem z jego przedsiębiorstwa.
 
 
Co warte są w tej sytuacji gaworzenia różnych najemnych ideologów aparatu partyjnej biurokracji, którzy do dziś utrzymują, że biurokracja realsocjalizmu była niezbędnym czynnikiem nadrabiania zacofania gospodarczego i modernizacji krajów półperyferii, mimo wysokich kosztów społecznych? Podobnie i orientacja na przyjęcie rozwiązania rynkowego w okresie transformacji wynika wyłącznie z nieadekwatnej koncepcji gospodarczej, braku zrozumienia warunków ekonomicznych i politycznych towarzyszących istnieniu dwóch obozów i ich faktycznego stosunku sił.
 
 
Na tej fałszywej kalkulacji opiera się złudzenie radykalnodemokratycznej części lewicy polegające na fałszywym przekonaniu, że kapitalizm – kiedy przestał być systemem rewolucjonizującym siły wytwórcze – nadal może się rozwijać na własnych podstawach. Perspektywy systemu kapitalistycznego ujawniają się dziś krachem inicjatyw bezkonfliktowego rozwijania współpracy zamiast rywalizacji i zażartej konkurencji prowadzącej do wojny.
 
 
W tej sytuacji ważne jest, aby zrozumieć, co jest zasadniczym celem rewolucji socjalistycznej. Na czym lewica rewolucyjna powinna skupić swe wysiłki. Nie jest ona w stanie posuwać się szeroką tyralierą, musi się skupić na zasadniczej sprzeczności.
 
 
Niezbyt mądre są więc licytowanie się w radykalizmie, polegające na skupianiu się na pozornie najłatwiejszych wątkach przyszłej rewolucji, tj. na drobnej przedsiębiorczości. Wszelkie wymuszenie poprawy warunków pracy na drobnych przedsiębiorcach zostanie zneutralizowane poprzez mechanizm inflacji. Nie mówiąc już o tym, że tacy właśnie drobni przedsiębiorcy są często uczestnikami np. ruchu Żółtych Kamizelek. Można domagać się innej redystrybucji od wielkich przedsiębiorców, co jednoczy różne klasy i grupy społeczne. Niemniej, w kierunku socjalistycznym prowadzi jedynie droga poprzez zmianę stosunków produkcji w sferze produkcji materialnej. Tutaj bowiem, jak pisaliśmy wyżej, kryje się mechanizm kapitalistycznego sposobu produkcji wymuszający komercjalizację pozostałych sfer życia – na zasadzie analogii i logiki kapitalistycznej.
 
 
Co więcej, poza sferą produkcji bezpośredniej, komercjalizacja nie jest postrzegana jako samo zło. Przedstawiciele tych dziedzin gospodarki są raczej niezadowoleni ze swego udziału w wartości dodatkowej, a nie z samej zasady. Wymiana wzajemna usług nie jest przyczyną problemu, jest to proces naturalny. Kapitalizm wprowadza sztuczne zasady (fałszujące prawdziwe mechanizmy), które odnoszą się nie do siły roboczej, ale do „wartości pracy”. Dlatego tak ważne jest odkrycie Marksa, że tak naprawdę to chodzi o wartość siły roboczej. Tylko takie podejście zrównuje pracę robotnika z pracą intelektualisty, w społeczeństwie odrzucającym komercjalizację życia społecznego.
 
 
Niezbędne jest to, aby uświadomić sobie, że chodzi o wartość siły roboczej, czyli o równość (hasło Rewolucji Francuskiej), nie mówiąc już o wolności i braterstwie. Wysuwany zarzut, że robotnik zarabia więcej niż intelektualista nie świadczy bynajmniej o gotowości intelektualisty do zrównania swego wynagrodzenia z wynagrodzeniem robotnika. To raczej zarzut, że świat jest postawiony na głowie, bo przecież praca kreatywna ma większą wartość niż praca fizyczna.
 
 
Podstawiając pod pracę człowieka, mamy alienację, która wcale nie jest niemiła klasie średniej.
 
 
Wystarczy sobie to uświadomić, aby wyobrazić sobie, że opór i sprzeciw wobec takiego konsekwentnie antykapitalistycznego podejścia będzie się pojawiał nie tylko wśród 1% właścicieli międzynarodowych korporacji, ale i u przewidywanych sojuszników ruchu robotniczego.
 
Jednak tylko przyjęcie tego do wiadomości jest warunkiem socjalistycznego charakteru zmian rewolucyjnych. Inaczej będzie to co najwyżej korektą zasad kapitalizmu. Z czym Buzgalin się godzi.
 
 
Pozostaje do udowodnienia, że od tego „kapitalizmu socjalnego” będzie bliżej do socjalizmu. A nam się wydaje, że będzie bliżej do kryptoniewolnictwa.
 
 
Ewa Balcerek i Włodzimierz Bratkowski
17 lutego 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: ŻÓŁTE KAMIZELKI, SOLIDARNOŚĆ PIOTRA DUDY, WIELKA REWOLUCJA FRANCUSKA I... PAŹDZIERNIKOWA - CO JE ŁĄCZY, A CO DZIELI?

communism-revolution_002984131.1.jpg

Normal

See video

 
Co łączy tego typu obrazki rodem z tego, co dziś nazywa się „słusznie minioną epoką" (PRL) z ruchem Żółtych Kamizelek?
 
Rozeźleni Francuzi odwołują się do symboliki i ducha Wielkiej Rewolucji Francuskiej, podczas której stan trzeci po raz pierwszy poczuł, jak do szpiku kości przenika go idea, że wszyscy ludzie są sobie równi. Francuzi przekazali to poczucie w genach następnym pokoleniom. Mimo, a może wbrew zohydzaniu pamięci wszelkich ruchów rewolucyjnych w propagandzie tryumfującej reakcji panującej burżuazji, która boi się zwrócenia ostrza rewolucji przeciwko niej samej.
 
Zwracając się poprzez media do Prezydenta, tak jak wówczas zwracali się do Ludwika XVI jako do „Obywatela Capeta”, współcześni Francuzi dokonują symbolicznego aktu potwierdzenia legitymizacji hasła Rewolucji. Rewolucji burżuazyjnej. Żółte Kamizelki usiłują wejść do Pałacu Elizejskiego, aby ten symboliczny akt został potwierdzony w publicznej telewizji i stał się aktem założycielskim nowej Republiki.
 
Macron słusznie obawia się, że pacyfistyczne odnowienie ślubów braterstwa i równości może się zakończyć… dekapitacją.
 
Ale wracając do naszego pytania o to, co łączy oba obrazki – górnicy-związkowcy, niekoniecznie świadomie, usiłują kontynuować swoje prerogatywy wywalczone we wspomnianej wyżej „słusznie minionej epoce”. Te prerogatywy opierają się na logice pierwszorzędnego znaczenia klasy robotniczej w walkach społecznych. Bez tej logiki, ich akcje wyglądają groteskowo, są archaiczne niczym rysunek naskalny i tak są społecznie odbierane.
 
Legitymizacja praw robotników opiera się na zdobyczach innej rewolucji – Rewolucji Październikowej 1917 roku. Jak by nie patrzył, innej legitymacji robotnicy nie posiadają.
 
Tę rewolucyjną legitymizację robotnicy wykorzystywali w okresie tzw. pierwszej Solidarności w walce z poststalinowską biurokracją. Była ona skuteczna i dlatego polscy robotnicy odwołują się do niej i będą się nadal odwoływać. Wbrew tym grupom społecznym, które – jak w Wielkiej Rewolucji Francuskiej – otrzymały swoje, a następnie wiarołomnie, lecz zgodnie ze swoją logiką klasową, olały niespodziewanie ujawniony „stan czwarty”, który był wszakże motorem ich zwycięstwa.
 
Ruch Żółtych Kamizelek ma teoretycznie szerszą bazę społecznego poparcia. Nie powołuje się jednak na doświadczenia rewolucji, których we Francji nie brakowało w XIX stuleciu. Rewolucji bardziej radykalnych, ale jednocześnie zawężających, zgodnie z logiką rozwoju walki klasowej, podmiot zainteresowany konsekwentnym upowszechnianiem praw socjalnych.
 
Ruch ten odrzuca doświadczenie logiki walk klasowych. Trudno mieć do ludzi o to pretensje, skoro cały okres tego doświadczenia przekreśliła w świadomości społecznej lewica powołana do przechowania tego dziedzictwa. Lewica, która sama wybrała dziedzictwo rewolucji burżuazyjnej z jej ograniczeniem do zdobyczy zwycięskiej burżuazji. Tak samo intelektualna lewica poststalinowska wybrała dziedzictwo tejże – nieprzeżytej społecznie – rewolucji burżuazyjnej, transplantowane na rodzimy grunt, z wszystkimi tego konsekwencjami.
 
W tym sensie, ruch Żółtych Kamizelek jest na naszym gruncie nie do przyjęcia przez lewicę, która utożsamia się z postulatami górnej warstwy „stanu trzeciego”. Żółte Kamizelki podejrzanie pachną latentnym „stanem czwartym”.
 
Podobnie postulaty robotników są traktowane przez polską lewicę jako obstrukcja walki o swobody demokratyczne i ich podstawę ekonomiczną postrzeganą w silnej burżuazji, bynajmniej nie w klasie robotniczej.
Sytuacja obu ruchów jest przejawem chwiejności i poddania się na całej linii sił lewicy rewolucyjnej. Ten odwrót zaznacza się szczególnie silnie we Francji, która zawsze była w Europie swoistym bastionem lewicowości. Duch bojowy nie znikł. Jednak jego jałowość jest już autorstwa lewicy.
 
Podobnie bojowość polskich robotników jest jałowa z tej samej przyczyny.
 
Nie chodzi o manipulowanie ruchem. Świadomość możliwej manipulacji istnieje wśród protestujących i walczących. W Polsce mamy tego przejaw choćby w stwierdzeniu – jaką by nie była – biurokracji związkowej, że PiS ich oszukał. Jakby ta biurokracja nie była ugodowa i sprzedajna – konflikt klasowy ujawnia się na każdym kroku i zmusza bonzów związkowych do artykułowania rzeczowych diagnoz.
 
Nie manipulowanie ruchem społecznym nie polega na ślepym poddawaniu się ich żywiołowości. Uczciwa jest propaganda na rzecz idei społeczeństwa bezklasowego, co obejmuje uczciwe przedstawianie historii ruchu robotniczego z jego wewnętrznymi sprzecznościami i konfliktami. W sytuacji buntu społecznego, sami buntujący się sięgają po idee dostępne w sferze politycznej – podkreślamy: sami. Sami głosują nogami na programy. Ale, aby mogli głosować na ulicach czy przy urnach, te propozycje muszą istnieć. Winą lewicy jest nieistnienie tych koncepcji politycznych, na które jest dziś tak wyraźne zapotrzebowanie ze strony „stanu czwartego”.
 
Radykalna lewica, która w warunkach domniemanego społeczeństwa postkapitalistycznego (w rzeczywistości – społeczeństwa wysokorozwiniętych krajów kapitalistycznych, wyzyskujących otoczenie półkapitalistyczne w celu utrzymania pokoju społecznego) zastąpiła klasę robotniczą armią wykluczonych, faktycznie dokonała też selekcji wykluczonych. Interesują tę lewicę wyższe grupy „wykluczonych” pod względem kulturowym, a nie ekonomicznym.
 
W ten sposób wyszła na jaw cała nieuczciwość tezy propagandowej, która służyła radykalnej lewicy do dowodzenia, że popierając „wykluczonych” jest ona bardziej „rewolucyjna” niż lewica stalinowska wyrażająca rzekomo interes robotniczej „arystokracji”. Maski spadają. Spektakularnie objawia się to dziś we „wstrzemięźliwym” stosunku do ruchu Żółtych Kamizelek, kontrastującym z entuzjazmem dla „demokratycznych” i „socjalistycznych w obiektywnej tendencji” kolorowych rewolucji czy elektoralnych spektakli Sandersa czy Corbyna. Przez cały czas natomiast ujawnia się to w odniesieniu do robotników, którzy są traktowani jako wspólnicy prawicowego populizmu, a więc i „faszyzmu”.
 
Scena polityczna jest maksymalnie zagmatwana, co wynika z dziejów ruchu robotniczego i wyniku walki politycznych emanacji różnych tradycji w tym ruchu. Wynik ten pozwolił nurtowi antykomunistycznemu na zafałszowanie istoty tej walki politycznej. Natomiast otwarta walka polityczna jest jak najbardziej wskazana, ponieważ jest najlepszą formą politycznej uczciwości.
 
Odbieranie na lewicy głosu poglądom nawiązującym do tradycyjnego ruchu robotniczego zwyczajowo nie opiera się na ścieraniu się poglądów, ale na dyskredytowaniu ich nosicieli jako zwolenników stalinizmu, co równa się obłożeniu anatemą i usprawiedliwia odmowę poważnego traktowania. Jeżeli nie da się przemilczeć, walczy się metodami biurokratycznymi i technicznymi.
 
Hipokryzja tego zachowania ujawnia się w pełni z chwilą, kiedy nurt poststalinowski – bazujący na zachowanej, choć mocno uszczuplonej, przewadze organizacyjnej – zaczyna odbijać stracone pozycje na lewicy. Nostalgia po zdeformowanej, a nawet zdegenerowanej postaci socjalizmu przejawia się w chwytliwości propagandowej poststalinizmu, co stanowi podstawę odzyskiwanej pozycji. Nie chodzi więc o pryncypia, które dawno już radykalna lewica zatraciła, a tylko o narzędzia skutecznej walki politycznej.
 
Opcja robotnicza nie może być utożsamiana ani z socjalizmem „demokratycznym”, ani ze stalinizmem. A poza te dwie postawy współczesna lewica rewolucyjna nie wychodzi. Lewica radykalna obejmuje dodatkowo alternatywę w postaci nurtów tzw. wolnościowych, czyli anarchistycznych i anarchizujących.
 
Postępujące od upadku obozu realnego socjalizmu wycofywanie się kapitału z państwa socjalnego odradza w Centrum sprzeczności w stosunkach produkcji, które pozostały istotą systemu kapitalistycznego, wbrew anty-Marksowskim pobożnym życzeniom rewizjonistów i reformistów.
 
Wymuszona kryzysem społecznym i ekonomicznym, związanym z naruszeniem dotychczasowego międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy, reindustrializacja w krajach rozwiniętych sprowadza ponownie do Centrum sprzeczności klasowe oraz klasę-podmiot będącą stroną tych sprzeczności. To wymaga od lewicy przewartościowania swoich pozycji teoretycznych, ideologicznych i politycznych. Ten proces będzie się dokonywał niezależnie od chęci czy niechęci lewicy. W chwili, kiedy ta sytuacja stanie się oczywista, lewica sama przejdzie na nowe pozycje, porzucając dotychczasowe i twierdząc, że nigdy na nich nie stała.
 
Nie dbamy o prestiż i o utraconą twarz lewicy; zadaniem intelektualistów związanych z ruchem robotniczym jest przygotowywanie teoretyczne ruchu robotniczego do oczekujących go zadań poprzez wprowadzanie idei roli klasy robotniczej w walce o społeczeństwo bezklasowe do oczywistości politycznej chmury, w której ścierają się sprzeczne i antagonistyczne idee. A to w celu, aby żywiołowe ruchy społeczne miały się na co orientować, a precyzyjniej – miały szansę orientować się na idee i koncepcje najlepiej odzwierciedlające interesy ich członków. Przestrzeń politycznych idei nie jest pustym polem, a jego starzy mieszkańcy zaciekle bronią dostępu nowym lokatorom. Lewica rewolucyjna opuściła częściowo z własnej woli to pole, a odzyskać swoje miejsce jest niezwykle trudne, zwłaszcza w momencie, kiedy zagraża to bezpośrednio interesom klasy panującej i… kiedy odwołanie do tych idei nabiera strategicznej wagi.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
12 stycznia 2019 r.
 
"Po prostu marksizm" - nowy blog autorów zlikwidowanej strony "Dyktatura proletariatu"

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Woda z mózgu a strukturalny kryzys kapitalizmu

CapitalismIsCrisis.jpg

Normal 0

See video

 
Skoro realny kapitalizm po niespełna 30 latach wdrażania (zauważmy mimochodem, że PRL trwał 44 lata) coraz mniej nadaje się do wykorzystania w propagandzie sukcesu, to, oczywiście, nie może to być kapitalizm. Proste. Mamy więc socjalizm, co wynika z prostej logiki.
 
Jedyny sukces, to obalenie „komunizmu”.
 
Po kiego jednak grzyba, skoro komunizm jest wręcz przeciwieństwem socjalizmu w rozumieniu socjalistów-antykomunistów? Dla pseudointelektualistów postpezetpeerowskich „komunizm” był nawet kapitalizmem państwowym. Wystarczyło więc odjąć tę „państwowość”, żeby mieć kapitalizm. A tak, mamy socjalizm – jak w całym świecie (poza USA). W świecie według red. Wróblewskiego, J. Korwina-Mikke i im podobnych bankrutów idei.
 
Rewolucjoniści obalający „komunizm” najwyraźniej zapomnieli o własnych naukach, że rewolucja niechybnie pożera swoje dzieci.
 
Zamiast powstrzymać rząd Mazowieckiego przed obalaniem „komunizmu”, zwolennicy kapitalizmu tout court powinni byli zdecydowanie skupić się na kontynuacji reform Rakowskiego-Wilczka. Bynajmniej nie były to reformy w stylu społecznej gospodarki rynkowej… czyli socjalistyczne.
 
Na przełomie 1989 i 1990 r., porzucenie koncepcji społecznej gospodarki rynkowej było związane z przekonaniem ekonomistów (skądinąd związanych z PZPR), jak np. prof. J. Beksiak czy doc. L. Balcerowicz, że tylko radykalne przestawienie gospodarki zgodnie z zaleceniami MFW na tory konsekwentnego kapitalizmu będzie najbardziej efektywne, zaś zaskoczenie skutecznie zniweluje przewidywany społeczny opór. To zrzucenie masek przez działaczy tzw. demokratycznej opozycji (bierne przyzwolenie R. Bugaja i J. Kuronia, nie mówiąc już o rzeczonej, równie biernej niekompetencji T. Mazowieckiego) odzwierciedlało ich faktyczny stosunek do ruchu, którego podstawę stanowili robotnicy biorący na siebie faktyczny ciężar represji spadających na Solidarność.
 
Rachuby na neutralizację oporu społecznego dzięki zaskoczeniu były trafne. Robotnicy pozbierali się dopiero po chwili, odpowiadając na rozkradanie majątku narodowego i niszczenie przemysłu falą strajków już w latach 1992-1993 i wynosząc do władzy SLD, która odpowiedziała pełną zdradą ich interesów w zamian za możliwość zabezpieczenia swego udziału w uwłaszczaniu się na tymże majątku.
 
Mimo to, poststalinowscy ideologowie budują sobie alibi przerzucając odpowiedzialność na robotników za brak obrony socjalizmu. Przede wszystkim, robotnicy nie odrzucali socjalizmu, żądali jego zmiany w sensie realizacji ich postulatów. Typową postawą robotników nie skupionych w partii robotniczej (i tzw. klasy ludowej w ogóle) jest apolityczność, koncentracja na postulatach praktycznych, przede wszystkim związkowych. Upolitycznienie spontanicznego ruchu jest dziełem sił świadomie politycznych. „Zasługą” PRL było skuteczne pozbawienie robotników własnej siły politycznej; dlatego możliwe było „obalenie komunizmu” (czyli neutralizacja nośności propagandowej idei komunizmu) nie tylko w Polsce, ale w całym obozie socjalistycznym.
 
Aparat ideologiczny PZPR, który miał zastąpić przestarzałą klasę robotniczą w dziele ideowej obrony socjalizmu, okazał się najsłabszym ogniwem całej poronionej konstrukcji. Pomijając przywódców partii w rodzaju M.F. Rakowskiego, który już na początku lat 60. ub. wieku dawał świadectwo przekonaniu o nieubłaganym zestarzeniu się wizji komunistycznej (asekuracyjnie tylko w prywatnych zapiskach w dzienniku), sam kwiat ideologicznego aparatu, skupiony wokół takich niekwestionowanych autorytetów w dziedzinie myśli marksistowskiej, jak prof. J. Ładosz, dawał – za przykładem swego mistrza – wyraz przekonaniu o konieczności historycznej zmiany modelu gospodarczego z ustępstwami na rzecz kapitalistycznej struktury własności z perspektywą nieobjętą w przewidywanym czasie… Działacze PZPR skwapliwie przyjęli tę perspektywę ideologiczną jako teoretyczne uzasadnienie ich udziału w uwłaszczeniu.
 
Dlaczego model społecznej gospodarki rynkowej nie zaistniał?
 
Ponieważ zwyciężyła koncepcja puszczenia wszystkiego na rynkowy żywioł, w przekonaniu, że rynek najlepiej rozwiąże kwestię rozdysponowania nowej struktury własności w gospodarce. Członek biurokracji, który chciałby działać na rzecz zachowania kontroli nad żywiołowym procesem rozkradania majątku narodowego, pozbawiłby się możliwości wzięcia udziału w tej intratnej rywalizacji.
 
Dopiero po zakończeniu procesu uwłaszczenia włączono światło i policzono trupy.
 
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie drobny problem, przeoczony przez „intelektualistów”. Po ustawieniu, kosztem społeczeństwa, a szczególnie robotników, nowej struktury własnościowej, można było przystąpić do realizacji odłożonego na później (po szczęśliwym zakończeniu niezbędnego procesu uwłaszczenia) pomysłu na dołączenie do „Europy socjalnej”. Coś się jednak nie udało.
 
Aby to zrozumieć, należy odwołać się do badań wykazujących niezbywalność cechy kapitalizmu polegającej na zróżnicowaniu poziomów rozwoju poszczególnych krajów i obszarów globu. Zróżnicowanie ekonomiczne jest nieodłączną cechą kapitalizmu, konieczną dla zachowania przezeń dynamizmu. Czy ktoś bowiem widział dynamikę w układzie doskonale zrównoważonym?
 
Kapitalizm trwa na tyle długo, że utrzymywanie i pogłębianie się zróżnicowania poziomów rozwoju gospodarczego świadczy o trwałości tego mechanizmu.
 
Przemyślany na przestrzeni kilkudziesięciu lat od 1956 r. przez rodzimych intelektualistów antykomunistycznych plan doskonały okazał się intelektualnym knotem ze względu na nie wzięcie pod uwagę banalnej prawdy zawartej w myśli Marksowskiej o tym, że kapitalizm NAPRAWDĘ karmi się nierównowagą.
 
Przekonanie „nowoczesnej” części aparatu PZPR (M.F. Rakowski) idące ręka w rękę z przekonaniem tzw. rewizjonistów i późniejszej opozycji demokratycznej o tym, że socjaldemokracja poradziła sobie skutecznie ze złymi stronami kapitalizmu, pozostawiając same pozytywne, zbankrutowało podczas transformacji, pozostawiając katastrofalne dla społeczeństwa skutki.
 
Faktycznie, bieg ku „Europie socjalnej”, zaklepany akcesem Polski do Unii Europejskiej w 2004 r., mający usprawiedliwić ubezwłasnowolnienie i ograbienie społeczeństwa na samym początku transformacji, okazał się klapą. W międzyczasie bowiem „Europa socjalna” przestała być socjalna.
 
Jest to związane z faktem rozpadu tzw. otoczenia niekapitalistycznego, które stanowiło dla układu kapitalistycznego coś w rodzaju bufora, amortyzatora kryzysów.
 
Utrzymywanie niskich płac, niezbędne dla utrzymania konkurencyjności kapitalistycznej, ale bez obniżania poziomu zysków, jest możliwe tylko wtedy, kiedy środki utrzymania siły roboczej mogą napływać z otoczenia. W krajach wyżej rozwiniętych, poziom płac może zostać utrzymany bez obniżania poziomu dochodów kapitalistów, pod warunkiem, że realizują oni zyski nadzwyczajne w otoczeniu niekapitalistycznym, czyli zewnętrznym w stosunku do układu odniesienia.
 
To zjawisko tłumaczy paradoks stopniowego i konsekwentnego pogarszania poziomu życia większości społeczeństwa i wzrostu nierówności społecznych w państwach kapitalistycznych po upadku tzw. realnego socjalizmu. „Realny socjalizm” bowiem (wraz z Trzecim Światem) stanowił owo otoczenie niekapitalistyczne, które efektywnie amortyzowało wewnętrzne sprzeczności gospodarki kapitalistycznej oraz jego kryzysy.
 
W tym sensie, „kontrrewolucja antykomunistyczna” zarżnęła kurę znoszącą złote jajka!
 
Karol Marks i Róża Luksemburg mają niezły ubaw!
 
Ten właśnie mechanizm jest przyczyną niewypału tzw. społecznej gospodarki rynkowej. To nie znaczy, że Przecież was uprzedzałem (Karol Marks)Przecież was uprzedzałem (Karol Marks)znikło otoczenie, które może być wykorzystywane przez kapitalizm jako amortyzator jego wewnętrznych sprzeczności. Rzecz w tym, że nie jest to już otoczenie „niekapitalistyczne”, które dzięki mobilizacji czynników normalnie niewykorzystywanych przez kapitalistyczną gospodarkę, jak planowanie gospodarcze, zmniejszające anarchię produkcji kapitalistycznej, czy racjonalizowanie popytu społecznego dzięki społecznym funduszom spożycia, mogło zasilać funkcjonowanie gospodarki kapitalistycznej stwarzając odnawiające się rynki zbytu i wolny od nakładów inwestycyjnych dostęp do pół darmowych surowców i półfabrykatów.
 
Obecnie kapitał staje w obliczu powstania nieistniejących dotychczas kosztów, które mogą położyć na łopatki słabsze gospodarki kapitalistyczne. Stąd zaostrzenie sprzeczności między państwami kapitalistycznymi, wycofywanie się na pozycje narodowych gospodarek i działanie na zasadzie brutalnej, coraz mniej skrywanej konkurencji.
 
Rozpada się system solidarności w ramach bogatej Europy, konsolidowanej łatwymi zyskami płynącymi z kontaktów gospodarczych z krajami obozu socjalistycznego. W konsekwencji kraje postsocjalistyczne pozostają na pozycji półperyferii. Zniszczona gospodarka narodowa ma do zaoferowania już wyłącznie surowce i tanią silę roboczą, na którą popyt jest niestabilny ze względu na dużą konkurencję na globalnym rynku pracy.
 
W tej sytuacji, głowę ponoszą zwolennicy mitu „powrotu do źródeł” kapitalizmu, który funkcjonowałby jako system doskonałej konkurencji. Ten utopijny mit bazuje na tym samym mechanizmie pierwotnego stanu gospodarki kapitalistycznej, działającej w warunkach istnienia dużych obszarów niekapitalistycznych, które dopiero mają zostać zagospodarowane, dając możliwość amortyzowania wewnętrznych sprzeczności systemu na tym początkowym etapie.
 
To, że ten utopijny mit odradza się, jest decydującym dowodem na ostateczne bankructwo modelu społecznej gospodarki rynkowej i modelu socjaldemokratycznego, na którym ten pierwszy się opierał.
 
Pozostającym w zasięgu możliwości wariantem jest stary pomysł na militaryzację i wojnę, który w jakimś stopniu stanowi tymczasową protezę otoczenia niekapitalistycznego – gospodarka zniszczona wojną znajduje się niejako poza normalnym systemem ekonomicznym, wykorzystując te same źródła mobilizacji, z jakimi mieliśmy do czynienia w gospodarce socjalistycznej: nadzwyczajną mobilizację siły roboczej napędzaną nadzieją na rychłą poprawę sytuacji.
 
Postulat „powrotu do źródeł” kapitalizmu jest utopijny, ponieważ w globalnym świecie coraz mniej jest enklaw otoczenia niekapitalistycznego, a już na pewno nie mogą one (z racji swej nikłości) pełnić funkcji skutecznego amortyzatora. Można stworzyć tymczasowe, sztuczne „otoczenie niekapitalistyczne” (a właściwie „otoczenie podlegające bezkarnemu rabunkowi”, czyli p.o. właściwego „otoczenia niekapitalistycznego”) dzięki zniszczeniu tego, co istnieje po to, aby nadać nowy impet wyzwolony przez następującą potem odbudowę.
 
Rzeczywistość postsocjalistyczna stwarza jeszcze jedną możliwość, która, z jednej strony, pozwala na odsunięcie niebezpieczeństwa bezpośredniej konfrontacji między krajami rozwiniętego kapitalizmu, z drugiej – czyni tę konfrontację nieuchronną.
 
Mamy w tym względzie przykład relacji z Rosją. Wyrywanie spod jej dominacji kolejnych kawałków, rozłożone w czasie, stanowi rozłożone w czasie wykorzystywanie kolejnych zasobów odwlekających lub łagodzących skutki kryzysów. Obszary te są traktowane jak amerykańskie prerie zajmowane w swoim czasie przez Indian lub jak gospodarki wychodzące z wojny. Dlatego warunkiem przydatności krajów byłego obozu socjalistycznego dla gospodarek kapitalistycznych jest ich skuteczne zniszczenie – żeby było co odbudowywać napędzając własną gospodarkę.
 
Problem w tym, że jest zbyt wielu chętnych do takiego procederu. Niejawny póki co konflikt nabiera gwałtowności wraz ze zbliżeniem się kolejnego kryzysu. Sankcje wobec Rosji, całkowicie bezsensowne dla obiektywnego obserwatora, są odpowiednikiem trącania kijem zaszczutego lisa, który liczy na to, że udając martwego, zmyli prześladowcę. Intencją trącającego (sankcjami) nie jest poprawa moralna lisa, ale zmuszenie go do ucieczki lub do desperackiej, z góry przegranej walki. Umożliwi to psom myśliwskim rzucenie się do ataku, który przeobrazi się we wzajemną jatkę między samymi psami, o co w zasadzie chodziło.
 
Rozpoczęcie ataku samemu stawiałoby agresora w pozycji ofiary zastępczej, skupiającej na sobie agresję pozostałych mających dziwną potrzebę zepchnięcia z siebie odpowiedzialności za wojnę w oczach opinii społecznej.
 
Część potencjalnych agresorów usiłuje jednak realizować scenariusz współpracy z Rosją, minimalizując jego wagę, nadrabiając groźnymi minami i ochoczo przyłączając się do ogłaszania sankcji. Niemcy usiłują wykorzystać swoją przewagę gospodarczą dla prowadzenia takiej właśnie polityki, której celem jest zachowanie owej przewagi. „Subtelna” gra polegająca na wzajemnym szantażu jest w istocie bezwzględną rozgrywką o nowy podział wpływów i korzyści gospodarczych. Rosja jest tu tylko narzędziem utrzymywania coraz bardziej rozchwianego status quo, polegającym na powstrzymywaniu konkurentów przed rozpoczęciem rozgrywki w nieodpowiednim dla siebie momencie.
 
Zwolennicy utopijnego mitu o nieskażonej sprzecznościami naturze kapitalizmu jednocześnie otwarcie głoszą egoizm państwowy, otwartą konfrontację w oparciu o silnego sojusznika, jakim jawią im się USA.
 
Wedle nich jednak, wbrew temu jawnie konfrontacyjnemu programowi, kapitalizm jest wolny od sprzeczności i konfliktów. Narzucając swoim krajom poczucie bycia ofiarą, prawica populistyczna przychodząca na zmianę zbankrutowanego modelu socjaldemokratycznego nie ma cierpliwości, by czekać na to, aż jakiś idiota wyrwie się do przodu jako pierwszy pies dopadający Rosję. Czując rękę wuja Sama u drugiego końca swojej smyczy polska skrajna prawica ochoczo wysuwa swą kandydaturę na idiotę. Nagrodą może być zachowanie tym razem szansy na znalezienie się wśród gangsterów dzielących między siebie łup po nowej wojnie. Szczytny patriotyzm!
 
Natura kapitalizmu jest taka, jaka jest. Nic się nie zmieniło. Kapitalizm liberalny i socjaldemokratyczny są dwiema stronami tego samego medalu. Oczywiste bankructwo modelu socjaldemokratycznego musiało dać w efekcie konieczność zastąpienia go modelem bardziej adekwatnym do etapu kulminujących sprzeczności wewnątrzkapitalistycznych.
 
Historia lubi się powtarzać. Farsa niekoniecznie musi być zabawna.

Kapitalizm nie działa - inny świat jest możliwyKapitalizm nie działa - inny świat jest możliwy
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
5 stycznia 2019 r.
 
"Po prostu marksizm" - nowy blog autorów zlikwidowanej strony "Dyktatura proletariatu"
 

 

Społeczność

Pokój i ziemia