Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 31 gości.

Na stronie głównej

Włodek Bratkowski: CZY "NIEUCHRONNY" ZWROT W LEWO NASTĄPI?

Nakaz jazdy w lewo

CZY "NIEUCHRONNY" ZWROT W LEWO

Karol Kautsky: Wczesne artykuły o państwie (1881-1882)

Kautsky

Poniżej publikujemy serię trzech artykułów Karola Kautsky'ego (1854-1938) opublikowanych w „Der Sozialdemokrat” na przełomie

Represyjna prokrastynatura Ziobry odpowiada

ziobromem

Minął prawie rok, od kiedy 30 kwietnia 2018 roku reżim Kaczyńskiego-Ziobry dopuścił się haniebnego zamachu na wolność słowa w Polsce, rekwirując właścicielowi naszej domeny sprzęt elektroniczny

Beata Karoń: Wojna NATO z Jugosławią

NATO

24 marca mija dwudziesta rocznica ataku NATO na Jugosławię.

Paweł Kamiński: Klerykalizm, kapitalizm, komunizm

klecha - Hugo Gellert

18 marca przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski biskup Marek Mendyk wydał oświadczenie, w którym broni nauczania

Włodzimierz Lenin: Informacja o rozmowach prowadzonych przez radio z Belą Kunem

Lenin 124.jpg

21 marca przypada setna rocznica utworzenia rządu radzieckiego na Węgrzech.

See video

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Rekiny i delfiny

Narwale

 

See video

 
Logicznie, dopóki ten model gospodarczy funkcjonował sprawnie, lewica rościła sobie pretensje do gospodarowania, w interesie społeczeństwa, środkami, które państwo burżuazyjne uzyskiwało od kapitału. A nawet model tej współpracy opartej na kompromisie z kapitałem, został utrwalony w postaci instytucji ponadpaństwowych, funkcjonujących w świadomości społecznej jako aparat władzy wyobcowanej, ale paternalistycznej, spełniającej zadania polityki socjalnej, bez potrzeby kwestionowania kapitalistycznego systemu produkcji.

Teoretycznie, działanie lewicy opierało się na przekonaniu, że sprawiedliwszy podział społecznego bogactwa samoistnie znosi w tendencji kapitalizm, bez konieczności rewolucji. Znalazło to odbicie w poglądach o postkapitalizmie, o społeczeństwie postindustrialnym, których akceptacja całkowicie zniosła potrzebę refleksji nad zagadnieniami ekonomicznymi i ruchu robotniczego stanowiącymi podstawę teorii Marksa.
 
 

Lata 70-te zadały pierwsze ciosy temu dziejowemu optymizmowi, nie zmieniając jednak sposobu myślenia lewicy pokładającej ufność w zdolności kapitalizmu do adaptacji do dowolnych warunków. Upadek tzw. bloku wschodniego w dekadę później skutecznie zamaskował pojawiające się trudności kapitalizmu ideologicznym tryumfem, do którego przyłączyła się i tzw. nowa radykalna lewica.
 

To radykalna prawica podniosła wątek gospodarczy i zakwestionowała ewolucję kapitalizmu w kierunku ponadnarodowego, globalnego organizmu, w którym jakoby nie istnieje strukturalna sprzeczność interesów między jego częściami składowymi. Wzrost radykalnej prawicy był logicznym następstwem narastającego kryzysu kapitalizmu, którego skutki chwilowo odsuwano w bogatym Centrum ze względu na jego dominację nad resztą świata, czyli nad „otoczeniem” nie- lub nie w pełni kapitalistycznym. Brak odpowiedzi lewicy na polu ekonomicznym na to zagrożenie z prawa skutkowało przejęciem przez prawicę wpływów w masach, których położenie zależy w bezpośredni sposób od kapitału, a nie od zapośredniczenia tych relacji przez biurokrację państwa burżuazyjnego.
 

Odpowiedź lewicy jest więc od pół wieku całkowicie nieadekwatna do rzeczywistego problemu właśnie przez pozostawienie problematyki gospodarczej w gestii państwa burżuazyjnego. Z państwem tym nigdy do końca nie pogodziły się warstwy drobnomieszczańskie, które zostały pozbawione znaczenia w dobie dominacji wielkich korporacji ponadnarodowych, zapewniających jednak do pewnego momentu przewagę bogatego Centrum nad resztą świata, co neutralizowało ewentualne konflikty na tle sprzeczności interesów partykularnych.
 
 

Stąd bierze się rosnące zainteresowanie powrotem do korzeni marksizmu, kwestionujące osiągnięte przez tzw. Nową Lewicę pozycje oparte na kompromisie z burżuazją wypracowanym w okresie powojennej prosperity. W tej koniunkturze znajduje wyraz wzrost znaczenia poststalinizmu, który bazuje na tradycyjnej opozycji wobec kapitalizmu. Degeneracja ruchu robotniczego odbiła się jednak także na odłamie wywodzącym się z tradycji leninowskiej, antyrewizjonistycznej. Podobnie jak Nowa Lewica, poststalinizm nie ma adekwatnej odpowiedzi gospodarczej. Analogicznie do zachodniego partnera, poststalinizm odwołuje się do minionego i w ostatecznym rachunku zbankrutowanego modelu, tym razem do modelu państwa radzieckiego. Mimo więc walki programowej między umownie nazywanymi „posttrockizmem” i „poststalinizmem”, oba nurty zmierzają do nieuchronnej konwergencji poglądów na gruncie tych podstaw teoretycznych, które istnieją w ich programach.
 
 

Pozornie poststalinizm stoi na stanowisku interesu klasy robotniczej i odwołuje się do teoretycznych fundamentów marksizmu, które podkreślają odrębność i znaczenie obiektywnego interesu klasowego robotników sfery produkcji, co znajduje wyraz w trzymaniu się pojęcia dyktatury proletariatu – w przeciwieństwie do posttrockistów, którzy pojęcie to zasadniczo odrzucają.

Jednak przyjęcie, za posttrockistami, szerokiej formuły proletariatu w tym pojęciu sprowadza je do roli jałowego ozdobnika, tak jak to miało miejsce w okresie ZSRR. Nie jest to więc pozycja, której poststalinowcy będą konsekwentnie bronili. Dopóki klasa robotnicza nie przejawia aktywności, opinia posttrockistów i Nowej Lewicy o tym, że siłą wymuszającą zmiany pozostaje „klasa pracowników najemnych” en bloc, zaś tradeuninistyczny program walki o podwyżki wyczerpuje program etapowej walki o socjalizm, pozostaje w mocy.
 
Ewolucja radykalnej lewicy wedle zachodniego modelu, gorliwie kalkowanego przez pozbawione własnego rozumu i tradycji grupki rodzimych radykałów, nie doprowadziła do wyjścia lewicy z impasu, z braku własnej tożsamości, z nieumiejętności uzasadnienia swej antysystemowej pozycji.
 
 
 Odbiło się to w zaniku poparcia dla lewicy dowolnej maści. Dopiero zakwestionowanie systemu burżuazyjnego z prawa (z pozycji konserwatywnych, przedburżuazyjnych) dało lewicy możliwość znalezienia wroga, na którego tle mogłaby się przedstawić jako orędowniczka postępu prowadzącego, paradoksalnie, tak samo, jak prawicę, wstecz, do minionej chwały.
 
 
 
 
Fakt, że odradzająca się klasa robotnicza nie odnajduje w hasłach lewicy żądania zmiany kapitalistycznych stosunków produkcji, jest przyczyną, dla której ten elektorat zagospodarowuje populistyczna prawica. Ona bowiem bezpośrednio domaga się zmiany owych stosunków. Biorąc pod uwagę, że współcześnie mamy do czynienia ze świeżą klasą robotniczą, wywodzącą się, jak za czasów Marksa, z warstw drobnomieszczańskich, nie powinien dziwić fakt atrakcyjności nurtów socjalizmu drobnomieszczańskiego, utopijnego, zwróconego w stronę systemu patriarchalnego. 
 
 
Taki jest stan rzeczy w krajach centrum, ponieważ proces krzepnięcia klasy robotniczej na peryferiach trwa już jakiś czas i klasa ta wyprzedza świadomościowo robotników centrum. Wszystko zależy obecnie od stanu świadomości działaczy lewicowych na szeroko rozumianym Zachodzie, którzy oddziałują na zasadzie autorytetu na lokalnych działaczy. Z tą świadomością jest bardzo źle i nie nadąża ona za potrzebami organizacyjnymi klasy robotniczej. Ba, lewica jest programowo nastawiona negatywnie do ruchu robotniczego w klasycznym rozumieniu.
 
 
 
Już od czasu rewizjonizmu związanego z nazwiskiem Eduarda Bernsteina, większa część ruchu socjaldemokratycznego, zdeklarowana ostatecznie w obliczu Rewolucji Październikowej, przyjęła jako aksjomat, że nie będzie kwestionowała zasady gospodarki rynkowej, zadowalając się wysuwaniem żądań dotyczących reguł podziału wytworzonego produktu. Jednym słowem, lewica stopniowo coraz wyraźniej odsłaniała istotę swego kompromisu z kapitałem.
 
 
Pierwszy etap budownictwa socjalizmu w ZSRR zachwiał nieco tym kompromisem, ponieważ wydawało się, iż gospodarka planowa ma szansę udowodnić w praktyce swą przewagę nad anarchiczną gospodarką kapitalistyczną. Okres zachwiania wiary w sensowność zgniłego kompromisu trwał jakieś 25 lat. Potem było coraz gorzej, gdy tymczasem na Zachodzie trwała parada propagandowego sukcesu zakończona spektakularnym kolapsem „komunistycznej” alternatywy.
 
 
 
Wystarczyło 30 lat, aby unaocznić, że sukces był dęty. Niestety, zabrakło publiczności, aby celebrować to wydarzenie, ponieważ ktoś zadbał o to, aby po rozegranym na progu lat 90-tych XX w. spektaklu pospiesznie zgasić światło.<p><p>
 
Lewicy wydaje się, że nie ma ruchu – musi bronić kapitalizmu (oczywiście – socjalnego!) przed faszyzmem, juntą, ciemnogrodem i Mordorem w oczekiwaniu na lepsze czasy, kiedy może pojawi się okazja do zakwestionowania tego systemu jako przeszkody na drodze stale postępującego procesu demokratyzacji.
 
 
 
System rad robotniczych i organizacja systemu produkcji są uważane w tej perspektywie jedynie za bezpieczniki demokracji politycznej, czyli obronę przeciwko partykularnemu interesowi robotników realizowanego za pośrednictwem partii wykorzystującej te interesy dla celów politycznych w warunkach, kiedy istnieje nacisk na podnoszenie poziomu życia społeczeństwa kosztem bezpośredniego producenta. Komitety fabryczne bez systemu rad robotniczych mogą być realizacją anarchistycznego ideału rzemieślniczej bądź spółdzielczej produkcji, wpisując się w ideał utopijnego socjalizmu drobnomieszczańskiego, który nie ma szansy w starciu z kapitałem.
 
 
 
Historia powojennego kapitalizmu w rozwiniętych krajach dowodzi, że warstwy pośrednie skutecznie zadowalają się bardziej szczodrym podziałem w ramach efektywnie funkcjonującego systemu kapitalistycznego. Nie ma powodu, aby sądzić, iż warstwy te nie przyswoiły sobie własnego doświadczenia historycznego. Dlatego też nie ma podstaw, aby twierdzić, że warstwy pośrednie miałyby nieodpartą pokusę utożsamienia swego obiektywnego interesu „klasowego” z interesem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
Klasa robotnicza nie ma takiego doświadczenia, jak warstwy pośrednie, ponieważ okres powojennej prosperity był jednocześnie okresem delokalizacji produkcji przemysłowej (i istotnych przekształceń w łonie tej klasy), a gdzie to było konieczne – zastępowania własnej klasy robotniczej obcą siłą roboczą (gastarbeiterami), co sztucznie zmieniało ideologiczną wykładnię klasowego układu społeczeństw wysokorozwiniętych. Zachodniej Nowej Lewicy nie trzeba było więcej, aby „kupić” tę tanią propagandę jako własną myśl programową. W tym to okresie, pod naporem Nowej Lewicy, ruch trockistowski zmieniał się w „posttrockizm”.
 
 
 
Przejmowanie wartości dodatkowej wytwarzanej przez zepchnięte do pozycji peryferii „otoczenie” pozwoliło na rozwój usług poprawiających jakość życia w Centrum, zupełnie jakby zwiększyła się część zysku kapitalistycznego. Powstała niepowtarzalna sytuacja, w której dynamicznie rozwijające się usługi pełniły funkcję mechanizmu dystrybuującego (nadzwyczajną) wartość dodatkową. Mechanizm ten opierał się na niespotykanej w dziejach komercjalizacji wszystkich dziedzin życia ludzkiego. Każda z nich mogła bowiem służyć jako tytuł dla pozyskiwania środków niezbędnych do utrzymania. Jednocześnie był to mechanizm indywidualizacji, czyli najbardziej rozrzutnej konsumpcji, którą „usprawiedliwiał” wyzysk peryferii, a także ogromny wysiłek społeczeństw wdrażających model gospodarki planowanej centralnie, umożliwiającej odradzanie się nieustannie jałowionego „otoczenia”.
 
 
 
Ostatecznie, koło historii zatoczyło pełny obrót obnażając namacalnie, bo praktycznie, błędność koncepcji rewizjonistycznych.
 
 
Tak więc, rozróżnienie między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi nie jest arbitralnym pomysłem, ale odzwierciedleniem realnych zjawisk. To jest fundament teorii Karola Marksa i jedyne sensowne uzasadnienie jego przekonania, że zakończenie prehistorii (systemowego wyzysku klasowego, a nie zwykłej niesprawiedliwości społecznej) wymaga zmiany rewolucyjnej, jakościowej. „Nowoczesna” lewica, która zadowala się wytykaniem niesprawiedliwości podziału, burzy się przeciwko esencjalistycznej, rzekomo uległej wobec Heglowskiego schematu, „gnostyczej” wykładni marksizmu.
 
 
 
Protesty dowolnych grup społecznych sprowadzają się ostatecznie do kwestii materialnych. Już z tego tylko powodu same wyróżniają sferę produkcji materialnej. A w sferze produkcji mamy do czynienia z antagonizmem między tradycyjnie pojmowaną (pod kątem miejsca w systemie produkcji) klasą robotniczą a klasą kapitalistów. Sprzeczność interesów w tym miejscu wyraża się w prostej zależności: zysk kapitalisty to to, co pozostaje po odjęciu płacy roboczej od przychodu. Czyli reszta społeczeństwa musi się podzielić tym, co zostaje, a mianowicie wartością dodatkową. Wartością tą dysponuje kapitalista zbiorowy. Komercjalizacja wszystkiego, co się da i nie da skomercjalizować, jak zauważyliśmy wyżej, daje tytuł do otrzymywania wynagrodzenia, a więc udziału w podziale wartości dodatkowej. Kapitalista sfery nieprodukcyjnej jest pośrednikiem w tym podziale wartości dodatkowej. 
 
 
 
Przeciwstawianie się kapitałowi w sferze nieprodukcyjnej jest buntem przeciwko zawłaszczaniu znaczącej części wartości dodatkowej przez niepotrzebnych pośredników. Alternatywą jest państwo i jego biurokracja. Dla pracowników sfery nieprodukcyjnej socjalizmem jest już zastąpienie prywatnych pośredników przez biurokrację państwową. Zniesienie pośrednictwa poddawałoby usługodawców uzależnieniu od wolnego rynku, co dzieje się na naszych oczach, w sytuacji załamania instytucji państwa socjalnego i co wyjątkowo nie podoba się bardziej kreatywnym grupom usługodawców, gotowym oddać własną wolność za opiekę ze strony biurokracji.
 
Stosunek do państwa i do biurokracji jest więc kolejnym punktem obiektywnej sprzeczności interesów pracowników produkcyjnych i nieprodukcyjnych. Biurokracja państwa kapitalistycznego pośredniczy w redystrybucji wartości dodatkowej, zaś biurokracja radziecka decydowała już o podziale pierwotnym.
 
 
 
Płaca robocza nie dorównuje nadzwyczajnej wartości dodatkowej pod względem możliwości opłacania nadwyżki usług. Nie dorównuje nawet możliwościom kapitału, który po opłaceniu podatków i kosztów inwestycji kieruje swą uwagę na usługi sfery nieprodukcyjnej. Pod tym względem, warstwy pośrednie są uzależnione od klas panujących – tak jak to było zawsze w dziejach cywilizacji. Jeżeli więc mówimy o sprzeczności interesów między klasą pracowników produkcyjnych a warstwami i grupami nieprodukcyjnymi, to chodzi tu o zasadniczy mechanizm pierwotnego podziału wartości produktu między płacę roboczą niezbędną dla utrzymania bezpośredniego wytwórcy a wartością dodatkową. Płaca robocza w niewielkim stopniu przyczynia się do utrzymania sfery nieprodukcyjnych usług, a w miarę ubożenia klasy robotniczej możliwości tego przyczyniania się maleją jeszcze bardziej – w pierwszej kolejności opłacane są potrzeby najbardziej podstawowe.
 
 
 
 
Dlatego dobrostan warstw i grup pośrednich, uzależnionych od sprzedaży usług, od komercjalizacji swego potencjału, który powinien pozostać „dobrem niegrodzonym”, jak tego chcą niekonsekwentnie myślący lewicowcy, zależy w zasadniczym i coraz większym stopniu od efektywnego popytu przejawianego przez klasę kapitalistów (niekoniecznie produkcyjnych). To jest obiektywne podłoże obiektywnej wspólnoty interesów warstw pośrednich i klasy kapitalistów, skierowanej przeciwko klasie bezpośrednich producentów. 
 
 
Poza tym, warstwy te dzieli z kapitałem stosunek wrogości związanej z normalną walką o jak najwyższe wynagrodzenie.
 
 
W praktyce „dobro niegrodzone” oznacza postulat oderwania wyceny usługi od rynku, co jest bezpośrednim interesem pracowników najemnych, szczególnie tej kreatywnej części. Natomiast sprowadzenie wartości producenta bezpośredniego do poziomu kosztu jego siły roboczej określanej przez mechanizm rynkowy leży w interesie pracowników sfery nieprodukcyjnej, ponieważ więcej wartości dodatkowej pozostaje do opodatkowania i do wydatkowania przez kapitał w ramach sfery usług.
 
 
 
Jak pokazało doświadczenie trzydziestolecia powojennego – kapitał i grupy nieprodukcyjne mogą osiągnąć kompromis społeczny kosztem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
 
Sprawa nie jest nowa i nie stanowiła tajemnicy w czasach Marksa. Z tym, że tendencja wskazywała na możliwość pauperyzacji i proletaryzacji większości społeczeństwa wobec klasy kapitalistów, która stawać by się miała coraz węższą grupą społeczną. Jednocześnie, stosunkowo zawęża się klasa bezpośrednich producentów, w związku ze wzrostem wydajności pracy i wzrostem organicznego składu kapitału. Jeżeli mechanizm podziału wartości wypracowanej w sferze produkcji materialnej nie zmienia się w kierunku dekomercjalizacji (komunizmu), to nacisk na wzajemną rywalizację o środki finansowe zaostrza się wraz ze wzrostem liczebnym i stosunkowym grup żyjących z oferowania własnych usług, grup oderwanych od więzi z bezpośrednim producentem (np. jako członkowie jego rodziny). Wolne środki znajdują się w ręku kapitalisty, który jest zainteresowany zakupem usług. Im więcej tych „wolnych” (po opłaceniu siły roboczej) środków, tym większa szansa, że usługi znajdą swych nabywców. Skądinąd jest to perspektywa i oczekiwanie fałszywe, ale nie o tym tutaj opowieść.
 
 
 
 
Ważne, że interesy klasy robotniczej i grup pośrednich są obiektywnie sprzeczne. Ważne też, że interesy klasy robotniczej są w tym kontekście silniej związane z koniecznością zmiany systemu kapitalistycznego, natomiast interesy grup pośrednich nie tak jasno wyrażają konieczność zniesienia kapitalizmu. Istnieje możliwość chwilowego kompromisu kosztem bezpośredniego producenta.
 
 
To zjawisko nie znajduje swojego odbicia w programie lewicy, czyniąc go niekonsekwentnie antykapitalistycznym i poszukującym rozwiązań alternatywnych, może przejściowych… Koniec kompromisu może ogłosić wyłącznie ta klasa, która nie ma wyjścia, jak tylko obalić kapitalizm bez oglądania się na możliwości opóźnienia procesu. Nic dziwnego, że i ta klasa szuka możliwości kompromisu, odwleczenia nieuchronnego – REWOLUCJE NIE SĄ DZIEŁEM NARWAŃCÓW, ALE LUDZI, KTÓRZY NIE MAJĄ JUŻ INNEGO WYJŚCIA.
 
 
 
Warstwy pośrednie wiedzą z doświadczenia, że to kapitaliści utrzymywali „państwo socjalne” dzięki podatkom. Ten mechanizm przekonująco uczy warstwy pośrednie, żeby nie gryzły ręki, która karmi i żeby zostawiły troskę o gospodarkę „fachowcom”. W efekcie otrzymamy jasny obraz powodów, dla których baza społeczna Nowej (radykalnej) Lewicy nie popiera „awanturniczej” polityki zmierzającej do obalenia kapitalizmu mimo stale pogarszającego się poziomu życia. Rezerwy istnieją, sprawdzono to w minionym okresie prosperity. Można też zawsze liczyć na rozwiązanie militarystyczne…
 
 
Odzyskanie przez lewicę pola manewru i pozycji siły inicjującej atak, a nie tylko reaktywnej, jak to się dzieje dotychczas, wymaga rozwiązania problemu pracy produkcyjnej i materialnej, a więc postawienia go w kategoriach klasowych. W ruchu robotniczym ten kierunek badań miał swoje korzenie w pracach Róży Luksemburg i jej analizie schematów reprodukcji Marksa. Badania te zostały zarzucone. Wymogi praktyczne wzięły górę nad rozwiązaniami modelowymi.
 
 
 
Współczesna sprzeczność między gospodarką realną a wirtualną ujawnia tylko jak głęboka jest rozbieżność między mechanizmami faktycznej gospodarki a mechanizmami podziału efektów gospodarki nadbudowanymi nad nią. KapitałMarksa ukazuje oba mechanizmy w ich właściwej relacji istoty do zjawiska. Rozróżnienie między pracą produkcyjną a pracą nieprodukcyjną jest rozróżnieniem między istotą mechanizmu gospodarowania a przejawami tego mechanizmu na powierzchni zjawisk.
 
 
 
Pozostając w ramach logiki kapitalistycznej gospodarki nie sposób budować programu jego przezwyciężenia. Model welfare state nie zakładał zniesienia antagonizmu klasowego w sferze produkcji, co nie przeszkadzało lewicy jako wyrazicielce interesów grup pośrednich dopóki kapitał wywiązywał się z obietnicy socjalnej. Nie ma powodu, aby sądzić, że warstwy pośrednie poprą program zakwestionowania kapitalizmu.
 
 
To tłumaczy niemożność przezwyciężenia jałowości lewicy.
 
 
 
Walka sfery nieprodukcyjnej z własnymi kapitalistami, czyli pośrednikami w dystrybucji wartości dodatkowej, może prowadzić do zniesienia tego pośrednictwa na korzyść państwa. Wydaje się, że pośrednictwo państwa gwarantuje więcej sprawiedliwości w podziale. Pośrednictwa tego domagają się zarówno zwolennicy „kapitalizmu socjalnego”, jak i systemu biurokratycznego. Obu nurtom nie przeszkadza fakt, że idealizowany podział dokonywał się arbitralnie, bez uwzględnienia interesu bezpośredniego producenta, czyli klasy robotniczej. Dlatego uważamy, że poststalinowskie opowiedzenie się za postulowanym przez nas rozróżnieniem między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi jest w ich przypadku deklaracją słowną, z której nie wyciągają oni politycznych wniosków.
 
 
 
Co najwyżej, zauważają oni, że klasa robotnicza (w wąskim znaczeniu) jest pewniejszym oparciem dla walki klasowej i dlatego walka ta powinna się organizować wokół owego „twardego jądra” pracowników najemnych. Walka z kapitalizmem jest więc walką mniejszości, która organizuje wokół siebie grupy sojusznicze, co nadaje pojęciu dyktatury proletariatu znaczenie szczególne i zasadnicze dla tej walki.
 
 
W tym kontekście należy rozpatrywać taktykę walki klasowej. Zdawanie sobie sprawy z faktycznego układu interesów klasowo-warstwowych nie jest dzieleniem pozornie jednolitego „proletariatu”, który miałby rzekomo być konsekwentnie antykapitalistyczny i zdecydowany w swym antykapitalizmie. Nawet klasa robotnicza jako klasa w sobie nie ma takiej cechy, a co dopiero grupy pośrednie. Zasadnicze znaczenie ma na obecnym etapie świadomość lewicy rewolucyjnej. Dyskusje służą wypracowaniu programu, w którym albo się znajdzie zasadniczy punkt dotyczący realnego układu interesów w społeczeństwie, albo lewica pozostanie nieaktywnym, pozbawionym znaczenia czynnikiem na scenie politycznej.
 
 
 
Rozwój sytuacji politycznej wymusza podejmowanie wyzwań przez lewicę, w tym wyzwania polegającego na świadomości, że jej jałowość jest związana z fundamentalnym brakiem programowym, z brakiem jasności w ocenie rzeczywistości. Pozostawanie na powierzchni zjawisk z tego powodu, że kapitał stwarza skuteczne pozory uniformizacji świata pracy poprzez mechanizm powszechnej komercjalizacji pozbawia lewicę pretensji do aktywnego przewodzenia politycznego. Brak rozróżnienia między pracą produkcyjną a nieprodukcyjną jest odrzuceniem myśli Marksa zawartej w jego Kapitale, ponieważ lewica zaprzecza jakoby w kapitalizmie trzeba było coś ujawniać, odsłaniać – skoro wszystko jest wywalone na zewnątrz, dostępne zdrowemu rozsądkowi. Jak bardzo powszechny nie byłby zabieg komercjalizacji, postulowane przez nas rozróżnienie sięga istoty, które nie pozwala pomylić rekina z delfinem, jeśli odwołać się do jednego z ulubionych przykładów przytaczanych przez Aleksandra Buzgalina.
 
 
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 marca 2019 r.
 
 
 

See video

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Scholastyczne ćwiczenia

Etienne Balibar
See video

 
 
Balibar, cytując Lenina (także jeszcze w owych czasach dopuszczanego do głosu przez grono „przyzwoitych” marksistów, nie wyganiających krytycznych wobec nich kolegów z "ich" stowarzyszeń): „Jedyna ‘poprawka’, jaką Marks uznał za konieczne wnieść do Manifestu komunistycznego, została przezeń wprowadzona na podstawie rewolucyjnego doświadczenia komunardów paryskich” (s. 14), konkretyzuje to stwierdzenie Lenina cytatem z K. Marksa i F. Engelsa z przedmowy do Manifestu: „W szczególności Komuna dowiodła, że klasa robotnicza nie może po prostu zawładnąć gotową machiną państwową i uruchomić jej dla własnych celów”, który właściwie jest cytatem z pracy Marksa Wojna domowa we Francji.

Umiejscowienie cytatów jest ważne, ponieważ wskazuje na teksty należące do klasyki marksologicznej w jej głównym nurcie, a nie do pobocznych rozważań o mniejszej wadze gatunkowej. Balibar zdaje sobie sprawę z faktu, że: „…właśnie ta istotna poprawka została wypaczona przez oportunistów i sens jej na pewno nie jest znany dziewięciu dziesiątym, jeżeli nie dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom czytelników Manifestu komunistycznego. (…) utarte, wulgarne ‘pojmowanie’ przytoczonej przez nas słynnej wypowiedzi Marksa sprowadza się do tego, jakoby Marks podkreślał tu ideę powolnego rozwoju w przeciwieństwie do zagarnięcia władzy itp.

W rzeczywistości rzecz ma się wręcz odwrotnie. Myśl Marksa polega na tym, że klasa robotnicza powinna rozbić, zdruzgotać ‘gotową machinę państwową’, a nie poprzestać jedynie na jej zagarnięciu” (s. 14).

Nie będziemy tu streszczać nadal aktualnych uwag Balibara, do których czytelnik może łatwo sięgnąć dzięki publikacji w „Nowej Krytyce”. Od czasu pierwszej publikacji tekstu pod koniec lat 70-tych ub. wieku nastąpił istotny regres w myśli marksistowskiej i warto skonfrontować wnioski Balibara ze współczesnymi „oczywistymi prawdami” marksizmu.

Ten ostatni został zdominowany przez zasygnalizowany wyżej nurt oportunistyczny w ruchu robotniczym. Ujmując sprawę pokrótce, w historii ruchu, w wyniku stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, utrzymało się słownictwo i sfera pojęciowa marksizmu, niemniej po śmierci Lenina ustały faktyczne zmiany w odniesieniu do instytucji państwa, które szłyby w kierunku realizacji uwag zawartych w wymienionych wyżej pracach Marksa.

Równolegle do stalinizacji ruchu, istniał w nim nurt oportunistyczny, który interpretował Manifest w duchu przedstawionym powyżej.

W efekcie zdławienia rewolucji w Europie i w efekcie stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, zginęła większość świadomych klasowo działaczy robotniczych. Partia komunistyczna przestała być partią należącą do szerokiego spektrum partii robotniczych, w których interakcji następował rozwój świadomości klasy robotniczej; zaczęły w niej przeważać cele i interesy faktycznie zewnętrzne w stosunku do robotników, co przyczyniło się do zatracenia idei przewodniej marksizmu w ruchu.
Jeszcze w latach 60. XX wieku nie posługiwano się w ruchu komunistycznym pojęciem klasy pracowniczej. Istniała świadomość odrębności różnych grup społecznych od klasy robotniczej, co widać tak w odległej w czasie pracy Balibara, jak i we współczesnej Andrieja Koriakowcewa. W praktyce również odróżniano klasę robotniczą, choćby i negatywnie, jako zburżuazyjniałą i ciężką do rozruszania przez drobnomieszczańskich rewolucjonistów, którzy za nic mieli teoretyczne wnioski płynące z prac klasyków.

Zasadniczym elementem nowego, radykalno-lewicowego światopoglądu, stała się oportunistyczna koncepcja socjaldemokratyczna, która już w czasach Engelsa wychodziła z założenia, że cele ruchu robotniczego mają charakter ogólnospołeczny, a więc realizują się jako bezpośrednio ogólnospołeczne działania, z konsekwencjami wynikającymi stąd dla stosunku wobec państwa. Zamiast skomplikowanej taktyki liczącej się z uwarunkowaniami, których nie sposób przeskoczyć woluntarystycznie i natychmiastowo, drobnomieszczańscy rewolucjoniści buntowniczych lat 60. kierowali się pomysłem, aby przejąć nie tylko i nie przede wszystkim władzę państwową (por. Balibar, idem), ale szczególnie jego aparat biurokratyczny jako najlepszy sposób na realizację swych rewolucyjnych i socjalistycznych planów – „długi marsz przez instytucje” (patrz: T. Kochan, „Rewolucja bezpodmiotowa a filozofia stanu wyjątkowego”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 65).

Odrzucanie wyróżnionej roli klasy robotniczej dokonywało się równolegle i zgodnym chórem w nurcie socjaldemokratycznym (tradycje ogólnospołecznych celów partii socjaldemokratycznej), w nurcie stalinowskim oraz w antystalinowskim („antysowieckim”). Na koniec przyszła pora na nurty wywodzące się z tradycji trockistowskiej, które ostatecznie zakończyły swój akces do koncertu lewicowego na początku XXI stulecia.

Kwestię tę poruszaliśmy nie raz i nie dwa razy w naszych tekstach. Jedną rzeczą jest odrzucanie roli klasy robotniczej na podstawie jej domniemanej „zdrady” ideałów socjalizmu, drugą – dorabianie post factum teorii o tym, że klasa robotnicza nigdy nie była wyodrębnionym podmiotem. Koncepcją pośrednią jest twierdzenie, że zmiany w świecie pracy, szczególnie od czasów II wojny światowej, były na tyle duże i głębokie, że uczyniły to rozróżnienie zbędnym.

Z wywodów E. Balibara z końcówki lat 70. wynika, że to rozróżnienie było zawarte w samej koncepcji Marksa. Inaczej nie mają sensu jego rozważania dotyczące dyktatury proletariatu. W szczególności rozważania dotyczące kwestii nie przejmowania machiny państwa. Gdyby rzecz rozchodziła się wyłącznie o kwestię oporu garstki kapitalistów, nie byłoby potrzeby budowania całej skomplikowanej strategii działania obliczonej na wciągnięcie pozostałej części społeczeństwa w sprawę robotniczą, nie byłoby potrzeby podkreślania, że rewolucja ma charakter procesu, w którym zmiany uwarunkowań ekonomicznych pociągają za sobą niezdeterminowany w przyczynowo-skutkowym sensie, z góry nieprzewidywalny, rozwój sytuacji w kierunku społeczeństwa bezklasowego.

Bez sensu byłyby pytania Andrieja Koriakowcewa o zabezpieczenie celów proletariatu przed narzuceniem im celów zewnętrznych, wniesionych przez mieszczańskich, zawodowych rewolucjonistów. Gdyby nie było rozróżnienia między klasą robotniczą a resztą „prekariatu” (używając dzisiejszego słownictwa), ta tożsamość celów byłaby dana z góry. Wszyscy pracownicy najemni są bowiem, wedle współczesnych kanonów naukowych, w tej samej sytuacji społecznej.

Pozostaje argument o zmianach w systemie pracy, które dokonują takiej uniformizacji sytuacji społecznej różnych grup pracowniczych.

I tutaj nadal możemy czerpać ze skarbnicy najnowszego numeru „Nowej Krytyki”, który w zasadniczym zestawie tekstów (Balibar, obaj Kochanowie i Tittenbrun) podejmuje polemikę w tym właśnie punkcie forsowanej przez nas, niechcianej dyskusji na lewicy.

Koncepcje Jacka Tittenbruna (patrz: „Marksizm divisus”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 151) biorą pod uwagę zmiany, które zaszły w systemie pracy po II wojnie światowej, niemniej nie powodują one u niego wycofania się z rozróżnienia między specyficznymi grupami pracowniczymi i odrzucenia umocowanego teoretycznie kryterium tego rozróżnienia. Tekst Tittenbruna powstał, co prawda, w latach 80., niemniej, jak nam wiadomo, autor ten nie wycofał się ze swoich twierdzeń aż do śmierci w bieżącym roku.

Z tezami tymi polemizuje już wówczas Jerzy Kochan, odnosząc się do teoretycznych argumentów J. Tittenbruna. W szczególności zarzuca on Tittenbrunowi „naturalizację” pojęć marksowskich. Warto przytoczyć szerszy cytat:

„Jednym z fundamentalnych założeń przedstawionej koncepcji jest specyficzne rozumienie pracy produkcyjnej. Wspominając o występowaniu u Marksa takiego jej rozumienia, które wiąże ją w warunkach społeczeństwa kapitalistycznego z ruchem kapitału, Tittenbrun w swoich rozważaniach koncentruje się jednak na – również występującym u Marksa – ogólnoteoretycznym określeniu pracy produkcyjnej. Tego też typu pojmowanie pracy produkcyjnej staje się dla autora podstawą do przeprowadzenia podziałów klasowych w ramach społeczeństwa kapitalistycznego, a później także socjalistycznego. Przejawia się w tym, jak sądzę, skłonność do swoistego naturalizmu w interpretacji tego pojęcia, naturalizmu omijającego historyczno-społeczną formę występowania pracy produkcyjnej w ramach poszczególnych formacji i prowadzącego do traktowania jej jako ponadformacyjnego czy też nawet ogólnofilozoficznego terminu oznaczającego bezpośrednie, osobnicze przekształcanie przyrody. Tymczasem występujące u Marksa określenie pracy produkcyjnej tam, gdzie pisze on o pracy produkcyjnej w systemie produkcji kapitalistycznej, nie ma wiele wspólnego z ogólnoteoretycznym jej rozumieniem, które abstrahuje od konkretnej formy społecznej jej realizacji. Jak pisał Marks:

‘Produkcyjna jest zatem – w systemie produkcji kapitalistycznej – taka praca, która wytwarza wartość dodatkową dla tego, co ją zatrudnia, czyli inaczej mówiąc, taka praca, która obiektywne warunki pracy przekształca na kapitał, a jej posiadacza – na kapitalistę; jest to więc praca, która własny swój produkt wytwarza jako kapitał. Dlatego mówiąc o pracy produkcyjnej, mamy na myśli pracę społecznie określoną, pracę, która zawiera ściśle określony stosunek między nabywcą pracy a jej sprzedawcą’ (3)” – formułuje swój zarzut J. Kochan, i dookreśla interpretację, która utrzymuje się wśród marksistów, niezmiennie od tamtego czasu:

„Marksowskie rozumienie pracy produkcyjnej, wiążące jej sens [z] analizą specyficznej kapitalistycznej formy jej istnienia, pozwala uznać za pracę produkcyjną pracę pisarza piszącego ‘na sposób fabryczny dla swego wydawcy’, pracę śpiewaczki – o ile pomnaża ona kapitał. Określenie ‘praca produkcyjna’ zdaniem Marksa ‘nie ma absolutnie nic wspólnego z określoną treścią pracy, z jej szczególną użytecznością, czyli specyficzną wartością użytkową’(4)” (s. 141-142).

Na co J. Tittenbrun odpowiada:

„… Uwagi [J. Kochana] … muszę odnieść do sposobu potraktowania przez Kochana problemu pracy produkcyjnej. Najpierw przyznaje on, że u Karola Marksa występuje to, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym określeniem pracy produkcyjnej’. Kilkanaście wierszy dalej owo rozumienie, mające występować również w mojej książce, staje się ‘rozumieniem niehistorycznym, ponadformacyjnym’. Przeciwstawia Kochan powyższemu rozumieniu owo ‘właściwe’ ujęcie pracy produkcyjnej jako wytwarzającej kapitał. … opozycja między tym, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym’ czy nawet ‘ogólnofilozoficznym’, a ‘specyficzno-kapitalistycznym’ pojęciem pracy występuje może w jego własnej myśli, ale na pewno nie w mojej książce” (s. 154).

I dalej: „Kochan nie precyzuje, co właściwie rozumie przez rzekomo występujące we Wprowadzeniu… ‘ogólnoteoretyczne’ ujęcia pracy produkcyjnej, charakteryzując jedynie za pomocą epitetów: ponadformacyjne, ahistoryczne, naturalistyczne itd. To, że praca bezpośrednio produkcyjna (to określenie bardziej konkretne niż praca produkcyjna w ogóle) występuje we wszystkich ekonomicznych formacjach społeczeństwa, nie jest moim (czy Marksa) wymysłem, lecz po prostu obiektywnym faktem historycznym. Pojęcie takiej pracy, jak i innych typów prac produkcyjnych nie zakłada wcale abstrahowania od ‘historyczno-społecznej formy jej występowania’. Praca bezpośrednio produkcyjna może być elementem niewolniczego czy poddańczego sposobu produkcji, może być zorganizowana według reguł kapitalistycznych stosunków produkcji itd.” (s. 154-155).

Podsumowując: „O ile poprzednio występowanie produkcji w całej historii ludzkości skłoniło go [J. Kochana] do odrzucenia przydatności kategorii produkcji w analizie konkretnego typu formacji, o tyle obecnie istnienie usług w całej historii kapitalizmu jest traktowane jako warunek konieczny uznania ‘istotnego znaczenia’ tej sfery dla podziałów klasowych” (s. 153).

J. Kochan uzasadnia więc teoretycznie brak różnicy między robotnikiem a dowolnym pracownikiem najemnym. Uzasadnienie to, jak i przykład podany przezeń, to locus communis współczesnej refleksji marksistowskiej.

O ile trudno byłoby wmawiać Marksowi, że w jego czasach nie istnieli pisarze czy śpiewaczki i tylko dlatego posłużył się on w Kapitale, jako ilustracją swoich tez, przykładem robotnika fabrycznego, o tyle sprawa zasługuje na coś więcej niż tylko na lekceważące wzruszenie ramion, na jakie stać dzisiejszych marksistów.

Rzecz w owym „naturalizmie”, w kwestii przewijającego się na przestrzeni historii procesu wyzysku bezpośredniego producenta. Teoretyczne odparcie tego zarzutu należy do J. Tittenbruna, natomiast my chcielibyśmy zwrócić uwagę czytelnika na fakt, że dopiero w kapitalizmie tzw. usługi nieprodukcyjne zostały wessane przez system ekonomiczny w orbitę komercjalizacji. Właśnie w odróżnieniu od stałej sytuacji wyzysku klasy bezpośrednio produkcyjnej, której cechą charakterystyczną było wytwarzanie środków reprodukcji materialnej społeczeństwa, usługi nieprodukcyjne, wcześniej elitarne, były wynagradzane z wartości dodatkowej wytwarzanej przez owych producentów bezpośrednich, zawłaszczanej przez właścicieli środków produkcji. Jak pisał Marks, stosunki wyzysku miały w okresie poprzedzającym kapitalizm formę bardziej jawną i niezafałszowaną, chociaż istota sprawy pozostała nie zmieniona.

Nie zmieniły się też zasady wynagradzania usług nieprodukcyjnych z wartości dodatkowej, chociaż pojawiła się kategoria kapitalistów obsługujących kapitalistów produkcyjnych i kapitalistów, którzy urządzili swój biznes w sferach, o których wcześniej nie pomyślano, że nadawałyby się do komercjalizacji. To, że kapitalizm kształtuje wszelkie relacje społeczne na swój obraz i podobieństwo nie jest tajemnicą – wstyd jednak mylić pozór z istotą zjawiska. A już niegodnym jest wmawianie Marksowi takiej grubiańskiej pomyłki, wbrew oczywistości.

Dla kapitalisty nieważne jest, w jakiej sferze robi zysk. Wydawałoby się, że w dobie dobitnego bicia po oczach różnicą między gospodarką realną (opartą na pracy produkcyjnej) a gospodarką wirtualną (polegającą na spekulowaniu środkami pochodzącymi z wtórnego podziału wartości dodatkowej) tak spektakularne pomyłki nie powinny dotyczyć lewicy. Niestety, każda epoka ma taką lewicę, na jaką zasługuje.

Tradycja przechodzi z ojca na syna.

W podsumowaniu swojego artykułu, Tymoteusz Kochan wyciąga wniosek z doświadczeń ruchu robotniczego: „Zaniedbana problematyka rewolucji poprzez rewolucję w kulturze staje się dziś jeszcze bardziej aktualna i wciąż będzie cofać nas ku teorii i praxis zaczytanych w teorii Marcusego lewicowych radykałów” (s. 73).

Nie ma potrzeby wyzwalania pracy produkcyjnej, ta kwestia została w historii cywilizacji zachodniej ostatecznie rozwiązana i zepchnięta do lamusa: „realną funkcję socjalizmu sprawuje już zaawansowana gospodarka kapitalistyczna” (s. 73).

Przynajmniej szczerze. Na tym tle, bajdurzenia E. Balibara z 1979 r. brzmią jak dysonans, jak scholastyczne ćwiczenie. Nie widzimy innego powodu ich przywołania w 2018 r., jak tylko nieprzeparty przymus wzięcia udziału w dyskusji, w której redaktor naczelny „Nowej Krytyki” za nic w świecie udziału brać nie chce.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 września 2018 r.
 
 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Lenin 666