Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 20 gości.

Na stronie głównej

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: O czymże tu marzyć na paryskim bruku?…

revolucion.jpg

Normal 0 21

See video

 
Francuzi nie Grecy. Nie żyli na kredyt i na koszt innych mieszkańców Unii Europejskiej. Przynajmniej tak się wydaje. Jak więc wytłumaczyć naiwnej opinii publicznej, że sami są sobie winni, że nie stać ich na benzynę? Niech jeżdżą na oleju napędowym! A ten, jak wiadomo, zanieczyszcza powietrze - godzi w ekologię. Co z tego, że krajowy surowiec jest wypierany przez olej kokosowy? To niech produkują taniej! Żeby się narodowemu kapitałowi opłacało! Inaczej zarobią sobie na etykietkę leniwych roszczeniowców, jak Grecy itd.
 
 
To jest ten moment historii, kiedy postulaty reformistyczne mają potencjał rewolucyjny. Jeśli ludzie prześledzą logicznie łańcuch przyczynowo-skutkowy prowadzący ich do codziennych kłopotów, zrozumieją, że nie da się bez zmiany sposobu produkcji. Ale od tego są reformiści, żeby ten ciąg logiczny zamienić w porwane ogniwa, porozrzucane tak, że nikt nie dojdzie co z czym i dlaczego.
 
 
Kiedy logiczne myślenie jest uniemożliwione, to zawsze można wskazać na imigrantów czy na konkurencję obcego kapitału. Można odwołać się i do ekologii...
 
 
Prawicowy populizm wygrywa, kiedy lewica reformistyczna przestaje wystarczać kapitałowi dla uspokojenia nastrojów społecznych, a lewica rewolucyjna jest zbyt słaba.
 
 
Mamy więc bunt „wielości” (multitude) w czystej postaci. Ponieważ, wbrew złośliwej Schadenfreude (w tym przypadku pewnie celniej byłoby powiedzieć złoradosti) wielu, sztab rewolucji "żółtych kamizelek" nie znajduje się w ambasadzie amerykańskiej, działania mogą być chaotyczne i sukces nie jest gwarantowany stemplem Made in the USA. Jest to pewien kłopot, ale nie przesadzajmy.
 
 
Komentatorzy (w tym B. Kagarlicki) mają nadzieję na zwołanie Stanów Generalnych. To byłby nawet realistyczny scenariusz w sytuacji spontanicznej, nie-kolorowej rewolucji. Tradycja historyczna pokazuje jednak, że za sukcesem zjawiają się politycy gotowi zagospodarować zwycięstwo, nie zawsze w interesie żalącego się stanu trzeciego, a ściślej – jego proletariackiej części. Jest to część scenariusza rewolucji. Jeżeli doły, które stanowiły motor wydarzeń nie poczują się usatysfakcjonowane, na ich gniewie wyrosną postaci, które będą konsekwentnie obstawać przy pierwotnych postulatach, które będą konsekwentnie i upierdliwie rozsupływać łańcuch przyczynowo-skutkowy.
 
 
To, oczywiście, wywoła walkę wewnętrzną w Zgromadzeniu Narodowym, które przestanie odzwierciedlać bieżące nastroje mas, stworzy pole do popisu dla separatystów i zacznie grozić rozkładem Francji. A na to już nie będą mogli (ze strachu o własną całość) pozwolić sojusznicy z Unii Europejskiej – tendencje separatystyczne nie są bynajmniej wyłączną domeną Francji.
 
 
Ale po co się straszyć? Zawsze może być tak, że sytuację opanuje jakaś partia populistyczna, która zrobi dużo ruchów i zmian po to tylko, aby wszystko (z punktu widzenia kapitału) pozostało takim samym.
 
 
Radykalizacja nastrojów społecznych w UE świadczy o wyczerpywaniu się modelu kapitalizmu wysokorozwiniętego, który gwarantuje każdemu członkowi społeczeństwa mniejszy lub większy udział w narodowym torcie. To właśnie odczuwają ludzie w tzw. Centrum.
 
 
Upadek tzw. obozu socjalistycznego był, z tego punktu widzenia – największą porażką kapitalizmu: znikł „partner”, który brał na siebie regulowanie i wypełnianie dziur po skutkach anarchistycznej gospodarki kapitalistycznej. Nadzwyczajnym wysiłkiem własnych społeczeństw i społeczeństw Trzeciego Świata, które były ożywiane perspektywą możliwego i całkiem realnego (uwiarygodnionego losami krajów socjalistycznych) rozwoju gospodarczego i awansu cywilizacyjnego, te połączone siły stanowiły świadome „otoczenie kapitalistyczne”, którego opór przeciwko wchłonięciu przez kapitalizm był pożywką dla tego pasożytniczego systemu, przedłużając mu życie na kroplówce, transplantacjach i transfuzjach.
 
 
To się skończyło.
 
 
Jak zawsze w rewolucji, jedyną nadzieją na uniknięcie wojny interwencyjnej, rozpadu kraju, a w konsekwencji wojny wewnętrznej, którą podsyca sytuacja międzynarodowa, jest wybuch rewolucji na całym obszarze geograficznym. Internacjonalistyczna solidarność rewolucjonistów zapobiega separatyzmom, a więc i możliwości zaczepienia dla obcej interwencji. Odbiera możliwość działania partiom nacjonalistycznym, grającym na ksenofobicznych instynktach społecznych. W takiej sprzyjającej sytuacji możliwe jest nawet utrzymanie demokracji, ponieważ jedyne, faktycznie zagrażające partie wielkiego kapitału w pełni prawomocnie nie mają głosu jako agresywny, uciekający się do przemocy, o której pamięć jeszcze nie została zapomniana, wróg rewolucji, a nie jako prześladowany, były sojusznik.
 
 
Co może dać ludziom rewolucja „wielości”? Wszystkie postulaty są obliczone na okres pokoju. Brak hierarchii i pełna swoboda mają ten mankament, że nawet poza okresem rewolucyjnym wymagają twardej, materialnej podstawy zapewniającej trwałość społeczeństwu. Tę podstawę stanowi system produkcji. Społeczeństwa klasowe były w stanie zapewnić wyższy lub niższy stopień takiej swobody elitom społeczeństwa. Zapewnienie takiej swobody wszystkim wymaga społeczeństwa bezklasowego.
 
 
Drogą na skróty usiłowano na lewicy pogodzić sprzeczność między celem a możliwościami w ten sposób, że początkowo rozdzielono producenta od konsumenta, zapewniając, że jako konsumenci wszyscy uczestniczą w takiej swobodzie i wolności. Następnie objawiono wolność od pracy jako nową Ewangelię lewicy kulturowo-obyczajowej sankcjonującą taki pogląd i ośmieszającą przestarzałe dogmaty.
 
 
Jako marksiści, podobnie jak nasi poprzednicy, nie mamy nic przeciwko brakowi hierarchii i pełnej samorządności wyznawanych przez anarchistów. Jak jednak nasi poprzednicy, mamy świadomość, że dziecinne mrzonki o ustaniu konieczności biologicznej utrzymania się ludzi przy życiu i reprodukcji społeczeństwa są zgubne w okresie rewolucyjnego przesilenia. Mamy doświadczenie, że w imię takich mrzonek chwytano broń do ręki przeciwko „autorytarnym” komunistom-marksistom i to w okresie, kiedy o stalinizmie nikt jeszcze nie śnił.
 
 
Dlatego, podobnie jak w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej w mniejszości znaleźli się ci, którzy pamiętali o samym proletariackim dnie stanu trzeciego i nie zatracali tej pamięci w burżuazyjnym święcie powszechnej komercjalizacji wszystkiego włącznie z sumieniem. Stąd naszym zadaniem jest przypominać o konieczności dokonania końcowego kroku i przejęcia przez robotników środków produkcji w imieniu i dla dobra społeczeństwa. Ten mały krok wymaga swej realizacji jeszcze przed rozpoczęciem świętowania.
 
 
Jak pisze komentator „LO” w odniesieniu do obecnych protestów: „Pracownicy powinni działać tam, gdzie leży ich siła, tam, gdzie mogą zagrozić, u źródła zysków tej klasy [kapitalistów]: w przedsiębiorstwach. To ich praca nakręca całe społeczeństwo, to ich praca leży u podstaw ogromnych majątków zgromadzonych w kieszeniach bogatej mniejszości” (tamże, artykuł Ch. Bernac, s. 4).
 
 
Ogromny wysiłek rewolucyjny może zostać użyty zaledwie do celu wywarcia presji na kapitał, żeby pozwolił na sprawiedliwszy podział zysków poprzez, np. obniżenie cen w interesie konsumentów. Ale to uderzy w producenta. Podniesienie konkurencyjności gospodarki francuskiej na rynku światowym też wymaga poświęcenia interesu robotnika. Dlatego tylko relacja między kapitałem produkcyjnym a robotnikami tego sektora stanowi zasadniczy problem kapitalizmu, którego nie są w stanie przezwyciężyć żadne reformy. Za całą resztę można zapłacić zasiloną kartą MasterCard.
 
 
„Wielość” nie obejmuje robotnika, ponieważ nie obejmuje też kapitalisty. Znaturalizowane funkcje społeczne przestają być problematyczne – każdy robi to, co do niego należy, brak hierarchii jest zadekretowany, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej.
 
 
Jeżeli podstawowe potrzeby są zaspokojone, można bezpiecznie abstrahować od naturalnej nierówności.
Doświadczenie społeczeństwa „realnego socjalizmu” pokazuje, że nawet w przypadku braku kapitalisty, robotnik (synonim pracy nie-kreatywnej, niezależnie od aspektu jakościowego) może być wyzyskiwany. Cała historia społeczeństw klasowych pokazuje, że kondycja pracownika produkcyjnego (ucieleśniona w różnych rodzajach wykonywanej pracy, niekoniecznie w sytuacji braku własności prywatnej środków produkcji przez bezpośredniego producenta), może się powielać niezależnie od typu systemu. Sytuacja nierównej pozycji producenta bezpośredniego jest wspólna dla społeczeństw klasowych. Przezwyciężenie tego stanu dzięki wzmocnieniu roli świadomości, czyli pracy kreatywnej, uwolnionej od pracy produkcyjnej (praca, którą należy znieść), nie jest możliwe. Możliwe jest tylko zmniejszenie wagi tego problemu, przekształcając go w problem… mniejszościowy.
 
 
To było możliwe dotychczas, ale obecnie przestało.
 
 
Klasa robotnicza w skali globalnej przestała być siłą mniejszościową, jak to było tendencją w Europie.
 
 
Jak na razie jest tak: „Jeśli ruch żółtych kamizelek przyciąga pracowników wielkich zakładów, robi to najczęściej w sposób zindywidualizowany. Zgromadzenia w miejscu pracy pozostają nadal o wiele rzadsze niż te, które odbywają się na zewnątrz, na rondach” (tamże).
 
 
A przecież: „Pracownicy wielkich zakładów są najlepiej usytuowani, aby zakwestionować dyktaturę kapitału i służącego mu rządu” (tamże).
 
 
Może więc nie chodzi o to. Przynajmniej na tym etapie spontanicznego buntu.
 
 
Ruchy żywiołowe nie negują systemów, tylko zgłaszają postulaty do realizacji w ramach tego systemu. Ludzie wiedzą, że mimo kłopotów koniunkturalnych, zyski kapitału są większe niż dotychczas.
 
 
Żądanie podzielenia się tymi zyskami jest o tyle absurdalne, że kapitaliści nie pozycjonują się w odniesieniu do społeczeństwa, ale do siebie wzajemnie. Strojąc się w szaty ekologów, straszą społeczeństwo, że zmniejszając – bezsensowne z punktu widzenia zdrowego rozsądku – zyski, społeczeństwo zarzyna kurę znoszącą złote jajka. A że ta kura jest żarłoczna niczym stado wilków, to już inna sprawa. Musi się dostosować do rywalizacji z obcymi kurami-mutantami, które są jeszcze bardziej żarłoczne. I to do ludzi trafia.
 
 
Pozostaje więc zwiększyć wyzysk bezpośredniego producenta. Tego poza granicami kraju i własnego, nierzadko imigranta.
 
 
Nierozwiązywalne sprzeczności kapitalizmu, skutecznie łagodzone i odsuwane w czasie dzięki realsocjalistycznemu otoczeniu powracają w zmasowanej postaci. Spontaniczny bunt jest szansą, ale równie dobrze może zakończyć się niczym, ponieważ brakuje siły politycznej, która potrafiłaby – tak jak to zrobili bolszewicy w 1917 roku – wskazać na zasadniczy problem kapitalizmu i dać mu adekwatną ripostę.
 
 
Obecna sytuacja i narastanie nastrojów rewolucyjnych będzie chyba raczej przypominało preludia do dojrzałej rewolucji, tak jak XIX wiek stanowił preludium do rewolucji proletariackiej początku XX wieku. Na razie nie wydaje się, aby optyka robotnicza miała perspektywę, ale w czasach rewolucyjnych świadomość dojrzewa w przyspieszonym tempie.
 
 
Na to liczymy.
 
 
Że pojawi się ktoś, kto na szydercze pytanie odpowie: „Jest taka partia!”
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
8 grudnia 2018 r.

Jerzy Szygiel: Francja, „żółte kamizelki” i lewica. Walka o przełom

Żółte kamizelki - protesty we Francji

Tekst pierwotnie ukazał się 5 grudnia 2018 roku na portalu Strajk.eu i dostępny jest pod adresem:

See video

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru,  która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić  bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.

Marksizm a anarchizm – odpowiedź Mikołajowi

front jednolity - anarchiści i socjaliści

[From: Mikołaj Debller <

 
Piotr KropotkinPiotr Kropotkin
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Podstawowa różnica między komunistami polega na poglądach co, do roli państwa w i po rewolucji. Anarchiści są zwolennikami natychmiastowego zniesienia państwa i wprowadzenia anarchistycznego komunizmu.
 
Marksiści są uznają konieczność stopniowego obumierania państwa po rewolucji, które następować będzie w toku przejścia od kapitalizmu do komunizmu, pokonania dawnych klas wyzyskiwaczy i zniesienia potrzeby przymusu wraz z rozwojem sił wytwórczych.
 
Te fundamentalne różnice programowe przekładają się na różnice w strategii politycznej. Marksiści dążą do budowy partii zrzeszającej awangardę proletariatu i zdobycia przez nią władzy politycznej. W sytuacji odległej od sytuacji rewolucyjnej partie marksistowskie często startują w wyborach, starając się wykorzystywać parlamentarne metody walki i istniejące swobody demokratyczne w ramach państwa burżuazyjnego. Anarchiści nie uznają konieczności zdobycia władzy politycznej, tj. państwowej, i dlatego przeciwni są z zasady partiom politycznym.
Włodzimierz Lenin w pracy "Państwo a rewolucja" napisanej w 1917 roku tak oto argumentował konieczność istnienia państwa proletariackiego po rewolucji:
 
Proletariatowi potrzebne jest państwo [...] proletariatowi potrzebne jest tylko państwo obumierające, to jest tak urządzone, żeby niezwłocznie zaczęło obumierać i nie mogło nie obumierać. A po wtóre, masom pracującym potrzebne jest „państwo”, „czyli zorganizowany w klasę panującą proletariat”.
Państwo jest to specjalna organizacja siły, organizacja przemocy dla ujarzmienia jakiejś klasy. Jakąż to klasę ma ujarzmiać proletariat? Oczywiście, tylko klasę wyzyskującą, t j. burżuazję. Masom pracującym państwo potrzebne jest tylko do złamania oporu wyzyskiwaczy, kierować zaś tym łamaniem oporu, wprowadzić je w życie może tylko proletariat, jako jedyna do końca rewolucyjna klasa, jedyna klasa, zdolna do zjednoczenia ogółu mas pracujących i wyzyskiwanych w walce przeciwko burżuazji, w walce, zmierzającej do zupełnego jej usunięcia.
Proletariatowi niezbędna jest władza państwowa, scentralizowana organizacja siły, organizacja przemocy, zarówno w celu złamania oporu wyzyskiwaczy, jak dla kierowania olbrzymią masą ludności: chłopstwem, drobnomieszczaństwem, półproletariuszami, przy „uruchomianiu” gospodarki socjalistycznej.
Wychowując partię robotniczą, marksizm wychowuje awangardę proletariatu, która potrafi wziąć władzę i poprowadzić cały lud do socjalizmu, organizować nowy ustrój i nadawać mu kierunek, być nauczycielem, kierownikiem, wodzem ogółu mas pracujących i wyzyskiwanych w organizowaniu ich życia społecznego bez burżuazji i przeciw burżuazji.
Więcej w sprawie obumierania państwa pisaliśmy tutaj: http://1917.net.pl/node/23314
Zamach na cara Aleksandra II (rok 1881)Zamach na cara Aleksandra II (rok 1881)
Odrębnym zagadnieniem są metody prowadzenia walki politycznej, odmienne u marksistów i niektórych anarchistów, w szczególności anarchoinsurekcjonistów takich jak Errico Malatesta czy Santo Caserio, zabójca prezydenta Francji Sadi Carnota w 1894. Marksiści, tacy jak Lew Trocki krytykują terror indywidualny jako metodę walki, która nie buduje świadomości klasowej w szeregach proletariatu. Warto przypomnieć tutaj słowa Lwa Trockiego z pracy "Marksizm wobec terroryzmu".

Naszym zdaniem terror indywidualny jest nie do przyjęcia właśnie dlatego, że dewaluuje rolę mas w ich własnej świadomości, każe im pogodzić się z własną bezsilnością i rozglądać się za bohaterem-mścicielem i wyzwolicielem w oczekiwaniu, że któregoś dnia się zjawi i wykona swoje zadanie. Anarchistyczni prorocy „propagandy czynu” mogą sobie głosić co zechcą o podniecającym i stymulującym wpływie aktów terrorystycznych na masy. Rozważania teoretyczne i doświadczenie polityczne dowodzą, że dzieje się akurat na odwrót. Im „skuteczniejsze” są akty terrorystyczne i im większy jest ich oddźwięk, tym bardziej ograniczają one zainteresowanie mas samoorganizacją i samokształceniem.

Mimo różnic marksiści powinni, gdy to możliwe, realizować politykę jednolitego frontu z innymi nurtami robotniczymi i lewicowymi, w tym z anarchistami.

Mity o socjalizmie, kapitalizmie i ludzkim egoizmie (Druga odpowiedź Kamilowi Cichoniowi)

Blok mieszkalny.jpg

[Dobrze, w powyższej kwestii musze wam przyznać racje. Choć niepokoi mnie troche wiara w socjalizm. Czy kapitalizm nie jest sprawiedliwszy? Jest!

Działanie Rewolucyjne: Co dla Ukrainy oznacza stan wojenny?

Stan wojenny.jpg

Poniżej publikujemy oświadczenie ukraińskiej organizacji anarchistycznej, Działanie Rewolucyjne, które wyjaśnia przyczyny wprowadzenia stanu wojen

Włodek Bratkowski: Między podsumowaniem a wrogim przejęciem

17listopada2018.jpg

Publikujemy felieton dotyczący ostatniej konferencji poświęconej ruchowi robotniczemu w roku 1918.

Faszystowski charakter Obozu Narodowo-Radykalnego i nacjonalizm - odpowiedź "Rozsądnemu"

onr.jpg

Dlaczego uważacie ONR za ugrupowanie neofaszystowskie? Czy ONR się uznaje za ugrupowanie faszystowskie?

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Lewicowa bajka o faszystach, czyli koń jaki jest, każdy widzi

ONR

Normal 0 21

 
Dopóki jej nie ma, trwać będzie normalna rywalizacja lokajów kapitału o uprzywilejowane miejsce przy korycie władzy. Termin „lokaje” obejmuje również część tzw. lewicy, która stoi na stanowisku, że gospodarka kapitalistyczna jest OK, tylko należy zmienić warunki podziału produktu krajowego.
 
Jak na razie, to istotna wrogość panuje na linii skrajni nacjonaliści – lewica obyczajowo-kulturowa, co sprowadza ten konflikt do poziomu folkloru politycznego.

Niemniej, istnienie i narastanie tendencji skrajnie nacjonalistycznych, nie tylko i nie przede wszystkim w Polsce, świadczy o pojawieniu się i utrzymywaniu narastającego, choć wciąż utajonego, konfliktu między światem pracy a rządami kapitału. Gospodarka światowa i wynikające z niej relacje międzypaństwowe zostały po raz kolejny doprowadzone przez system kapitalistyczny do nierozwiązywalnych, strukturalnych sprzeczności. Tendencje nawiązujące do fali faszystowskiej z okresu międzywojennego są tego coraz lepiej widocznym wyrazem.
 
Narzuca się nam stara prawda, że realne konflikty nie mają miejsca między samymi ideologiami, ale między rzeczywistymi grupami reprezentującymi radykalnie odmienne interesy. Choć mogą odbywać się w kostiumach ideologicznych, a nawet mieć realne znaczenie dla ich uczestników. Ideologia może być, przy okazji, bardzo zagmatwana, sprzeczna i zamazująca podziały raczej niż je objaśniająca.
 
Tak ma się rzecz z koncepcją faszystowską – nie bez kozery antykomuniści wszystkich krajów porównują i zrównują tę koncepcję z alternatywą komunistyczną, której boją się bardziej niż samego faszyzmu. Stąd ostrzeżenie, że w razie wzrostu i radykalizacji lewicy, problem „faszyzmu” gwałtownie i bez uprzedzenia ustąpi poczuciu zagrożenia „komunizmem”, prowadząc do – klasycznego – oddania władzy faszystom po to, aby zrobili oni porządek z komunistami. Przy czym „komunistą” będzie każdy, kto okaże się niewygodny.
 

 
Rację ma więc P. Jaworski, który obśmiewa lewicową, „antyfaszystowską” obsesję wynikającą z potrzeb bardziej „samolansu” niż z rzeczywistego zagrożenia (w tym momencie). Na tym cennym spostrzeżeniu jednak kończy się jego analiza.
 
Poparcie oddolne dla skrajnego nacjonalizmu jest – jak powiedzieliśmy wyżej – znakiem czasu i jego problemów, tych podstawowych, dotyczących interesów klasowych, a nie tylko kwestii obyczajowo-kulturowych. Lewica, która sprowadziła współczesną grę interesów klasowych do poziomu debilnego, symbolicznie ujmowanego jako problem „prekariatu” (co przytomnie zauważa P. Jaworski w swoim artykule), nie rozumie i nie może rozumieć zjawiska nacjonalizmu i populizmu, uważając siebie za pępek świata i za cel ataku.
 
W swoim niezrozumieniu otaczającej ją rzeczywistości, lewica jawi się jako porażająco głupia, a tym samym śmieszna. Byłaby w tym do pominięcia, gdyby nie była jeszcze tak irytująco drażniąca dla tej części społeczeństwa, która stoi przed realnymi problemami i która czuje, że to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Kłopotów, dodajmy, z których nie wyciągnie ich żaden salonowy filantrop typu Piotra Ikonowicza, nawet gdyby dostał się do Sejmu, a nawet tym bardziej.
 
Bez podjęcia tematu historycznego, odkłamującego związki faszyzmu z demokracją burżuazyjną i pokazującego liberalno-demokratyczne (obejmujące lewicę reformistyczną) przyzwolenie na rozprawę z komunizmem, nie ma mowy o odkłamywaniu historii w wersji IPN – pod tym względem cała „radykalna” lewica jest IPN-owska. A to nie pozwala widzieć współczesnego problemu w realnej perspektywie. Pozostaje zadziwienie, że np. w Brazylii zwyciężył „faszysta” Bolsonaro. A przecież wszystko szło tak dobrze – biedni nie marli z głodu tak nagminnie, jak przedtem. Bolsa Familia to przecież spełniony Ikonowicz! Poprzewracało się w głowach tym podopiecznym socjalu!
 
Jaworski nie odbiega wszakże od tzw. lewicowej rodzinki, która utożsamia postulaty obyczajowo-kulturowe z klasowymi, a to z uwagi na „realizm polityczny”, w ramach którego obserwujemy rzekomo dalekosiężne zmiany w strukturze „klasy pracowniczej”. Jej rdzeniem jest obecnie to, co niegdyś określano mianem drobnomieszczaństwa, czyli grupa społeczna czerpiąca dochody z wtórnego podziału wartości dodatkowej. Interesy tej grupy społecznej są odmienne od interesów klasycznej klasy robotniczej (klasy produkcyjnej). Ta klasa – w doktrynie politycznej nowoczesnej lewicy – stała się wąską podgrupą „klasy pracowniczej”, a jej interes przestał być interesem wiodącym i organizującym walkę klasową w ogóle. W związku z tym, rozwiązaniem problemu wyzysku bezpośredniego producenta jawi się rozwiązanie zgodne z rozwiązaniem wiodącym, czyli poprawa systemu rozdzielnictwa w ramach antagonistycznego sposobu produkcji. W przypadku producentów bezpośrednich tym rozwiązaniem jest więc poprawa socjalu, a nie zniesienie stosunku klasowego w samym sercu systemu produkcji.
 
Prawicowy populizm podejmuje problem, intuicyjnie dostrzegając brak jego rozwiązania przez lewicę. Ponieważ nie jest to koncepcja antykapitalistyczna, proponuje takie rozwiązania, jakie są dostępne w ramach systemu kapitalistycznego. Jedyną dostępną opcją jest opcja nacjonalistyczna – a jednocześnie podejmuje problem w jego faktycznej istocie, jaką jest międzynarodowy, kapitalistyczny podział pracy, w którym poszczególne kraje i regiony mają swoje miejsce w globalnym systemie produkcji, i rozwiązuje zgodnie z logiką kapitału.
 
Liberalne skrzydło przyjmuje tę samą logikę, z tą drobną różnicą, że przyłącza się do unijnej polityki neutralizowania skutków propagandowych ekspansji kapitału Centrum poprzez udawanie miłosierdzia wobec ofiar własnej agresji, czyli wobec imigrantów. Faktycznie zaś jak najbardziej dostrzega trudności, pocieszając się jednak tym, że wspólnie najsilniejszy ekonomicznie region świata sobie z problemem poradzi. Radykalna lewica odgrywa rolę pierwszej naiwnej, która wszystko widzi optymistycznie. W czym pomaga jej wydatnie głębokie przekonanie, iż mleko pochodzi od Auchan, a nie od krowy. Dopóki więc jest Auchan, nie ma problemu.
 
Można w skrócie powiedzieć, że dopóki wraz z imigrantami rośnie konkurencja na rynku niewykwalifikowanej i produkcyjnej siły roboczej, drobnomieszczaństwo szczebla „klasy średniej” nie widzi powodu do niepokoju. Jest ono jednak bardzo realną rezerwą elektoratu „faszystów” (cywilizowanych i u władzy, gdy zajdzie taka konieczność), jeśli sytuacja zacznie wywierać wpływ na sytuację materialną „klasy średniej”.
 
Siła faszyzującego, prawicowego populizmu zawsze polegała na przejmowaniu bazy lewicy rewolucyjnej, albowiem zawsze była to najbardziej zrewoltowana grupa społeczna i, przez to, najbardziej dynamiczna. Poza tym, w sytuacji słabości lewicy rewolucyjnej, jest to baza poniekąd porzucona. Dziś zaplecze tzw. nowej radykalnej lewicy bynajmniej nie jest antykapitalistyczne (mimo różnych, nie zawsze wiarygodnych haseł). Jej radykalizm sprowadza się do żądania innego, sprawiedliwszego podziału, uznając efektywność kapitalizmu jako systemu skutecznie wytwarzającego dobra dla tego podziału. Również zasady tego podziału są przedmiotem radykalnych postulatów, nie stanowiąc zagrożenia dla kapitalistycznego sposobu produkcji.
 
Alternatywa antykapitalistyczna zależy więc, w opcji nowej radykalnej lewicy, od dobrej woli kapitalistów… Co przekłada się na strategię wyborczą i, szerzej, polityczną w ogóle.
 
Tymczasem, prawicowy populizm, z braku laku, odwoływać się musi do grup społecznych, których sytuacja zależy od sposobu produkcji. W ten sposób przejmuje bazę lewicy rewolucyjnej. Za to zresztą lewica rewolucyjna się na nią obraża, chociaż wcześniej sama „olała” ciepłym moczem interes klasowy owej bazy i to już dwa pokolenia wcześniej. Uwzględniając analogiczny proces stalinowskiego zastępowania bazy robotniczej przez reformistyczne „całe społeczeństwo” w ramach przejścia na stare, wypróbowane pozycje socjaldemokratyczne, które stwarzały złudzenie stępienia ostrza konfrontacji z kapitalizmem, mamy obraz pełnej degeneracji lewicy, z której trudno się wyleczyć.
 
Warto przy okazji zauważyć, że lekceważona i zepchnięta w quasi-niebyt (przez tzw. nową radykalną lewicę) klasa robotnicza odzyskuje swoją wypartą realność jako baza prawicowego populizmu (czytaj: faszyzmu).
 
A więc w końcu – jest ta klasa robotnicza jako odrębny podmiot społeczny czy jej nie ma?
 
Czy to raczej zależy od tego, co akurat pasuje nowoczesnej lewicy przebojem zdobywającej granty badawcze na rozwijanie prawdziwej nauki?
 
Koń by się uśmiał…
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
23 listopada 2018 r.
 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

rot front