Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 75 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

E. Balcerek i W. Bratkowski: Syzyfowa praca najemna

proletariat-d0012080511.png
See video

 
Dla Dwurieczeńskiego w grę wchodzi jeszcze kwestia skrajnego ubóstwa (przeżycie z dnia na dzień). W ten sposób Dwurieczeński dochodzi do zadziwiającego (i jałowego) wniosku, że proletariat jest kategorią węższą od kategorii robotnika. 
 
Komentator SM słusznie podkreśla, że w odróżnieniu od Dwurieczeńskiego, który odwołuje się do socjologicznego, burżuazyjnego punktu widzenia, nakazującego różnicowanie klasowe ze względu na poziom dochodu, Marks kierował się stosunkiem do własności środków produkcji. Idzie jednak dalej w swym zapale twierdząc, że proletariat wymaga koniecznie dla siebie kontrpartnera w postaci klasy kapitalistów. Niekoniecznie, a mówi nam o tym przykład starożytnego Rzymu. Natomiast tego kontrpartnera wymaga klasa robotnicza. Ten błąd wskazuje na fakt, że pomieszanie pojęć nie zostało jeszcze całkowicie przezwyciężone u krytyków Dwurieczeńskiego. I ma to swoje powody. Ostatecznie bowiem SM i Dwurieczeński zgadzają się co do istoty sprawy: proletariat i klasa robotnicza to jedno i to samo (chociaż komentator SM zarzuca to Dwurieczeńskiemu, to jednak kilka minut później powtarza to samo za Olegiem jak za panią matką). 
 
SM słusznie utrzymuje, że w analizie towaru przeprowadzonej przez Marksa nie ma ani grama wartości użytkowej. Słusznie, poza tym drobnym faktem, że Marks podkreśla, iż wartość użytkowa towaru jest fundamentem, bez którego w ogóle nie sposób prowadzić sensownej analizy pojęcia wartości towaru. Użyteczność i inne fundamentalne reguły życia społecznego są bazą, na której nabudowane są konkretne systemy społeczno-ekonomiczne. Rozumowanie współczesnej lewicy opiera się na przekonaniu, że przed kapitalizmem nie było nic, a już na pewno nic, co wcześniejsze, nie oddziałuje na ten system w sposób konstytutywny. 
 
A przecież sam komentator SM przyznaje, że chodzi o pracę abstrakcyjną i, jednocześnie, użyteczną społecznie. Ta użyteczność jest wręcz założona, jest punktem wyjścia analizy, punktem, który można łatwo przeoczyć, ponieważ jest oczywisty. To dopiero kapitalizm spowodował, że w analizie ekonomicznej, w ślad za rzeczywistością gospodarki maksymalizacji zysku, zaczęła liczyć się praca abstrakcyjna. W tym systemie abstrahuje się od konkretności, od rodzaju pracy. Stąd bierze się fakt, że kapitalizm może zamieniać w maszynkę do przynoszenia zysku dowolną działalność społeczną. Chodzi tylko o wydatkowanie siły roboczej. 
 
SM wie, że obie klasy antagonistyczne wywodzą się z drobnej własności, które dopiero w systemie przemysłowym nabierają wyrazistości „czystych postaci” kapitalisty i pracownika najemnego, którego ucieleśnia robotnik przemysłowy. 
 
W historycznym ujęciu więc, proletariat to faza przejściowa (choć o trwałym charakterze, uwarunkowanym ciągnącym się procesem wchłaniania w szeregi proletariatu stale pauperyzujących się grup społeczeństwa) między upadającym drobnym właścicielem a proletariatem fabryczno-przemysłowym. Ten proces pauperyzacji i proletaryzacji stanowi swoiste, własne paliwo napędowe systemu kapitalistycznego, takie swoiste „otoczenie niekapitalistyczne” czy, dokładniej, „otoczenie przedkapitalistyczne”. Ulega ono odtworzeniu w sytuacjach poprawy położenia tych grup w związku z koniunkturą i ekspansją gospodarczą, a następnie grupy te stanowią nawóz dla dalszego rozwoju kapitalizmu. Proces ten ma swoją dynamikę, jednak ulega wyczerpaniu z czasem i dlatego musi sięgać po „otoczenie zewnętrzne”. 
 
W rozumowaniu komentatora SM pojawia się jednak błąd polegający na utożsamianiu kapitalisty z rentierem. Wynika on ze statycznej interpretacji określenia, że kapitalista żyje z kapitału. W ten sposób, wszyscy, którzy żyją z pracy najemnej znajdują się w jednej i tej samej klasie, która jest uważana en bloc za antagonistę kapitału. Komentator SM (jak i większość nowej lewicy) czyni jednak rozróżnienie na sprzedających swą siłę roboczą a sprzedających swoje produkty. Ci pierwsi są proletariuszami, zaś ci drudzy – drobnymi właścicielami (swojej siły roboczej). Nie jest to jednak rozróżnienie, które eliminowałoby z grona proletariuszy topmenedżerów, którzy sprzedają swoją siłę roboczą (swój czas pracy) za stawkę, którą sami ustalają w taki sposób, jak gdyby byli właścicielami środków produkcji. Często zresztą nimi są jako właściciele pakietów kontrolnych. Wszyscy, którzy są właścicielami akcji przedsiębiorstw czy papierów finansowych stają się w jakimś stopniu przedstawicielami kapitału. 
 
W ten sposób kapitał prowadzi swą hodowlę proletariuszy, którzy następnie stanowią to, co wyżej nazwaliśmy nawozem lub „otoczeniem przedkapitalistycznym”. Paradoksalnie, ponieważ są oni wytworem kapitału, ale jednocześnie jakby zasilaniem zewnętrznym dla kolejnej fazy rozwoju kapitalizmu. Tylko ucieczką do przodu kapitał ratuje swoje istnienie, powodując jednak przyspieszenie tempa wypalania się zasobów podtrzymujących ten sposób produkcji. 
 
Jeżeli Dwurieczeński utożsamia – wg SM – robotników z proletariatem (w rzeczywistości uważa proletariat za węższe określenie, a to ze względu na wtórne cechy i wbrew intuicyjnemu odczuciu), to SM włącza klasę robotniczą w szerokie pojęcie proletariatu (ludzi żyjących z pracy najemnej) i otrzymuje, że rozróżnienie jest pozbawione sensu. 
 
Tymczasem sama teza o tym, że naprzeciw kapitału stoi klasa antagonistyczna – proletariat – kłóci się z realistyczną obserwacją, że proletariat jest stale wrzącym kotłem, do którego wpadają i z którego wyłaniają się bardziej skrystalizowane typy społeczne o zróżnicowanych – w związku z tym – interesach klasowo-warstwowych. 
 
SM słusznie opiera definicję klasy na stosunku do własności środków produkcji. Można jednak mieć wątpliwość, czy zależność ta jest dobrze rozumiana. Stosunek do własności środków produkcji zakłada użytkowanie owych środków produkcji, a nie tylko samą własność jako tytuł do czerpania korzyści. Skoro czysty typ kapitalisty przekształcił się w rentiera, czyli osobnika nie mającego związku z produkcją, to i analogicznie, lewica nie widzi szczególnego miejsca klasy robotniczej jako klasy skupionej w produkcji przemysłowej (czyli w miejscu, gdzie produkowane są podstawowe dobra służące reprodukcji społeczeństwa). Lewica jest zainteresowana wyłącznie kwestią podziału, więc ulega złudzeniu, jaką roztacza propaganda burżuazyjna, która „czystego” kapitalistę lokuje w postaci rentiera. Fakt, że walka o przyszłość społeczeństwa globalnego rozgrywa się na poziomie walki o produkcję niezbędnych do przeżycia dóbr materialnych przestał być dla lewicy jasny i oczywisty. Zaślepiona, rzuca się do walki tam, gdzie jej wskazuje kapitał, czyli do walki o środki z podziału, co służy odnawianiu szeregów proletariatu, czyli odnawianiu paliwa dla gasnącej dynamiki odtwarzania się stosunków kapitalistycznych. 
 
Owszem, system ten wypala się, jednak dla zmiany i zapobieżenia katastrofie, którą taki żywiołowy proces przygotowuje, niezbędne jest zdanie sobie sprawy z tego, gdzie toczy się zasadnicza walka klasowa, a nie walka w ciągłych ramach procesu proletaryzacji. Lewica daje się wpędzić w Syzyfową pracę dla kapitału zamiast zakwestionować sam system. 
 
Komentator SM dobrze widzi, że proletariat był i pozostaje pojęciem rozproszonym. Lewica usiłuje w tym rozproszonym charakterze doszukiwać się plusów dla swej walki. W takim rozumowaniu, pracownicy sektora IT jawią się jako współcześni następcy klasy robotniczej, ponieważ dzięki pracy w sieci, mogą się oni łączyć i organizować dla walki. Problem techniczny jest ważny, ale jeszcze ważniejsza jest kwestia świadomości i interesu klasowego. Skoro proletariat pozostaje najliczniejszą warstwą społeczną, której aktywność życiowa polega na ściganiu mirażu doskoczenia do klasy wyższej, to proletariat znajduje się w położeniu chłopstwa, które odczuwało solidarność z klasami posiadającymi ze względu na swój status drobnego posiadacza, który każdy z osobna marzył o zamienieniu w status wielkiego posiadacza. W ten sposób każdy z proletariuszy współczesnych marzy o tym, że w którymś momencie swej kariery zawodowej uzyska wyjątkowe wynagrodzenie za swoją pracę, które pomoże mu stać się średnim właścicielem, co pozwoli mu na życie z renty od nagromadzonego kapitału. 
 
Dlatego marzenia o sprawiedliwym społeczeństwie wysnuwane przez ideologów chłopskiej, drobnej własności należą w literaturze socjalistycznej do kategorii utopii, która w momentach rewolucyjnych staje się ideologią reakcyjną, antyrewolucyjną, jak to pokazał przykład Wandei. 
 
Nie ma dotąd przeprowadzonego dowodu na to, że zmienił się mechanizm reprodukcji kapitału tylko dlatego, że coraz więcej ludzi usiłuje żyć z wytwarzanej w tradycyjnym sektorze produkcji materialnej wartości dodatkowej. Ogromny wzrost sił wytwórczych jest tego spełnionym warunkiem. Przyszłe społeczeństwo komunistyczne wyrasta na podłożu rozwiązania problemu dostatecznych środków dla materialnego zabezpieczenia bytu wszystkim członkom społeczeństwa na przyzwoitym poziomie. Rzecz idzie więc o materialne podstawy bytu społecznego. To, co u Marksa było założeniem jego teorii – wartość użytkowa – staje się obecnie warunkiem koniecznym dla projektowania przyszłego społeczeństwa bezklasowego. Albowiem w społeczeństwie bezklasowym wartość użytkowa będzie odgrywała zasadniczą rolę. 
 
Współczesna lewica nie potrafi mentalnie wyjść poza ramy kapitalizmu i to jest zrozumiałe, ponieważ takie są mentalne ograniczenia magmy, jaką stanowi proletariat, ten wrzący kocioł, z którego dopiero wyłaniają się jakieś konkretne twory społeczne zanim znowu zostaną wchłonięte przez ten wrzący kocioł dla przetopu i tak bez końca. Ta lewica to właśnie proletariat. Traktując samą siebie jako podmiot historii, nie jest w stanie wznieść się poza swoje ograniczenia. Dlatego przegrywa w rozgrywce z kapitałem. 
 
Poststaliniści trzymają się ortodoksji II Międzynarodówki z tą różnicą, że nie przyjęli przezwyciężenia owej ortodoksji w następstwie rewizji Bernsteina. Po upływie stu lat nadrabiają to opóźnienie, które nie wynika z poziomu teoretycznego myśli Stalina, ale z zamrożenia pewnych frazesów. Posttrockiści i reszta nowej lewicy z łatwością palcem przewrócą zmurszały pień teorii poststalinowskiej, ponieważ ich własne położenie klasowe (przynależność do „proletariatu”) popycha w tymże kierunku. 
 
Dlatego też nie zgodzimy się na rozumienie dyktatury proletariatu jako narzędzia walki o „sprawiedliwy” podział na bazie stosunków ewoluującego kapitalizmu, jak tego chce współczesna nowa lewica, w ślad za swoją poprzedniczką z XX wieku. 
 
Z naszego punktu widzenia, istotnych sprzeczności między Dwurieczeńskim a rosyjską nową lewicą nie ma. Analiza Dwurieczeńskiego jest bardziej uproszczona, ale prowadzi do tego samego wniosku, który odrzuca wyróżnioną rolę przemysłowej klasy robotniczej. Zasługą Dwurieczeńskiego jest wydobycie i zwrócenie uwagi na ambiwalencję podejścia do kwestii klas antagonistycznych w teorii Marksa. 
 
Nowa lewica rozwiązuje problem zamiatając go pod dywan – wszystkie rodzaje pracy najemnej są równorzędne i znajdują się w dokładnie takim samym położeniu względem kapitału. Chociaż… okazuje się, że w łonie samego proletariatu (ludzi pracy najemnej) istnieją zasadnicze, wręcz klasowe, różnice (technik komputerowy a topmenedżer). Dwurieczeński, mimo prymitywizmu swego rozumowania, z uporem maniaka wskazuje na niejednoznaczność pozycji Marksa w Kapitale, który komplikuje sprawę (niepotrzebnie, ku rozpaczy Dwurieczeńskiego) w porównaniu ze stanowiskiem w Manifeście komunistycznym czy w Zasadach komunizmu Engelsa. Jeżeli jednak przyjąć, że rozumowanie Marksa uwzględnia dynamikę procesów, zaś rozróżnienie wartości, wartości wymiennej i wartości użytkowej w teorii ekonomicznej ma głębszy sens, to sprawa staje się jasna. 
 
Wartość użytkowa istnieje niezależnie od systemu społeczno-ekonomicznego. Wartość wymienna istnieje w prostej gospodarce towarowej. Kategoria wartości (abstrakcyjnej) wskazuje na rozdzielenie towaru od jego producenta, co pociąga za sobą przypisanie wartości wymiennej sile roboczej. To jest „osiągnięcie” systemu kapitalistycznego, które ma zostać przezwyciężone w systemie bezklasowym. 
 
W tej mierze, w jakiej wartość została przypisana sile roboczej (traktowanie jej jako towaru), wymiana towarowa przestała dotyczyć nadwyżek produkcyjnych. Wymiana ograniczająca się do uprzedmiotowionej pracy (pracy martwej) nie pociąga za sobą wartości dodatkowej; sprowadza się do wymiany równowartości. Dzieje się tak dlatego, że nie sposób w gospodarce prostej wymienić więcej niż się znajduje na rynku, a wartość globalna towarów się równoważy. Ewentualny produkt okresu minionego zwiększa ilość towaru w danym okresie, zmniejszając jego wartość (liczoną w jednostkach czasu), a więc powoduje nieopłacalność tego typu manewru (akumulacji dóbr, które mogłyby stać się kapitałem). Dopiero utowarowienie siły roboczej powoduje możliwość manewru – rozliczenie, które w przypadku tożsamości właściciela środków produkcji i właściciela siły roboczej pozostaje poza rynkiem, staje się polem manewru: oszczędzanie na sile roboczej w celu zwiększenia produkcji przestaje „boleć” właściciela środków produkcji. Zaś masowość produkcji powoduje zatarcie granic między okresami wymiany, co z kolei powoduje, że ceny towarów z okresu na okres nie muszą spadać wraz z wartością jednostki towaru. 
 
Wartość ulega gwałtownemu oddzieleniu od ceny produkcji. W tej mierze jednak, w jakiej działa prawo popytu i podaży, pozostaje ono regulatorem rynku, stąd kryzysy przywracające względną równowagę. 
 
Wytworem kapitalizmu jest proletariat fabryczny, który wykrystalizował się w klasę robotniczą. Konkretny, historyczny twór, jakim jest kapitalizm, znajduje swego konkretnego, historycznego antagonistę w klasie robotniczej – wytwórcy bogactwa materialnego. Wartość nie jest synonimem bogactwa. To ostatnie ma w sobie komponentę materialną, które czyni z tego pojęcia pojęcie bogactwa materialnego. 
 
Sfera nieprodukcyjna działa w systemie wartości, ale – analogicznie do rynków finansowych – jest uniezależniona od systemu gospodarki realnej. Wartość, która tam powstaje służy podziałowi wartości rzeczywistych, wartości dodatkowej tworzącej bogactwo (efekt mariażu pracy i przyrody). System kapitalistyczny jest wielopiętrowy, zaś analiza Marksa wprowadza weń porządek pozwalający na analizę. Rozumowanie przyjmowane przez nową lewicę porusza się wyłącznie na powierzchni zjawisk. 
 
Wynagrodzenie za siłę roboczą jest analogiczne do wynagrodzenia za pracę dla ludzi zajmujących się twórczością niematerialną jeszcze przed pojawieniem się epoki kapitalizmu. W sposób oczywisty, pracownicy sfery niematerialnej żyli z podziału wtórnego nadwyżki (wartości dodatkowej) nad potrzebami producentów (=właściciele środków produkcji). W kapitalizmie nic się nie zmieniło, poza tym, że analogia zaczęła funkcjonować w drugą stronę. „Uwolnienie” twórców sfery niematerialnej od mecenasów stało się metodą legitymizacji żądań sprawiedliwego podziału wartości dodatkowej tworzonej w sferze materialnej. Właściciele środków produkcji przestali czuć się odpowiedzialni za „swoich” artystów, filozofów i lekarzy. Cała jednak ta sfera nadal pozostaje nadbudowana nad sferą produkcji materialnej, o której Marks mówił, że jej rozwój jest warunkiem dobrobytu w społeczeństwie komunistycznym, gdzie wystarczy nadwyżki dla przeżycia sfery niematerialnej zdolnej zaspokoić potrzeby całego społeczeństwa, a nie tylko garstki prywatnych właścicieli społecznego bogactwa. 
 
Dlatego w Kapitale, mimo „polifonii” terminów i określeń tak drażniących Dwurieczeńskiego, Marks ani razu nie przeanalizował ogólnej relacji kapitał-siła robocza na przykładzie np., nauczyciela czy modystki, nie mówiąc już o baletnicy. Nie wygląda to na przypadek. 
 
Istnieje szansa, że upór Dwurieczeńskiego spowoduje, iż znajdzie się wśród nowej rosyjskiej lewicy ktoś, kto temat potraktuje poważnie, jak ten na to zasługuje. Sam fakt podjęcia analizy stwarza taką możliwość i porządkuje pole badawcze. 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 19 grudnia 2019 r.
 
[1]
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: W 102 rocznicę Rewolucji Październikowej: odpowiedź Olegowi Dwuieczeńskiemu

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Dialektyka, alienacja i kryzys lewicy
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kwestia życia i śmierci dla poststalinizmu

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Miejsce przyłożenia

Róża Luksemburg
See video

 
Refleksja nad teorią ekonomiczną Marksa prowadzi do wniosku, że mamy tam do czynienia z jednoczesnym przedstawieniem dwóch poziomów analizy. Wszelkie kategorie, których Marks używa do analizy kapitalistycznego sposobu produkcji, mają jakiś rodowód, nie istnieją wyłącznie w kręgu synchronicznie (równolegle) ujętego procesu społecznego. Kapitał (zwłaszcza tom I) przedstawia ujęcie diachroniczne, czyli uogólniony system reprodukcji prostej, na tle którego dopiero można zrozumieć sens funkcjonowania współczesnego kapitalizmu oraz tylko z tej perspektywy historycznej, ale uogólnionej, ujętej w abstrakcję, można przewidywać przyszłe trajektorie tego systemu włączając w to przewidywanie aktywne oddziaływanie ludzkiej racjonalności i opartego na niej planowania przyszłości.
 

Interpretacja teorii ekonomicznej Marksa przez następne pokolenia poszła torem entuzjazmu dla części „synchronicznej” – pozytywistycznego wykładu rzeczywistych mechanizmów rynkowych. Jako całkowicie nieprzystającą do rzeczywistości odrzucono kategorię wartości – pod pretekstem, że dubluje ona całkiem wygodne pojęcia ekonomii burżuazyjnej, jak cena czy zysk. Tymczasem kategoria wartości jest niezbędna dla płynnego przejścia między analizą synchroniczną a diachroniczną. Kapitalizm jest tylko węzłem na sznurze procesu historycznego. Niestety (dla niektórych antydialektycznych deterministów), sznur ten za węzłem jest jeszcze rozpleciony i składa się z mniejszych sznureczków, które można zapleść na różne sposoby. Niemniej, nie można od sznureczków przejść do lodów waniliowych.
 
 
Sprzeczność systemu kapitalistycznego ma szczególny i specyficzny charakter, a dzięki dynamice tego systemu, sprzeczności owe mają gwałtowny przebieg, w przeciwieństwie do powolnych procesów dostosowawczych znanych z systemów cechujących się ociężałością. Co nie znaczy, że w innych systemach nie istnieją sprzeczności. Sprzeczności są zasadą ruchu, bez którego nie ma zmian, a ruch jest podstawową, konstytutywną cechą materialnej rzeczywistości. Charakter elementów składowych konkretnej sprzeczności wyznacza (determinuje) przyszły rozwój wypadków, ale determinuje tylko w ogólnych zarysach.
 
 
Wedle Marksa, dynamika systemu kapitalistycznego jest czynnikiem sprzyjającym dla dzieła racjonalnego wpłynięcia na proces wyznaczający mechanizm gospodarczy. Proces nie przebiega jako niezauważalny dla kolejnych pokoleń, statyczny, wręcz cykliczny do końca świata bieg rzeczy, na który ludzie nie mają wpływu, ale w jednym historycznym momencie mamy do czynienia z nagromadzeniem wyborów, które wpływają na siebie, ale ponieważ z braku czasu nie mogą się ustabilizować, skutki mogą być w dostępnym stopniu potęgowane lub hamowane świadomym działaniem. Dzieje się tak dlatego, że skutki są widoczne niemal natychmiastowo – można więc je ocenić i próbować korygować.
 
 
Róża Luksemburg „bardzo wysoko ceni też dokonany przez Marksa – po długim okresie pomieszania idei oraz błędów wykluczających naukową analizę reprodukcji kapitału w makroskali – podział wartości produktu globalnego na trzy części. Całkowicie także aprobuje rozbicie tego produktu na dwa główne działy produkcji społecznej i ideę proporcji rzeczowych i wartościowych koniecznych do tego, by reprodukcja – prosta czy rozszerzona – mogła mieć miejsce (…)
 
 
Z tych wszystkich względów wysoko ceni marksowskie schematy reprodukcji, będące liczbowym ujęciem tych założeń i idei. Pierwsza też chyba wśród marksistów nie tylko rozpoznaje, ale i szeroko uzasadnia ponadustrojowe znaczenie tych założeń, idei i konstrukcji” (tamże, s. 307).
 
 
Ogólna formuła produktu: C + V + M, przedstawia najogólniejszy podział w społeczeństwie, czyli ten, który determinuje podział wtórny. Dla analizy realnego, kapitalistycznego sposobu produkcji, okazała się ona jednak niewystarczająca. Doszły więc, jako krok przybliżający do rzeczywistego życia gospodarczego, schematy reprodukcji. Na papierze, jak zauważa Róża Luksemburg, można wszystko uzgodnić. Jest to podobny zabieg do tego, który wydawał się uzasadniać możliwość rachunku ekonomicznego w socjalistycznej gospodarce, przy założeniu, że chodzi o równowagę. Rzeczywistość pokazała jednak, że kryzysy nie są do przezwyciężenia, a gospodarka planowa to nie sprawa techniczna.
 
 
 
Schematy reprodukcji ujmują działy produkcji i konsumpcji, i można tak ustawić arytmetycznie proporcje, aby przyrosty równoważyły się w obu działach. Nie tu więc leży problem.
 
 
Sytuacja była trochę inna, niż to ujmowano dotychczas. Ale po kolei.
 
 
Formuła C + V + M kryje w swoich agregatach nieco więcej, niż się zazwyczaj podejrzewa. W przedkapitalistycznych społeczeństwach V oznacza nie tylko bezpośredniego producenta, ale i jego szeroko pojętą rodzinę, której członkowie mają tytuł do uczestnictwa w podziale ze względu na swą przynależność do rodziny. Podobnie M kryje w sobie nie tylko samego właściciela środków produkcji, ale także jego rodzinę oraz – co już nieoczywiste – dostarczycieli usług „luksusowych”. Wydatki na te usługi nie wchodzą w mechanizm rynku, ale są tożsame z wydatkami na rodzinę (są pokrywane z tej samej części przywłaszczanego dochodu, bogactwa czy wartości dodatkowej).
 
 
Kapitalizm uwalnia wieś od nadwyżki zbędnej siły roboczej, której większość zasila proletariat. Z drugiej strony, usługodawcy, którzy wchodzą na rynek, włączają się w jego mechanizm. Kiedy wyczerpują się rezerwy osiągnięte w poprzednim systemie, a które zasilają wewnętrzną akumulację pierwotną kapitału, grupy te ulegają proletaryzacji. Czyli wydaje się, że zasilą one szeregi klasy robotniczej, co nie zmieni wyżej przytoczonej, ogólnej formuły. Całe społeczeństwo ulegnie proletaryzacji poza garstką kapitalistów.
 
 
Schematy reprodukcji z kolei uspokajały, że proporcje – na wyższym pułapie – ale zostaną zachowane.
 
 
Prosty wniosek, jaki wyciągają stąd zwolennicy dogmatycznie (bo XIX-wiecznej) ujętej teorii Marksa, jest taki, że cały problem kapitalizmu polega na zachłanności kapitalistów. Gdyby zabrać im wartość dodatkową (zysk), to starczyłoby dla wszystkich pracowników najemnych, ponieważ wszyscy są zatrudnieni przez kapitał na równych zasadach. Schematy reprodukcji wprowadzają jednak nieco wątpliwości, ponieważ zarysowują latentną sprzeczność między produkcją a konsumpcją, odsuwając ją jednak szybko, ponieważ „papier jest cierpliwy” i teoretycznie problem jest rozwiązywalny. Schematy wskazują jednak kierunek wątpliwości. Gdyby wydzielić działy „produkcyjny” i „konsumpcyjny”, a nie zawęzić produkcyjnego do produkcji środków produkcji, otrzymalibyśmy właściwie postawione pytanie czy problem. Zgodnie z dialektyczną metodą Marksa (diachroniczną), zadalibyśmy sobie pytanie o fundamenty dla utrzymania nadbudowy cywilizacyjnej (reprezentowanej przez warstwy społeczne nie biorące udziału w produkcji środków reprodukcji społeczeństwa – jak to lubią stawiać feministki, mając jednak coś nieco innego na myśli), której utrzymanie przestaje być problemem właścicieli środków produkcji (czyli bogactwa społecznego). Mówiąc wprost – przestaje się zaliczać do M.
 
 
Rzecz nawet nie w samym zjawisku, tylko w jego masowości. Tu mamy ilustrację tego, jak nieproporcjonalnie duże znaczenie mogą mieć w dynamicznej, a więc mało stabilnej z założenia gospodarce, drobne z pozoru czynniki, które w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych rozkładały się na powolne procesy dostosowawcze.
 
 
Z drugiej strony, uwolnienie ludzi od pracy produkcyjnej i upowszechnienie dóbr cywilizacyjnych pozostaje celem społeczeństwa bezklasowego. A więc problem nie jest marginalny, tylko ma zasadnicze znaczenie dla owego przyszłego społeczeństwa. Stawiając problem klasy robotniczej jako motoru czy osi procesu prowadzącego do komunizmu, Marks właśnie ten problem miał przed oczami.
 
 
Rozwiązanie tego problemu przez Marksa (nie w formułach, ale w rozważaniach) polegało na wyłączeniu wolnej kreatywności z mechanizmu rynkowego poprzez upowszechnienie uczestnictwa w tej twórczości. W ten sposób wracamy do sytuacji przedkapitalistycznej – braku oddzielenia twórczości od klas bezpośrednio zaangażowanych w produkcję – robotników i kapitalistów. A ponieważ w społeczeństwie bezklasowym obie te klasy znikną, „klasa kreatywna” tym bardziej nie będzie stanowiła osobnego czynnika popytu lub podaży. Wówczas będą działały schematy reprodukcji i proporcje, tak jak to przewidziano w modelu teoretycznym, w którym pozostanie „naturalna” proporcja między produkcją społeczną a opartą na niej konsumpcją społeczną.
 
 
Antagonizm między klasą bezpośrednio produkcyjną a warstwami i grupami społecznymi oderwanymi od procesu produkcji (czy to od strony robotnika, czy to od strony właściciela środków produkcji) bierze się stąd, że utrzymanie „cywilizacyjnej nadbudowy” wymaga środków, które można czerpać wyłącznie z produkcji, a więc z zysku kapitalisty. Zwiększenie zysku oznacza (w czystym modelu) zwiększenie wyzysku bezpośredniego producenta, czyli robotnika produkcyjnego. Rola państwa w tym procederze polega na opodatkowaniu po raz kolejny robotnika, który dorzuca się znowu do kosztów utrzymania cywilizacji, z której korzysta niewiele, a jeśli, to i tak odpłatnie (czyli jest opodatkowywany po raz trzeci – przez kapitalistę, przez państwo i przez usługodawcę).
 
 
Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka jest realnym przejawem alienacji. Jeżeli przez tysiąclecia klasy ludowe nie korzystały z dobrodziejstw cywilizacyjnych, to rozwijały własne, ludowe formy twórczości. Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka ma praktyczny skutek, jakim jest skansenizacja niekomercyjnych form ludowej twórczości i, w efekcie, ich ostateczna komercjalizacja. Albowiem rynek zagarnia wszystko, gdyż każdy nie zawłaszczony skrawek terenu grozi rozsadzeniem systemu.
 
 
Jeżeli więc weźmiemy koncepcje Marksa w ich dialektyce diachronicznej i synchronicznej, w jednoczesnej perspektywie przeszłości i przyszłości, to możemy uporządkować świat realnych zjawisk wedle pewnej struktury, która jest logiczna w tej właśnie perspektywie.
 
 
W odniesieniu do problemu „nadbudowy cywilizacyjnej”, czyli do sproletaryzowanych „mas kreatywnych”, problem polega na wymianie zewnętrznej między środkami utrzymania a dobrami dostarczanymi spoza systemu. Dlatego system jako taki nie może się domknąć. Schematy reprodukcji opierały się na równoważeniu składowych, które były częściami jednej całości. Wcześniej domykał się, ponieważ „twórczość” czy „cywilizacja” była zawarta wewnątrz dwóch klas antagonistycznych, ale działających w sferze produkcji materialnej, reprodukującej społeczeństwo w jego postaci materialnej.
 
 
Wzrost wydajności pracy i produkcyjności sił wytwórczych w ogóle spowodował zaistnienie warunku możliwości społeczeństwa bezklasowego, czyli takiej nadwyżki wartości dodatkowej, która jest do tego potrzebna. Jednocześnie, system kapitalistyczny nie ma mechanizmów, które włączałyby wyalienowaną stronę człowieka nie będącego producentem dóbr materialnych, do tego systemu. „Klasa kreatywna” nie reprezentuje popytu efektywnego na poziomie najogólniejszych, abstrakcyjnych rozważań Marksa. W takim rozumieniu, popyt taki jest związany wyłącznie z wymianą z przyrodą. Rozwiązywanie tego problemu tu i teraz, konkretnie i czysto schematycznie, prowadzi do obserwacji, że jedna z dwóch klas antagonistycznych musi zapłacić końcowy rachunek. A ponieważ możliwość zapłacenia rachunku przez kapitalistę opiera się na wyzysku siły roboczej robotnika produkcyjnego, to ostatecznie wszystko sprowadza się do wzmożenia wyzysku owego robotnika. Tak, jak to miało miejsce w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych, gdzie cywilizacja opierała się jawnie na wyzysku podstawowej klasy produkcyjnej – chłopach bezpośrednio wymieniających z przyrodą (praca na roli).
 
 
Rzecz nie w tym, żeby zahamować rozwój cywilizacyjny, ale w tym, żeby zlikwidować alienację, która towarzyszy klasowym formom owej cywilizacji.
 
 
Zamiast zastanawiać się nad najlepszymi (dla kogo?) formami podziału bogactwa (dochodu wartości dodatkowej), należy zastanowić się nad zniesieniem alienacji płynącej z komercjalizacji kreatywnego potencjału społeczeństwa. Zamiast zastanawiać się nad jak najszerszym ujęciem konfliktowości w łonie społeczeństwa, należy wymierzyć precyzyjny cios w chore miejsce klasowego społeczeństwa. Jest to bardzo wąski cel, ale właśnie dlatego jest osiągalny. Łatwiej przewrócić górę, kiedy opiera się swoim czubku, niż kiedy stoi na szerokiej podstawie.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
31 marca 2019 r.

Społeczność

SIERP i MŁOT