Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 29 gości.

Na stronie głównej

Nasza ocena rządów PiS i kondycji lewicy w Polsce

jaro.jpg

Witam mam następujące pytania:

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Postulowana marksistowska analiza

znp.jpeg

POSTULOWANA MARKSISTOWSKA ANAL

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Szkoda

Borys Kagarlicki

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kwestia życia i śmierci dla poststalinizmu

Leonid Breżniew

KWESTIA ŻYCIA I ŚMIERCI DLA POSTSTALINIZMU
 
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Przerażająca perspektywa

social_class_pyramid.jpg

 

See video

 
„I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie ‘American Psycho’), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety.”
W tych dwóch akapitach Łukasz Moll zwraca uwagę na podział wewnątrz „potencjalnej” klasy średniej.
„… u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: ‘Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?’”
Tu natomiast nieoczekiwanie wchodzi inna grupa społeczna, wykluczona z marszu ku klasie średniej. Ci, których punkt widzenia przedstawia Moll, zazdroszczą „korposzczurom”, a resentyment i wściekłość kierują przeciwko tym, co stoją niżej w hierarchii prestiżu.
„Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze) (…)”
„Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też - w drugą stroną - plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło.”
Moll trafnie postrzega wzajemną wrogość obu środowisk. Bo niby na czym miałby bazować ten wspólny front „plebsu z niższą klasą średnią”?
NIŻSZA KLASA ŚREDNIA IDEOLOGICZNIE UZNAJE WYŻSZOŚĆ SWOICH BRACI-W-HIPSTERSTWIE, KTÓRYM SIĘ UDAŁO. Wycofują się ze wstydem, a nie oskarżają – jak pisze sam Moll. Natomiast klasową nienawiść okazują tym, którzy ich braćmi nie są i nigdy nie będą.
„Korposzczury” i „motłoch” zarabiają od nich więcej, ale stosunek do każdej z tych grup jest inny. Niższa klasa średnia byłaby już duchowo usatysfakcjonowana, gdyby „motłoch” zarabiał mniej. Natomiast obniżenie zarobków „korposzczurów” zlikwidowałoby im kuszącą perspektywę możliwego awansu i sprowokowało do zrzędzenia, że następuje „komunistyczna urawniłowka”.
Kryterium wysokości zarobków powinno być bowiem merytoryczne.
A już myśleliśmy, że obalacze realsocjalizmu walczyli o kryterium rynkowe…
Okazuje się, że wyłącznie do momentu, kiedy nieomylny rynek się nie myli i kwalifikuje, np. nauczycieli do kategorii „zbędnych ludzi”.
Łukaszu Moll, wytłumacz frustratom, że praca śmieciarza wydaje się wolnemu rynkowi przydatniejsza od pracy grafomana (którym jest każdy pisarz, dopóki nie osiągnie sukcesu rynkowego, nawet (zwłaszcza?) jeśli pozostanie grafomanem) czy innego nauczyciela, który kształci dzieci „motłochu” na własną szkodę, tworząc zastępy sfrustrowanej niższej klasy średniej.
Czy zdołasz przekonać frustratów, że niski prestiż pracy domaga się kompensaty w wysokości zarobków? Co zresztą wydaje się sprawiedliwe społecznie, a bynajmniej nie ma nic wspólnego z kryterium merytorycznym, zwłaszcza tym formalnym, opartym na biadoleniu, że najlepsze lata życia straciło się na studiach?
W jaki sposób miałaby zostać zbudowana świadomość wspólnoty interesu, której realnie nie ma i być nie może?
„Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.”
I właśnie dlatego nowolewicowa polityka nie jest możliwa.
Łukaszu, a co z twierdzeniem, że proletariatem są wszyscy pracownicy najemni? Czyli także i „korposzczury”, nie mówiąc już o ich szefach?
Co, kryterium jest do bani? Zgadzamy się z Tobą w 100%. Rozwalasz jednak całą ideologię tzw. nowej lewicy takim twierdzeniem.
Oryginalnie, proletariat obejmował wolnych obywateli, którym się nie powiodło. Tak jak w przypadku „niższej klasy średniej”. Ten rzymski proletariat był zdecydowanie wrogi klasowo niewolnikom. Tak jak dzisiejsza „niższa klasa średnia” jest wroga „motłochowi”, „klasie ludowej”, wreszcie – „robolom”. HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ WIELOKROTNIE.
Kryterium, które autentycznie działa w rzeczywistości, jest wyłącznie kryterium klasowe. Tak jak w starożytnym Rzymie, tak i dziś. Dlatego nie ma i być nie może wspólnego frontu między „proletariatem”/„niższą klasą średnią” a „klasami ludowymi” na fundamencie świadomości społecznej warstw pośrednich (drobnomieszczańskich). Dlaczego? A dlatego, że – w przeciwieństwie do nieklasowego podejścia drobnomieszczaństwa – kryterium klasowe opiera się na postrzeganiu miejsca w systemie organizacji produkcji. „Korposzczury”, „niższa klasa średnia”, „klasa pracownicza” itp. znajdują się na tym samym miejscu w sposobie organizacji produkcji (kryterium klasowe) - na przeciwstawnym do klasy robotniczej. Poruszające się na scenie politycznej owe grupy i klasy-w-sobie instynktownie rozumieją dzielące je różnice. I dają temu wyraz na co dzień, w każdym swoim ruchu – szczególnie w okresie dojrzewającego kryzysu systemu. Trzeba bardzo chcieć być ślepym, żeby tego nie zauważać.
Kogo mają objąć postulowane przez Ciebie progresywne podatki? Posłuchaj prawicy, która powie Ci, że te podatki zarżną przedsiębiorczość. W realsocjalizmie, Twoi ojcowie duchowi twierdzili dokładnie to samo – polityka społeczna zabija przedsiębiorczość, inicjatywę. Należy ją zastąpić socjalem na modłę zachodnią. A czy dziś mówią oni coś innego? Czy przestali być guru Nowej Lewicy? Polityka socjalna, postulowana przez lewicę, ma być tylko dodatkiem do liberalnej polityki (zauważa to nawet Jan Sowa) honorującej zasady gospodarki wolnorynkowej i kapitalistycznej. Czyli – jest to program łączenia dobrych stron systemów opartych na przeciwstawnych, wykluczających się zasadach, który wyśmiewał Marks w odniesieniu do programu Proudhona.
Nie powołujcie się więc na Marksa, bo tylko przynosicie więcej szkody, niż kiedy go krytykujecie i obwołujecie XIX-wiecznym myślicielem. Wystawiacie go na dziecinnie prostą krytykę prawicy, wobec której nie macie innych argumentów poza rzucaniem mięsem.
W ramach kapitalizmu (z którego nie chcecie za nic wyjść, bo boicie się rządów dyktatury proletariatu) nie ma innego sposobu na zwiększenie rozmiarów bogactwa do podziału, jak tylko poprzez zwiększenie wyzysku producentów tego bogactwa. Więcej, w ogóle nie ma takiej możliwości niezależnie od formacji społeczno-ekonomicznej. To też jest u Marksa: postęp cywilizacyjny zachodzi wówczas, kiedy zwiększa się nadwyżka bogactwa społecznego nad koszty wytworzenia tego bogactwa. W systemie bezklasowym, kiedy koszty rzeczowe staną się kosztem technologicznym, bez aspektu kosztowego pracy w nich ucieleśnionej (sens tezy o zarządzaniu rzeczami, a nie ludźmi), ta zależność cywilizacyjna nadal będzie obowiązywała. Jedynym tytułem do wynagrodzenia będzie solidarne uczestnictwo w pracy produkcyjnej, czyli pracy prowadzącej do bogactwa materialnego społeczeństwa, ponieważ wszystko poza tym przymusem fizycznym, wynikającym z kondycji człowieka jako ciała materialnego, będzie rozwijaniem osobowości w czasie wolnym od pracy. Nie będzie miało sensu kryterium merytoryczne, ponieważ nie będzie miało ono aspektu różnicowania członków społeczeństwa.
Dziś lewica dopomina się dochodu gwarantowanego. Podobieństwo tego rozwiązania do rozwiązań społeczeństw bezklasowego jest złudne, ponieważ oddaje całą sferę produkcji bogactwa społecznego w ręce kapitału. Czyli jest kapitulacją w obliczu systemu kapitalistycznego. A więc także rezygnuje z likwidacji podstawowej sprzeczności klasowej, czyli antagonizmu między pracą a kapitałem. Praca niematerialna nie jest pracą w sensie pracy przynoszącej dochód, dopóki nie zostanie skomercjalizowana. Dopóki więc nie zostanie zniesiony antagonizm w sferze produkcji materialnych warunków reprodukcji społeczeństwa, dopóty będzie istniał przymus komercjalizacji powołań, zajęć o charakterze misji itp., dopóty sprzeczności w sferach pochodnych (w nadbudowie) będą się nieubłaganie odradzały. Skutkiem jest organiczna nietrwałość wspólnego frontu między poszczególnymi grupami społecznymi, uzależnionymi od arbitralności kapitału – której to arbitralności dzisiejsza lewica nie tylko nie chce znieść, ale nawet czyni z niej zasadniczy element swego pozytywnego programu.
Czy trudno jest zrozumieć, że postulat opodatkowania kapitału jest przyznaniem mu nieprzemijającej roli w społecznym systemie produkcji (rozumieli to już fizjokraci)? Kogo opodatkujecie, jeśli zlikwidujecie kapitalistów jako klasę? Robotników? Dopiero wtedy dotrze do was, kto produkuje wartość dodatkową, kogo wyzyskuje się, aby powiększyć pulę tej wartości dzielonej na zasadzie dochodu gwarantowanego?
Jasne jest jedno – perspektywa żebrania u klasy robotniczej przeraża was, tak jak drobnomieszczaństwo przeraża „motłoch”. Jeżeli żebranie u kapitalistów nie jest dyshonorem (tak jak zawiść wobec „korposzczurów”), to żebranie u „roboli” (dyktatura proletariatu) jest upokorzeniem dla „niższej klasy średniej”. Relacje między grupami i klasami społecznymi Ł. Moll wszak trafnie zaobserwował.
Biorąc to wszystko pod uwagę, wynik analizy klasowej jest jednoznaczny: klasa średnia nie poprze socjalizmu i nie zbuduje wspólnego frontu z jakkolwiek rozumianą klasą ludową. Macie to jak w banku… szwajcarskim.
Klasa średnia może jednak stać się klasą sojuszniczą wobec klasy robotniczej pod jednym wszakże warunkiem – że klasa robotnicza zdobędzie się na samodzielność polityczną, a ruch robotniczy zacznie odnosić sukcesy.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 14 kwietnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kto mieczem wojuje od miecza ginie

znp.jpg

 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Nowa lewica cieplarniana

npa.png

 

See video

 
 
Właśnie ten element odegrał rolę w zajęciu przez Polskę miejsca peryferyjnego. Nowa Lewica uznała procesy integracyjne w Europie za przezwyciężenie konfliktów gospodarczych i istotnościową zmianę charakteru kapitalizmu w Centrum. Stąd złudzenie, że Polska dołączy do tak rozumianego postkapitalizmu. Rzecz w tym, że błąd teoretyczny został popełniony już przez lewicę zachodnią - nigdy nie skorygowany - i w tej postaci skopiowany przez lewicę krajów poradzieckich. Ze skutkami, które mamy przed oczyma.
 
Ale o tym wszystkim w rozumowaniu Sowy nie ma śladu.
 
Odrzucenie jako błędnych koncepcji zachodniej Nowej Lewicy jest nie do pomyślenia na peryferiach nie tylko gospodarczych, ale i intelektualnych.
 
 
Dla Sowy nierozwiązane po upadku PRL problemy z klasą produkcyjną są wyrazem polskiego zacofania i peryferyjności, a nie wskaźnikiem alternatywy dla kapitalizmu. Opinii nowolewicowych nie jest w stanie zmienić nawet fakt potęgowania się problemów gospodarki kapitalistycznego Centrum wskazujące na powrót tej gospodarki na tory historycznego procesu w krótkim interludium propagandowej maskarady. Lewica w swej masie tkwi w nostalgii za minionym państwem dobrobytu, które było propagandową wydmuszką obliczoną na rywalizację zimnowojenną, możliwą kosztem peryferii odgrywających rolę tzw. otoczenia niekapitalistycznego.
 
Jan Sowa częściowo dostrzega te zjawiska wskazując, iż nowa lewica zasadza się na ojcach-założycielach ze środowiska „Gazety Wyborczej” i dawnej Unii Wolności, a już „Krytyka Polityczna”, podobnie jak Razem, „chciała przyczepić projekt lewicowy do liberalizmu i trochę naginając liberalizm, wymościć niszę dla lewicy”. Wytłumaczenia szuka jednak nie w tradycji lewicowego ruchu robotniczego, o którym nie ma u niego nawet odległej wzmianki, ale w konserwatywnych z gruntu pomysłach odwoływania się (choćby i negatywnego) do tradycji i narowów sarmatyzmu, co jest zgrabnym ćwiczeniem literackim, natomiast nie prowadzi do żadnej konstrukcji, która miałaby znaczenie w realnej walce z kapitalizmem. Dla Nowej Lewicy to nie kapitalizm jest problemem, ale tzw. klasy ludowe, które są rezyduum po minionych epokach, rezyduum nie przezwyciężonym przez społeczeństwo burżuazyjne, którego silnej reprezentacji zabrakło w krajach peryferyjnych.
 

Opinia Jana Sowy na temat możliwości zaistnienia w Polsce lewicy liberalnej („… czyli partii lewicowej w kwestiach socjalnych i liberalnej w kwestiach światopoglądowych”) jest więc mocno sceptyczna.

Zreasumujmy. Jan Sowa, były członek partii Razem, tak opisuje swój sceptycyzm wobec lewicy liberalnej: „Przy całym moim wsparciu dla pomysłu budowy nowej lewicy w Polsce, sądzę, że formuła partii Razem jest skazana na porażkę. (…) Z mojej perspektywy – nie tylko obserwatora, ale przez jakiś czas członka tej partii, z której niedawno się wypisałem – to formuła budowy lewicy przez jej wypączkowywanie z liberalizmu: uwrażliwianie, pogłębianie, rozbudowywanie wartości liberalnych i dodawanie do nich polityki społecznej. To nie tylko pomysł Razem, ale wszystkich, którzy próbowali w Polsce budować nową lewicę. To samo robiła ‘Krytyka Polityczna’. Środowisko ‘Gazety Wyborczej’ i dawnej Unii Wolności było dla tej grupy zasadniczym punktem odniesienia. (…) ‘Krytyka Polityczna’ – podobnie jak Razem – chciała przyczepić projekt lewicowy do liberalizmu i trochę naginając liberalizm, wymościć niszę dla lewicy” („Nowa lewica nie wygra z PiS-em”).
 
Zaraz, zaraz, na Zachodzie mieliśmy do czynienia z projektem liberalnym właśnie z tak doczepionym programem polityki socjalnej, co nadal jest przedmiotem westchnień nawiązujących do Nowej Lewicy. Rozładowywanie napięć społecznych jest właśnie celem polityki socjalnej w społeczeństwie liberalnym. Nie ma to nic wspólnego z polityką społeczną, jaką znamy z niedoskonałej nawet gospodarki centralnie planowanej. Niemniej, polityka społeczna została odrzucona jako relikt owej gospodarki, uniemożliwiającej nam doszlusowanie do nowoczesnego systemu gospodarczego współczesnego kapitalizmu. Klasa średnia nie opiera się na polityce społecznej, a tym mniej na polityce socjalnej. Interesy grup społecznych, które straciły w wyniku transformacji, w szczególności tzw. klasy ludowe (żeby nie powiedzieć – klasa robotnicza), mają w założeniu zostać zneutralizowane polityką socjalną, doczepioną do modelu liberalnego gospodarki. Problemem krajów peryferyjnych, jak Polska, nie jest więc (nawet wedle Sowy) zły model liberalny, ale zbytnia liczebność grup stanowiących „klasę ludową”, czytaj: spauperyzowaną część społeczeństwa, która obejmuje to, co normalnie nazwalibyśmy klasą średnią.
 
 
Jan Sowa nie widzi wyjścia z sytuacji. Zapytany o nadzieję na partie progresywną tak obyczajowo, jak i ekonomicznie, odpowiada: „Nie mam. Tak jak powiedziałem – takich ludzi jest w Polsce 3 proc. Ale to nie znaczy, że wpadłem w depresję i uważam, że nie warto walczyć. Są takie okresy w historii, w których chodzi o to, by utrzymać pewną ideę. Moja sytuacja – i ludzi myślących podobnie do mnie – przypomina pozycję ateisty w średniowieczu. Jestem absolutnie przekonany, że nasze idee ostatecznie wygrają, ale nie w najbliższym cyklu wyborczym” („Nowa lewica nie wygra z PiS-em”).
 
W Polsce nie ma właściwego modelu kapitalizmu, który zapewniłby „silniejszą redystrybucję:, korzystną dla klasy średniej będącej naturalnym zapleczem dla lewicy liberalnej.
 
Wedle Sowy, w Polsce – kraju peryferyjnym – taka tożsamość lewicy nie mogła się przyjąć. Powtórzmy: brak klasy średniej nie zapewnił jej wystarczającego stopnia poparcia (maksymalnie 3%) – przy którym, doprowadźmy wnioski do logicznego końca, postulowana lewica mogłaby się obejść bez „klas ludowych” i skupić na tzw. klasie średniej, czyli klasycznym drobnomieszczaństwie.
 
„KLASY LUDOWE” A PROGRAM WALKI KLASOWEJ
 
Pytanie dlaczego lewica nie miałaby się skupić na materialnych żądaniach klas ludowych nasuwa się samo. Jan Sowa odpowiada na to pytanie, którego oczywistość doprowadziła redaktora „KL” do postawienia przywołanej na wstępie wątpliwości. Jan Sowa pośrednio wskazuje na fakt, iż opowiedzenie się lewicy na początku transformacji za koncepcjami wrogimi masom ludowym społeczeństwa doprowadziło do utraty zaufania (dodajmy – ślepego już w założeniu) „ludu” do lewicy, czyniąc go podatnym na prawicowy i konserwatywny populizm.
 
 
Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że Sowa zaleca zmianę kursu i zaangażowanie się lewicy w walkę klas ludowych o poprawę jej warunków materialnych. Jak już wskazaliśmy wyżej, Jan Sowa postuluje właśnie coś dokładnie odwrotnego i wynikającego z programu Nowej Lewicy. Popierany przezeń program sprowadza się do propozycji „deliberacji”, debaty, której warunki wstępne są ostro zarysowane. A więc: „nie może być mowy o klasizmie ani o nierównościach, takich jakie mamy w Polsce. Dlatego uważam silniejszą redystrybucję za pierwszy i podstawowy warunek możliwości politycznej zmiany na lepsze” (Natalia Waloch: wywiad z J. Sową, „To kobiety, nie lewica zburzą stary porządek”, „Wysokie obcasy”, 25.08.2018 r.)
 
Odrzucając „uczone” słówka, mamy jasny program: odrzucić klasową analizę społeczeństwa (bo dzieli), odrzucić nierówności (choćby biły po oczach) – „takie, jakie mamy w Polsce”. Bo z punktu widzenia obiektywnej nauki warunki społeczne w Polsce zaciemniają obraz idealnej sytuacji, w której lewica jest gotowa podjąć walkę o coś. Typowe dla społecznej doktryny Kościoła katolickiego rozumienie marksizmu – nazywanie pewnych zjawisk społecznych jest rozumiane jako stwarzanie tych zjawisk (mówienie o walce klasowej „stwarza” tę walkę itd.) Dla Jana Sowy, który tylko wyraża poglądy swego lewicowego środowiska, „silniejsza redystrybucja” jest warunkiem podjęcia walki politycznej, a nie jakimś celem – choćby reformistycznym. Wynika stąd jednoznacznie, że tzw. Nowa Lewica żąda „silniejszej redystrybucji” od organów państwa burżuazyjnego jako warunku, że potem łaskawie podejmie walkę o kwestie światopoglądowe jako o ucieleśnienie idei demokratycznej.
 
 
Mówiąc ściślej – lewica aż pali się do „właściwej” walki o kwestie światopoglądowe, fakt niesatysfakcjonującej redystrybucji uważając za skandal w pretendującym do miana demokratycznego społeczeństwie, a nie za przedmiot walki klasowej. Po czasach welfare state, lewica cywilizowanego Zachodu traktuje redystrybucję na ówczesnym poziomie za normę, a nie za wyjątek związany z akcją propagandową czasów Zimnej wojny, z ulgą zamieciony pod dywan gdy tylko nadarzyła się po temu okazja.
 
Klasa średnia nie walczy z kapitalizmem, ale jest sama efektem jego progresywnej ewolucji. Problem „klas ludowych” jest rozwiązywany przy pomocy polityki socjalnej, spychającej owe klasy na margines, co jest do przyjęcia przy założeniu niskiego odsetka tego marginesu.
 
Na Zachodzie, tego typu „wstydliwe” (bo w stylistyce populistycznej) roszczenia wracają nieproszone do obiegu społecznego, wnoszone przez nieznośnie odradzające się „klasy ludowe” (np. ruch Żółtych Kamizelek we Francji). Charakterystyczny jest przy tym stosunek Nowej Lewicy do tego ruchu – tłumaczy on to wszystko, czego Jan Sowa w swoim dogłębnym rozbiorze tzw. nowej lewicy nie dopowiada.
 
 
Przychylenie się Nowej Lewicy do haseł ruchów populistycznych jest niemożliwe, ponieważ pociąga za sobą cały konserwatywny bagaż ideowy, który dla owej lewicy jest zasadniczym przedmiotem ataku i materialnym podłożem budowanej przez nią lewicowej tożsamości. Oczywiście, nurty posttrockistowskie, które od dekad zabiegają o wkupienie się do grona Nowej Lewicy, usiłują budować swój mylący przekaz polityczny na tym, że na Wschodzie problem pauperyzacji jest palącym problem potransformacyjnym, a na Zachodzie konsekwentnie się nim staje. Fałsz ich pozycji polega na zaciemnianiu faktu, iż nie ma wspólnoty walki o interesy materialne między tzw. klasami ludowymi a klasą średnią – przyszłą niedoszłą (Wschód) czy schodzącą (Zachód). Ponieważ grupą wiodącą w tej walce ma być drobnomieszczaństwo, to interesy tej warstwy społecznej będą określały zakres i granice ruchu roszczeniowego (bo nie klasowego!) A dekady welfare state ukazały dosadnie granice radykalizmu społecznego tej warstwy i jej obojętność na interesy klasy produkcyjnej.
 
Na powierzchni sprawa wygląda na rozbieżność na poziomie kwestii obyczajowych. Pozornie drobnomieszczaństwo i klasy ludowe mają wspólny interes ekonomiczny. Jan Sowa pokazuje jednak dosadnie, że tak – po prostu – nie jest. Wspólnota interesu może odnosić się wyłącznie w odniesieniu do drobnomieszczańskiej klasy średniej i drobnomieszczaństwa klas ludowych. Podgrupa, jaką stanowi klasa produkcyjna w łonie klas ludowych, ma interes ekonomiczny przeciwstawny interesowi drobnomieszczaństwa spoza sfery produkcji i sfer okołoprodukcyjnych, które są bazą dla ruchów nowolewicowych. Wynika to z mechanizmu dystrybucji i redystrybucji wartości i wartości dodatkowej, który stawia interesy klas produkcyjnych w bezpośredniej sprzeczności z interesami reszty społeczeństwa – z racji specyfiki sfery produkcji materialnej (patrz: inne nasze teksty).
 
WALKA KLASOWA W ŚWIETLE MARKSIZMU
 
 
Ponieważ cała sprawa nie należy do prawd tzw. trywialnych, ale wymaga znajomości teorii wartości opartej na pracy autorstwa Karola Marksa, ta istotna różnica znajduje swe odbicie w zupełnie niezwiązanej pozornie kwestii swobód obyczajowych. Linia sprzeczności interesów ekonomicznych dokładnie pokrywa się z linią sprzeczności w kwestiach obyczajowych, które są tylko ideologicznym wyrazem ekonomicznej istoty konfliktu ekonomicznego i politycznego.
 
 
Dlatego tylko jasne postawienie zagadnienia prowadzić może do rzetelnej analizy sytuacji i prawdziwego rozwiązania, dającego lewicy szansę na odzyskanie dawnego znaczenia politycznego.
 
 
Jan Sowa zwraca uwagę na to, że społeczeństwo pod względem światopoglądowym jest bardziej otwarte niż reprezentujące je elity. A jednak sam zauważa także, iż postulowana przezeń lepsza redystrybucja nie załatwi sprawy, chociaż „bez większej równości nie ma mowy o czymkolwiek innym niż tylko konfrontacyjna walka na polityczne śmierć i życie, którą mamy dzisiaj” (J. Sowa, „To kobiety…”).
 
 
Jan Sowa zauważa więc, że postulaty ekonomiczne mają znaczenie podstawowe, przynajmniej w kraju peryferyjnym jak Polska, i że toczy się o nie walka na śmierć i życie. Istnieją więc dwa równoległe nurty prawdziwej walki – ekonomiczna i o kwestie obyczajowe. Teoretycznie wydawałoby się, że lewica może toczyć obie walki równocześnie, co byłoby wzmocnieniem nurtu lewicowego. Lewica radykalna ma takie złudzenia od czasu do czasu, kiedy się jej wydaje, że odtrącenie liberałów z Razem, jak wcześniej liberałów z SLD, burzy ostatnią przeszkodę na drodze do zjednoczenia się drobnomieszczaństwa ze słusznym gniewem ludu. Radykalna lewica pilnie więc pracuje nad oświeceniem ciemnego ludu, aby usunąć świadomościową barierę uniemożliwiającą zdanie sobie przez lud sprawy z tożsamości interesów ekonomicznych obu grup.
 
 
Wydaje się jednak, że zabiegi te nie są szczególnie owocne. Patrzenie przez pryzmat obyczajowości a przez pryzmat interesu ekonomicznego różnią się między sobą, tak jak różnią się te grupy miejscem w społecznym podziale pracy, który stanowi podstawę podziału klasowego.
 
NOWA LEWICA A POPULIZM
 
Klasy ludowe, jak zauważa Jan Sowa, nie są zasadniczo serwilistyczne wobec kościoła i serwowanej przezeń ideologii. Doktryny populistyczne zawierają jednak konkurencyjną wobec ubóstwa lewicowej myśli w tym zakresie próbę wytłumaczenia antagonizmu klasowego w stosunkach produkcji – wekslując argumentację na tory nacjonalistyczne.
 
 
O ile Nowa Lewica odrzuca tłumaczenie konfliktu klasowego na modłę klasycznie marksowską, gdzie poszczególne grupy społeczne były konkretnie usytuowane z punktu widzenia zasadniczego antagonizmu, o tyle nacjonaliści-populiści zastępują tę analizę prostym wytłumaczeniem wszystkiego w kategoriach naturalnego konfliktu między narodami, co stanowi namiastkę wyjaśnienia (tłumaczenie mieści się bowiem w ramach sposobu produkcji). Lewica nie daje zaś żadnego, albowiem sprowadza konflikt klasowy do absurdu polegającego na sprzeczności między produkowaniem a konsumowaniem. W marksizmie i w populizmie wyjaśnienia wymaga sprzeczność rysująca się już na etapie produkcji – populizm: jeden kraj uniemożliwia pełną ekspansję gospodarczą drugiemu, a gdyby nie to, nie byłoby problemu z realizacją wartości na rynku zbytu – welfare state jest więc możliwy; marksizm: anarchia kapitalistycznej produkcji wyraża się już na etapie produkcji w poszczególnych krajach, zaś niemożność sprawiedliwej redystrybucji wynika już z pierwotnego podziału wartości. Nowa Lewica: kapitał troszczy się o rynki zbytu i o podział pierwotny wartości, zaś walka lewicy o interesy ekonomiczne zaczyna się na etapie wtórnej redystrybucji dochodu i dochodów. Lewica pomija więc wyniosłym milczeniem całą sferę produkcji i tę część „klas ludowych”, które są z tą sferą związane, a które stanowiły tradycyjnie jej zaplecze bojowe.
 
 
Dlatego rzeczywista sprzeczność interesów znajduje wyraz w fałszywej świadomości, która stanowi podstawę nieefektywnego programu politycznego lewicy ze skutkiem przewidywalnym i nie budzącym zdziwienia. Populistycznej prawicy nie zależy na ujawnianiu prawdy, albowiem fałszywa świadomość lewicy czyni ją niezdolną do walki czy choćby trwałego istnienia politycznego. Przykład USA pokazuje, że mogą istnieć efektywnie systemy polityczne, w których nie ma lewicowej alternatywy dla rządów prawicy i centroprawicy. Jednak dominacja drobnomieszczaństwa, które miało zaplecze w zdecentralizowanym systemie gospodarczym USA i pewien pozór samodzielności wobec wielkiego przemysłu, umożliwiała trwanie takiego układu o charakterze niepowtarzalnym w przypadku Europy.
 
 
Sprowadzanie konfliktu na poziom obyczajowości leży więc w interesie prawicy, która unika w ten sposób groźby przesunięcia konfliktu na teren interesów ekonomicznych. Postulat „silniejszej” redystrybucji na etapie wtórnego podziału: 1) oddaje inicjatywę w ręce kapitału, 2) stwarza konflikt na linii drobnomieszczaństwo (i reprezentująca je lewica) – klasa bezpośrednich producentów wynagradzanych w ramach podziału pierwotnego.
 
 
Ponieważ, jak zauważa Jan Sowa, słuszne postulaty lewicy obejmujące wszelkie sfery życia społecznego i rodzinnego nie są w stanie zgromadzić wszystkich potencjalnych wyborców w jednej partii o spójnym programie, przeto należy stary system partyjny zamienić na system oparty na oddolnej inicjatywie i akcjach ruchów społecznych, które realizują swoje postulaty po kolei. Zasadniczą sprawą jest więc utrzymanie systemu demokratycznego, który umożliwia realizację takiej ścieżki dochodzenia do wprowadzania w życie postulatów krok po kroku, których jednorazowe wprowadzenie byłoby niemożliwe lub niewygodne dla większości i z tego powodu budziłoby sprzeciw zamiast poparcia.
 
W takim ujęciu, całkowicie niezrozumiałe jest upieranie się przy podmiocie ruchu robotniczego jako koniecznego warunku skutecznej walki emancypacyjnej. Demokracja daje wszak wszelkie możliwości. Można realizować każdy projekt, wychodząc od różnych, niezależnych kryteriów: wyzwolenie kobiet, ekologia, mniejszości seksualne czy kulturowe itp. Każdy z nich realizuje jakąś część ogólnego projektu emancypacyjnego, który jest sam w sobie nieskończony jak nieskończone są możliwości kreacyjne człowieka.
 
Taki program realizuje przecież projekt marksowski, który zakłada nieskończony rozwój istoty gatunkowej człowieka.
 
 
PROGRAM PROLETARIACKI A LEWICA OBYCZAJOWA
 
Różnica między lewicą nawiązującą do programu proletariackiego a lewicą obyczajową sprowadza się więc do różnicy zdań co do tego, czy został zrealizowany projekt emancypacji klasy robotniczej, klasy produkcyjnej. Nowa Lewica w praktyce uważa, iż taki projekt został zakończony wraz z osiągnięciem przez kapitalizm stadium postkapitalistycznego, kiedy to redystrybucja zniosła problem wyzysku klasy bezpośrednich wytwórców dostarczających wartości dodatkowej podlegającej owej redystrybucji.
 
 
W takim ujęciu wagi nabierają projekty rozwijania istoty gatunkowej, realizowane w warunkach zniesienia sprzeczności antagonistycznej kapitalizmu. Co prawda, kapitalizm nie został zniesiony dzięki rewolucji proletariackiej, ale raczej – zgodnie z umiarkowanymi przewidywaniami reformistów – został przezwyciężony nie system jako taki, ale antagonizm stanowiący jego istotę. Został zniesiony dzięki kolejnym rewolucjom technologicznym, zmianom w klasie robotniczej, nabraniu znaczenia przez rozwój liczebny tych grup, które składają się na robotnika łącznego obok robotnika bezpośrednio produkcyjnego. Czyli – dzięki naturalnej ewolucji kapitalizmu, a nie arbitralności ruchu robotniczego, kulminującej w rewolucji socjalistycznej. Ten pogląd niepokojąco przypomina słynny determinizm historyczny, którego obecności w tym typie rozumowania celowo nie podkreśla się. W momencie, kiedy przezwycięża się marksizm, traktując go eklektycznie, nikt nie zwraca na to uwagi. Oskarżenie o determinizm historyczny nadal kieruje się pod adresem marksizmu ortodoksyjnemu. Systemy eklektyczne są zazwyczaj wolne od rygoryzmu wersji ortodoksyjnej.
 
 
ROLA FEMINIZMU JAKO ODPOWIEDŹ NA SEKULARNĄ BEZNADZIEJĘ
 
 
Nowa Lewica poszukuje projektu dość szerokiego i znajduje go w feminizmie z tego względu głównie, iż znajduje się on na fali wznoszącej. Feminizm jest bowiem główną ideologią opozycyjną wobec konserwatywnego populizmu, który dominuje w świecie po upadku marksizmu. Konserwatyzm, podobnie jak marksizm, jest koncepcją opozycyjną wobec kapitalizmu w jego emancypacyjnej fazie. Kiedy zabrakło marksizmu, logicznie przewagę zdobył konserwatyzm. Populizm jest także efektem upadku koncepcji marksistowskiej, tym razem opozycją wobec marksistowskiego programu walki z kapitalizmem. Konserwatyzm jest reakcyjną próbą cofnięcia osiągnięć kapitalizmu w sferze emancypacji, populizm jest natomiast programem rozbrojenia walki klasowej. Lewica antykomunistyczna (antymarksistowska) odczuwa już jako postęp projekt emancypacyjny kapitalizmu, zagrożony przez kontrrewolucję konserwatywną. W przypadku klasy bezpośrednio wyzyskiwanej przez kapitał, reakcja konserwatywna odpowiada prostej, zradykalizowanej i antykapitalistycznej świadomości społecznej, zaś populizm stanowi alternatywę dla marksistowskiego programu walki klasowej. W istocie swej, jeśli brać na poważnie teorię marksowską, to istnieje solidarność interesu klasy panującej i grup społecznych żyjących z redystrybucji wartości dodatkowej kosztem interesu tej klasy, na którą Marks zwracał uwagę jako na siłę bezpośrednio antagonistyczną wobec kapitału. Taką klasą nie są grupy społeczne znajdujące się poza sferą produkcji materialnej. Grupy te mogą stać się sojusznikami klasy robotniczej, jeśli klasa ta będzie przodującą siłą bojową na froncie antykapitalistycznym. Jeśli zabraknie jej tej świadomości klasowej, to grupy potencjalnie sojusznicze będą wysuwały swoje partykularne postulaty, które nie naruszają zasadniczego stosunku antagonistycznego w kapitalizmie. Jak to widzimy współcześnie.
 
 
Waga, jaką się przywiązuje do feminizmu wynika z tego, że bezpośrednim antagonizmem w układzie z konserwatyzmem jest właśnie feminizm. Jak pisze Jan Sowa: „Kobiety znajdują się w trudniejszej sytuacji: mniej zarabiają, są na wielu polach niedoceniane, padają ofiarą przemocy. Ale perspektywy mają lepsze niż mężczyźni, bo są w ruchu wznoszącym” („To kobiety, nie lewica, zburzą stary porządek”…)
 
Jednak ten antagonizm nie ingeruje w sferę produkcji, dopóki pozostaje ona kapitalistyczna. Raczej projekt kobiecy zamiast alternatywy wobec kapitalizmu sugeruje skuteczniejsze metody adaptacji do systemu. Metody te sprowadzają się co prawda, do postulatu zrównania z mężczyznami, jak gdyby mężczyźni nie podlegali wyzyskowi kapitalistycznemu. Ambicje kobiet są więc już na samym początku ograniczone do horyzontu kapitalizmu. Postulat wynagradzania za pracę w domu jest postulatem poszerzania sfery ingerencji stosunków kapitalistycznych w życie prywatne, przeciwko czemu ponoć kobiety walczą. Trudno nie odnieść wrażenia, że posunięcia te są bezmyślne, szczególnie z perspektywy tradycji ruchu robotniczego, który nie zawierał takich absurdów.
 
W ten sposób Nowa Lewica nie wysuwa programów antykapitalistycznych, ale zachowuje się, jakby kapitalizm znajdował się w swojej fazie wznoszącej, heroicznej, postępowej, zaś cała reakcja skupia się w projektach antykapitalistycznych, albowiem socjalistyczna alternatywa nie istnieje, zaś zagraża realnie alternatywa konserwatywna. Jest to alternatywa faktycznego wolnego rynku, na którym grupy tzw. kreatywne nie mają żadnych szans. Ich wzrost liczebny jest bowiem związany z istnieniem silnych instytucji państwa, które efektywniej od pojedynczych kapitalistów organizuje wyzysk siły roboczej i są podatniejsze na nacisk grup społecznych związanych z szeroko pojętą obsługą propagandową (literacką) systemu.
 
 
Dalecy jesteśmy bowiem od sugerowania, że przez projekty te przemawia po prostu głupota – zbiorowa świadomość ma raczej swoją racjonalność niż brak rozumu. Po prostu tego typu projekty odzwierciedlają interes konkretnej grupy społecznej. I tak należy je analizować.
 
 
W wypowiedziach Jana Sowy zastanawia całkowity brak odniesienia do ruchu robotniczego, nawet w negatywnym kontekście. Powód nie leży w tym, że to stara baśń. Sowa odnosi się do tradycji sarmackich, jakby były one na wyciągnięcie ręki, wczoraj jeszcze… Rzecz nie w tym więc, że to staroć – nie, brak jakiegokolwiek odniesienia wskazuje na interpretację ruchu robotniczego jako na ślepą uliczkę historii. W tym sensie, nowe ruchy społeczne (jak feminizm) nie stanowią dopełnienia tradycyjnego ruchu robotniczego, kojarzonego z wznoszącą falą lewicy, ale jego alternatywę, która zawsze skrywała się gdzieś za plecami, dla jakiegoś powodu niezdolna do przejęcia roli przywódczej w okresie świetności, dla jakiegoś powodu niezdolna do przejęcia inicjatywy w okresie odpływu fali rewolucyjnej związanej jak dotąd wyłącznie z ruchem robotniczym.
 
Opis dzisiejszej sytuacji: „Mamy więc sytuację paradoksalną i absurdalną: poglądy dużej części populacji nie znajdują odzwierciedlenia w opiniach klasy politycznej, bardziej konserwatywnej niż społeczeństwo, które jakoby reprezentuje” (J. Sowa, „To kobiety…”) Sowa nawiązuje do tego, co nazywa „lękowym fantazmatem”: „środowiska proeuropejskie wpędziły się w postawę neurotyczno-lękową, że jeśli będziemy za bardzo krytykować Kościół, to on się zbuntuje i zatrzyma społeczeństwo w marszu do Europy”. To zjawisko było i nadal jest związane z rywalizacją ugrupowań politycznych, które usiłują zwalczać swoich konkurentów łatwą demagogią zarzutu o „komunizm”, od którego najłatwiej się odciąć dzięki powołaniu na kościół. Feminizm jest tu także pomostem do obejścia możliwego zaetykietkowania. Z punktu widzenia konserwatyzmu, który nie musi dbać o niuanse, przynależność do antykomunistycznej Nowej Lewicy jest równie dobrym powodem do postawienia zarzutu o komunizm, co powoływanie się na Marksa.
 
 
Sowa dramatycznie stwierdza, że „lewica jest zmuszona walczyć o sprawy, które tak naprawdę są liberalnym minimum” („To kobiety…”) To stwierdzenie wynika z konstatacji, iż nie zanosi się na realizację postulatu szybkiej „silniejszej redystrybucji”, po której lewica będzie mogła zająć się tym, do czego jest powołana – walką o kosmetyczne, demokratyzujące retusze kapitalizmu.
 
Jednocześnie „stawka feminizmu, tak jak go rozumiem, jest większa niż tylko ‘sprawa kobiet’. Jeśli jest dziś jakaś nadzieja na pozytywne przekształcenie sfery politycznej i społeczeństwa, to leży ona w ruchach feministycznych. (…) Emancypacja kobiet w normalnych warunkach – czyli bez wojny bądź wielkiego kryzysu – jest nie do zatrzymania” („To kobiety…”)
 
Kapitalizm przeżywa dziś kryzys. Feminizm, jak go rozumie Jan Sowa, działa destabilizująco na istniejący system. Program Nowej Lewicy zasadza się na stabilności gospodarki (post)kapitalistycznej. Destabilizacja resztek chwiejącego się systemu, bez pomysłu na alternatywny wobec kapitalizmu mechanizm ekonomiczny, daje możliwość wygrania wyłącznie siłom konserwatywnym, które wykorzystają lęk zatomizowanego społeczeństwa przed anarchią i rewolucją.
 
Bez komentarza pozostawiamy to powiązanie iluzji z faktycznym układem sił i ewentualnymi konsekwencjami. Zwracamy jednak uwagę, dla uspokojenia, iż polityczny projekt feministyczny ma charakter wyjątkowo konserwatywny społecznie (jeśli nie liczyć wymiany elit).
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
13 kwietnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: DLACZEGO PROJEKTY NIEMARKSISTOWSKIE NIE SĄ PROJEKTAMI ANTYKAPITALISTYCZNYMI?

SPD - niemiecka socjaldemokracja

 

See video

 

Historycznie rzecz biorąc, dotąd tylko ruch robotniczy jako jedyny postawił jako cel polityczny obalenie systemu kapitalistycznego, stwarzając jednocześnie realną szansę realizacji tego celu. To spostrzeżenie jest o tyle ważne, że wydobywa różnicę między koncepcją Marksa i Lenina a koncepcjami dominującymi w ruchu na początku XX wieku, kładącymi nacisk na naukowość projektu socjalistycznego. Oryginalność teorii Marksa wynikała z metody dialektycznej, zakładającej racjonalizację procesu historycznego z punktu widzenia interesu podmiotu emancypacji – klasy robotniczej, nie zaś z mniej lub bardziej naukowej interpretacji historii powszechnej, polegającej na uszeregowaniu formacji społeczno-ekonomicznych, które w sposób deterministyczny orzekało o możliwości - bądź nie - formacji socjalistycznej.

 
Dialektyczna metoda rozchodzi się z metodą pozytywistyczną, która była faktyczną metodą interpretacji rzeczywistości przez partie socjaldemokratyczne. To niezrozumienie dialektyki było przyczyną zakładania, że tylko reprezentacja interesów najszerszych warstw społecznych, która zawsze sprowadza się do poszukiwania wspólnego mianownika owych interesów, jest gwarantem obiektywnej postępowości wyznawanego programu, a przynajmniej jego akceptowalności przez społeczną większość, co w sytuacji braku precyzji w definiowaniu postępu stanowi już… postęp.
 
Postęp zostaje utożsamiany z kompromisem, ponieważ wydaje się logiczne, iż to, co satysfakcjonuje większą liczbę osób jest „postępem” w porównaniu z sytuacją satysfakcji mniejszej liczy osób. Zwłaszcza, jeśli jednym z aksjomatów doktryny jest pauperyzacja społeczeństwa, skutkująca pozornie efektywnym ujednoliceniem interesów ekonomicznych. Dialektyczna rola podmiotowa klasy robotniczej zostaje w konsekwencji rozłożona na czynniki pierwsze, które jako takie pojedyncze elementy zostają zidentyfikowane w różnorodnych podmiotach społecznych. Suma tych podmiotów zostaje więc uznana za tożsamą z klasą robotniczą-podmiotem, której wyróżniającą cechą (wedle Marksa) miała wszakże być synteza elementów cechujących ów podmiot, a w szczególności jego partykularyzm i świadomość jako klasy-dla-siebie oraz uniwersalizm i brak świadomości jako klasy-w-sobie, w którym zresztą takie rozróżnienie staje się paradoksalne i w jakimś sensie niemożliwe.
 
Powierzchowne upodabnianie się relacji społecznych w kapitalizmie, analogiczne do mimikry stosunków społecznych w innych epokach i cywilizacjach, maskuje tylko istotnościową różnorodność konkretnych zjawisk. Wzajemne relacje między samymi przedstawicielami kapitału różnicują już dalsze wzajemne relacje kolejnych grup społecznych i ich rzeczywiste miejsce w społeczeństwie. Porządkowanie oglądu społeczeństwa, nie oparte na dialektyce, może przynosić efekty wartościowe z różnych punktów widzenia, niemniej nie jest tożsame z oglądem, jakiego dokonywał K. Marks. Przywódcy socjaldemokracji niemieckiej nie wiązali nadziei na szacowność swoich programów partyjnych z dialektyką, ale z naukowością. Efektem było zakwestionowanie podstaw teorii wartości przy pozostawieniu ideologicznego elementu tej teorii, a mianowicie przekonania o tym, że abstrakcyjnie rzecz ujmując, to praca i tylko praca wytwarza wartość (czytaj: tylko praca daje tytuł do otrzymywania wynagrodzenia), a konkretnie: każda praca wytwarza dobra wymienialne na rynku, równoważąc popyt z podażą.
 
Koncepcja pozostawała więc radykalna, ponieważ podtrzymywała najsilniejszy czynnik bojowości proletariatu, czyli tezę, że wartość dodatkowa (w praktyce: zysk) pochodzi z odebrania pracującemu części wartości wytworzonego przezeń towaru. Ponieważ jednak pracą w tym sensie była każda praca, z upływem lat i z konformizacją polityki partii robotniczych, ciężar problemu przeniósł się na kwestię podziału wytworzonej wartości (dochodu i dochodów). Straciło na znaczeniu to, w jakiej dziedzinie była prowadzona produkcja i jak była ustrukturowana gospodarka z punktu widzenia prostej gospodarki towarowej, a więc jakie elementy były pochodne od jakich relacji społecznych w tym prostym społeczeństwie. Czyli straciła na znaczeniu teoria wartości oparta na pracy, stając się zaledwie hasłem bezużytecznego już leksykonu marksizmu, od którego konsekwentnie odchodzono, „legalizując” wreszcie ten proces w Bad Godesberg, w 1959 roku.
 
Naukowa wiara w konieczny proces ewolucji systemów społeczno-ekonomicznych, w trakcie którego społeczeństwa powoli, może czasem zbyt powoli, doskonalą swoje instytucje stoi w wyraźnej sprzeczności z ideą rewolucyjnej zmiany. Upieranie się przy rewolucji zostało wytłumaczone w przypadku Marksa niecierpliwością reformatora społecznego, zaś w przypadku Lenina – żądzą władzy. Pojęcie „dyktatury proletariatu”, które mogłoby jeszcze budzić zaniepokojenie, czy nie przeoczono czegoś ważnego w teorii marksowskiej, zostało odsunięte poza nawias ze względu na konotacje związane ze słowem „dyktatura”. Nadano więc złożonemu, syntetycznemu pojęciu znaczenie związane tylko z jego jednym członem i ze spokojnym sumieniem odłożono je do lamusa. Sprzyjała temu interpretacja „proletariatu” jako synonimu wszystkich spauperyzowanych pracowników najemnych niezależnie od sektora gospodarki. Sprowadzono więc pojęcie „dyktatura proletariatu” do paradoksu „dyktatury większości”, a więc uzgodniono je z demokracją, co już całkowicie uspokoiło sumienia ewentualnych marksistów.

Zwycięstwo demokracji sprawia bowiem, że ewolucja systemu jest zagwarantowana, choć może nie zawsze przebiega w satysfakcjonującym tempie. Istnieją też siły, które usiłują zniszczyć demokrację i zahamować proces ewolucyjny. Zasadniczo są to główni wrogowie postępu. Walka z klasą kapitalistów jest prowadzona za pomocą instytucji państwa demokratycznego i jest o tyle ułatwiona, że polega na realizacji przez państwo społecznego roszczenia do odbierania kapitałowi większej ilości zysku, aby go podzielić między pracowników najemnych zatrudnionych w instytucjach publicznych. Zwiększenie efektywnego popytu tej części społeczeństwa zwiększa popyt w ogóle, powodując ożywienie gospodarki i wzrost wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Państwo może też dotować firmy prywatne, aby spowodować wzrost gospodarczy – z tym samym celem. Instytucje finansowe zaś obracają kapitałem stworzonym na bazie produktu gospodarki realnej, przyczyniając się również do redystrybucji dochodu i dochodów. Mechanizm demokracji służy więc bezpośredniej redystrybucji owego dochodu i dochodów w interesie „proletariatu”, czyli pracowników najemnych nie wynagradzanych z płac wydzielanych przez kapitalistów. Pracownicy najemni gospodarki realnej korzystają z tego w sposób pośredni, jeśli ten mechanizm skutecznie służy poprawie kondycji ekonomicznej kraju.

W praktyce, zysk odbierany kapitalistom i przeznaczany na cele redystrybucyjne pochodzi z części wartości odebranej bezpośredniemu producentowi, tj. z wartości dodatkowej (zysku). A więc, w praktyce, wartość redystrybuowana jest częścią odebraną bezpośredniemu wytwórcy produktów przeznaczonych na rynek. Redystrybucja tak dokonywana omija relacje rynkowe i polega na arbitralności biurokracji dokonującej podziału, oczywiście, pod naciskiem mechanizmów demokratycznych. Owe mechanizmy jednak nie kwestionują odbierania części wartości bezpośredniemu producentowi i przekształcania jej w wartość dodatkową (zysk). Mechanizmy demokratyczne nie obejmują więc stosunków produkcji. W 140 lat po Marksie postępowa ewolucja systemu kapitalistycznego, mimo swoich licznych udoskonaleń, w tym względzie pozostała niewzruszona.
 

Zmieniło się tylko to, że ewoluująca lewica, porzucając ruch robotniczy, przestała uznawać to za problem. W totalnej niezgodzie z Marksem, lewica zadowoliła się relacjami – w pewnym sensie – w nadbudowie, uznając, logicznie i konsekwentnie, sferę gospodarki za domenę kapitału, w którą nie należy ingerować, zapewne ze względu na złe doświadczenia historyczne krótkiego XX wieku.

Problemy z gospodarką kapitalistyczną pozostały i gnębią lewicę. Są to jednak problemy dostrzegalne z perspektywy powierzchownej, do której świadomie sprowadziła się lewica. Są to więc problemy związane z konsekwencjami gospodarki kapitalistycznej: kwestie ekologiczne (socjalizm ekologiczny) czy kwestie obyczajowo-kulturowe, a nie z kwestiami strukturalnymi kapitalizmu jako takiego.

W sferze „nadbudowy”, lewica może co najwyżej proponować różne rozwiązania dotyczące sposobów redystrybucji, warunkiem możliwości której jest sprawna gospodarka realna. Ten „warunek” to wartość dodatkowa, odbierana klasie bezpośrednich producentów, wskazany przez Marksa warunek istnienia cywilizacji. Nie ruszając struktury stosunków produkcji materialnej proponowane „sprawiedliwe” algorytmy podziału wyrwanej kapitaliście wartości dodatkowej, wyrwanej przezeń bezpośredniemu producentowi, sprowadzają się do Syzyfowej pracy - coachingu dla jednostek, które pnąc się w górę muszą jednocześnie spychać inne jednostki w dół – albowiem struktura pozostać ma zasadniczo taka sama. Warunkiem poprawy jest wzmożenie eksploatacji zasobów przyrodniczych, co przeczy założeniom „socjalizmu ekologicznego”. Faktem jest zresztą coraz mniejszy entuzjazm dla tego projektu – jego utopijność i wewnętrzna sprzeczność biją po oczach.
 

Lewica jednak wytwarza coraz to nowe projekty mające zastąpić marksizm w dziele rozwiązywania problemów społecznych. Feminizm, rozumiany jako projekt szerszy i ambitniejszy niż tylko kwestia emancypacji kobiet, ale jako projekt polityczny, zastępujący marksizm, nie proponuje niczego, co by wychodziło poza ograniczenia poprzedzających go projektów. Proponując doskonalenie kwalifikacji i osobowości jednostkom, wzmacnia ich możliwości konkurowania o dochody przyznawane z jakiegoś tytułu w ramach redystrybucji wartości dodatkowej. Alternatywne mechanizmy społeczne opierają się na wciąż tym samym fundamencie produkcji materialnej, która jest uznawana za niewzruszoną datę (stałą) istniejącego systemu społecznego.

Oczywiście, społeczeństwo może ewoluować, tak jak miało to miejsce dotychczas, kiedy to cała ewolucja polegała na unikaniu rozwiązania podstawowego problemu społecznego – walki klasowej. Jako marksiści nie powinniśmy jednak zapominać, że uzyskanie świadomości historycznego zadania nakłada na nas jako na homo sapiens konieczność ustosunkowania się do tej świadomości. Nieświadomość zapewnia niewinność, jednak zamykanie oczu na uświadomioną treść nie zapobiega przeniesieniu nas do wymiaru prawdziwej historii ludzkości w dziedzinie sumienia, czyli zdając sobie sprawę z rozmiaru przegranej.

Chyba na tym polegałaby zemsta dialektyki.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
7 kwietnia 2019 r.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

front