Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 14 gości.

Na stronie głównej

E. Balcerek i W. Bratkowski: Sprzeczność i wyzysk to nie to samo, czyli on s’engage et puis on voit

on.jpg

1111

See video

 
Ruch ten, podobnie jak jego poprzednik z epoki przedrewolucyjnej we Francji, miał specyficzne, własne cele i nie był nastawiony na wyrażanie interesów tracącej historyczne znaczenie klasy bezpośrednich producentów, jaką w tamtym okresie było jeszcze chłopstwo. Tym bardziej nie był nastawiony na wyrażanie interesów nieistniejącej jeszcze klasy nowych bezpośrednich producentów zatrudnionych w nieistniejących jeszcze fabrykach wielkoprzemysłowych. Interesujące w tym kontekście są losy i wybory chłopstwa w okresie samej rewolucji, ukazujące, że postępowy i liberalny ruch antymonarchiczny nie był odbierany jako sojusznik klasy-producenta. Ruch liberalno-demokratyczny miał dynamikę niezależną również od dynamiki kształtującej się później, po pierwszej rewolucji przemysłowej, klasy robotniczej. 

  
Późniejsze losy obu nurtów ruchu demokratycznego ukazały rozbieżność ich celów. Znajdowało to odzwierciedlenie w pozycji, jaką zajmował nurt reprezentowany przez Marksa i Engelsa oraz ich współtowarzyszy w ruchu robotniczym, w znanych podziałach, jakie miały miejsce nawet w łonie kierowanych przez nich organizacji politycznych, w tym i w I Międzynarodówce. 
 
Relacje między nurtem liberalno-demokratycznym a „marksistami” były relacjami konfliktu, okresowo łagodzonego bynajmniej nie zawsze dzięki wysiłkom antagonistów Marksa. 
 
Wedle przeciwników Marksa, konflikty były wynikiem jego nadmiernych ambicji i osobistej arogancji. W sytuacji, gdyby nie było rozbieżności między celami ruchu robotników a nurtem liberalno-demokratycznym, takie oskarżenie miałoby zapewne mocne podstawy. 
 
Jednak są powody, by przypuszczać, że konflikty były następstwem faktu, iż polityczne cele ruchu robotniczego nie sprowadzały się do postulatu konsekwentnej realizacji programu radykalnej burżuazji z jej „heroicznej” epoki walki z monarchią absolutną. Utożsamienie się Marksa ze świeżym ruchem robotniczym, który tak naprawdę swoją samoświadomość zyskał właśnie w marksizmie, było przełomem pozwalającym na oddzielenie okresu młodoheglowskiej krytyki od okresu kształtowania się autora, który otworzy nową epokę dziełem zatytułowanym Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej
 

Z dotychczasowych wywodów chcielibyśmy, aby czytelnik uprzytomnił sobie, że radykalny ruch społeczny, liberalno-demokratyczny, idący od Rewolucji Francuskiej, wywodził się właśnie z tradycji tych grup społecznych, które w łonie sił demokratycznych i liberalnych były głęboko antyjakobińskie. Sprowadzając sprzeczność między nurtami w Rewolucji Francuskiej do sprzeczności między metodami walki (w istocie nieodbiegającymi od siebie, ale w przypadku jakobinów mniej zakłamanymi i nie mającymi zaplecza w wyrozumiałości interpretacyjnej ówczesnych massmediów), koncepcje radykalnych, antysystemowych w sensie systemu burżuazyjnego sił politycznych zostały skrupulatnie poddane propagandowemu wymazaniu i konsekwentnie odwoływano się do nich wyłącznie, jeśli chodziło o wskazanie, skąd idzie tradycja przemocy w walce klasowej. 
 
Prawomocność walki o cele liberalno-demokratyczne w swym najdalej posuniętym radykalizmie pozostała wewnątrzsystemowa. Przemoc została usankcjonowana w odniesieniu do „sprawiedliwych” wojen narodowowyzwoleńczych lub kolonialnych (w imię rywalizacji narodowych odłamów burżuazji europejskiej i racji stanu) oraz w ruchu rewolucyjnym na rzecz zniesienia reakcyjnych reżymów zapóźnionych we wprowadzaniu stosunków kapitalistycznych, jak Rosja czy Prusy. Z tym, że rewolucja traci legitymację natychmiast po osiągnięciu etapu skutecznej rewolucji burżuazyjnej… 
 
*  

Przyjęło się uważać, że Marksowska teoria wartości dodatkowej stanowi naukowe uzasadnienie prawomocności roszczeń ruchu robotniczego. Od Stanu Trzeciego nikt nie żądał naukowego dowodu rzetelności dla jego cahiers de doléances. Postanowienia Praw Człowieka i Obywatela, oparte na oświeceniowym kulcie „dobrego dzikusa” i jego przyrodzonej dobroci uzasadniającej równość wszystkich ludzi i ich przyrodzone prawa, były wprowadzane równolegle do bezwzględnego holokaustu ludności tubylczej Nowego Świata. Nie szkodziło to jednak ideałom nowej epoki i nie wywoływało powszechnego przekonania, że „po owocach jego poznacie go”. 
 
W skrócie, nowatorstwem Marksa w stosunku do myśli społecznej epoki i do jej ekonomii klasycznej nie była ani konstatacja walki klasowej, ani konstatacja wyzysku. Korjakowcew stwierdza nawet, że przekonanie o tym, iż im więcej bogactwa wytwarza robotnik, tym bardziej popada w ubóstwo, czy że bogactwo opiera się na wyzysku pracy społecznej, było w ówczesnym czasie prawdą obiegową. Skromnym odkryciem Marksa pozwalającym na rozwiązanie zagadki źródła wartości dodatkowej było odróżnienie pojęć „siła robocza” i „praca”. 
 
Siła ruchu robotniczego w XIX wieku nie opierała się na naukowym fundamencie Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy, ale na tym właśnie potocznym postrzeganiu sytuacji. Rozwijające się stowarzyszenia robotnicze, związki zawodowe i tym podobne organizacje tworzyły się spontanicznie z wystarczającym odwołaniem do zasad postępującej demokratyzacji stosunków społecznych. Oczywiście, w bogatych krajach europejskich czy w Nowym Świecie, szczególnie w Ameryce Północnej. Teoria naukowa stanowiła jednak podstawę dla tworzenia się ruchu politycznego klasy robotniczej. Była potrzebna dla tworzenia programu walki o zmianę systemu społecznego na system bezklasowy. Taka zmiana nie mogła opierać się na potocznym przekonaniu czy prostym zdrowym rozsądku. Wychodziła poza ramy oczywistego ruchu liberalno-demokratycznego i angażowała intelektualistów, którzy potrzebują naukowego uzasadnienia dla swego zaangażowania. 
 
Dopóki walka pozostawała wewnątrzsystemowa, nie zwracano uwagi na to, że w potocznym rozumieniu teoria wartości dowodziła czegoś, co było widoczne gołym okiem, a mianowicie, że po opłaceniu wszystkich czynników produkcji, kapitaliście pozostaje w ręku więcej pieniędzy, niż wyłożył. Biorąc pod uwagę, że sam żył w dostatku, zaś zatrudnieni przezeń robotnicy – w skrajnej nędzy, oczywistym była niesprawiedliwość takiej sytuacji, przynajmniej z pozycji robotników. Aby ich zaagitować do sprzeciwu, nie trzeba było się mocno wysilać. 
 
Inaczej było historycznie w epokach, kiedy ogólna prosperity podnosiła wszystkie łodzie, albo w epoce kryzysu, kiedy kapitaliści, zwłaszcza ci słabsi, plajtowali. Jednak kryzys nadprodukcji (charakterystyczny dla cyklów koniunkturalnych) powodował krzyczące marnotrawstwo, które jeszcze bardziej podnosiło wiarygodność teorii Marksa jako dodatkowo koncepcji alternatywnej wobec kapitalistycznej organizacji produkcji. 
 
Pozytywistyczna nauka końca XIX wieku upomniała się o swoje żądając, aby naukowość teorii wartości przybrała postać koncepcji, która pokazuje, jak przekształcać wartości (pojęcia spekulatywne) w ceny (pojęcia odzwierciedlające rynkową empirię). To wyzwanie zostało podjęte bez powodzenia, chociaż na drodze poszukiwań wykonano pożyteczne prace dotyczące zagadnienia równowagi, koniunktury czy interwencjonizmu państwowego. 
 
Okres II Międzynarodówki przyniósł równie pozytywistyczne zabiegi systematyzujące ujęcie procesów historycznych, wychodzące poza rozważania Marksa i uświęcające schematy, które później posłużyły mechanistycznemu modelowi ideologicznemu Stalina, nazywanemu „naukowym socjalizmem”. Dialektyczna metoda Marksa została przykrojona do pozytywistycznego wyobrażenia o niej, co nie mogło skończyć się dobrze. 
 
Podobnie jak M. Siemek w Polsce, tak A. Korjakowceww Rosji, kilka dekad później, zarzucają Engelsowi ontologizację dialektyki, która miała prowadzić do takiego właśnie wypaczenia oryginalnej teorii Marksa. Przy okazji nie może prześliznąć się nieumoczony w nieczystościach Lenin, który jednak ma na swoje wątłe usprawiedliwienie fakt, że nie mógł znać Manuskryptów paryskich Marksa. 
 
Jak mówi Korjakowcew, dialektyka jest wynikiem poznania naukowego, a nie jego założeniem. Poza tym – ma charakter antropologiczny, a więc jest nieodłączna od nauki o człowieku. 
 
Dodatkowym straszakiem na marksistów i materialistów jawi się to, że dla Hegla pojęcie jest elementem Przyrody. Dialektyka jest więc czymś zewnętrznym wobec człowieka, co bardzo brzydko pachnie w świetle klasycznej filozofii niemieckiej, gdzie rzeczywistość rzeczy samej w sobie pozostaje niepoznawalna. 
 
Trudno jednak zgodzić się z tezą, że dialektyka miałaby stanowić wynik poznania naukowego, skoro stanowi ponoć metodę – marksizmu czy czego innego. Stwierdzenie czy badanie jest naukowe, czy nie, w najogólniejszych ramach sprowadza się do tego, czy podlega jakimś ściśle określonym rygorom, które można skontrolować. W żaden sposób nie przesądza o tym, czy otrzymamy satysfakcjonujący wynik. To znaczy taki wynik, który nam gwarantuje poznanie obiektywnej prawdy. Dlatego, jeśli dialektyka jest metodą, to nie jest ona wynikiem poznania (nigdy nie będziemy mieli pewności), ale aby była metodą naukową, musi mieć sprecyzowane założenia i reguły wyciągania wniosków. 
 
Ale nie w tym rzecz. 
 
Specyficzną cechą dialektyki jest to, że zakłada ona, iż prawa myślenia są tożsame z mechanizmem funkcjonowania rzeczywistości pozaludzkiej. Zasada materializmu powinna logicznie zakładać, że skoro myślenie jest wytworem materii, to prawa myślenia są takie same, jak prawa ruchu materii. 
 
Stąd logicznie wynika, że jeśli ontologizacja dialektyki oznacza, że materia, przyroda funkcjonuje dialektycznie, to nie ma w tym nic zdrożnego. Różnica pojawia się dopiero na etapie, kiedy to myśl ludzka staje się dla siebie przyczyną. Człowiek nadal działa zgodnie z prawami wszechświata (prawami dialektyki), ale sam stworzył dzięki swej myśli zmienione warunki tego działania, czyli zmodyfikował sytuację poznawczą. Zachodzi więc zmiana ilościowa, która może być początkiem kumulacji o charakterze jakościowym. Trudno uwierzyć, żebyśmy już nie przeszli w ewolucji kilku takich przełomów jakościowych, np. wychodząc ze świata zwierząt do świata ludzi. 
 
Nawet gdyby umysł odszedł bardzo daleko od instynktu, czyli od podlegania prawom przyrody (dialektyki) w sposób ślepy, nie prowadzący do zmian jakościowych, do zaistnienia czasu, to nie ma powodu, aby twierdzić, że świat zewnętrzny jest niepoznawalny. Jest poznawalny, ponieważ im bardziej doskonalimy się w poznawaniu siebie (z czego jesteśmy tak dumni), to tym samym poznajemy świat zewnętrzny w tym sensie, że rozumiemy jego mechanizm działania. Do poznania, np. składu chemicznego jakiegoś ciała nie potrzebujemy dialektyki, wystarczy skumulowane doświadczenie empiryczne i właściwe narzędzie. 
 
Wydaje się, że z tych kilku akapitów jasno widać, iż dialektyka nie polega na ustaleniu niezawodnego w każdej sytuacji schematu następowania po sobie zdarzeń, nie znoszącego żadnego odstępstwa.
 
W ujęciu Korjakowcewa (i nie tylko jego), w trakcie rozumowania dialektyka ulega niepostrzeżenie podmianie na alienację. Tłumaczy się to chronologią postaci, które poprzedzały pojawienie się Marksa. Krytyka Hegla przez Feuerbacha nie rozwiązuje problemu dialektyki (na ile jest tu jakiś problem), ale przekierowuje uwagę na kwestię alienacji. Spekulatywne myślenie, w dodatku obarczone grzechem konformizmu wobec płaskiej rzeczywistości, przegrywa w zderzeniu z krwistością realnego człowieka w jego materialnej postaci. Świat jednostki jest polem oddziaływania sprzeczności, które powodują jej rozwój. Zasadniczo świat społeczny, więzi społeczne są wyrazem dialektyki osi „ja” i „ty”, które prowadzą do powstawania nowych jakości. Oddziaływanie między jednostką a światem społecznym prowadzi do alienacji, która jest wyrazem wychodzenia jednostki do owego świata, jak i mechanizmem przezwyciężania owej alienacji.
 
W rzeczy samej, tak rozumiana dialektyka ogranicza swe funkcjonowanie do świata społecznego. Precyzuje też specyficzne rozumienie wzajemnych stosunków. Konflikt interesów zostaje sprowadzony do dialektycznej sprzeczności, która wyraża się w procesie alienacji, niezbędnej wszak do późniejszego jej przezwyciężenia i stworzenia nowej jakości w życiu społecznym. Alienacja jest naturalną metodą komunikacji ze światem społecznym, związaną z przekraczaniem bariery między „ja” a „ty”. Zamiast obiektywistycznego konfliktu interesów mamy do czynienia z wiecznym negocjowaniem, w procesie którego uznajemy podmiotowość drugiej osoby.
 
Ostatecznie, rzuca na szalę ostatni argument Korjakowcew, Marks patrząc na zwykły stół, widzi w nim całokształt działalności człowieka, wyraz stosunków społecznych. Materialną rzeczywistością człowieka jest więc ten stół jako wyraz całokształtu stosunków społecznych, który sam w sobie albo jest niepoznawalny, albo… niewart szczególnej uwagi.
 
Dlatego też, kontynuuje Korjakowcew, wartość dodatkowa ma charakter materialny, ponieważ jest rezultatem ludzkiej działalności. Rozważanie materialnego (w sensie obiektywnie, niezależnie od człowieka istniejącego) charakteru wartości dodatkowej jest więc pozbawione sensu. Nie istnieje nic materialnego poza więzią międzyludzką.
 
W pewien sposób znika tu problem słuszności czy niesłuszności teorii wartości opartej na pracy. Relacje międzyludzkie są zmienne, więc nie ma znaczenia, czy wartość odpowiada, czy nie, cenom. Można sobie wyobrazić, że oba pojęcia odzwierciedlają relacje międzyludzkie. Wartości odzwierciedlają jednak naturalne relacje, zaś ceny są wyrazem stosunków siły między zróżnicowanymi stopniami alienacji dotyczącej poszczególnych jednostek, wyrazem klasowego charakteru owych relacji. Nie dziwi więc dość luźny stosunek współczesnej lewicy do kwestii wartości w marksizmie, w przeciwieństwie do, np. kwestii wyzysku. Ta ostatnia bowiem odnosi się nie do zobiektywizowanego obrazu świata, ale do żywych relacji międzyludzkich.
 
*
 
Faktycznie, dialektyka jawi się więc na lewicy jako piąte koło u wozu, na kształt teorii wartości opartej na pracy. Ot, taki ornament nawiązujący do chwalebnej przeszłości idei! Rozumienie dialektyki po Marksie było obarczone interpretacją w duchu obowiązującego kanonu („paradygmatu”) nauki końca XIX wieku. Problem w tym, że po rewolucji naukowej, bazującej na teorii względności podważającej powszechność obowiązywania ustaleń mechaniki kwantowej, intelektualiści lewicy, tacy sami erudyci, co w epoce pozytywizmu i scjentyzmu, z równym entuzjazmem i antydialektycznym przekonaniem o osiągnięciu kresu wiedzy w danym obszarze, przykroili metodologię marksizmu do nowego dogmatu. Rozumiał to Lenin, który musiał sobie na nowo objaśnić nauczanie marksizmu i nie miał z tym większego problemu, mimo braku znajomości Rękopisów filozoficzno-ekonomicznych z 1844 r.
 
Fetyszyzowanie stosunków społecznych i robienie z nich jedynego świata dostępnego ludzkiemu poznaniu, bo tworzonego przez nich tylko powiela problem niedostępności wiedzy obiektywnej. Paradoksalnie na lewicy, takie postawienie sprawy utrwala elitarny model kumulowania wiedzy. Poznanie jest możliwe pod warunkiem posiadania odpowiednich metod naukowych. O ile dialektyka – uprawiana od zarania ludzkości – dotyczy najogólniejszych i niezmiennych mechanizmów funkcjonowania wszechświata i wszystkiego, co się w nim znajduje, o tyle współczesny paradygmat nauki ujmuje każde zjawisko w oderwaniu od reszty świata, czemu zresztą służą uszczegółowione specjalizacje badawcze. Nauka staje się albo przyczynkarstwem, albo ekspresją twórczą. W obu tych rolach, nauka przestaje być wiedzą namaszczoną i staje się dostępna każdemu, o ile tylko zrozumie nieskomplikowaną metodologię i przebije się przez milion lepiej lub gorzej usystematyzowanych faktów intelektu.
 
W powiązaniu z tymi procesami, w społeczeństwie zanika zainteresowanie nauką, która staje się albo manipulacją technikami w konkretnych celach komercyjnych lub militarnych, albo staje się sztuką. W obu przypadkach użytkowy charakter rozważań ma decydujące znaczenie i temu celowi jest coraz bardziej podporządkowany kształt organizacyjny systemu nauki we współczesnym świecie. W pewnym sensie, można powiedzieć, że model życia naukowego wraca do dawnych wzorców po krótkim okresie demokratyzacji. Demokratyzacji ograniczonej, ponieważ w jej efekcie tworzenie wiedzy nie uległo upowszechnieniu, ale stało się podstawą dla przeżycia fizycznego coraz liczniejszego grona jednostek wyalienowanych z panującego systemu produkcji. Z tym, że fałszywa świadomość neutralizuje poczucie deprywacji wynikające z tego faktu. Wyzwolenie się z przymusu pracy fizycznej, materialnej, jest wartością samą w sobie po tysiącach lat doświadczenia niewolnictwa i innych form wyzysku. Wymazanie ze świadomości samoistnej przyrody traktowanej wrogo idzie w parze z wymazywaniem specyfiki wyzysku w obszarze tworzenia społecznych warunków materialnej reprodukcji społeczeństwa. Zarówno nauki matematyczno-przyrodnicze, jak i materialne podstawy istnienia społeczeństwa, są brane poza nawias zainteresowania. Są odsyłane jako wstydliwa hydraulika świata, pozostawiona fachowcowi, nieco pogardzanemu, ale i budzącemu lęk, bo nie rozumiemy, co on robi. Ufamy mu, bo nie mamy innego wyjścia.
 
Lewica nie kwestionuje dziś systemu kapitalistycznego, ponieważ współczesna nauka wyrzeka się poznania rzeczywistości, takiej jaką ona jest, albowiem poznanie to nie jest neutralne wobec poznania mechanizmu kształtowania stosunków społecznych, a ich niezmienność jest dogmatem. Dogmat współczesnej lewicy utrzymuje, że są one wynikiem więzi między jednostkami, które mogą je kształtować dowolnie, ale w obrębie swych indywidualnych możliwości. Wracamy do teorii elitarystycznych.
 
Dialektyka w rozumieniu II Międzynarodówki prowadziła do schematyzmu w postrzeganiu procesu historycznego. To, że nie ma to nic wspólnego z dialektyką Marksa, zauważył Lenin. Ale dialektyka Marksa także została odrzucona przez „marksistów” jako nienaukowa. Współczesna lewica w osobie A. Korjakowcewa nawiązuje do dialektyki, ale nie Marksa, tylko Feuerbacha, redukując problem do kwestii alienacji.
 
Epopeja historyczna chłopstwa jako bezpośredniego producenta zakończyła się niechlubną kartą Wandei. Czy to jednak oznacza, że chłopi nigdy nie byli wyzyskiwaną klasą bezpośrednich producentów? Ich historyczna szansa na odegranie roli wiodącej w walce emancypacyjnej była torpedowana przez ich status drobnych właścicieli środków produkcji. Ideologicznie byli w stanie zainspirować tylko utopie odwołujące się do złotego wieku. Szanse klasy robotniczej też są skorelowane ściśle z ich epoką historyczną. Nie ma nic dziwnego w tym, że ewolucja procesów społecznych prowadzi do wyostrzenia problemu ich specyficznej kondycji, która skupia w sobie zasadniczy problem i zasadniczą sprzeczność współczesnego świata.
 
Słabością lewicy jest przekonanie o tym, że o wielkich mechanizmach decydują siły niepoznawalne, niezależne od rozwiązań w skali makro, które grożą totalitaryzmem, tak jak to miało miejsce w przypadku stalinizmu. Nie zauważają, że ochroną przed totalitaryzmem jest właśnie ograniczony charakter postulowanej zmiany, ale zmiany o charakterze rewolucyjnym, czyli dotyczącej kondycji społecznej bezpośrednich producentów. Dyktatura proletariatu jest dialektycznym rozwiązaniem mającym na celu zmianę rewolucyjną, ale utrzymaną w sferze, którą lewica i reszta społeczeństwa i tak już odpuściła w pacht kapitałowi. Kapitał jawi się jej jako uosobienie niepoznawalnych sił przyrody. Należy tak urządzić społeczeństwo, aby skutki były możliwie najprzyjemniejsze dla możliwie wielkiego odsetka społeczeństwa, tak ok. 99%.
 
Tak tworzy się Matrix.
 
Dialektyka powinna nas uprzedzić, że każdy proces rozwojowy ma swoje punkty zwrotne. Pozostawanie na łzawym poziomie przekonania, że rozwój potencjału intelektualnego i duchowego człowieka ma służyć umilaniu jego pobytu w więzieniu jest właśnie Matrixem. Człowiek jest aktywnym elementem procesu dialektycznego zachodzącego we Wszechświecie, ale i tu, na Ziemi. Rewolucyjna zmiana społeczna, jaką postuluje ruch robotniczy, jest praktycznym dowodem na możliwość, czy wręcz konieczność, prawdziwości poznania. Jak na razie ludzkość nie zna innego kryterium poznania, jak zdobycie wiedzy o możliwości zniszczenia obiektu poznania. Stąd zrozumiałe obawy o skutki poznania, jakie niesie zmiana rewolucyjna w społeczeństwie. Zmiana jakościowa, jaką jest przejście od społeczeństwa klasowego do bezklasowego, jest elementem procesu dialektycznego, ponieważ kształtujący się rozum (kumulacja doświadczeń, a nie wieczne powtarzanie tego, co miało miejsce w niekończącym się obrocie cyklów) jest także jego elementem. Elementem zmieniającym jakość dialektyki, ale nie jej mechanizmy.
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
21 lutego 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Gdy kryzys się ślimaczy (z cyklu "Jaja jak czerwone berety")

MarxWork.jpg
See video

 
 
Jakoś nie było to dla klasyków – w przeciwieństwie do Dwurieczenskiego i Tiulina – powodem do tego, aby odwrócić się z obrzydzeniem od przemysłowej klasy robotniczej i nazwać ją en bloc „arystokracją robotniczą”, chociaż w porównaniu z proletariatem okresu merkantylizmu robotnik to był już ktoś, a przynajmniej nie taki śmieć jak inni. Nie takie „panisko”, jak rzemieślnicy i ich czeladnicy ulegający gwałtownej pauperyzacji i wykluczeniu w okresie przejścia od jednej epoki do drugiej, ale zawsze… Mogli przecież przeżyć z tygodnia na tydzień, a nie z dnia na dzień. 
 
Dość szybko więc pojawiła się grupa pracownicza, którą ochrzczono mianem „klasy robotniczej” i przypisano do fabryk i materialnej produkcji przemysłowej. Pod czym podpisuje się nie tylko Marks, ale i Lenin, a także świadczy szeroki cytat ze Stalina. Co stało się z proletariatem w tej sytuacji? Obaj nasi „archeologowie myśli”, którzy zawstydziliby samego M. Foucault, w tej kwestii milczą. 
 
Możemy, oczywiście, domyślać się, że to miano należało się słusznie wszelkiej maści wykluczonym i zmarginalizowanym, żyjącym na skraju głodu, niezależnie od miejsca w społeczeństwie. Wszelkie grupy uciśnione ze względu na rasę, płeć i przekonania, które wyrażały swój protest przez cały ten czas. 
 
Niejednokrotnie odsądzając Marksa od czci i wiary w ramach swego liberalizmu i demokratyzmu. 
 
Dwurieczenski i Tiulin podkreślają liczebną skromność grupy zaliczanej do proletariatu. To dodatkowo akcentuje jej skrajność we wszelkich aspektach.
 
Można by pokusić się o wnioski z takiego przedstawienia kwestii: jeśli Marks i Engels orientują się właśnie na proletariat jako na klasę najbardziej rewolucyjną, to podkreślana cecha jej niewielkiej liczebności poniekąd tłumaczy małą skuteczność rewolucyjnej agitacji tak w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Tłumaczy to również dalej rzekomą rewolucyjną konieczność terroru itp. ekscesy władzy bolszewickiej. Oczywistą oczywistością jest więc oparcie się na zdecydowanej większości, co gwarantuje pełnię demokratyzmu ewentualnego (r)ewolucyjnego procesu.
 
Tyle że… lewica nie ma legitymacji większościowej, stąd jałowość jej gry politycznej.
 
Dwurieczenski chlubi się swym obiektywizmem, który każe mu tak krytycznie analizować słabości współczesnej lewicy, z którą jednakże całkowicie się utożsamia.
 
Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę cytat ze Stalina, gdzie pragmatyczny wódz (ceniony ze względu na swój pragmatyzm właśnie przez zwolenników demokratycznej legitymizacji większościowej) wprost mówi o tym, że aspiracje klasy robotniczej zostały w ZSRR zaspokojone i że osiągnęła ona status klasy panującej i właścicielki środków produkcji (wraz z całym społeczeństwem – wszyscy, czyli nikt, jak nam to tłumaczono w okresie transformacji), to zrozumiemy, że ta klasa nie może stanowić siły pragnącej zmiany ustrojowej. Ma bowiem doświadczenie historyczne grupy społecznej wyraźnie znajdującej się w ustabilizowanej pozycji w podziale pracy, a także doświadczenie „realnego socjalizmu”, gdzie była klasą panującą, posiadającą własność środków produkcji. A w dzisiejszej sytuacji kapitalizmu, klasa ta nie znajduje się w rozpaczliwej sytuacji materialnej ze względu na rywalizację ekonomiczną państw i regionów świata. W porównaniu z innymi, pauperyzującymi się grupami społecznymi nie tylko w Rosji, robotnicy przemysłowi znajdują się w „uprzywilejowanej” sytuacji, podobnie jak to widzi Dwurieczenski i Tiulin za klasykami w odniesieniu do sytuacji z początków XIX wieku.
 
Jednym słowem, klasa robotnicza istnieje – dziś i historycznie – wyłącznie jako tzw. arystokracja robotnicza. Proletariat zaś to zawsze prekariat.
 
Tiulin wychodzi od stwierdzenia, że proletariusze nie zawsze istnieli. Trudno zgodzić się z tak ujętą, ogólną myślą, skoro pod pojęciem „proletariusz” rozumie się kogoś, kto nie posiada nic, a w szczególności środków do życia. Tymczasem robotnik oznacza każdego, kto pracuje.
 
Ciekawy punkt widzenia, bo sprzeciwia się powszechnemu na lewicy poglądowi, że proletariat (tj. klasa pracowników najemnych) stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa. Stąd modne poszukiwania na temat „biednych pracujących”, które odzwierciedlają podobieństwo między współczesnością a okresem kształtowania się kapitalizmu z jego proletariatem przedfabrycznym.
 
Do epoki kapitalizmu, ludzie całkowicie pozbawieni środków produkcji stanowili, np. grupę wyzyskiwanych czeladników, którym coraz trudniej było się wybić na samodzielność i stać pełnoprawnymi mistrzami obranego rzemiosła, lub żyjący w skrajnej nędzy z prac dorywczych, ewentualnie ze zorganizowanej przestępczości. Jednym słowem, byli to mniej lub bardziej wykluczeni ze społeczeństwa. W okrzepłym społeczeństwie, jak choćby w Rzymie proletariusze cieszyli się natomiast przywilejem podstawowego dochodu gwarantowanego, który zapewniała im przynależność do narodu i imperium wyzyskującego pół ówczesnego świata, włącznie z własnymi rolnikami i niewolnikami.
 
Proletariat nie stanowił historycznie klasy zdolnej do stawienia skutecznego oporu i do zaproponowania praktycznego programu przebudowy społeczeństwa. Także dokapitalistyczna klasa produkcyjna – rolnicy, a następnie chłopi – nie była w stanie zaproponować nieutopijnej wizji takiego społeczeństwa. Dlaczego? Analizowaliśmy ten problem w innym artykule. W skrócie chodziło o to, że intelektualny postulat zniesienia prywatnej własności środków produkcji – dość wcześnie w historii zdiagnozowana przyczyna klasowego charakteru społeczeństwa – nie mógł zejść się z żywiołowym postulatem chłopstwa, aby upowszechnić własność prywatną ziemi (środka produkcji).
 
Warunki dla przezwyciężenia tej sprzeczności interesów i skuteczności wizji komunizmu zaistniały dopiero wraz z pojawieniem się klasy robotniczej, powołanej do życia przez stosunki kapitalistyczne. Skala produkcji przemysłowej nastawionej na masowego odbiorcę i na rynki globalne, a nie tylko lokalne, powoduje, że nie jest możliwy postulat prywatnej własności środków produkcji. W tym też kierunku działa organizacja pracy, gdzie istnieje zależność jednego ogniwa produkcji od drugiego, co wymusza kolektywny charakter tego procesu zarządzania wytwarzaniem.
 
Robotnicy nie są więc tożsami z proletariatem i w tym względzie Oleg Dwurieczenski uchwycił istotną cechę rozpatrywanego problemu.
 
Poza wykluczonymi, w systemach dokapitalistycznych istniały grupy ludzi świadczących usługi, głównie klasom panującym, ale i szerszym rzeszom społeczeństwa. Trudno byłoby ich nazwać pracownikami najemnymi, chociaż wykonywali oni prace, które stanowiły ich tytuł do udziału w podziale bogactwa społecznego. Wszelkiego typu ludzie zajmujący się kulturą, sztuką, nauką czy medycyną stanowili część domowego wyposażenia władcy czy innego panującego. Nie łączył ich z mecenasem stosunek pracy, ale więź osobista, przypominająca bardziej relacje między panem a niewolnikiem, choć raczej w wydaniu rzymskim niż greckim, co wynikało z faktu, że nie byli to niewolnicy używani do produkcji.
 
Istnienie tych grup, podobnie jak istnienie i wysokość świadczenia emerytalnego, jest zależne od aktualnego stanu gospodarki krajowej. Jest otoczką luksusu danego społeczeństwa, wskazującą na jej faktyczny (socjalizm) lub rzekomy (klasowo zróżnicowany) dobrostan. Te grupy powoli powiększały się i poszukiwały odbiorcy w innych kręgach społecznych (zachęcane do tego zresztą przez samych władców, którzy tworzyli prawa nakazujące ludności korzystanie z owych usług, czego najbardziej pamiętanym przejawem jest prawo propinacji, ale też tworzenie szkół, które wypuszczały ludzi szukających rynku na swoje umiejętności). Te grupy także zasiliły proletariat epoki kształtowania się kapitalizmu.
 
Wbrew prostym ekstrapolacjom procesów, w miarę jak kapitalizm w ośrodkach europejskich krzepł, proletariat przestał automatycznie przekształcać się w robotników fabrycznych i zasilił warstwy, które zawsze stanowiły o dobrostanie danego społeczeństwa, czyli grupy świadczące usługi.
 
Poziom życia owych grup zależy w głównej mierze od prosperity kapitalistów-właścicieli środków produkcji, od ich zdolności do wyduszania wartości dodatkowej w sferze produkcji przemysłowej, czyli tej, która wytwarza środki reprodukcji materialnej społeczeństwa.
 
Dobrobyt tych grup nie jest uzależniony jednoznacznie od stopnia wyzysku robotników, ponieważ nawet duża wartość dodatkowa nie musi być rozprowadzana przez kapitalistów zgodnie z potrzebami sfery usług. Szczególnie z potrzebami tego segmentu sfery usług, który obsługuje nie-kapitalistów. Dochody tej grupy usługodawców zależą nawet w prosty sposób od zamożności ich klientów ze sfery produkcji materialnej i na tym procesie opierał się burzliwy rozwój sfery usług dla szerokiej ludności.
 
W potocznej świadomości jednak sfera usług ma wbite w głowę, że źródłem bogactwa społecznego są podatki, a więc liczna sfera usług finansuje bezproduktywny i deficytowy przemysł. Radykalizm grup drobnomieszczańskich może szybko osiągać wysoki poziom, ale jest on skanalizowany w nurt domagający się od klasy panującej skuteczniejszego wykonywania jej funkcji poganiacza bezpośrednich producentów dla korzyści kapitalistów. Biurokracja państwowa ma trudne zadanie neutralizacji niezadowolonego społeczeństwa, które cierpi z powodu koniunkturalnie uwarunkowanej, mniejszej efektywności ekonomicznej krajowej gospodarki, a jednocześnie musi wspierać rodzimy kapitał w rywalizacji globalnej. Stąd każda partia, jaka by nie była lewicowa, wraz z dojściem do władzy musi obiektywnie przestawiać się na politykę neoliberalną, gdyż każda inna, o jakiejkolwiek skuteczności, oznaczałaby rewolucję proletariacką i zaprowadzenie gospodarki centralnie planowanej.
 
Współczesna lewica, w odróżnieniu od tradycyjnej i w swoim czasie skutecznej, posługuje się ahistorycznym rozumieniem pojęcia „proletariat”, utożsamiając je z pojęciem braku bogactwa, z kondycją paupra.
 
Oczywiście, prekaryzacja wynikająca z ogólniejszych problemów kapitalizmu na jego obecnym etapie, budzi obawę, iż los ludzi pracy najemnej może stać się w najbliższej przyszłości analogiczny do losów grup wykluczonych czy zmarginalizowanych, jakie znamy z historii. Nic też dziwnego, że grupy te odwołują się do programów i wizji społecznych, które są charakterystyczne dla proletariatu historycznego. A więc do postulatów sprawiedliwego rozdziału w ramach istniejącego systemu społeczno-gospodarczego.
 
W tym też względzie, lewica cofnęła się do czasów przedmarksowskich w poziomie rozwoju świadomości. Jest na etapie tworzenia koncepcji utopijnych, opartych na wierze w trwałość chylącego się ku upadkowi ładu cywilizacyjnego.
 
Większość lewicy głosi więc przedmarksowskie postulaty „sprawiedliwości” czy „równości”, czyli opiera się na neokantowskich postulatach etycznych, które fundamentalną niesprawiedliwość i nierówność aktualnych stosunków produkcji przyjmują jako naturalną konieczność, a więc coś istniejącego poza wglądem praktycznego rozumu.
 
O ile w okresie prosperity widok wyzysku zewnętrznego otoczenia nie ranił oczu Europejczyka, to obecnie, przy postępującym procesie reindustrializacji trudno będzie powstrzymać konflikt wewnątrz obozu oponentów kapitału.
 
Współczesny „proletariusz” (tj. tzw. przedstawiciel klasy kreatywnej) nie może nie rozumieć pod postulatem zniesienia prywatnej własności środków produkcji niczego innego, jak postulat zniesienia własności prywatnej w ogóle, ponieważ własność intelektualna jest nieodłączną częścią jego osoby. W tym przypadku oba typy własności tworzą w systemie kapitalistycznym jedność. Rozwiązaniem jest przyjęcie, że ta grupa społeczna nie stanowi klasy produkcyjnej. Znosi to konflikt na tym poziomie. Ale nadal pozostaje konflikt generowany codziennie przez system kapitalistyczny: komercjalizacja usług intelektualnych z możliwością (dla nielicznych) zbicia fortuny niezależnie od koniunktury gospodarczej, co udało się różnym przedsiębiorczym informatykom czy gwiazdom showbiznesu. A ten przykład wyznacza istotę obezwładniającej ideologii współczesnego proletariatu. Potencjalnie więc, jak w starożytnym Rzymie, ta grupa proletariuszy stanowi siłę w swej masie reakcyjną i niezdolną do podjęcia wyzwania zmiany panującego systemu.
 
Jej interes nie jest jednak sprzeczny z interesem klasy robotniczej, jak to wykazywaliśmy wyżej. Może być komplementarny.
 
Zrozumienie sytuacji przez pojedynczych intelektualistów z tej grupy jest warunkiem możliwości odnowienia i podjęcia programu Marksowskiego, czyli zastąpienia reakcyjnej utopii „złotych czasów państwa opiekuńczego” naukowym programem robotniczym.
 
O tym, że lewica wciąż jeszcze ma przestrzeń dla staczania się, świadczy choćby uleganie przez B. Kagarlickiego nacjonalistycznej i „imperskiej” w swej istocie tezie, że gdyby nie „komunizm” w ruchu robotniczym i Rewolucja Październikowa, to kapitalizm „naturalnie” ewoluowałby w kierunku socjalizmu samą siłą swego mechanizmu ekonomicznego. I nie stanowi on w tym wyjątku na lewicy, nie tylko rosyjskiej. Zapomina on o tym, że przejście od społeczeństwa klasowego do bezklasowego jest zmianą jakościową, podczas gdy dotychczasowy rozwój historii pisanej pozostaje, z tego punktu widzenia, prehistorią, czyli mechanizmem zmian o charakterze ilościowym.
 
Nie może dziwić, że zasadniczą rolę w tym skoku jakościowym odgrywa czynnik świadomościowy.
 
Jeżeli więc mówimy o jakoś „uprzywilejowanej” sytuacji klasy robotniczej, to bierze się ona przede wszystkim stąd, że jest to jedyna klasa, której obiektywna rzeczywistość pokrywa się z procesem produkcyjnym stanowiącym sedno antagonizmu klasowego, a jej interes ekonomiczny – z interesem społeczeństwa bezklasowego. To ostatnie – bezwzględnie. Inne grupy społeczne mają tu pole dla kompromisu. Dlatego tylko przemysłowa klasa robotnicza może być siłą przewodnią tego pożądanego sojuszu.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 lutego 2020 r.
 

W. Bratkowski: Wystarczy jeden kieliszek

Lenin i robotnicy.jpg
See video

 
Włodek Bratkowski
8 lutego 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Cyrk światowy

kryzys.jpg
See video

 
Tak pisał prof. Kołodko po kryzysie lat 2008-2009. Krytyczna opinia prof. Grzegorza Kołodki na temat transformacji posocjalistycznej, opartej na – jak to nazywa – „szoku bez terapii”, jest znana ogółowi. Sposób rozumowania prof. Kołodki mieści się w kanonach myślowych szerokiej lewicy i dostarcza pozorów dobrego osadzenia w twardej rzeczywistości oraz poczucia pewności siebie owej lewicy, zazwyczaj znajdującej się w stanie braku argumentów w polemice z prawicą. Profesor Kołodko pasuje więc jak ulał jako autorytet, który do zwyczajowych epitetów obu stron dodaje jakąś próbę naukowego wywodu.
 
Zacytowany fragment artykułu G. Kołodki (www.tiger.edu.pl/…/artyk…/WIELKA_TRANSFORMACJA_Nr_3_2009.pdf) forsuje tezę, że wystarczyłaby dobra wola rządzących, aby polska gospodarka, po uwolnieniu z gorsetu ograniczeń doktrynalnych, ruszyła z kopyta, zawstydzając azjatyckie tygrysy. Już bowiem reformy ostatnich rządów PRL wskazywały jedyny, słuszny kierunek:
„Co by było, gdyby wpierw w Europie Środkowo-Wschodniej, poczynając od Polski, a wkrótce potem w Związku Radzieckim, nie zaistniały polityczne warunki umożliwiające kompleksowe, głębokie zmiany ustrojowe i gdyby ta część świata poszła drogą stopniowych, ale skutecznych rynkowych reform, podobnie jak uczyniły to Chiny i Indochiny, a nie gwałtownej posocjalistycznej transformacji, jak to się stało w praktyce? Można spekulować, że byłoby lepiej i tempo wzrostu w okresie 1990–2009 byłoby istotnie wyższe niż to mizerne średnioroczne 0,9%, tak jak było to chociażby w poprzednim dwudziestoleciu (1970–1989) i na jeszcze większą skalę w dwu jeszcze wcześniejszych dekadach (1950–1969)” (tamże).
 
Co prawda, współczynnik Giniego w przypadku Chin (0,47) odzwierciedla zapewne społeczne koszty takiego manewru, niemniej wskazuje na możliwości tkwiące w reformach byłego systemu.
 
Gdyby ekstrapolować korzystne trendy, a pominąć ograniczenia i przeszkody polityczne, byłe „demoludy” mogłyby zwiększyć swój udział w światowej produkcji, co wyraża się w udziale produktu krajowego brutto w produkcie światowym: „ta czterdziesta część globalnej populacji, 2,5% mieszkańców ziemi, będzie wytwarzać dwudziestą część PŚB” – prognozuje, w ramach snucia prawdopodobnych scenariuszy w nieprawdopodobnych okolicznościach, Kołodko.
 
Profesor nie wspomina o takich drobiazgach związanych z transformacją, jak rozszarpywanie przedsiębiorstw państwowych w celu jak najszybszej ich rozprzedaży bądź rozdawnictwa zakładających prywatyzację wszystkiego, co ma jakąś wartość i likwidację wszystkiego, co byłoby obciążone kosztami społecznymi. Następnym, logicznym krokiem prywatyzacyjnym – czyli działaniem mającym na celu podniesienie efektywności gospodarowania, która – jak wszem i wobec wiadomo – rośnie jeśli firma ma konkretnego, prywatnego właściciela, była likwidacja wszelkiej niezależnej i potencjalnie bądź realnie konkurencyjnej produkcji w stosunku do produkcji zagranicznej. Aksjomatem logiki transformacyjnej było założenie, że prywatyzacja, niezależnie od możliwych błędów wynikających z pośpiechu, oraz jej społecznych kosztów, podniesie racjonalność i efektywność gospodarowania, co szybko zwróci ewentualne straty i zrekompensuje niesprawiedliwości społeczne. W efekcie gospodarce polskiej oraz pozostałym gospodarkom posocjalistycznym Europy uda się zwiększyć swój udział w gospodarce globalnej. Jeżeli udział jednej części państw zwiększy się, to udział jakichś innych, słabszych gospodarek spadnie, co jest logicznym wnioskiem. Jakie to gospodarki straciłyby na potencjalnym wzroście znaczenia gospodarek byłych „demoludów”? Pytanie retoryczne.
 
Zauważa to sam prof. Kołodko:
„Powszechnie używany – i nadużywany bez niezbędnej refleksji także do określenia posocjalistycznej rzeczywistości – termin emerging markets bynajmniej nie został ukuty dla określenia nowej, złożonej rzeczywistości gospodarczej krajów przechodzących ustrojową transformację. Termin ten jawi się jako jeszcze jeden neoliberalny pomysł. Wiąże się to z trwającą w tym samym czasie, co już dwudziestoletni posocjalistyczny epizod transformacyjny, ekspansją neoliberalnego modelu kapitalizmu [Harvey 2005]. Otóż te ‘wyłaniające się’ (albo ‘wschodzące’) rynki to nie rodzące się, ewoluujące i dojrzewające gospodarki rynkowe, społeczeństwa obywatelskie i demokracje polityczne, lecz wyłaniające się nowe obszary aktywności gospodarczej, a zwłaszcza spekulacji dla bogatej części świata. Tej, która już dawno temu ‘wyłoniła się’ jako gospodarka kapitalistyczna, dojrzała instytucjonalnie i majętnie na tyle, że współcześnie jest tak silna i zasobna w kapitały, iż może i chce wykorzystywać je również gdzieś indziej, poza tradycyjnymi obszarami swej dominacji. Patrząc na mapę podzielonego wtedy – przed 1989 r. – świata, sytuacja aż prosiła się o to, aby jego nierynkowa część ‘wyłoniła się’ i otworzyła swe podwoje dla penetracji kapitału. To zaś możliwe było i jest jedynie przez transformację od socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej” (tamże).
 
Kwestia pozostaje otwarta, ponieważ scenariusz ten nie ziścił się. Jak by nie patrzył, rozwinięte gospodarki świata zadbały o to, aby potencjalne zagrożenie na pewno nie dotyczyło ich samych. Wykupywanie przedsiębiorstw po to, aby je zamknąć lub zlikwidować może nasunąć niejakie podejrzenie, że nie było to działanie całkowicie altruistyczne, nacelowane na to, aby zmodernizować polską gospodarkę, jak to utrzymywali najmądrzejsi ekonomiści. Wedle Kołodki tylko potem coś jebnęło, bo nastąpiło przechłodzenie gospodarki wynikające z doktrynalnej głupoty światowej sławy ekonomistów.
 
Ciesząca się wśród lewicowców ambiwalentną opinią transformacja chińska pozostaje dla badaczy pokroju Kołodki punktem odniesienia. W gruncie rzeczy, rozumowanie prawicy i antykomunistycznej lewicy przypomina spór braci-bliźniaków: dla obu wyrzeczenia społeczne były niezbędne dla zbudowania silnej, polskiej gospodarki (na wzór chińskiej – dla jednych jako przykład odrażający, dla drugich – jako wzór, choć obarczony grzechem niedemokratyczności), wszystkie posunięcia dają się usprawiedliwić tym celem (podobno cel uświęca środki wyłącznie, jeśli chodzi o dialektyków), choć efekty budzą niejaki niepokój.
 
Sprawa staje się coraz ciekawsza z upływem czasu. Coraz częściej pojawia się nastrój minorowy w odniesieniu do perspektyw konfliktu wywołanego tarciami gospodarczymi, które coraz otwarciej prowadzą do zagrożenia konfliktem militarnym. Najłatwiej o przesunięcie środka ciężkości ewentualnego konfliktu na relacje z Chinami, ponieważ jest to najprostsze propagandowo. Chiny – no może jeszcze bardziej Korea Północna – pozostają modelowym przykładem systemu realnego totalitaryzmu. W miarę tryumfalnego pochodu demokracji przebojem przez świat, międzynarodowa opinia publiczna zyskuje coraz większe możliwości wywierania nacisku i staje się coraz bardziej skuteczna w wymuszaniu podporządkowywania się jej werdyktom, wydawanym w jej imieniu przez jej najgodniejszych reprezentantów. W związku z czym, nie ma czasu na tłumaczenie owej opinii międzynarodowej zawiłości sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej na świecie. Sytuacja bowiem zmienia się zbyt dynamicznie i każde przypadkowe, nieskoordynowane, spontaniczne posunięcie mogłoby skutkować nieobliczalnymi, natychmiastowymi konsekwencjami dla demokracji. Dlatego też opinii światowej należy podawać jedynie proste (im bardziej prostackie, tym lepiej) wyjaśnienia, które są zgodne z wpojonymi jej stereotypami, przez co powodują odruchową reakcję, niezmąconą koniecznością pogłębionej refleksji w obliczu faktu, zdarzenia, zjawiska, które nie znajduje odbicia w myślowym artefakcie należącym do lamusa zbiorowego rozumu tzw. opinii publicznej.
 
Gdyby jakimś cudem nad Wisłą gospodarce polskiej do spółki z innymi b. demoludami udało się powtórzyć (a raczej uprzedzić) chiński skok, to zderzenie z gospodarkami krajów wysokorozwiniętego Zachodu byłoby nie mniej drastyczne i nie mniej wrogo przyjmowane. Ponieważ jednak kraje te zadbały o to, aby owe gospodarki nie zagroziły dotychczasowym potentatom, to można propagandowo używać chińskiego straszaka (do spółki z rosyjskim i północnokoreańskim) do przygotowywania opinii publicznej do myśli o konieczności konfliktu militarnego z „totalitarnymi” reżymami. Zamiast mówić o kwestiach gospodarczych jako przyczynie konfliktu, co byłoby trudne dla opinii publicznej i mogłoby zrodzić w niej wątpliwości co do narodowego charakteru konfliktu ekonomicznego, a nasunąć przebłysk o klasowym charakterze przyczyny sprzeczności i konfliktu, propaganda odwołuje się do łatwoprzyswajalnych stereotypów o braku demokracji, który jest atrybutem „komunizmu”, nawet jeśli ten z komunizmu zachował wyłącznie nazwę partii biurokracji rządzącej, która od 30 lat ochrania transformację kapitalistyczną w swoim kraju. Prowadząc ją jedyną dostępną metodą – brutalnym wyzyskiem klasy robotniczej i podnoszeniem wskaźnika Giniego. Grzechem jej jest skuteczność konkurowania na globalnym rynku.
 
Sytuacja Centrum (najwyżej rozwiniętych gospodarek świata) jest złożona. Chaos, w jakim pogrąża się świat, szczególnie tzw. Trzeci Świat, w wyniku rywalizacji gospodarek Centrum o rynki surowców, taniej siły roboczej i zbytu, wbrew buńczucznym pohukiwaniom różnych apologetów systemu, staje się czynnikiem zagrażającym nawet owemu Centrum. Peryferie, pogrążone w konfliktach zbrojnych, stają się zbyt trudne do pacyfikacji i, co ważniejsze, coraz mniej się boją. Świat rozpada się na regiony, które są zajęte własnymi kłopotami i mają własne ośrodki, gdzie skupia się ich żywotny interes. Delokalizacja przemysłu do Peryferii spowodowała, że Coca Cola i dżinsy przestały być czynnikiem idolatrii i wymuszającym szukanie punktu odniesienia w Centrum. „Wyższość” tzw. cywilizacji zachodniej skończyła się cichaczem, acz skutecznie. Wraz z dżinsami nie jest już przemycana ideologia i kultura Zachodu. Gadżety są produkowane na miejscu, są przydatne, ale coraz mniej dla ich przyswojenia jest potrzebna zachodnia kultura.
 
Tzw. upadek komunizmu spowodował także upadek znajomego ładu światowego, który współkształtowały kraje socjalistyczne, paradoksalnie podtrzymując wizję ewolucyjnego rozwoju modelu nowoczesności i jego stopniowego, acz nieuchronnego rozprzestrzeniania się na całym globie. Stalinowski „naukowy socjalizm” podtrzymywał wiarę w determinizm historyczny, który najbardziej urządzał świat zachodni, utwierdzając ludzkość w przekonaniu o jego przewodniej roli w tym procesie. Niedościgniony model kapitalizmu, który zmieniał się niczym kameleon w coraz bardziej rozwinięte państwo dobrobytu, stanowił cel wysiłków Drugiego i Trzeciego Świata. Świat Pierwszy mógł tylko odcinać kupony od swojej pozycji.
 
I to się nagle skończyło.
Oczywiście, Pierwszy Świat nie może się z tym pogodzić. Nie przyjmuje faktu do wiadomości. W kulturę Zachodu nie wierzą nawet ludzie Zachodu. Sytuacja przypomina schyłek Imperium Romanum.
 
Stary świat nie jest w stanie poddać się wyrokom historii.
 
Nie chodzi o to, czy będzie wojna, czy nie, ale o to, kogo da się oskarżyć o jej wywołanie. A kandydatów jest wielu… Opinia publiczna, niczym plebs w rzymskim cyrku już przygotowuje palce w znanym geście. Kogo nie pozwoli oszczędzić?
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 7 lutego 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Śmiertelne zderzenie z rzeczywistością

szzrz.jpg

Andriej K

See video

 
Stąd stawianie na biurokrację. Problem w tym, że elity rosyjskie, podobnie jak przytłaczająca część rosyjskiej klasy kreatywnej, tkwią w głębokim przekonaniu, że rozwiązanie leży w dostosowaniu się do gospodarki globalnej, rezygnacja z partykularnych interesów Rosji, a zdanie się na łaskę zagranicznego kapitału. To się udało w przypadku transformacji w Polsce, chociaż swoje ograniczenia to rozwiązanie właśnie ukazuje. 
 
Być może jest tak, jak było w Rosji przed I wojną światową – system wyczerpał swoje możliwości i dlatego był łatwą ofiarą dla zagranicznych interesów, a interesy rodzime sprowadzały się do interesu przetrwania klasy panującej w dowolnej konfiguracji. 
 
W ramach kapitalizmu nie ma rozwiązania, które byłoby satysfakcjonujące dla społeczeństwa. Niemniej, świadomość innych grup społecznych może się zradykalizować do tego stopnia, aby grupa stała się sojusznikiem klasy robotniczej, która może przejąć produkcję materialną i nikt jej w tym dziele nie zastąpi, ale ta świadomość nie osiągnie wyższego poziomu poza jednostkami i pozostanie chwiejna w swej masie. 
Dlatego nastroje są lewicowe, ale brak im materialnej podstawy. 
 
Dlatego tak ważna jest dyskusja teoretyczna, ponieważ jest ona potrzebna na lewicy po to, aby właśnie tam została wypracowana świadomość teoretyczna, tak jak to miało miejsce z Marksem, a później z Leninem. Fałszywa świadomość lewicy już zaowocowała stworzeniem sobie groźnego wroga w postaci prawicowego populizmu, który przejął rzekomo nieistniejącą bazę lewicy – klasę robotniczą. 
 
Opieranie się na biurokracji w opozycji do lewicy, która opiera się sama na sobie, oznacza obiektywnie wybór nacjonalistyczny, niezależnie od intencji autorów strategii. W tym wyobrażeniu hołubi się iluzję, że grupa ekspertów dobrej, lewicowej woli zastąpi klasę-w-sobie.
 
Zderzenie z rzeczywistością może być śmiertelne.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski2 luty 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Biurokracja jako nadzieja lewicy

sciana.jpg
See video

 
Świat burżuazji, kapitalistów, zakłada w sobie istnienie świata producentów materialnego bogactwa (wartości dodatkowej w sferze produkcji materialnej). Świat biurokracji opiera się na redystrybucji części owej wartości dodatkowej, pozostałej ponad konieczne inwestycje. Robi to dzięki podatkom ściąganym od społeczeństwa poprzez kanały sprzedaży i opodatkowania przedsiębiorstw, jak i bezpośrednio obywateli. Dzięki temu, aparat biurokratyczny państwa może przydzielać dochody różnym grupom społecznym poza mechanizmami rynku siły roboczej, jak to się dzieje w sferze produkcji materialnej. 
 
Trudno się dziwić, że akademicy, jak Korjakowcew czy Żizek ostatnią nadzieję na prywatny welfare state pokładają w biurokracji. Mimo jej rozlicznych wad. W przeciwieństwie do burżuazji, która ma sztywny interes klasowy, biurokracja cechuje się niezwykłą elastycznością. Może mówić nawet językiem marksizmu, jeśli tylko będzie to sprzyjało zdobyciu społecznej przychylności. 
 
Akademicy mają tendencję do przyjmowania jako pewnika, że jeśli ktoś mówi jakimś językiem, to ten język tworzy rzeczywistość. Przykro odzierać z iluzji, ale elastyczność biurokracji pozostaje jej przebiegłością, a nie zobowiązaniem. Lewica, która choćby warunkowo wspiera biurokrację w jej pozornej chęci zbudowania samodzielności gospodarczej Rosji, tym samym wchodzi w buty socjaldemokracji, która w sierpniu 1914 r. zagłosowała za kredytami wojennymi. 
 
Po upływie niemal dwustu lat od powstania marksizmu, istotą tej teorii okazuje się coraz wyraźniej kwestia dążenia lub odrzucenia zadania przerwania pochodu systemów klasowych, niezależnie od stopnia ich tymczasowej przychylności lub nie kwestii socjalnej. Sprawa ta sprowadza się coraz wyraźniej do bardzo wąskiego segmentu pracy produkcyjnej o charakterze materialnym, gdzie skupia się sedno problemu klasowości w żywotnym miejscu społecznego sposobu wytwarzania bogactwa. 
 
Cały ciężar zadania skupia się w maleńkim punkcie o takiej masie, że jej drobny ruch zmienia całą rzeczywistość wokół, wraz z mechanizmami jej funkcjonowania. Ale jednocześnie opór wobec tej masy jest odpowiednio wielki.
 
Słusznie bowiem Korjakowcew odpowiada na pytanie prowadzącego wywiad o warunki sukcesu Rosji w neomerkantylnej rywalizacji. Tym warunkiem jest rozwój przemysłu.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 1 lutego 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Nudy na pudy, czyli jak zrodziła się IDEA SOLIDARNOŚCI...

nowalewica.png

See video

 
Można by powiedzieć, że brak elementu rywalizacji zabije potrzebę kultywowania talentu. Dla każdego przejawu naszej osobowości potrzebna jest relacja społeczna, prościej mówiąc – odbiorca. Oczywiście, aby zaistniała taka relacja, nie jest konieczna komercjalizacja talentu. Społeczeństwa pierwotne, ale nie tylko, znały i ceniły sztukę, niekoniecznie tę, która była wykonywana zawodowo. Możliwość odtwarzania dzieł sztuki w prywatnych domach i izolowanie się jednostek we współczesnym tłumie skutecznie neutralizuje ów czynnik, który stanowi najistotniejszą motywację dla idei komunizmu. Niezależnie od miliardów istot ludzkich żyjących na planecie Ziemia, motywację dla uprawiania sztuki czy nauki mają w zasadzie tylko te jednostki, które czerpią z tego kultywowania talentu prawdziwą przyjemność. Nie mniejszą niż uprawianie seksu.
 
W sytuacji, w której większość ludzi pozostaje biernymi odbiorcami kultury, idea komunizmu przestaje mieć sens.
 
W istocie, we współczesnym świecie, jeśli spojrzeć na „nowoczesną” lewicę, zasadniczą sprawą stało się wymyślanie na siłę celów walki, które mogłyby przywrócić ludziom motywację do walki, do zaangażowania się, do ryzyka. Postulat dochodu gwarantowanego jest przyzwoleniem na sprowadzenie na nas wszystkich nudy w ograniczonym wymiarze. Za dużo, aby umrzeć, za mało, aby żyć.
 
Każda grupa społeczna ma swoje partykularne cele działania, niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa jako całości. Dochód gwarantowany na poziomie minimalnym daje możliwość przetrwania, ale nie pozwala się nudzić, ponieważ potencjalnie wyższe dochody są związane z zasługami ponadnormatywnymi.
 
Problem w tym, że system, który jest tak zorganizowany prowadzi do wysokiej skuteczności funkcjonowania całości, a w wyniku – do rutynizacji i do automatyzacji mechanizmów społecznych, w związku z czym następuje utrata spontaniczności i nuda powraca.
 
Element wciąż odradzającej się spontaniczności, żywiołowości i nieprzewidywalności trwa w kilku pierwotnych mechanizmach funkcjonowania człowieka – np. w reprodukcji gatunku. Ochrona środowiska, które zabezpiecza rozwój nowego życia, wymaga traktowania otaczającego świata jako czegoś zewnętrznego i potencjalnie zagrażającego, co skutecznie powoduje, że wszelkie mechanizmy zabezpieczające są przyjmowane jako szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie jako stabilizacja. Czynnik zakłócający wszelką stabilizację pochodzi od wewnątrz, podobnie jak erupcja talentu.
 
Automatyzacja produkcji życia, jak i produkcji sztuki, znosi ten element destabilizacji w swym sprzecznym dążeniu do zapewnienia stabilizacji, i rodzi nudę.
 
Zarówno uprawianie sztuki, jak i reprodukcja są elementami destabilizującymi, które wymagają dla swego urzeczywistnienia dążenia i walki o stabilizację zewnętrzną.
 
Stabilizacja rozumiana w sensie komunistycznym nie jest stabilizacją luksusową, konsumpcyjną, odbierającą ludziom aktywność. Konieczność uczestnictwa w tworzeniu tej stabilizacji rodzi pytanie o racjonalność nakładów pracy i oczekiwanych efektów. Cudza praca nigdy nie jest wystarczającym argumentem dla zakończenia dążenia do pomnażania jej wydatkowania w celu osiągania malejących przyrostów wartości, ale jeśli to my mamy pracować w tym syzyfowym celu – to już inna kwestia.
 
W komunizmie nie chodzi o automatyzację podejmowania decyzji wartościujących w oparciu o rutynę mechanizmów proefektywnościowych, ale o ich podejmowanie przez wszystkich świadomych ludzi - członków społeczności. Inaczej społeczność ludzka nie będzie się niczym różniła od społeczności termitów. Czy od organizacji ludzkiego ciała, gdzie każda komórka zna swoje miejsce, a jedynym krzykiem o zakończenie nudy jest gwałtowny rozrost własnych, wybujałych ambicji, które nazywamy nowotworem.
 
Warto więc zauważyć, że my, jako paleomarksiści, traktujemy problematykę podejmowaną przez nowoczesną lewicę nie jako coś wrogiego, ale jako objaw patologii współczesnego świata. Zrozumienie tej patologii pozwala na zrozumienie istoty problemów współczesności. Jednak objaw patologii nie może być traktowany jako lek.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski26 stycznia 2020 r.

Społeczność

Ochotnik